| Wstęp |
| 1. Dziecko Boga |
| 2. Pierwsze Objawienie i jego owoce |
| 3. Ogrom Łaski i cierpienia |
| 4. „Czy chcesz być jak Ja?” |
| 5. Swąd szatana |
| 6. Wielkie Dzieło Miłości |
| 7. Kontynuacja Odkupienia |
| 8. Słodka praca |
| 9. Marta Robin o Komunii Świętej i modlitwie |
| 10. Informacja Francuskiej Komisji Diecezjalnej ws procesu kanonizacyjnego Marty Robin |
| Źródła internetowe |
| Lektura uzupełniająca |
| Prawa autorskie |
|
„O Jezu! |
![]() |
![]() |
Wstęp | ![]() |
---
A co tam wystaje spod nogi Matce Boskiej?
Malutka Marta zadarła nosek w górę. Stanęliśmy pod figurą
otoczoną ślicznymi, kolorowymi kwiatami. Marta obiegła ją dokoła.
--- Ooo, widzę, widzę, to wąż! Tu ma głowę, a tu pupę. A dlaczego Matka
Boska go przygniata?
--- Maryja depcze głowę węża. Pokora nie pozwala pysze unieść zbyt
wysoko łba.
W Polsce Marta
Robin (czyt.: Robę) nie jest tak znana jak Św.
Ojciec Pio, Św. Franciszek z Asyżu czy Św. Siostra Faustyna Kowalska.
Co wcale nie umniejsza tej niezwykłej postaci. Przeciwnie, ktoś kiedyś
powiedział, że Marta Robin należy do grona największych kobiet XX
wieku. Cierpiąc, składała Bogu coraz pełniejszą ofiarę z samej siebie,
gdy najpierw straciła władzę w nogach, potem w ramionach, aż wreszcie i
w dłoniach. Poza tym nie jadła ani nie piła przez 50 lat. Niemal w
każdą noc stygmatyczka wylewała krwawe łzy, a w każdy piątek aż po kres
swego ziemskiego życia przeżywała Mękę Chrystusa. Marta ---
podobnie jak ojciec Pio i inni mistycy --- nie opuszczając
swego pokoju była obecna, w tym samym czasie, w innych miejscach,
pomagając ludziom w trudnościach fizycznych i/lub duchowych, odwodząc
wiele osób od popełnienia samobójstwa. Miała też
dar zgadywania, co zawiera list, jaki otrzymała, zanim jeszcze go
otwarto i przeczytano. Potrafiła też od razu rozpoznać osobę,
która czekała w przedpokoju, a przyszła jedynie z
ciekawości. Prosiła, aby ją odesłać. Kiedyś powiedziała pewnemu
kapłanowi na pożegnanie: „Do zobaczenia, księże, w Niebie!"
Ksiądz myślał z pewnością, że Marta mówi o swej bliskiej
śmierci. Tymczasem to on zginął w wypadku samochodowym.
Chociaż Marta Robin zmarła już ponad dwadzieścia lat temu, to jednak we
Francji „pełno jej” wszędzie: w ruchach
chrześcijańskiej odnowy, w nowopowstałych wspólnotach
zakonnych, w książkach, artykułach itp. Za życia bowiem przez jej dom
przewinęło się ponad sto tysięcy ludzi, a dla każdej z tych
osób spotkanie z Martą stało się źródłem nowej
mocy, nowego spojrzenia na życie, a niejednokrotnie początkiem
prawdziwego nawrócenia.
W opublikowanych świadectwach ludzi na temat tych spotkań nieustannie
przewija się jeden wątek: każdy
przeżył swego rodzaju szok czy
wewnętrzne poruszenie (mniejsza o słowo) z powodu uderzającego
„paradoksu”. Otóż każdy, kto pochylał
się nad łóżkiem Marty, mniej lub bardziej uzmysławiał sobie
rozmiar jej cierpienia. Powszechnie było wiadomo, że prócz
cierpienia, związanego z całkowitym paraliżem, Marta uczestniczyła w
męce Jezusa. Od czwartku do niedzieli była
„nieobecna” dla otoczenia, przeżywając mistycznie,
lecz realnie, krwawo, poszczególne etapy Męki. W ciągu
pozostałych dni tygodnia na jej czole pozostawały nieraz ślady
zaschniętej krwi. W jej drobnym ciele koncentrował się bezmiar
cierpienia, wobec którego stawało się jak przed głębokim
misterium. Lecz --- właśnie „paradoksalnie”
dla logiki tego świata --- z głębi tego cierpienia wydobywały
się nie rozgoryczenie i bunt, lecz przedziwny pokój i
pogoda. Spotkanie z Martą, trwające przeciętnie kilka minut, szybko i
niepostrzeżenie przechodziło w duchowe porozumienie. Potrafiła w ciągu
chwili „pojąć” cały ciężar życia, z jakim się do
niej przychodziło, wziąć go niejako na siebie i przepoić światłem swej
niezwykłej ufności.
Z pośród wielu świadectw na ten temat przytoczmy jedno,
którego autorem jest obecny redaktor naczelny
chrześcijańskiego tygodnika L`Homme Nouveau (Nowy Człowiek).
"Wiadomo,
że Marta była sparaliżowana od 1928 roku i niewidoma od 1939, ja
stykałem się z nią w latach 1946-1981, to znaczy przez okres
trzydziestu pięciu lat. Nigdy nie liczyłem, ale sądzę, że w latach
1954-68 odwiedziłem ją przynajmniej ze sto razy. W ciągu tego okresu
patrzyłem na głowę Marty, położoną zawsze na tym samym miejscu, na
boku. Spoglądałem na jej kołdrę, która z grubsza rysowała
sylwetkę jej ciała. Było oczywiste to, że jej nogi nie były
wyciągnięte, lecz zgięte w kolanach (leżała na nich). Sparaliżowana,
leżała całkowicie nieruchomo. Niewidoma, przebywała stale w
półmroku, ponieważ najmniejszy promień światła zadawał jej
ból nie do zniesienia (...). Tym, co w moim przekonaniu
stanowi o największym świadectwie jej życia, to jej pokój,
radość i niewzruszona ufność. Zastanawiałem się nieraz, jak ja
zachowałbym się w podobnej sytuacji (...). Cierpiała, lecz w sercach
wszystkich tych, którzy opuszczali jej pokój,
zamieszkiwała nowa radość, której dotąd nie zaznali. Ileż to
razy sam wchodziłem do niej, pełen problemów, a niekiedy i
ciężkich zmartwień. Ona brała to wszystko na siebie, porozmawiała i ---
nie wiadomo jak --- przywracała ufność i wewnętrzną radość. Moc
zmartwychwstawania, która wypływa z wysokości Krzyża,
tworzyła nieustanny rytm wszystkich spotkań i rozmów z
Martą".
![]() |
1. Dziecko Boga | ![]() |
Marta Robin,
niektórzy słusznie nazywają ją
„Marta od męki Pańskiej”, przyszła na świat 13
marca 1902 roku w niewielkiej wiosce Châteauneuf-de-Galaure
(czyt.: Szatonef de Galor) 60 km na południe od Lyonu we Francji.
Sakrament Chrztu Świętego przyjęła w Wielką Sobotę 5 kwietnia 1902 roku
w kościele Saint Bonet-de-Galaure. Jej rodzice --- biedni
chłopi gospodarujący na niewielkiej farmie --- z trudem
zapewniali byt licznej rodzinie. Marta --- najmłodsza
spośród sześciorga rodzeństwa --- została
zapamiętana przez otoczenie jako pogodne, wesołe dziecko, lubiące
modlić się, tańczyć, śmiać się i żartować, choć była wątłego zdrowia.
Uczęszczała na katechizację i chodziła do szkoły podstawowej w
Châteauneuf wraz z innymi dziećmi tej wioski. Z
powodów zdrowotnych nie mogła jednak otrzymać świadectwa
ukończenia szkoły. Bierzmowana w wieku lat 9, do swej Pierwszej Komunii
Św. przystąpiła w Châteauneuf 15 sierpnia 1912 roku, a
uroczystą Komunię Św. przyjęła 21 maja 1914 roku w święto
Wniebowstąpienia.
Lubiła pomagać rodzicom w gospodarstwie. Gdy szła paść krowy zawsze
brała z sobą Różaniec. Była nad wyraz pobożna i miała
szczególne nabożeństwo do Najświętszej Panienki, nazywała Ją
pieszczotliwie „moja Mama”. W prosty
sposób wspominała swoje dzieciństwo, zwierzając się w
następujących słowach: „Zawsze ogromnie kochałam Dobrego Boga
i modliłam się do Maryi, a szczególnie lubiłam z Nią
rozmawiać”.
W wieku 2 lat Marta zapada na tyfus. Gdy miała 5 lat, jej ojciec
Józef Robin zawiesił na drzwiach drewniany Krzyż, lecz bez
figury Chrystusa. Na ten widok Marta zapytała:
--- A gdzie jest
Pan Jezus?
Tato odpowiedział:
--- Tam Go nie
ma.
Na to Marta:
--- W takim razie my tam
będziemy.
Czy już wtedy, mówiąc te słowa, mogła
przypuszczać, jakie będzie jej dalsze życie?
Niestety rok 1918 zapowiadał się pesymistycznie. Wówczas
16-letnia Marta zaczęła wyraźnie podupadać na zdrowiu. Miewała silne
bóle głowy, nie rzadko połączone z utratą przytomności.
Lekarze jednak nie potrafili postawić jednoznacznej diagnozy, byli
bezradni.
Pod koniec listopada Marta upadła w kuchni i wkrótce okazało
się, że to paraliż nóg. Stan jej zdrowia raz pogarszał się,
raz polepszał. Jednak 2 grudnia musiała na kilka miesięcy położyć się
do łóżka, a lekarze, nie mogąc nic zaradzić, rozkładali
ręce.
Zadziwiającym jest niezwykłe zdarzenie z 1921 roku, kiedy to odwiedził
ją ksiądz proboszcz. Marta podczas rozmowy straciła przytomność.
Obudziła się dopiero po miesiącu. To wszystko było już przygotowaniem
do tego, co miało wkrótce nastąpić.
![]() |
2. Pierwsze Objawienie i jego owoce | ![]() |
Dnia 20 maja 1921 roku doszło do niezwykłego wydarzenia.
Otóż Alicja, śpiąca w izbie obok chorej siostry Marty,
obudziła się, widząc intensywne światło w pokoju, i spytała Martę:
--- Co to za światło?
Odpowiedź była zaskakująca:
--- Tak, to piękne światło, ale ja widziałam też Najświętszą
Dziewicę.
To było pierwsze z licznych Objawień, jakie Marta
miała w swoim długim 79-letnim życiu.
Po tej wizji nastąpiła czasowa poprawa jej stanu zdrowia do tego
stopnia, że udała się z pielgrzymką w okolice Chateauneuf-de-Galaure.
Marta sądziła, że została całkowicie uzdrowiona i nawet nosiła się z
zamiarem wstąpienia do Karmelu tak jak jej ideał św. Tereska z Lisieux.
Jednak pod koniec listopada powróciły bóle
nóg i paraliż dolnych kończyn. Tym razem choroba
definitywnie zmogła jej młode ciało.
Leżąc
w
łóżku, modliła się na Różańcu, haftowała,
czytała Ewangelię, książki przeważnie z dziedziny życia mistycznego,
żywoty świętych. Notowała myśli, które ją
szczególnie uderzały: „Miłość niczego
nie
potrzebuje, jedynie tego, by nie napotykać na
opór”; „Trzeba, abyś
była w stanie
nieustannej ofiary”. Pewnego dnia po odłożeniu
książki
usłyszała wewnętrzny głos:
„Dla ciebie to będzie
cierpienie”.
Otwierając ponownie książkę uderzyło ją inne zdanie: „Bogu
trzeba oddać wszystko”.
Choć myśli te stopniowo wnikały do samej głębi jej duszy, Marta wciąż
rozumowała jak przeciętna dziewczyna, bała się cierpień, uciekała od
nich, a kiedyś nawet powiedziała: „Biłam się z
Bogiem”. Gdy jednak przeczytała kiedyś w swoim modlitewniku:
„Dlaczego szukasz pokoju, kiedy stworzona jesteś do walki,
dlaczego szukasz przyjemności, kiedy stworzona jesteś do
cierpienia”, poczuła wyraźnie, że słowa te są skierowane do
niej. Długo się z nimi zmagała.
W listopadzie 1923 roku z jej parafii wyruszała pielgrzymka do Lourdes.
Marta pokładała w tym wydarzeniu ostatnią nadzieję na wyzdrowienie. Gdy
jednak dowiedziała się, że jedna z chorych parafianek bardzo pragnie
tam pojechać, ustąpiła jej miejsca. Choć dla Marty była to ostatnia
szansa na odzyskanie sił, nie pojechać do Lourdes znaczyło zrezygnować
z nadziei na uzdrowienie.
Marta jednak nie upadła na duchu. Stojąc wobec pytania o sens swojego
powołania, powoli zaczęła odkrywać, że jest wezwana do tego, by jako
osoba świecka czynić nieustannie swe życie ofiarą dla Kościoła i świata
w zjednoczeniu z Jezusem Ukrzyżowanym.
Przełom
w jej życiu duchowym dokonał się podczas misji parafialnych w
1928 roku: „Najświętsze Serce Jezusa na Krzyżu wybrałam jako
wzór do naśladowania w życiu”. Odtąd postanowiła
być małą hostią Jezusa składaną nieustannie na ołtarzu, ofiarując
cierpienia za potrzebujących, grzeszników i cały świat:
„Chcę wykupić dusze nie złotem lub srebrem, ale monetą mojego
cierpienia w zjednoczeniu z Chrystusem i Maryją”.
W roku 1926 jej ogólny stan zdrowia pogorszył się do tego
stopnia, że już oczekiwała nieuchronnej śmierci. Marta nawet zapadła w
śpiączkę która trwała 3 tygodnie. Gdy się obudziła
powiedziała: „Sądzę, że nie umrę”, potem dodała:
„Widziałam świętą Teresę”. Później
jeszcze raz przyszła do niej św. Teresa od Dzieciątka Jezus,
umożliwiając dokonanie wyboru: Marta mogła od razu pójść do
nieba albo przyjąć cierpienie w intencji odrodzenia Kościoła i życia
chrześcijańskiego we Francji. Postanowiła złożyć ofiarę ze swego
cierpienia.
15 października 1925 roku, w święto św. Teresy z Awila Marta
napisała:
„Akt
ofiarowania się Bogu: Panie, mój Boże, o
wszystko poprosiłeś swą małą służebnicę, weź więc i przyjmij wszystko.
W dniu dzisiejszym oddaje się Tobie bez reszty, o umiłowany mojej
duszy! To jedynie Ciebie pragnę i dla Twojej miłości wyrzekam się
wszystkiego. Kocham Cię, błogosławię Cię, uwielbiam Cię, całkowicie
oddaje się Tobie, w Tobie się chronię. Ukryj mnie w Sobie, gdyż moja
natura drży pod brzemieniem okrutnych doświadczeń, jakie zewsząd mnie
przygniatają i dlatego, że ciągle jestem sama. Mój
umiłowany, pomóż mi, zabierz mnie ze Sobą. To jedynie w
Tobie pragnę żyć i jedynie w Tobie umrzeć. Pomóż
mi!”
![]() |
3. Ogrom Łaski i cierpienia | ![]() |
W
1927 roku
cierpienia Marty nasiliły się jeszcze bardziej.
Teraz obejmowały bóle głowy, nóg, ramion i
pleców, a w 1928 roku dotknęła ją całkowita blokada krążenia
w kończynach, co oznaczało, że odtąd po kres swojego życia będzie leżeć
w łóżku. Jakby tego było mało Marta postanowiła odtąd leżeć
na zgiętych kolanach. Tak niewygodną pozycję można jakoś znieść przez
godzinę, ale trudno wyobrazić sobie, że ktoś tak przeleżał 47 lat. Już
same leżenie w łóżku w całkowitej bezczynności jest bardzo
dużym cierpieniem, a przecież Marta nie mogła przechylić się nawet na
bok, każdy dotyk sprawiał jej ból. Tak więc ta kobieta
przeleżała 47 lat w jednej pozycji, na plecach, ze zgiętymi kolanami, z
głową przechyloną w lewą stronę.
Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie ogrom tych cierpień? Marta Robin
cierpiała dodatkowo na wiele innych sposobów. Najbardziej w
tym wszystkim zadziwiający jest fakt, że w ogóle nie spała,
nie jadła i nie piła, kompletnie! A przecież nie została podłączona do
kroplówki i nikt jej nie przemycał pożywienia. Ponadto była
obserwowana przez sceptyków. Jakiekolwiek więc podjadanie
zostało całkowicie wykluczone! Marta nie mogła nic pić. Mimo iż wlewano
jej wodę do ust, woda spływała na tackę, tak więc Marta nic nie piła,
bo nie była w stanie. Wiadomo, że przeciętny człowiek bez pożywienia
przeżyje około 40 dni, bez wody znacznie krócej, gdy
odbierze mu się sen nie jest w stanie przeżyć tygodnia, ale jak można
kompletnie nic nie jeść, nic nie pić, nie spać i przeżyć w tym stanie
52 lata. Nikt nie miał i do tej pory nie ma naukowego wytłumaczenia
tego fenomenu.
Marta nie była w stanie nic przełknąć, a jednak jakimś cudem wchłaniała
konsekrowaną Hostię. To był jej jedyny Pokarm przez 52 lata. Jak to
wytłumaczyć? W każdy czwartek o. Finet przynosił jej Ciało Jezusa
ukrytego w Hostii. Marta mogła przełknąć tylko ten jedyny Pokarm.
Kiedyś ktoś napisał, że Marta Robin była w stanie postu
eucharystycznego, lecz to nie jest prawdą! Post człowiek sobie wybiera,
natomiast Marta choćby nawet nie wiem jak chciała, nie była w stanie
zacząć jeść. To było dla niej bardziej Przeznaczenie niż post.
Kolejnym
zadziwiającym zjawiskiem było to, że
Hostia sama wędrowała do
ust Marty. Wystarczy, że kapłan zbliżył Ciało Chrystusa do jej ust, a
Ono samo, jakimś cudem, wyrywało się mu z palców i wędrowało
prosto do ust chorej. Nieraz Hostia przemierzała odległość nawet 20 cm
zanim trafiła do ust Marty. To wszystko niezbicie dowodzi, że Jezus
Chrystus Zbawiciel wszechświata jest rzeczywiście obecny Ciałem i Krwią
w opłatku konsekrowanej Hostii.
Warto również zapamiętać zadziwiający fragment wspomnień ks.
Marzioux. Otóż w lutym 1939 roku, gdy rozmawiał z Martą, w
pewnym momencie chora powiedziała ożywionym głosem: „Jezus
już przyszedł”. Choć nie było słychać szczekania psa
zapowiadającego przybycie wieczornego gościa, po chwili do pokoju
wszedł ks. Finet, przynosząc Komunię Świętą.
Całe życie Marty to ciągłe udowadnianie, że Bóg
istnieje, że
jest realnie, a nie symbolicznie obecny w opłatku konsekrowanej Hostii,
że Jezus Chrystus umarł za nas na Krzyżu dla naszego zbawienia.
Bóg w swojej wszechmocy jest niepojęty dla naszego ludzkiego
rozumowania, a cudów, które miały miejsce w życiu
tej kobiety nie da się inaczej wytłumaczyć jak interwencją samego Boga.
Oczywiście, że dla ciebie i dla mnie 2+2 zawsze da oczywisty wynik
cztery, ale u Boga jest inaczej. My ludzie żyjemy oczywistymi dla nas
regułami, lecz Bóg łamie wszelkie możliwe bariery i zasady
--- tak naprawdę to, co niemożliwe staje się wówczas
możliwe!
![]() |
4. „Czy chcesz być jak Ja?” | ![]() |
Dnia 2 lutego 1929 roku Marta straciła władzę w ramionach i
odtąd nie będzie mogła już haftować. Natomiast w czerwcu paraliż
zaatakował jej dłonie, co uniemożliwiło przesuwanie
paciorków Różańca. Stan zdrowia Marty bardzo
pogarszał się i rodzina przeczuwała jej rychłą śmierć. Jednak
opatrzność Boża czuwała na nią jeszcze 50 lat, bardzo płodnych lat,
podczas których Marta wyrwała szatanowi niezliczoną ilość
dusz.
We wrześniu 1930 rok, ukazał się jej Jezus i zapytał: „Czy
chcesz być jak Ja?” Co prawda Marta już wcześniej wyraziła w
„Akcie ofiarowania” swoje całkowite oddanie Bogu,
ale i tym razem pokornie i z ufnością powiedziała:
„Tak”. Tu widzimy bardzo wyraźnie, że
Bóg nie jest tyranem i nie robi nic wbrew ludzkiej woli.
Maryja Dziewica też kiedyś wyraziła swoje „fiat”,
bez czego nie stałaby się Matką Zbawiciela. A więc Dobry i Miłosierny
Bóg zawsze liczy się z wolą człowieka.
Jezus,
zwracając się do Marty --- „Moja córeczko
ukrzyżowana z miłości”, obdarzył ją niezwykłą Łaską: odtąd
Marta zaczęła wpadać w stany mistyczne. Działo się to w każdy czwartek,
po przyjęciu Jezusa Eucharystycznego. Wtedy to, aż do niedzieli, była
całkowicie wyłączona dla otoczenia. Trudno dziś cokolwiek powiedzieć na
temat tych mistycznych stanów. Marta bowiem nie zwierzała
się z tego nikomu. Wiadomo tylko, że przeżywała wówczas
Mękę, tak jakby była na Golgocie. Z jej oczu spływała krew, na czole
miała ślady po koronie cierniowej, a na swoim ciele ślady
stygmatyzacji. Marta każdego czwartku wieczorem bardzo drżała ze
strachu. Wszystko wskazywało na to, że przeżywała fizycznie i
psychicznie, w sposób realny, Mękę Jezusa, począwszy od
Ogrójca, aż po śmierć na Golgocie. Pewnego dnia Marcie
ukazał się Jezus mówiąc: „To ciebie wybrałem, abyś
przeżywała moją Mękę w sposób najpełniejszy od czasu mojej
Matki i nikt po tobie nie będzie jej przeżywał w Kościele w takiej
pełni. Abyś mogła przeżywać ją całkowicie, nigdy nie zaśniesz, coraz
bardziej postępując w cierpieniu. Spać znaczyłoby porzucić cierpienie.
Będziesz cierpieć coraz bardziej”.
Cóż działo się w ciągu tysięcy nieprzespanych nocy?
Spełniało się jej pragnienie, jakie wyraziła w swym akcie całkowitego
zawierzenia woli Bożej:
"Najdroższy mój Zbawicielu! Przyjmij
moją ofiarę całopalną, jaką nieustannie składam Ci w ciszy. Zechciej
przemienić ją w dobra duchowe dla tylu milionów serc,
które Ciebie nie kochają; przyjmij ją dla
nawrócenia grzeszników, powrotu błądzących i
niewiernych, i dla uświęcenia Twych najdroższych kapłanów
[...]". Podczas, gdy wielu spoglądało na nią z
politowaniem, sama Marta
doświadczała niepojętego dla świata szczęścia, płynącego z zacieśniania
swych więzów z Bogiem. Jakże
czymś wspaniałym jest Wiara:
wierzyć wtedy, gdy się nie widzi, wiedząc tylko to, że "Bóg
powiedział". Wiedza bez widzenia zapala w duszy światło,
którego promienie pozwalają nam odkryć wielki świat, jaki
nosimy w sobie, a którego istnienia nawet nie
przeczuwaliśmy. Marta nie mogła przełknąć nawet kropli
wody, a jednak
przyjmowała Komunię Świętą. Był to jej jedyny pokarm przez ponad
pół wieku. Jakiekolwiek oszustwo w tym względzie zostało
wykluczone przez wielu lekarzy, którzy z wielką
skrupulatnością czuwali nad nią i badali jej zachowanie.
Proboszcz tutejszej parafii nakazał zachować absolutne
milczenie w
sprawie wydarzeń, jakie miały miejsce w Chateauneuf-de-Galaure. Wieści
jednak rozchodziły się po całej okolicy. Do domu Robinów
zaczęli przybywać ludzie, jedni żeby się pomodlić, inni z czystej
ciekawości. Znamiennym stał się fakt, gdy kiedyś odwiedziło Martę troje
młodych ateistów, jeden mężczyzna i dwie kobiety. Przyszli
tylko po to, aby ją wyśmiać. Marta przywitała ich słowami:
„Tak to prawda, jestem śmiechu godna”. To był
początek rozmów, których owocem było
nawrócenie ateistów i to, że cała
trójka wstąpiła do surowych zakonów. Mężczyzna
wstąpił do Trapistów, dwie kobiety do Karmelu.
Marta miała wiele darów, wiedziała, co zawiera
list, zanim
go otworzono, potrafiła przewidywać przyszłość, posiadała dar bilokacji
i proroctwa. Dzięki ofierze Marty zarówno mieszkańcy
Chateauneuf-de-Galaure jak i całego regionu Drome zaczęli się stopniowo
nawracać. Trzeba podkreślić, że w tamtych czasach w całej okolicy
panował stan ogólnej niewiary. Martę zaczęto nazywać
„świętą”.
Gdy w roku 1939 wojska hitlerowskie przekroczyły granicę francuską,
Marta uczyniła kolejną ofiarę z siebie --- oddała Bogu
swój wzrok w intencji ocalenia Francji. Jej prośba została
wysłuchana i Marta przestała widzieć. Od 1939 roku aż do śmierci w 1981
roku (42 lata) Marta przebywała stale w półmroku, jej
pokój został zaciemniony, okiennice zamknięte, nawet ściany
pomalowano na brązowo. Najmniejszy promień światła zadawał jej
ból nie do zniesienia. Z tego okresu nie ma ani jednego
zdjęcia Marty, dopiero po jej śmierci wykonano kilka.
W 1951 roku (8 sierpnia) Erni --- rodzony brat Marty --- przy
użyciu
swojej myśliwskiej strzelby popełnił
samobójstwo. Trudno jednoznacznie ustalić, co było przyczyną
tak desperackiego czynu. Wiadomo, że Erni cierpiał na silne
bóle nerwu twarzowego. Marta swoimi cierpieniami znacznie
przewyższała dolegliwości swojego brata, a mimo to trwała w
Przeznaczeniu do końca, prosząc Pana o nowe cierpienia.
Cała sprawa z Martą Robin z ludzkiego punktu widzenia wyglądała (i
wciąż wygląda) paradoksalnie. Marta, mimo potwornych cierpień, była
szczęśliwa, choć trudno to zrozumieć przeciętnemu człowiekowi. To
szczęście wypływało nie skądinąd jak ze świadomości złączenia z Bogiem.
Marta pragnęła cierpieć, ponieważ wiedziała, że cierpienie będzie
postępem w miłości. Pragnęła obarczać się nowymi cierpieniami, bo
widziała w tym wszystkim głęboki, wymowny sens, w którym my
przeciętni (letni) chrześcijanie nie widzimy nic, poza
„niepotrzebnym kolejnym cierpieniem”. Dla Marty
cierpieć oznaczało bardziej służyć Bogu, jeszcze mocniej Go kochać.
Obarczała się więc cierpieniami innych, zwłaszcza zatwardziałych
grzeszników. Żyła miłością najtrudniejszą, czyli najbardziej
bezinteresowną, nie lękającą się ponieść ofiary za innych. Należy przy
tym pamiętać, że Marta była tylko słabym człowiekiem, ale całkowicie
oddanym Bogu. Cierpienia przeżywała na swój
sposób, płacząc, i wielokrotnie popadając w stany załamania,
ale bez utraty Wiary, Nadziei i Miłości.
Po jednej z luźnych rozmów o życiu mistycznym zmęczona
powiedziała Jeanowi Guittonowi: „Jakże jesteśmy do siebie
podobni! Pan przykuty jest do swoich myśli, jak ja do cierpienia. No,
ale trzeba spróbować się poodkuwać, trochę się
rozerwać”. Jej głos załamał się: „Która
godzina? Dla mnie jest zawsze noc, zawsze ból”.
W 1927 roku odwiedziła ją pewna młoda dziewczyna. Oto jej relacja:
„Powiedziałam jej o tym, że mam zamiar wstąpić do zakonu,
wtedy w Marcie obudziłam rozdzierający żal. Marta siedziała na brzegu
łóżka, płakała i trzymała mnie w ramionach. Byłyśmy wtedy
same w domu, wszyscy poszli w pole, Marta bała się zostawać sama,
powtarzała z rozpaczą: »Nie nadaję się do
niczego!«”.
Jeden z najtrudniejszych okresów wystąpił w latach 1978-81.
Największą miłością jest to, gdy ktoś swoje życie oddaje za
innych, nie mniejszą miłością jest to, gdy ktoś dobrowolnie (Marta dała
przyzwolenie) poświęca się w skrajnych przeszło półwiecznych
cierpieniach.
![]() |
5. Swąd szatana | ![]() |
Szatan nigdy nie lubił świętości, ofiary, tego, że mu się
zabiera dusze. Marta jak wielu mistyków czy świętych nie
była wolna od jego działań. Zły duch nawiedzał ją, dręczył i
maltretował duchowo i fizycznie.
Marta
ciągle
odczuwała pragnienie picia, lecz niestety nie była w
stanie przełknąć nawet kropli, co potęgowało jej i tak bardzo duży
ogrom cierpień. Ponadto szatan dręczył ją, odkręcając kran. Marta
słyszała plusk płynącej wody i było to dla niej ciężką torturą. Nie
spała, a przecież sen dla chorego jest skuteczną ucieczką od przykrej
rzeczywistości, jest wybawieniem. Szatan wielokrotnie poddawał w
wątpliwość jej ofiarę, sugerował jej, że to wszystko nie ma sensu, że
te wszystkie dusze i tak zostaną potępione, że jej ojciec duchowy o.
Finet nie chce mieć z nią nic wspólnego. U Marty to wszystko
potęgowało cierpienie. Często pytała ojca Fineta czy to prawda?
Szatan obchodził się z Martą bardzo brutalnie, uderzał ją fizycznie.
Nie rzadko bywało tak, że o. Finet, gdy przychodził do domu Marty,
zastawał ją leżącą na podłodze, pobitą i posiniaczoną. A przecież Marta
była całkowicie sparaliżowana, nie mogła się nawet obrócić
na bok leżąc w łóżku. Zdarzało się nieraz, że szatan uderzał
jej głową o ścianę. Nikt inny nie mógł tego uczynić, gdyż
tylko o. Finet miał klucze do jej domu. Często bywało, że o. Finet
przychodził z kimś do Marty, już przed drzwiami było słyszeć jakieś
odgłosy, jakby walki. Na fotografiach pokoju Marty można zauważyć
leżący na podłodze przy łóżku gruby materac. Położono go po
to, aby ograniczyć moc, z jaką szatan rzucał ją o podłogę. Zdarzało się
też, że ataki następowały w obecności o. Fineta i osób
przybyłych. Świadkowie tych zdarzeń byli zbulwersowani tym, co się
działo. Szatan tak ją mocno i na różne sposoby maltretował,
że aż pewnego dnia skręcił jej kark. Ból był przerażający.
O jej zmaganiach z szatanem opowiadali liczni świadkowie. Kanonik
Berardier, proboszcz z parafii św. Ludwika w Saint-Etienne,
uczestniczył w takiej „walce” w sierpniu 1942 roku,
w towarzystwie ojca Fineta i dr. Ricarda. Marta jęczała cicho, ale
boleśnie. Kiedy zebrani zaczęli odmawiać Różaniec, jej ciało
zostało gwałtownie ciśnięte najpierw w prawo, a potem w lewo. Marta
uderzyła głową o mebel znajdujący się między jej łóżkiem a
ścianą. A przecież była sparaliżowana. Jak to możliwe, żeby odzyskiwała
władzę w ciele w czasie stanów nieświadomości? Wydawało się
oczywiste, że to zły duch.
Doktor Ricard znalazł kiedyś wyraźne ślady duszenia. Następnego dnia
usłyszano, jak Marta wydawała charczące dźwięki, jak ktoś, kogo
ściskają za gardło i kto się dusi. Wiele razy mówiła swojemu
kierownikowi duchowemu, że to demony, które krążą
wokół niej i próbują ją udusić, i że jest ich
legion.
Innym razem, w czasie rozmowy z dr. Alanem Assaillym, specjalistą od
stanów mistycznych, i ojcem Finetem, Marta nagle bardzo
mocno uderzyła głową o mały mebel ustawiony po lewej stronie
łóżka. Powtarzało się to z zadziwiającą prędkością. Doktor
próbował złagodzić uderzenia, przytrzymując Martę za
ramiona. Z przerażeniem poczuł, że to wątłe ciało było miotane niczym
całkowicie bierna, żałosna, rozwalająca się kukła. Twierdził potem, że
ruchy te w niczym nie przypominały drgawek histerycznych,
które wielokrotnie oglądał w swojej długiej praktyce
lekarskiej.
Dnia 2 listopada 1928
roku Marta Robin została przyjęta do III
Zakonu św. Franciszka, a następnej nocy szatan uderzył ją z wściekłości
pięścią tak mocno, że wybił jej dwa zęby. Władca ciemności nienawidzi
bowiem tych, którzy składają siebie w ofierze za ocalenie
dusz.
Marta Robin zakończyła swe życie bardzo zagadkową śmiercią.
Nie umarła
ze starości. Był to jeden z niewielu bardzo rzadkich zgonów,
w których Bóg dopuścił, aby szatan odebrał
człowiekowi życie. Było to 6 lutego 1981 roku. Gdy o godz. 17:00 o.
Finet wszedł do pokoju przeraził się. Marta leżała na podłodze,
wokół niej były porozrzucane różne przedmioty.
Chwycił Martę podniósł, lecz ona już nie żyła. Do końca
toczyła dobrą walkę dla Chrystusa. Ojciec Finet nie mógł się
powstrzymać od płaczu także i na pogrzebie, który odbył się
12 lutego. Martę pochowano w Saint-Bonnet-de-Galaure obok
rodziców, brata i sióstr.
W uroczystościach pogrzebowych w Ognisku w Châteauneuf
uczestniczyli ojcowie i świeccy członkowie Ognisk z całego świata,
pięciu biskupów, ponad dwustu kapłanów i osiem
tysięcy wiernych przybyłych z całego świata. Marchand, biskup Palence,
który przewodniczył koncelebrze, komentował słowa świętego
Jana: „»Jeśli
ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie
obumrze, zostanie tylko samo, ale jeśli umrze, przynosi plon
obfity« (J 12,24). Marta była owym ziarnem pszenicy, a jej
pełne ofiary życie zanurzeniem w cierpieniu, tak jak to jest teraz w
jej śmierci. Ale to zanurzenie było także radością daru i radością
spotkania. Każdy powinien zająć swoje miejsce w Kościele: każdy ze
swymi darami. Marta dobrze odnalazła swoje miejsce. Możemy jej oddać
cześć za jej wyczucie Kościoła i za jej miłość do Kościoła
diecezjalnego i powszechnego. Świadcząc o absolucie Boga, zawsze
chciała być córką Kościoła. Chciała to jednak przeżywać w
dyskrecji i pokorze.
[…] Owoc
jaki ona przynosi, jest owocem na chwałę Ojca. Tak
więc zgłębiając coraz bardziej to, co przeżyła Marta i jednocząc się z
tym ciągle żywym źródłem, Ogniska powinny przyjmować
nieustannie to, do czego są powołane. Znajdujemy tam inspirację,
która je ożywia i jednoczy pomimo wszystkich ich
zewnętrznych różnic. Tworzy ona specyficzne powołanie Ognisk
Światła i Miłości, istniejących w Kościele dla odnowy świata, w
promieniowaniu Maryi w Jezusie Chrystusie na chwałę Ojca”
.
![]() |
6. Wielkie Dzieło Miłości | ![]() |
10 lutego 1936 roku, w wigilię święta Najświętszej Maryi Panny
z Lourdes, Marta spotkała księdza Georges Finet, kapłana,
którego Bóg wybrał, aby wraz z nią służył
„Wielkiemu Dziełu Jego Miłości” --- tj.
Ogniskom Światła i Miłości.
Ojciec Finet został poproszony, aby zaniósł obraz Maryi
Wszechpośredniczki Łask do szkoły w Châteuneuf, albowiem
takie było życzenie Marty. (Marta prosiła proboszcza, księdza Faure,
aby założył tę szkołę w 1933 roku). Z tej okazji ksiądz Georges Finet
został zaproszony przez ks. Faule, aby poznał Martę. Ta rozmowa między
Martą a księdzem Finet była decydująca. W pierwszej godzinie rozmowy
Marta opowiadała mu o Najświętszej Maryi Pannie w słowach,
które go bulwersowały. W drugiej godzinie rozmowy Marta
zapowiedziała odnowienie Kościoła, który w przyszłości
odnajdzie na nowo swój kształt i specyfikę z pierwszych
wieków poprzez rozkwit apostolstwa świeckich. Świeccy byliby
formowani w rozlicznych ośrodkach, a mianowicie Ogniskach Światła i
Miłości. Podczas trzeciej godziny rozmowy Marta odsłoniła księdzu Finet
zadanie, które muszą podjąć razem dla Dzieła powierzonego
jej przez Pana. O tym spotkaniu i prośbie ojciec Finet powiadomi swego
arcybiskupa w Lyonie oraz swoich przełożonych.
Oto jak Marta relacjonowała powierzone jej przez Pana wielkie
Dzieło
Jego Miłości: „Jezus
powiedział mi o wspaniałym Dziele,
które chce tutaj zrealizować dla chwały swego Ojca, dla
rozszerzenia Jego Królestwa w całym Kościele i dla
odrodzenia całego świata poprzez religijne nauczania, które
by się tutaj dokonywało, a którego nadprzyrodzone i Boże
działanie rozciągałoby się na cały świat. Dziełu temu powinnam się
oddać w sposób szczególny, zachowując Jego
polecenie i Jego boskie wskazówki. Miałam to robić pod
przewodnictwem kapłana, którego według swego zamysłu
uprzednio wybrał w swoim Sercu dla jego zbudowania i,
któremu dałby pewnego dnia wiernych, i oddanych
współpracowników, aby go wspomagali w
odpuszczaniu grzechów, w nauczaniu i karmieniu dusz oraz w
prowadzeniu ich do Jego Miłości […].
Moja Najświętsza
Matka, która będzie Królową
chwalebnie miłowaną i słuchaną w tym Ognisku mojej Miłości, i
które Ona sama poprowadzi dzięki swej macierzyńskiej
obecności, dozna tam prawdziwego triumfu, który rozszerzy
się daleko i będzie znany w najodleglejszych zakątkach ziemi.
Potem Jezus
mówił mi powtórnie o swoim dziele:
jego powstanie będzie schronieniem dla wielu ludzi udręczonych,
którzy przybędą, aby czerpać tam pocieszenie i nadzieję
[…].
Chcę, aby to Dzieło
było wspaniałym Ogniskiem Światła i Miłości, domem
Mojego Serca otwartym dla wszystkich”.
Sama Marta postrzegała Ogniska jako wpisane w „Nową
Pięćdziesiątnicę Miłości”, która będzie
odnowieniem całego Kościoła i będzie służyła odrodzeniu całego świata.
Ognisko zaczęło realnie istnieć od momentu, kiedy Jezus posłał do Marty
kapłana, którego przygotował do tego Dzieła swojej Miłości,
w głębokim zjednoczeniu pomiędzy nimi dla chwały Boga i zbawienia
świata. Jezus podkreślał siłę tej więzi: „On nie będzie
mógł nigdy nic zrobić bez ciebie […]. Podobnie i
ty nie będziesz mogła nigdy niczego zrobić bez niego”.
Za zgodą swoich przełożonych, ksiądz Georges Finet zaczął w
poniedziałek 7 września 1936 roku w szkole w Chateauneuf pierwsze
rekolekcje trwające pełne pięć dni, w całkowitym milczeniu. 8 września,
w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, wieczorem pierwszego dnia
rekolekcji, ksiądz Finet, którego Marta prosiła o udzielenie
jej Komunii Św., zgodził się, że będzie nazwany
„ojcem”.
Dostrzegając oddziaływanie i owoce przeprowadzonych rekolekcji,
arcybiskup Lyonu przeznaczył ojca Finet do tego Dzieła. W czasie wojny
zostało zbudowane Ognisko w Châteauneuf --- miejsce
przyjmowania rekolektantów.
![]() |
7. Kontynuacja Odkupienia | ![]() |
Tą
schorowaną kobietę w ciągu jej życia odwiedziło przeszło
100 tysięcy osób, dla każdego z nich spotkanie z Marta było
nową nadzieją, inspiracją do lepszego życia. Każdy, kto opuszczał jej
pokój wychodził już inny, odmieniony. Ze znanych
Polaków Martę odwiedzili dominikanin o. Jan Góra
i jezuita o. Henryk Dziadosz.
Marta Robin pozostawiła po sobie wspólnoty
„Ogniska Światła i Miłości”, które
założyła przy pomocy swojego ojca duchowego ks. Fineta w 1936 roku. Są
to katolickie wspólnoty ochrzczonych kobiet i mężczyzn,
których zadaniem jest organizowanie pięciodniowych
rekolekcji oraz dni skupienia. Na całym Świecie jest ponad 70 takich
wspólnot, w tym w Polsce dwie.
Wciąż wielu z nas nurtuje pytanie, dlaczego Marta Robin, mimo swojego
bezwzględnego heroizmu, poświęcenia i świętości życia, nie jest jeszcze
ogłoszoną świętą? Marta Robin bezsprzecznie zostanie ogłoszoną świętą,
ale w takich przypadkach Stolica Apostolska nigdy się nie spieszy.
Obecnie są nadal studiowane zapiski Marty. Marta zostanie ogłoszoną
świętą nie prędzej jak w 2031 roku. Taki jest przepis watykański. Musi
bowiem upłynąć pół wieku od śmierci osoby, o
której istnieje opinia świętości. Tu widzimy jak dalece
dyskretnie i powściągliwie działa Watykan, który od samego
początku jest zainteresowany beatyfikacją Marty Robin.
Kościół Katolicki odnosił się do Marty bardzo przychylnie,
czemu wyraz dał papież Jan Paweł II mówiąc: „Dla
dzisiejszego świata Marta Robin jest kontynuacją Odkupienia”.
Musimy po prostu cierpliwie czekać i modlić się o beatyfikację i
kanonizację.
![]() |
8. Słodka praca | ![]() |
Jak wyglądał zwykły dzień Marty? Leżała w łóżku
zawsze w tej samej pozycji, na plecach, nigdy na boku, zawsze z
podkurczonymi nogami, co sprawiało jej ból. Ręce i nogi
miała sparaliżowane, ale ich bezwład nie oznaczał braku czucia.
Przeciwnie, nie można było jej nawet dotknąć bez spowodowania u niej
ogromnego bólu. Bolały ją różne części ciała.
Marta żyła w półmroku, każdy nawet najmniejszy promień
światła powodował u niej ból nie do zniesienia. Przez
przeszło pół wieku nie wychodziła z domu, nie opuszczała
swojego pokoju. Tak naprawdę to ta kobieta miała zdrowy tylko
mózg, reszta jej ciała była w opłakanym stanie. Nie mogła
nic pić, bo nie była w stanie, a przecież odczuwała silne pragnienie.
Nie spała, a przecież sen oznaczałby dla niej kilkugodzinną ucieczkę od
tej strasznej rzeczywistości, byłby dla niej prawdziwym wybawieniem.
Poza tym Martę nawiedzał szatan, który bił ją fizycznie.
Marta nie była w stanie się poruszyć, a szatan rzucał nią po pokoju,
uderzając jej głową o ścianę lub o podłogę. Tak ją maltretował, że aż
pewnego dnia skręcił jej kark. Miała uszkodzone kręgi szyjne. To się
powtarzało. Do tego wszystkiego dochodziły jeszcze cierpienia natury
duchowej. Szatan ciągle jej sugerował, że i tak ta cała ofiara jest na
darmo, że cierpi niepotrzebnie. Wmawiał jej również, że
ojciec Finet wyśmiewa stan i poświęcenie chorej. Ciągle pytała o.
Fineta, czy to prawda.
Marta miała prawdziwe noce duchowe, dosięgała samego dna tych nocy. To
jest tylko pobieżne, obrazowe stwierdzenie. Trudno bowiem precyzyjnie
powiedzieć, co ta kobieta czuła. Trzeba by choć przez dłuższą chwilę
tego doświadczyć, aby mieć jasny obraz jej odczuć. Marta nigdy nie
nosiła się z zamiarem samobójczym. Ilu z nas, letnich
chrześcijan popełniłoby samobójstwo w obliczu takich
cierpień?
Ktoś mógłby nawet zapytać, czy Marta była symulantką? Nie,
nie była! Nie da się bowiem grać jednej i tej samej roli ---
takiej Roli --- przez pół wieku. Można śmiało, bez
ryzyka, powiedzieć, że Marta Robin była jedną z najbardziej
kochających, największych, najszlachetniejszych kobiet,
która kiedyś powiedziała: „Jedna rzecz pozostaje
zawsze, i jest ona dostępna dla każdego: radość innych. Dać im trochę
więcej spokoju, otuchy, nadziei, wywołać uśmiech, to wszystko jest
słodka praca i nie trzeba do tego koniecznie stać na nogach, ani mieć
dobrego zdrowia. Wręcz przeciwnie. Nikt inny nie zrozumie tego lepiej
jak ten, kto wiele przecierpiał”.
![]() |
9. Marta Robin o Komunii Świętej i modlitwie | ![]() |
Kiedy Jean Guitton (ceniony filozof i pisarz) ośmielił się
zapytać, Marta mu odpowiedziała:
--- To jest całe moje pożywienie.
Zwilżają mi usta, ale nie mogę przełykać. Hostia przenika we mnie, nie
wiem jak. I wtedy doznaję wrażenia, którego nie potrafię
panu opisać. Nie jest to zwyczajny pokarm, to coś innego. Jakby moim
ciałem zawładnęło nowe życie. Całkowicie wypełnia je Jezus, jakbym
zmartwychwstała. A później tracę kontrolę. Odrywam się od
ciała, uwalniam się od niego.
--- Poza czasem?
--- Powtarzam panu, że tracę kontrolę.
Po
chwili ciszy dodała:
--- Komunia Święta to coś więcej niż
zjednoczenie. To stopienie się w jedno z Chrystusem.
Niektórzy z mistyków umieli rozpoznać,
czy
przyniesiona im Hostia była konsekrowana. Nie wiadomo, czy Marta to
potrafiła. Ale jedna z założycielek Ogniska [Miłości] w Chateaunuef,
Helena Fagot, opowiedziała kiedyś następującą dziwną historię. W jakiś
środowy wieczór, kiedy ojciec Finet nie mógł
osobiście przynieść Komunii Świętej, poproszono o to księdza
towarzyszącego pani Favre --- jednej z odwiedzających. Udali się więc
do
domu Marty. Wchodząc do jej pokoju, usłyszeli z ust Marty:
---
Tutaj nie ma Pana.
--- Jak to Marto? Jest,
w kustodii --- powiedział zbity z tropu ksiądz. Marta jednak
powtórzyła:
--- Pana nie ma.
Ksiądz
otworzył kustodię, która okazała się pusta!
W Ognisku
zapomnieli włożyć konsekrowaną Hostię. Natychmiast samochód
wrócił do Ogniska. Dalej Helena Fagot konkludowała:
--- Niepotrzebne były Marcie oczy, aby zauważyć obecność swojego
Ukochanego.
Po Komunii Świętej Marta odmawiała
swój Akt wdzięczności, w którym każde słowo ma
niebanalne znaczenie: „Panie, mój Boże, ogarnięta
Twoją Boskością kocham, szukam jedynie Ciebie. Niech stanę się całkiem
Twoja, wypełniona jedynie przez Ciebie, jak dziecko złączona z
Niepokalanym Sercem mojej ukochanej Mamy”. Później
zanurzała się w modlitwie.
Marta: "Jeśliby mnie zapytano, co lepsze: modlitwa czy Komunia Święta, odpowiedziałabym, że modlitwa. »Módlcie się, módlcie się nieustannie!« Jednak trudno o dobrą modlitwę i w dodatku nieustanną, jeśli serca nie wypełniają dobre myśli, owoc medytacji. Więcej ich potrzeba do modlitwy niż Komunii Świętej. Komunia jest aktem zewnętrznym, radością dla duszy, modlitwa sekretnym dialogiem Boga z duszą. Komunia nie zawsze wymaga cnoty, można przyjmować Komunię i grzeszyć. Codzienna modlitwa nie oznacza, że człowiek jest cnotliwy, dowodzi, że stara się, aby nim zostać. Można spotkać chrześcijan, którzy przystępują codziennie do Komunii i trwają w grzechu śmiertelnym. Ale nie ma duszy, która by się codziennie modliła i pozostawała w grzechu".
„Modlitwa
niezbędna jest do tego --- stwierdza Marta z
przerażającym poczuciem realizmu --- aby nie być i nie stać się
pobożną
nicością, z której szydzą demony”.
Kiedyś Marta wyznała: „Mam ochotę wołać
do tych,
którzy ciągle mnie pytają, czy na prawdę nie jem, że ja jem
więcej niż oni, ponieważ karmię się eucharystycznym Ciałem i Krwią
Jezusa. Chciałabym im powiedzieć, że to oni sami powstrzymują w sobie
efekty tego pokarmu [...]”.
Co myśleć na temat wymykających się z rąk kapłana hostii, spożywanych przez Martę bez połykania? Wbrew pozorom dziwaczności, zjawisko to potrafi wiele powiedzieć na temat wzajemnej relacji Marty i Chrystusa. Weźmy pod uwagę fakt, że Jezus pozostał w Eucharystii ze swego nieskończonego pragnienia zjednoczenia się z człowiekiem w Miłości. Dla każdego, kto rozpoznaje w Hostii żywą obecność Boga, przychodzącego jedynie z miłości --- moment, poprzedzający przyjęcie Komunii Świętej jest momentem gorącej tęsknoty. Otóż, jest to tęsknota dwóch osób i dwóch serc: Serca Bożego i serca ludzkiego, które nawzajem ku sobie się wyrywają. Hostia, wyrywająca się z rąk kapłana, to przecież sam Chrystus, dążący w pośpiechu na spotkanie ze stworzeniem, które umiłowało Go ponad wszystko i oczekuje na Niego z wielką tęsknotą. Radość człowieka z przyjmowania Komunii Świętej wypływa stąd, że jest to najpierw radość samego Boga. Dusza wie o tym, że Bóg niezmiernie się raduje, mogąc w niej zamieszkać. Skoro Bóg jest nieskończony, więc i Jego radość jest bez granic. Skoro Bóg nieskończenie raduje się we mnie --- jak wielka powinna być więc moja radość?!
W ostateczności, duchowe szczęście Marty wynikało z jej doświadczenia Boga, jako Boga niezmiernie szczęśliwego w jej duszy. To jest jedyny rodzaj szczęścia, o które nie potrzeba się bać, że się je utraci. Gwarancją jego trwałości jest nieodwołalna miłość Boga i Jego niegasnące pragnienie uszczęśliwienia swych stworzeń. Jedyna przeszkoda istnieje po stronie człowieka, a tkwi ona w wygasaniu wiary, które prowadzi do zaniku miłości, a w ostateczności --- do grzechu. Skoro więc początkiem prawdziwej radości jest radość Boga, który zamieszkuje w kochającej Go duszy, nie trudno pojąć, dlaczego jedynym staraniem Marty było wzrastanie w prawdziwej miłości. Jeśli potrafiła znosić swoje cierpienie bez buntu i zgorzknienia, to tylko dlatego, że w przeróżnych cierpieniach widziała największą szansę na postęp w Miłości. Co więcej, pragnąc obarczyć się cierpieniami innych, a zwłaszcza grzeszników, pragnęła żyć Miłością doskonałą. Taka miłość właśnie najbardziej upodobniła Martę do Chrystusa, czego wyrazem były stygmaty Męki, jakie na sobie nosiła.
Marta --- egoistka, szukająca za wszelką cenę szczęścia?
Masochistka --- ponieważ heroicznie podejmowała cierpienia
innych? Jeśli tak, to jak wówczas wytłumaczyć fakt, że ta
sama Marta zapalała w innych iskrę radości i szczęścia?
Żyć przez 50 lat o samej Komunii Świętej --- to niewątpliwy
cud. Ale skłania on do refleksji na temat cudu zupełnie
niewypowiedzianego, jakim jest nowe życie, które rodzi się w
nas dzięki Eucharystii. Okaże się ono w całej pełni przy
Zmartwychwstaniu, gdy spełni się obietnica Jezusa: „Kto
spożywa moje Ciało i Krew moją pije, nie umrze, lecz będzie żył na
wieki”. Aż do tego czasu, skarb życia wiecznego, poczętego z
Eucharystii, będziemy przeżywali w samej wierze. Lecz wygląda na to, że
poprzez „znak” Marty Jezus pragnie wzmocnić naszą
wiarę. W znaku tym niejako „zmysłowo” dotykamy
prawdy, że Eucharystia, że sam Bóg jest jedynym i
wystarczającym źródłem ludzkiego istnienia. Nie potrzeba wam
innego pokarmu, kiedy Ja sam was karmię moim Ciałem --- zdaje
się On mówić. W istocie rzeczy, z eucharystycznych przeżyć
Marty wydobywa się orędzie samego Jezusa: Abyście wierzyli, że nie
ziemski pokarm i napój, lecz tylko moje Ciało i Krew dadzą
wam prawdziwe Życie. Któż wzgardziłby tym
szczególnym zaproszeniem do Wiary? Któż nie
potrzebowałby jej wzmocnienia w atmosferze powszechnego
„szaleństwa” na punkcie materialnej troski o ciało?
![]() |
10. Informacja Francuskiej Komisji Diecezjalnej ws procesu kanonizacyjnego Marty Robin | ![]() |
Wiele osób zadaje pytania w sprawie przypadku Marty
Robin. Zawsze zachowywaliśmy pewną dyskrecję w sprawie
postępów tej pracy, nie chcąc, żeby kult publiczny był
oddawany Marcie przed orzeczeniem Kościoła. Jednakże obecnie nowy etap,
w jaki weszła ta sprawa daje okazję, żeby to uczynić.
Zaraz po śmierci Marty, 6 lutego 1981 roku, zostało podjęte gromadzenie
dokumentacji dotyczącej jej osoby. Kilka lat wcześniej Marta przekazała
ojcu Finet swe osobiste pisma. Zostały one uporządkowane. Potem, po
upływie 5 lat, wymaganych przez Prawo Kanoniczne, biskup Valence, J. E.
Marchand na prośbę Ognisk Miłości zainicjował proces beatyfikacyjny
Marty. Obecnie każdy proces beatyfikacyjny składa się z
dwóch etapów realizowanych w:
Za prawidłowy przebieg procedury lokalnej odpowiada miejscowy
biskup,
który działa w łączności z Rzymem. Ten etap, w przypadku
Marty, trwał od 1986 do 1996 roku. Rozpoczęto od ukonstytuowania
trybunału, któremu przewodniczył emerytowany biskup Autun,
J. E. Bourgeois. Trybunał wezwał i przesłuchał pod przysięgą 100
świadków. Postulatorem (adwokatem) był o. Jacques Ravanel, a
wice-postulatorem o. Bernard Peyrous. Towarzyszyli im członkowie
Ogniska z Châteauneuf-de-Galaure. W tym samym czasie
mianowano ekspertów (teologów,
historyków, lekarzy), którzy rozważali sprawę
Marty: wszystkie jej pisma, wszystkie możliwe świadectwa, wszystkie
archiwalne materiały. Ten ogrom pracy zakończył się sformułowaniem
raportu określającego powagę i możliwość uznania jej przypadku za
wyjątkowy. Zatem procedura, którą miał wykonać
Kościół we Francji, została zakończona w Uroczystość
Zesłania Ducha Świętego 27 maja 1996 roku w obecności
członków komisji. Po czym odwieziono do Rzymu 25 ważnych
raportów.
Obecnie trwa rzymska część procesu beatyfikacyjnego, która
najprawdopodobniej zakończy się sformułowaniem doniesienia o
heroiczności cnót Marty Robin. Do tej części procesu Ogniska
Miłości wyznaczyły postulatora --- członka Wspólnoty
Emmanuel oraz wice-postulatorkę --- Marię Teresę Gille, stojącą
na czele Szkoły Dziewcząt w Châteauneuf. Jeśli zatem uzna
się, że Służebnica Boża żyła w obecności i pod natchnieniem Ducha
Świętego, wtedy procedura będzie kontynuowana. Dla ogłoszenia Marty
Błogosławioną będzie potrzebny dowiedziony cud, dokonany za jej
wstawiennictwem. Wtedy dopiero, jeśli Bóg zechce, proces
będzie zakończony.
Procedura może wydawać się powolna, lecz sprawa beatyfikacji
jest
przedsięwzięciem bardzo poważnym, prowadzonym bardzo dokładnie i Rzym
nie czyni tu nigdy żadnych ustępstw. Nie ma więc powodów
sądzić, że dla Marty powinien zostać uczyniony wyjątek.
Wszystkie świadectwa mogą oczywiście dopomóc w
przyśpieszeniu procesu (informacje o łaskach, uzdrowieniach, a nawet
cudach lub świadectwa o osobistych spotkaniach osób,
które ją znały). Ważne bowiem jest dowiedzenie, iż w ludzie
Bożym utrzymuje się opinia świętości tej osoby.
![]() |
Adres do
korespondencji: Foyer de Charité B.P. 17 26330 Châteauneuf-de-Galaure z dopiskiem: „Cause de Marthe Robin” |
![]() |
Źródła internetowe | ![]() |
![]() |
Lektura
uzupełniająca![]() |
![]() |


![]() |
Prawa
autorskie ![]() |
![]() |
| Drukuj bieżącą stronę... |
| Do góry |
| Pomoc techniczna |