„Zgrzeszyłem. Nie
wiedziałem, że ty stanąłeś przeciwko mnie na drodze. Teraz jednak, gdy
wiem, że ci się droga moja nie podoba, chcę wracać”.
Biblia
Tysiąclecia, Lb 22:34
I
Gdy na Stanisławówce rozpoczynały się tegoroczne
(4-6 marca 2005 roku)
Rekolekcje Wielkopostne, nawet nie przypuszczałem, jak wspaniałe Dary
przygotował dla mnie Pan Bóg. Pierwszym z nich było Słowo
głoszone przez ks. Rekolekcjonistę, który na początku swojej
katechezy wyraził zadziwiające pragnienie. Stwierdził bowiem, iż ma
głęboką nadzieję, że podczas głoszenia kolejnych nauk będzie przez
niego przemawiał sam Bóg.
--- Skoro kiedyś przemówił przez oślicę --- ciągnął
dalej ks. Rekolekcjonista --- równie dobrze może
przemówić przeze mnie; wszak to jest podobny poziom
intelektualny.
--- Wreszcie normalny człowiek --- pomyślałem. Dziś nie często
można spotkać kogoś, kto posiada taki dystans do swojego
„ja”. A oto ksiądz, który, głosząc Dobrą
Nowinę,
pokornie sprowadza siebie do roli narzędzia w Ręku Pana.
Motywem przewodnim trzydniowej nauki rekolekcyjnej było
poszukiwanie
źródeł sensu i absurdów współczesnego
życia
chrześcijańskiego. To dobrze, gdy można uświadomić sobie, że największą
tragedią człowieka jest jego grzech. Grzech, który niszczy,
zniewala i unieszczęśliwia. Wszak tylko w bliskości Boga człowiek może
czuć się wolnym i szczęśliwym. Aby to jednak mogło nastąpić trzeba
zdobyć się na niemały wysiłek duchowy, a często nawet fizyczny. Co
prawda Bóg stworzył nas bez nas, ale bez nas nie może nas
zbawić. Potrzebna jest bowiem nasza ochota na bycie z Tym,
który
nas kocha Miłością bezwarunkową. Mając wolną wolę, możemy zatem dokonać
wyboru: albo odpowiemy na Jego Miłość, albo odwrócimy się
(po
raz kolejny) od Niego i pójdziemy własną drogą.
Boże,
jak bardzo chciałbym
już więcej nie grzeszyć.
Czuję, że każdy mój grzech plami Twój Święty
Wizerunek,
który wszczepiłeś w mą nieśmiertelną duszę w chwili
stworzenia.
Wiem, że moje grzechy są liczne i starczyłoby ich nie na jedno
Biczowanie, Cierniem Ukoronowanie, i Ukrzyżowanie.
Ileż to już razy upadałem w grzech, a Ty, Boże mój i Panie,
wyciągałeś do mnie swą Uzdrawiającą Dłoń?
Ile razy, zszargany grzechem, powracałem do Ciebie, a Ty, jak kochający
Ojciec, brałeś mnie, syna marnotrawnego, w swoje Ramiona i tuliłeś do
Serca?
Ukochałeś mnie Miłością wielką, żarliwą, nieskończoną.
Nie cofnąłeś się nawet przed Męką Krzyża.
Oddałeś swe Życie, abym ja mógł żyć.
Jakby tego wszystkiego było mało, pozwoliłeś włócznią
poganina
otworzyć na oścież swoje Przenajświętsze Serce, z którego
trysnął życiodajny Zdrój. Oczyszczający i uświęcający.
Nadto od 2000 lat, na wszystkich ołtarzach świata, wciąż składasz Ojcu
Ofiarę czystą i doskonałą.
Ofiarę z siebie.
A nas, nieużyteczne sługi, karmisz swym Słowem, Ciałem i Krwią, stając
się prawdziwym Pokarmem duchowym.
W Twoich Ranach, Mistrzu Ukrzyżowany, jest moje zdrowie.
Zamknij mnie, Panie, w swym Miłosiernym Sercu, dając mi Łaskę
rozpoznania grzechu, zanim go jeszcze popełnię. Niech wstręt do grzechu
zastąpi wstyd, który ogarnia mnie po każdorazowym ulegnięciu
złu
i zasmuceniu Twojego Świętego Oblicza.
Czy ja w ogóle umiem wyobrazić sobie to, jakim cierpieniem
dla Ciebie, Boże, jest mój grzech?
Nie ma większej miłości, gdy ktoś życie swe oddaje za
przyjaciół.
Miarą Twojej miłości jest Miłość bez miary.
Tyś jest Miłością.
Przygotowując się do Sakramentu Pojednania, odczuwałem dziwny
wewnętrzny spokój. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się w
takiej
pełni uświadomić sobie, że na moją Spowiedź czeka sam Chrystus.
Dotychczas myślom o konfesjonale zawsze towarzyszyła trudna do opisania
walka wewnętrzna, z której, dzięki modlitwie, udawało mi się
wychodzić zwycięsko. Poza tym do tej pory osoba Spowiednika, w
niepojęty dla mnie sposób, zawsze przysłaniała mi Chrystusa.
Tym
razem było inaczej. Kapłan zszedł na plan dalszy, a mnie naprawdę było
obojętne, który ksiądz fizycznie zasiądzie po drugiej
stronie
kratki. Czułem, choć nie umiem wyjaśnić dlaczego, że zbliżająca się
Spowiedź Święta będzie głębokim przeżyciem duchowym. Nie przypuszczałem
jednak, że wkrótce moja dusza skosztuje kolejnych,
niezwykłych
Darów. Gdy podczas wyznawania
grzechów zamknąłem oczy, nagle
poczułem,
że zapadam się wewnętrznie. Nie tracąc jednak ani na chwilę świadomości
miejsca, czasu oraz sensu słów w dialogu ze Spowiednikiem,
czułem wyraźne coś, co można by porównać do roztapiania się
mojego
wnętrza. To niemiłe wrażenie trwało kilkanaście sekund. Nie stawiając
jednak żadnego oporu, całkowicie poddałem się tej Sile,
która
przeniosła mnie w zimną, czarną, bezdenną, bezkresną, pustą przestrzeń.
Czułem, jakby Ktoś w mym sercu zgasił tajemnicze, nadprzyrodzone
światło. Choć wiedziałem, że klęczę oparty o kratkę konfesjonału, choć
wyraźnie słyszałem i rozumiałem głos księdza, wciąż zamkniętymi oczyma
przemierzałem głuchą nicość, która zewsząd mnie otaczała.
Nie
próbowałem uciekać. Moja Spowiedź przebiegała jakby na
dwóch poziomach: fizycznym (gdzie dominuje racjonalne
poczucie
miejsca i czasu) oraz duchowym (gdzie kończy się prymat rozumu nad
wiarą).
Samotny w nieprzyjaznej czeluści, trwałem w bezruchu i udręce, a przez
moją głowę przemykały pytania pozostające bez odpowiedzi. I nagle
uświadomiłem sobie, że tak musi wyglądać piekło: pusta, mroczna otchłań
we wnętrzu duszy człowieka, do której nikt nie zagląda, do
której nie wpada nawet najmniejszy promyk światła, w
której istnieje tylko gorycz porażki, odrzucenia, samotności
i
beznadziei. Jeśli nawet nie było to piekło, z pewnością mogę użyć
określenia przedsionek piekła. Wszak dusza człowieka zbrukanego
grzechem staje się jedynym w swoim rodzaju zaczątkiem piekła,
który nosimy w sobie jeszcze za życia. Nie sposób
zatem
przecenić znaczenia, jakie dla wieczności ma obecny stan naszej duszy.
Gdy otworzyłem oczy, niemiłe wrażenie zaczęło stopniowo ustępować, a ja
szczerze żałowałem za całe zło, które dotąd było moim
udziałem.
Rozgrzeszony, odchodząc od konfesjonału, czułem oszołomienie
niecodziennym przeżyciem, które towarzyszyło Sakramentowi
Pojednania. Ucałowałem krucyfiks leżący opodal w przejściu prowadzącym
do ołtarza głównego i na chwilę ukląkłem, aby pozbierać
myśli.
Wtem poczułem, że moją duszę zaczyna wypełniać radość, nie taka zwykła,
pojawiająca się, np. po dobrze spełnionym obowiązku, lecz radość
wielka, niewypowiedziana, uszczęśliwiająca, jaka zwykle towarzyszy
spotkaniu zakochanych w sobie i stęsknionych osób.
Jakie to
dziwne, Panie, i
niepojęte, że dźwigasz mnie tak nagle i tak
przyjaźnie ku sobie przygarniasz. Wszak ciężar mojego grzechu zawsze
ściąga mnie w dół.
Wszystko, co dla mnie czynisz, czynisz ponad wszelką moją zasługą,
ponad tym, czego ośmielam się oczekiwać, o co zdołam Ciebie, Boga,
poprosić.
To sprawia Twoja Miłość, która sama wychodzi naprzeciw moim
potrzebom.
Bądź Błogosławiony, Boże w Trójcy Jedyny, bo choć nie jestem
godny żadnego daru, Ty w swej niewypowiedzianej dobroci obdarzasz mnie
Łaską, której pełnię trudno mi sobie uzmysłowić.
W
świątyni
panowała wspaniała atmosfera skupienia, modlitwy i
dziękczynienia. Większość świateł była wygaszona, z
głośników
sączyła się cicha muzyka zespołu wokalno-instrumentalnego, a ja
wpatrywałem się w skąpany w blasku świec ołtarz, na którym
stała
złota monstrancja z Najświętszym Sakramentem.
Trudno jest opisać to, co działo się wówczas w moim sercu.
Nie
znam słów, które mogłyby wyrazić moją wdzięczność
Bogu
Najwyższemu za Miłość, jakiej doświadczyłem tamtego wieczoru. Czułem,
że jestem uwolniony od złych namiętności i niedobrych uczuć, uzdolniony
do kochania, umocniony do cierpienia, pokrzepiony do wytrwania. Klęcząc
w ostatniej ławce, z całego serca pragnąłem być jak najbliżej Niego.
Podszedłem więc do ołtarza, by zapalić od paschału jedną z
przygotowanych na tę okoliczność świec i uklęknąłem na wprost
jaśniejącej cudownym światłem monstrancji z Jezusem Ukrytym pod
postacią Chleba.
Błoga, kojąca słodycz spływała na mą duszę, a ja z zakłopotaniem
uświadomiłem sobie, że każde, nawet najwznioślejsze, słowa nie są
wystarczająco uroczyste, aby podziękować Bogu Trójjedynemu.
Milczałem więc jak onieśmielone, bezradne dziecko. Wpatrując się w
śnieżnobiałą Hostię, czułem, że jestem ogarnięty i przeniknięty ciepłym
blaskiem Miłości.
Na tym właśnie musi polegać niebo. Chodzi przecież nie o konkretne
miejsce w czasoprzestrzeni, lecz stan, w jakim znajduje się dusza
nieśmiertelna.
Stawiając na ołtarzu świeczkę o nikłym płomyku, zrozumiałem, w jak
tragicznym położeniu znajduje się człowiek żyjący z dala od Boga.
Niebo
czy piekło, Jasność
czy ciemność, Pokora czy pycha, Wolność czy
swawola – wybór należy do każdego z nas, ale Ty,
Panie,
bądź zawsze dla mnie ponad wszystko.
Naucz mnie kochać prawdziwie: zważać nie tyle na dary, ile na samą
miłość osoby kochającej; szukać serca, a nie korzyści; ponad wszystko,
co darowane stawiać Ukochanego.
Pragnę kochać Cię miłością, która wiedzie ku Tobie ponad
wszystkimi darami. Dlatego, gdy czasami nie czuję Twojej obecności tak
wyraźnie, jakbym tego chciał, wiem, że nie wszystko jeszcze stracone.
Jakże wspaniałe uczucia rodzi Twoja bliskość.
One są wynikiem Łaski i przedsmakiem niebieskiej Ojczyzny.
Jednak nie wolno mi na nich zbytnio polegać. Wszak Łaska przychodzi i
odchodzi. A rozwój życia duchowego polega nie tyle na tym,
by
cieszyć się Łaską, ile żeby z pokorą i cierpliwością przyjmować fakt,
że zostanie utracona. Bo tylko Ty, Boże, masz odwieczną moc dawania:
kiedy, komu i ile zechcesz, nie więcej.
Broń mnie, Panie, abym z powodu Łaski nie doprowadził się do zguby,
wpadając w sidła samozadowolenia. Wiem przecież, że trudno jest,
biegnąc za nagłym porywem serca, uwzględniać miarę własnej słabości.
Wielu już było takich, którzy zamierzali więcej, niż
podobało
się Tobie. Zamiast z ufnością schronić się pod skrzydłami Twojej
Boskiej Opatrzności, sami wzbijali się na wyżyny pychy i egoizmu.
Niezbyt rozsądnie postępuje ten, kto oddaje się cały radości,
zapominając o niedawnej biedzie i o czystej bojaźni Bożej,
która
karze lękać się o to, że otrzymaną Łaskę można utracić.
Niezbyt też mądry i dzielny jest ten, kto w czasie trudności od razu
wpada w rozpacz i nie tak ufnie jak powinien, myśli o Tobie, Tobie
zawierzając swój los.
Wszystko, co mam i czym mogę Ci służyć, jest przecież Twoje. A jednak
to Ty służysz mi bardziej niż ja Tobie. Ty, Bóg,
Stwórca
wszystkiego z niczego, uniżasz się przede mną - swoim stworzeniem,
dając mi w okruszynie Chleba siebie samego, siebie całego.
Małe mi się zdaje i niewystarczające wszystko, co mi dajesz, z
wyjątkiem Ciebie samego i tej Prawdy o Tobie, jaką przede mną
odsłaniasz. Dlatego serce moje dopóty nie zazna pełnego
ukojenia
i prawdziwego szczęścia, dopóki nie spocznie w Tobie,
wznosząc
się ponad wszystkie dary, ponad całe stworzenie.
Wolę być ubogim z Tobą, niż bogatym bez Ciebie.
Gdzie Ty, tam niebo, a gdzie nie ma Ciebie – tam śmierć i
piekło.
Ty jesteś moim pragnieniem, Boże, i dlatego nie przestanę do Ciebie
wzdychać.
Zbliżając się do ołtarza, przed którym kapłan udzielał
Komunii
Świętej, uświadomiłem sobie, że tak dalece nie jestem godzien
przystąpić do stołu Pańskiego, jak bardzo odczuwam głód
Boga.
Właściwie powinienem ze wstydem odstąpić od przyjęcia Jezusa
Eucharystycznego, bo brak we mnie zasług, które
usprawiedliwiałyby taką śmiałość. Z drugiej jednak strony Ktoś w
cudowny, nadnaturalny sposób rozwiewał moje wątpliwości,
sprawiając, że w moim sercu przybywało odwagi i pewności, że
mój
duchowy głód jest kolejnym Darem Miłości.
„Bierzcie
i
jedzcie, to jest Ciało Moje, które za was
będzie wydane”. Wzruszają mnie te słowa pełne litości,
łagodności
i Miłości, a jednocześnie lękiem napawają własne winy.
Zachęca łagodność Twoich słów, ale obciąża ogrom moich
występków.
Każesz mi, Panie, abym zbliżył się do Ciebie z wiarą.
„Przyjdźcie do mnie wszyscy – zachęcasz –
którzy obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”.
Łagodnie i miło brzmią w uszach grzesznika słowa, w których
Ty,
Panie i Boże mój, zapraszasz mnie – nieużytecznego
sługę
– do Komunii z Tobą.
Ale jakże to, niebiosa nie mogą Cię ogarnąć, a Ty uniżasz się dla mnie
do okruszyny Chleba?
Tu, w Sakramencie Ołtarza jesteś obecny, cały, Bóg i
Człowiek.
Tu mogę zerwać życiodajny Owoc wiecznego zbawienia, jeśli tylko zbliżę
się do Ciebie z należną czcią i oddaniem.
Tak, Panie, zwyciężyłeś.
Twoja przebaczająca Miłość jest silniejsza niż mój, pożal
się
Boże, zdrowy rozsądek i poczucie sprawiedliwości, które
często
usiłuje bronić tego, co wstydliwie ukrywa sumienie.
Kimże ja jestem?
Nędznikiem, pyszałkiem, podłym grzesznikiem, który nie raz,
nie dwa, ale po stokroć zasłużył na piekło!
Ale spojrzałeś na mnie, Panie Litościwy, bo cenna dla Ciebie jest moja
dusza.
Pozostawiony sam sobie pogrążam się, gasnę i ginę. Nasycony Tobą
– prostuję się i rozkwitam.
Ty mnie rozpalasz i płonę.
Znasz mnie lepiej, niż ktokolwiek inny.
Jesteś mi bliższy, niż ja sam sobie.
Bardziej troszczysz się o mnie, niż ja sam mógłbym
zatroszczyć się o siebie.
Wiesz, co jest dla mnie dobre, a co sprowadza na manowce.
Pragniesz mojego nawrócenia i zbawienia, a więc
dóbr ostatecznych.
Dlaczego zatem wzbraniam się przed Tobą?
Dlaczego chowam się nagi?
Dlaczego boję się stanąć w prawdzie przed swym Dobroczyńcą?
Dlaczego Wola Twoja, Panie, tak rzadko bywa moją?
Jeśli chcesz, abym pozostawał w ciemności – bądź pochwalony!
Jeśli zechcesz wprowadzić mnie do swojej Światłości – bądź
pochwalony!
Jeśli napełniasz me serce radością – bądź pochwalony!
Jeśli zechcesz mojego cierpienia – bądź pochwalony!
W prostocie serca i za Twoim przyzwoleniem zbliżam się do Ciebie z
czcią i z wiarą, że jesteś obecny w tym Sakramencie: Bóg i
Człowiek.
Chcesz, abym Cię przyjął i złączył się z Tobą w Miłości, ale proszę
Cię, obdarz mnie tą Łaską, dzięki której cały rozpłynę się w
Tobie.
Panie, chętnie przyjmę od Ciebie wszystko: gorycz i słodycz, smutek i
radość, biedę i dostatek.
Chroń mnie od grzechu, a nie ulęknę się śmierci i piekła. Bylebyś tylko
nie odtrącił mnie na wieki, wymazując me imię z Księgi Żywota.
Panie, niech za sprawą Łaski stanie się możliwe to, co z natury wydaje
mi się niemożliwością. Niech każde bolesne doświadczenie stanie się dla
mnie okazją do wielbienia Twojej Opatrzności.
Każda udręka i cierpienie, znoszone dla Ciebie i w łączności z Twoją
Męką, są dobre dla mojej duszy.
Przedziwna i niepojęta jest Łaska Najświętszego Sakramentu, dzięki
której dusza odzyskuje utracone dobro i piękno
zniekształcone
przez grzech. Jakże więc należy ubolewać nad własną oziębłością, gdy
nie śpieszymy gorliwie na przyjęcie Chrystusa. On bowiem jest naszym
Uświęceniem i Odkupieniem, Radością i Zasługą ku wieczności.
Ciesz
się, moja duszo, i
dziękuj Bogu za ten szlachetny Dar i za tę
przedziwną pociechę, jaką zostawił ci na tym łez padole. Bo ilekroć
rozważasz tę tajemnicę i przyjmujesz Ciało Chrystusa, tylekroć
przyczyniasz się do swego wyzwolenia i stajesz się uczestnikiem Jego
zasług.
II
Dary Miłości to Dary samego Boga. Czy umiemy je dostrzegać w
zwykłej, na pozór, szarej codzienności?
To prawda, że na tym łez padole spotykamy wiele zła, które
nas zatrważa, zasmuca, a nawet zniewala, ale wszystko, czym dysponujemy
w sferze duchowej i cielesnej, wszystko, co posiadamy z rzeczy
naturalnych i nadprzyrodzonych --- jest efektem Bożego
Miłosierdzia, które wskazuje na Niego jako Źródło
wszelkiego dobra i piękna. Chociaż jeden otrzymuje więcej, a drugi
mniej, to przecież i tak wszystko należy do Boga i bez Jego Woli nikt
nie miałby najmniejszej rzeczy.
Ten, kto dostał więcej, nie powinien chlubić się tym jako swoją
zasługą, ani wywyższać się ponad innych, ani pogardzać mniejszymi.
Przeciwnie: kto mniej sobie przypisuje, kto pokorniej i z większym
oddaniem stara się dziękować Bogu, ten jest większy i lepszy w Jego
oczach. A kto uważa się za najgorszego i najlichszego ze wszystkich,
ten w swoim czasie otrzyma jeszcze większe Dary.
Kto zaś mniej otrzymał, nie powinien ani się smucić, ani czuć się
pokrzywdzonym, ani zazdrościć bardziej obdarowanym. Bóg
potrafi zesłać w jednej chwili to, czego długo odmawiał lub dać w końcu
to, czego nie chciał udzielić na początku modlitwy. Ponadto, choć to
dalekie od naszych egoistycznych odruchów, powinniśmy zawsze
i wszędzie starać się okazywać Bogu wdzięczność za Jego Dobroć. Wszak
darmo otrzymujemy, a Boska Hojność nie ma granic.
Nie nasza to sprawa wnikać i rozsądzać, dlaczego ten czy ów
otrzymał więcej lub mniej. Kto prawdziwie kocha Boga i docenia Jego
Dary, z niczego nie powinien cieszyć się bardziej, niż z tego, że
spełnia się w nim odwieczny zamysł Stwórcy. Dlatego Wola
Najwyższego i umiłowanie Jego Chwały powinny być dla nas najważniejsze,
przynosić nam więcej zadowolenia, niż wszystkie dary, jakie
otrzymaliśmy lub moglibyśmy, naszym zdaniem, otrzymać.
Gdy wydarza się coś nie po naszej myśli, często zbyt pochopnie oceniamy
sprawy według tego, co czujemy w danej chwili. Łatwo wtedy stwierdzić,
że wszystko stracone. Gdy myślimy, że Bóg jest daleko, że
nas opuścił, często właśnie wtedy jest najbliżej. Można Go spotkać
wszędzie: w oczach dziecka, w szumie traw, w kropli rosy, w purpurowym
zachodzie słońca lub w bezkresie gwieździstego nieba. Trzeba
tylko szerzej
otworzyć oczy i serce. A potem ufać, że On potrafi każdy smutek i
strapienie przemienić w radość. Tymczasem opłakujemy stratę doczesną,
uciekamy w pracę, zabiegamy o mały zysk, dążymy do błahostek,
zaniedbując to, co najważniejsze. Gdy się w porę nie opamiętamy,
wówczas całkiem grzęźniemy we własnej nikczemności.
Nieszczęściu nie należy się poddawać, skądkolwiek przychodzi lub może
nadejść. To, co nas dręczy, zmusza do czujności i walki, umożliwia
zdobycie cennego doświadczenia, a to, co przeraża, zanim się wydarzyło,
jest tylko próżną obawą. Bo po cóż się trapić
tym, co może nas spotkać przykrego. Tak samo daremnym jest zmartwienie
o przyszłość, jak i radość z tego, co może nigdy nie nadejdzie. A do
pełni szczęścia potrzeba tak niewiele, bo tylko Jednego. I jednocześnie
tak wiele, bo aż Jego. On jest Jednym i Wszystkim. On sam wystarczy.
Bez Niego cały świat to banalna igraszka, bo co nie jest Bogiem, jest
niczym i za nic powinno być uważane.
Dałeś,
mój
Panie, możesz więc zabrać. Ja z Twojej Woli jestem tylko dzierżawcą.
Wszak to wciąż Twoja własność i dysponujesz nią jak chcesz. Poza tym
znasz cele ukryte i wiesz, że dla mojego zbawienia konieczne jest, abym
skosztował również goryczy.
Stałe powodzenie i beztroska z pewnością wbiłyby mnie w pychę, a
zadowolony z siebie zacząłbym myśleć, że jestem tym, kim nie jestem.
Gdyby Dar Łaski przychodził łatwo, na zawołanie, nie przyjmowałbym go z
wdzięcznością równą tej, którą odczuwam,
kosztując Twojej pociechy.
Nie narzekam, Panie, i nie upadam więc na duchu w czas
próby, bo Ty jesteś ze mną.
Czy dajesz radość, czy zsyłasz cierpienie, wciąż wielbię Cię, Boże, i
wysławiam Twoją Sprawiedliwość.
Mądrości Bożej nie znają ani mędrcy tego świata, ani ci,
którzy rozkoszują się ciałem. Prawdziwymi zaś mędrcami
okazują się ci, którzy odrzucają blichtr świata i utrzymują
w ryzach swe ciała. Oni właśnie wznoszą się od marności ku Mądrości i
od cielesności do duchowości.
O,
kiedyż, Panie,
nadejdzie ta szczęśliwa i upragniona godzina, gdy rozweselę się Twoją
obecnością, bliskością, pełnią. Dopóki to jednak nie
nastąpi, każdy mój uśmiech i każdy poryw serca będzie tylko
namiastką radości, bo wciąż żyje we mnie dawny człowiek nie w pełni dla
siebie umarły. Ciągle jeszcze domaga się tego, co szkodzi duchowi i
podsyca wewnętrzną walkę. Ale Ty, który potrafisz uciszyć
nawet wzburzone morze, pomóż mi zwyciężyć samego siebie.
Pragnę odwracać się od doczesności, by skłaniać się ku wieczności.
Pragnę popadać w niewolę Twojej Miłości, by stawać się naprawdę wolnym
i bezpiecznym.
Pragnę zgubić siebie, by odnaleźć Ciebie.
Wszystko, co nas otacza powstało z Woli Boga i istnieje według Jego
zamysłu. Nic nie dzieje się bez przyczyny. W każdym zdarzeniu jest
ukryty głęboki sens. Wszystko odbywa się w przestrzeni Łaski i jest
wynikiem Bożego przyzwolenia. To, co posiadamy i kim jesteśmy
zawdzięczamy Jego Opatrzności. Bóg kocha nas i pragnie
naszego dobra. Za wszystko, co nam uczynił, oczekuje od nas tylko
jednego: odwzajemnienia Miłości. Czy to tak wiele? Czy to jest żądanie
ponad ludzką możliwość? Przecież On dał nam również
umiejętność kochania. Więcej: obdarzył nas prawdziwą wolnością.
Prawdziwą, bo połączoną z Ojcowskim szacunkiem dla człowieka i
uwzględniającą naszą niedoskonałość.
Bóg jest jak Dobry Ojciec, który kocha swe
dziecko i czuwa nad jego rozwojem. Analogia Bożej Opatrzności do
ojcostwa nie jest przypadkowa. Każdy bowiem dobry ojciec nie tylko
stara się zapewnić swemu dziecku byt materialny, ale także nauczyć je,
m.in. samodzielności. Dziecko więc nie tylko otrzymuje określony zakres
swobody w ramach naturalnego zbioru zasad postępowania i dobrych
manier, ale w każdej sytuacji może liczyć na radę i skuteczne wsparcie
swego ojca. Nikogo nie dziwi fakt, że swawola dziecka zawsze napotyka
na ojcowskie upomnienie, a gdy zachodzi potrzeba, na skarcenie. Dobrzy
ojcowie nie są nadopiekuńczy. Wiedzą, że drobny upadek niesfornego
dziecka przynosi lepszy efekt wychowawczy, niż próby
ubezwłasnowolnienia podopiecznego. Czy jest zatem coś dziwnego w tym,
że nasz Ojciec Niebieski dał nam Dekalog? Dzięki niemu nie tylko nasza
wolność nie uległa ograniczeniu, ale stała się dla nas bezpieczna.
To nie byle co utracić albo zasłużyć na Królestwo
Niebieskie, gdzie nie ma zmierzchu dnia, ani nocy --- tylko
jasność wiekuista; nie ma łez, ani bólu --- tylko
radość niewypowiedziana; nie ma trudu i znoju --- tylko błogi
odpoczynek bez końca.
O jasny
dniu wieczności
nigdy nie odmieniający się na gorsze! Dniu Ósmy, w
którym już nie splami mnie grzech, nie wstrząśnie
namiętność, nie dopadnie trwoga, nie wyczerpie niedosyt, nie
przygniecie troska, nie oplącze marność, nie osłabi głód,
nie obciążą pokusy, nie osaczą błędy, nie wyniszczą trudy! Kiedy
nadejdzie czas, gdy będę myślał tylko o Tobie, Panie? Kiedy uciszę się
w Tobie? Bo Dobro samo mnie wypełni, bo Twoja Wola stanie się moją, bo
odnajdę Wszystko bez obawy utraty.
Pragnę zajmować się sprawami nieba, ale doczesność ściąga mnie ku ziemi.
Duchem chciałbym wznieść się wysoko, ale ciałem, wbrew sobie, wciąż
spadam nisko.
I tak, nieszczęsny, walczę sam ze sobą, sam dla siebie stając się
ciężarem.
Gdy tylko duch mój w modlitwie skupia się na Tobie, już
natłok codzienności rodzi rozproszenie.
A przecież tam mój skarb, gdzie serce moje.
Panie, dziękuję Ci za Łaskę tęsknoty za Tobą. To też jest wielki Dar
Twojej Miłości.
Dopóki noszę śmiertelne ciało, nie jestem godny żadnej
Twojej pociechy, bo nie ma we mnie zasług na miarę Łaski, jaką
otrzymuję.
Cóż mogę począć przepełniony wstydem i winą?
Chyba tylko ukorzyć się przed Tobą, wzbudzając w sercu szczery żal za
wyrządzane zło. Wszak w prawdziwej skrusze rodzi się nadzieja
przebaczenia, a w pokorze uspokaja się wzburzone sumienie.
III
Pewien człowiek, odpoczywając w cieniu, obserwował narodziny
motyla, który przed chwilą rozpoczął energiczną walkę z
własnym kokonem. Owad prężył się i wyginał na wszystkie strony, aż
wreszcie udało mu się naderwać krępującą jego ciało ciasną powłokę.
Powoli, lecz z wyraźną determinacją, przeciskał się w dół
przez wąską szczelinę w kokonie. Jednak po kilkunastu minutach zmagań
osłabł i zatrzymał się w połowie drogi.
Człowiek, widząc to, postanowił pomóc motylowi: wziął
nożyczki i delikatnie rozciął kokon. Owad bez najmniejszego problemu
wysunął się na zewnątrz. Co prawda miał wątłe ciało i bardzo
pomarszczone skrzydła, ale był uwolniony od krępującego go jarzma.
Człowiek kontynuował obserwację, spodziewając się, że
wkrótce skrzydła motyla zaczną się prostować, grubieć i
powiększać, aby owad mógł odlecieć i cieszyć się życiem. Tak
się jednak nie stało!
Motyl spędził resztę życia, czołgając się po ziemi, z mizernym ciałem i
pomarszczonymi skrzydłami. Do końca życia nie był w stanie latać.
Człowiek w całej swej życzliwości i dobroci nie wiedział, że walka
motyla z kokonem, choć trudna i wyczerpująca, jest ważnym bodźcem dla
młodych skrzydeł, dzięki któremu owad może przygotować się
do latania. Skoro jednak sam nie pokonał oporu kokonu, nigdy nie zdoła
wzbić się w powietrze.
Czasem walka jest tym,
czego nam w życiu niezbędnie potrzeba. Jeśli Bóg pozwoliłby
nam iść przez życie bez jakichkolwiek trudności, to zrobiłby z nas
słabeuszy. Nie bylibyśmy tak silni jak jesteśmy. Nie bylibyśmy zdolni
do wzlotów, lecz trwalibyśmy w gnuśnej przyziemności.
Prosiłem
o dobrobyt...
Ty, Boże, dałeś mi rozum i pracowite dłonie.
Prosiłem o odwagę...
Ty, Boże, dałeś mi przeszkody do pokonania.
Prosiłem o miłość...
Ty, Boże, dałeś mi bliźnich uwikłanych w kłopoty, abym im pomagał.
Prosiłem o przychylność...
Ty, Boże, dajesz mi okazje do wykazania się.
Prosiłem o siłę...
Ty, Boże, dajesz mi przeciwności losu, abym nie był słabeuszem.
Prosiłem o mądrość...
Ty, Boże, dajesz mi codzienne problemy do rozwiązania.
Otrzymuję nie to, co chciałem...
Ale mam wszystko, czego było mi trzeba.
Ty, Panie, jesteś Drogą, którą mam przebyć, Prawdą,
której mam zawierzyć, Życiem, któremu mam ufać.
Jeśli będę szedł Twoją Drogą, poznam Prawdę, a Ona mnie wyzwoli i
osiągnę Życie wieczne.
Ku Tobie biegną moje oczy, Tobie ufam, Boże, Ojcze Miłosierdzia.
Pobłogosław i uświęć moja duszę, aby stała się Twoim mieszkaniem,
siedzibą Twojej wiecznej Chwały i aby w niej jako świątyni Twojego
Bóstwa nie znalazło się nic, co mogłoby urazić oczy Twojego
majestatu.
IV
Pełne i doskonałe poddanie się Woli Ojca, które
osiągnęło swe apogeum na Golgocie jest naglącym wezwaniem wszystkich
ludzi do odwzajemnienia wielkiej Miłości Chrystusa. Stając przed tą
niezgłębioną tajemnicą Odkupienia i Miłosierdzia, próbuję
odpowiedzieć sobie na niebanalne pytania:
Co czynię dla Niego?
Jak odpowiadam na Jego Miłość?
Czy umiem jednoczyć się z Ojcem w Ofierze Jezusa,
akceptując Wolę Bożą w każdym momencie swego życia, w czynnościach
codziennych, w chwilach trudnych, w niepowodzeniach, w bólu
lub chorobie, a także w momentach łatwych, kiedy czuję się napełniony
radością?
Czym jest dla mnie Ofiara Eucharystyczna?
Jeśli jednak nie znajduję wyczerpujących odpowiedzi, znaczy to, że
obecnie nie jest mi dane głębiej wniknąć w odwieczny zamysł
Trójjedynego Boga.
Aby ofiara mogła być uznana za prawdziwą, musi składać ją kapłan,
któremu towarzyszy wewnętrzne oddanie się osobie
obdarowywanej oraz zewnętrzny akt ofiarowania będący wyrazem jego
wewnętrznej dyspozycji. Jezus, konając na Krzyżu, uzewnętrzniał ---
słowem i czynem --- swe miłosne wewnętrzne
ofiarowanie (Por. BT, Łk 23:46). Na Kalwarii nasz Pan, Kapłan i Żertwa,
ofiarował siebie
samego Ojcu Niebieskiemu, wylewając swoją Krew, która
oddzieliła się od Ciała. Tak wypełniła się do końca Wola Ojca
Przedwiecznego. Bóg pragnął bowiem, by zbawienie
zrealizowało się w taki właśnie sposób, a Jezus przyjął to
bezwarunkowo. Dlatego istota Jego Ofiary polega na wewnętrznym
ofiarowaniu siebie samego oraz na bezgranicznym i miłosnym poddaniu się
Woli Ojca. A była to Ofiara doskonała: z Ciała, Krwi, Ducha i
Bóstwa.
Jezus, tak jak kiedyś, również i dzisiaj jest Kapłanem i
Ofiarą (Por. BT, Hbr 4:14-15). Wewnętrzna Ofiara Chrystusa nadaje pełne
znaczenie wszystkim
zewnętrznym elementom Jego dobrowolnego ofiarowania, np.: zniewagom,
odarciu z szat, ukrzyżowaniu. Ofiara Krzyża jest jedyna. Kapłanem i
Ofiarą jest jedna i ta sama Boska Osoba: Syn Boży, który
stał się Człowiekiem. Jezus nie był ofiarowany Ojcu przez Piłata czy
przez Kajfasza, ani nawet przez tłum żądny Jego Krwi. To On sam
ofiarował siebie, bo przeżywał doskonałe zjednoczenie z Wolą Ojca w
każdym momencie swego ziemskiego życia, a na Krzyżu jego oddanie
sięgnęło szczytu.
Rozważając Ofiarę wewnętrzną, którą Chrystus uczynił z
siebie samego przez całkowity Dar i miłosne poddanie się swemu Ojcu,
warto uświadomić sobie jedność, jaka istnieje między Krzyżem i
Eucharystią. Msza Święta i Ofiara Krzyża są tą samą i jedyną Ofiarą,
chociaż dzieli je czas i przestrzeń. Doskonałe poddaństwo Jezusa Woli
Ojca powraca, by się uobecnić, ale już bez bolesnych i krwawych
okoliczności Golgoty. Ofiara wewnętrzna samego siebie jest taka sama we
Mszy Świętej, jak była na Kalwarii, bo jest to całopalna Ofiara
Chrystusa. Kapłan jest ten sam, ta sama Ofiara, to samo ofiarowanie i
poddanie się Woli Ojca. Różna jest tylko zewnętrzna postać
tej Ofiary: na Golgocie realizowała się przez cierpienie i śmierć
Jezusa, a podczas Eucharystii dokonuje się przez sakramentalne,
bezkrwawe rozdzielenie Ciała i Krwi Chrystusa, w chwili Przeistoczenia
chleba i wina.
Podczas Mszy
Świętej
kapłan jest tylko narzędziem Chrystusa --- Najwyższego i
Wiecznego Kapłana. Jezus ofiaruje siebie w każdej Eucharystii w taki
sam sposób, w jaki ofiarował się na Kalwarii, nawet wtedy,
gdy czyni to sakramentalnie, tj. za pośrednictwem kapłana działającego
in persona Christi. Ten sam Chrystus, w każdej Mszy Świętej ofiaruje
się, manifestując miłosne oddanie Ojcu Niebieskiemu, które
wyraża się przez Konsekrację chleba i Konsekrację wina. To właśnie jest
esencja Eucharystii oraz jej moment kulminacyjny. Ponieważ Ofiara Mszy
Świętej jest substancjalnie ta sama, co Ofiara na Krzyżu, dlatego ma
nieskończoną wartość. Ponadto w każdej Mszy Świętej Chrystus jest
Kapłanem i ofiarującą się Żertwą, a więc zarówno adoracja,
dziękczynienie jak i zadośćuczynienie są nieskończone, niezależnie od
aktualnych dyspozycji celebransa oraz tych, którzy w niej
uczestniczą.
W konsekwencji nie istnieje bardziej doskonały sposób
adoracji Boga Ojca nad Ofiarę Eucharystyczną, w której Jego
Syn Jezus Chrystus jest Ofiarą i najwyższym Kapłanem. Nie istnieje
również bardziej doskonały sposób składania
dziękczynienia Bogu za Jego nieskończone Miłosierdzie wobec nas. Poza
tym nic nie jest bardziej miłe Bogu nad Ofiarę ołtarza. Dlatego za
każdym razem, gdy celebruje się Mszę Świętą, odbywa się
zadośćuczynienie za wszystkie grzechy świata dzięki nieskończonej
godności Kapłana i Ofiary. Chodzi o jedyne, doskonałe zadośćuczynienie,
z którym powinniśmy łączyć swe akty skruchy. Jest to bowiem
jedyna stosowna ofiara, którą my grzeszni ludzie możemy
złożyć, przez którą nasza codzienność, tj. cierpienia i
radości mogą zdobyć nieskończoną wartość.
Panie,
wiem, że Owoce
Eucharystyczne są nieskończone, lecz ich zdobycie
zależy od mojej osobistej dyspozycji i dlatego są we mnie ograniczone.
Jednak Kościół jak Matka zaprasza mnie do uczestnictwa w tak
wzniosłym akcie, który realizuje się każdego dnia w
sposób świadomy, pobożny i aktywny.
Odpowiadając na to zaproszenie, powinienem wciąż troszczyć się o uwagę
i skupienie podczas Konsekracji, aby szczególnie w tym
momencie pragnąć zażyłości z Tobą, który jako Kapłan i
Żertwa ofiarujesz się z Miłości Bogu Ojcu, tak jak uczyniłeś to na
Kalwarii.
Czuję, że tylko wtedy Twoja Ofiara, Panie, staje się centrum mojego
codziennego życia, tak jak jest od wieków centrum całej
liturgii i życia Kościoła.
Zjednoczenie człowieka z Chrystusem w momencie Konsekracji jest
tajemnicą i wielką Łaską. Będzie ono o tyle pełniejsze, o ile bardziej
zdołamy zjednoczyć się z Wolą Bożą i będziemy dysponowani do
wspaniałomyślnego i pokornego odwzajemnienia Jego Miłości. Zjednoczeni
z Synem ofiarujemy Ojcu Mszę Świętą, a równocześnie
ofiarujemy samych siebie przez Niego, w Nim i z Nim. Ten akt
zjednoczenia winien być tak głęboki i prawdziwy, by przeniknął każdy
nasz dzień i miał decydujący wpływ na naszą pracę, nasze relacje z
bliźnimi, na nasze radości i porażki, na wszystko.
Jeśli w momencie Komunii Świętej Jezus spotka się z naszą gotowością
miłosnego zjednoczenia z Wolą Boga Ojca, czy nie sprawi tego, by wlać w
nas Ducha Świętego ze wszystkimi Jego Darami i Łaskami?
Mamy do dyspozycji wiele środków, by przeżywać dobrze Mszę
Świętą. Między innymi aniołów, którzy widzą Boga
twarzą w twarz. Zwracajmy się do nich, by unikać roztargnień i starajmy
się z większą miłością uczestniczyć w Dziele, nie mającym sobie
równego, przez które uczestniczymy w samej
Ofierze Krzyża.
Panie,
choć nie mogę
jeszcze stanąć cały w duchu i ogniu jak Cherubiny
i Serafiny, pragnę przygotowywać się i wciąż naginać serce, aby
schwycić choć mały płomyk Boskiego pożaru przez pokorne przyjęcie
Sakramentu Życia. A to, czego mi jeszcze brakuje, Ty sam dopełnij we
mnie Łaską i Miłosierdziem.
V
Panie
Boże, który
stworzyłeś mnie na obraz i podobieństwo swoje, ześlij mi tę Łaskę, tak
wielką i tak konieczną do zbawienia, jak mi to ukazałeś, abym dzięki
niej pokonał moją grzeszną naturę. Czuję bowiem wypisane na swym ciele
prawo grzechu sprzeciwiające się Dekalogowi i nakłaniające mnie do
słuchania bardziej głosu zmysłów, niż dobrych
podszeptów sumienia. Jeśli nie pomoże mi Twoja Święta Łaska
i nie napełni żarliwością mego serca, sam z siebie nie potrafię oprzeć
się swoim złym skłonnościom.
Co prawda ludzka natura została pomyślana przez Ciebie, o Boski
Stwórco, jako dobra i prawa. Lecz człowiek przez brak
posłuszeństwa doprowadził do jej zwichnięcia. Skażona przez grzech
pierworodny jawi się jako dotknięta słabością, a jej popędy
pozostawione same sobie wiodą człowieka ku zatraceniu.
Potrzeba Twojej Łaski, i to wielkiej Łaski, aby pokonać naturę skłonną
do grzechu od wczesnej młodości, bo ta niewielka siła, która
w niej pozostała, jest jak iskierka ukryta w popiele. Tą siłą jest
rozum otoczony gęstym mrokiem. Mimo iż odróżnia on dobro od
zła, prawdę od fałszu, to jednak nie jest zdolny wypełniać tego, co
aprobuje. Brak mu bowiem pełnego blasku prawdy oraz czystości uczuć. I
dlatego, o Boże, umiłowałem Twoje prawo dotyczące duchowej istoty
człowieka, bo wiem, że przykazania Twoje są dobre, słuszne i święte.
Dzięki nim rozumiem, że trzeba unikać zła w każdej postaci.
Ciałem służę raczej prawu grzechu, kiedy bardziej skłaniam się ku
zmysłowości niż ku rozumowi. Wówczas moje dobre intencje
więdną i giną, bo nie potrafię według nich postępować.
Dlatego ciągle postanawiam wiele dobrego, ale jeżeli brak mi Łaski
wspierającej moją słabość, cofam się i upadam przy byle przeszkodzie. A
dzieje się tak dlatego, że chociaż znam drogę dobra i widzę jasno, co
powinienem robić, to uginam się pod ciężarem własnego zepsucia i nie
jestem zdolny wznieść się ku doskonałości. O, jakże
mi jest
potrzebna Twoja Łaska, Panie, abym wstąpił na drogę doskonałości. Jakże
bardzo jest mi potrzebna nie tylko do rozpoczęcia wędrówki,
ale i osiągnięcia jej rajskiego celu. Sam nic nie potrafię uczynić, ale
wszystko mogę w Tobie, jeżeli umacnia mnie Łaska.
O, Łasko prawdziwie niebiańska, bez której nic nie znaczą
własne zasługi i nieważne są jakiekolwiek dary natury!
Cóż znaczy sztuka, bogactwo, uroda i odwaga?
Co znaczy geniusz lub krasomówstwo, gdy nie ma Łaski?
Wszak darami natury obdarzeni są zarówno źli, jak i dobrzy.
Tylko nieliczni dostrzegają w Łasce owoc prawdziwej Miłości.
Wyróżnieni Łaską stają się godni życia wiecznego.
Jakże potężna jest Łaska, skoro bez niej nic nie jest wystarczająco
wielkie: ani dar prorokowania, ani zdolność czynienia cudów,
ani żadne wzniosłe dociekanie prawdy. Bo Ty, Panie, nie uznajesz
żadnych cnót: ani wiary, ani nadziei bez Miłości i Łaski.
Błogosławiony Dawco Łask, Ty, który ubogiego duchem czynisz
bogaczem dobra, a z bogacza robisz człowieka pokornego serca, przyjdź i
napełnij mnie swym ukojeniem, aby dusza moja nie ugrzęzła w znużeniu i
oschłości.
Panie, wystarczy mi Twoja Łaska, nawet jeśli nie otrzymam nic z tego,
czego pragnie moja natura. Wśród pokus i udręk nie uleknę
się zła, dopóki będzie ze mną Twoja Łaska. Ona jest moją
odwagą, ona przynosi radę i pomoc. Ona - potężniejsza od
wszystkich wrogów i mądrzejsza od wszystkich
mędrców razem wziętych.
Łaska, która pochodzi od Ciebie jest nauczycielką prawdy,
mistrzynią wiedzy, światłem serca, ulgą w strapieniu, ucieczką w
smutku, bezpieczeństwem w lęku, żywicielką pobożności,
źródłem dobrych łez.
Czymże jestem bez Niej?
Drewnem spróchniałym, bezowocną dziczką, którą
należy wyciąć i odrzucić. Niech więc Twoja Łaska, Panie, zawsze mnie
poprzedza w drodze i za mną kroczy, niech będzie przy mnie, abym zawsze
dążył do dobrego przez Syna Twojego Jezusa Chrystusa. Amen.
VI
Kiedy umierał Ojciec Święty Jan Paweł II, wielu modliło się o
cud z nadzieją, że Bóg ich wysłucha. I wysłuchał. Na naszych
oczach stał się Cud! Cud, jakiego nikt się nie spodziewał. W jednej
chwili padliśmy na kolana, jednocząc się jak nigdy dotąd.
Jeden obok drugiego...
Trzymając się za ręce...
Błagając Boga, aby nie zabierał nam naszego ukochanego Papieża...
Niemal cały świat padł na kolana...
Ludzi różnych ras, wyznań i wieku połączyła żarliwa
modlitwa...
W czasach, kiedy wydaje się, że światem zawładnął szatan, wielu zaczęło
się modlić, a modlitwa cudownie połączyła drżące serca...
Starcy i młodzież, kobiety i mężczyźni, kapłani i zakonnice...
Wszyscy modlili się o zdrowie dla Papieża...
Goręcej, niż po zamachu na jego życie w 1981 roku...
Jak nigdy wcześniej...
Na całym świecie...
To właśnie jest Cud!
Gdy okazało się, że Jan Paweł II zmarł, czuliśmy żal, ból,
rozpacz, strach...
Jakby pękały nam serca...
Były łzy --- dużo łez...
Ale godnie żegnaliśmy naszego Ojca, który 2 kwietnia
przeszedł z życia do Życia...
To była żałoba narodowa...
Flagi opuszczone do połowy masztów...
Przepasane kirem...
Salwy armatnie...
Radykalnie zmieniona ramówka telewizyjna...
Spokojna muzyka na falach eteru...
Dzień pogrzebu Papieża dniem wolnym od pracy...
Tłumy na Mszach Świętych i modlitewnych czuwaniach...
W miejscach poświęconych Papieżowi kwiaty i morze ognia...
Dniem i nocą...
We wszystkich miastach w Polsce...
Spontanicznie pokazaliśmy Ojcu Świętemu, że 27 lat jego posługi
apostolskiej przyniosło liczne i błogosławione owoce...
Pokazaliśmy, że otwierając szeroko drzwi świątyń, otworzyliśmy serca na
Boga i Jego Słowo niestrudzenie głoszone przez Piotra naszych
czasów...
To były Narodowe Rekolekcje...
Warszawa, Kraków, Wadowice, Płock...
Nadszedł czas, abyśmy stali się lepsi...
Nadszedł czas głębokiej przemiany...
Nadszedł czas ostatecznego nawrócenia się do Boga...
Bóg brzydzi się grzechem, ale nigdy nami ---
grzesznikami...
Bóg potępia grzech, ale nie nas ---
grzeszników...
Dopóki tli się w człowieku iskierka życia, Bóg
jest gotów przebaczyć największe zło...
Jeśli tylko wyznasz Mu swoje grzechy i szczerze będziesz żałować za
wyrządzone zło...
Miłość, to nie tylko słowa, ale i czyny... Czynami
pokażmy Ojcu Świętemu, jak go kochamy...
Czynami pokażmy bliźniemu swą miłość...
Czynami pokażmy Bogu, jak kochamy Go w naszych braciach,
siostrach… i tych najmniejszych --- bezbronnych.
Ojcze, dziękuję Ci
za Cały Twój
Pontyfikat, a
szczególnie za uproszenie Ducha Świętego, aby odmienił
oblicze tej ziemi.
Dziękuję Ci również za Katechizm Kościoła Katolickiego,
odsłonięcie przed nami Różańcowej Tajemnicy Światła i
ustanowienie Roku Eucharystii.
Ojcze Przedwieczny, dziękuję Ci za Dar Jana Pawła Wielkiego.
Bibliografia wraz ze
źródłami
internetowymi
Tomasz a Kempis – „O naśladowaniu
Chrystusa”, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1980.
kard. Francisco Fernandez Carvajal –
homilia wygłoszona do kapłanów biorących udział w
międzynarodowych rekolekcjach (09-10-1984), Insegnamenti, VII/2 (1984),
839, Pastores dabo vobis, nr 33, tłumaczenie: ks. Andrzej Bakalarz,
Currenda 2/93, Pismo Urzędowe Diecezji Tarnowskiej;
(www.tarnow.kana.pl/wsd/gazety/curenda/archiwum/2-93/m-3.htm).
Zdjęcia pochodzą z portalu www.onet.pl
oraz ze zbiorów prywatnych.