O wychowaniu młodego pokolenia Polaków na progu trzeciego millennium

"Osoba jest takim dobrem, że właściwe i pełnowartościowe
odniesienie do niej stanowi tylko miłość".

Bł. Jan Paweł II

Jan Paweł II

Refleksja o wychowaniu ma bardzo długą historię. Jakkolwiek przybierała różne kształty --- w zależności od kierunku filozoficznego, z którego wyrastała na przestrzeni wieków --- to jej dojrzała forma w postaci określonej koncepcji lub teorii wychowania wciąż nieodmiennie opisuje podobną rzeczywistość. Ową rzeczywistością jest środowisko i żyjący w nim człowiek, który będąc kreatorem procesu wychowania, jednocześnie sam (świadomie lub nie świadomie) podlega licznym wpływom kształtującym jego własną osobowość. Rzecz w tym, by umiejętnie tworzyć warunki umożliwiające człowiekowi dokonywanie odkryć w sferze sensu bytu i, aby ten byt nabierał wymiaru życia wartościowego. Sposób rozumienia tej dynamicznej relacji między człowiekiem a światem sensów, czyli wartościami, wyznacza kierunek dla wielu dziedzin życia człowieka w wymiarze osobowym i społecznym. Poza tym bardzo wyraźnie determinuje istotę wychowania i jego teleologię.

Wychowanie ma znaczenie w każdym wieku... U podstaw niniejszego opracowania legło następujące założenie: wychowanie ma sens, ponieważ istnieje faktyczna możliwość, a nawet konieczność oddziaływania na człowieka (ze względu na jego naturę jako bytu dynamicznego, stopniowo rozwijającego się i odkrywającego siebie, początkowo w pełnej zależności od innych --- aż do uzyskania samodzielności i zdolności do samorealizacji) oraz wola takiego wpływania, czyli powstająca w sposób naturalny (przede wszystkim w rodzinie jako duchowej wspólnocie osób) relacja oddziaływania wychowawczego oparta na odpowiedzialności wychowawcy za wychowanka.

Rodzina jest naturalnym środowiskiem wychowawczym, co w konsekwencji oznacza, że rodzice są z natury wychowawcami swoich dzieci, a także, iż sami się --- przez te dzieci --- wychowują, spełniając różnorakie, właściwe dla danego etapu rozwoju dzieci, funkcje rodzicielskie. Bycie wychowawcą zobowiązuje. Jeśli więc celem wychowania dzieci ma być ich dojrzałe człowieczeństwo, samych wychowujących musi cechować w głównej mierze dążenie do doskonalenia wewnętrznego. Wychowanie bowiem nie sprowadza się wyłącznie do stosowania określonych zespołów działań, ale poprzez nie sięga do rzeczywistości bardziej podstawowej: do całego systemu bycia. Inaczej mówiąc, wychowuje się bardziej przez to, kim i jakim się jest, niż przez same (nawet najbardziej wyrafinowane) zabiegi wychowawcze wykorzystywane w oderwaniu od postawy własnej. Afirmacja wychowania przez prymat relacji międzyosobowej ja --- ty oznacza możliwość widzenia siebie w świetle innego ja, niejako w twarzy drugiego. Dotyczy to zarówno dziecka, jak i rodziców, głównie dlatego, ponieważ relacja ta jest wzajemna. To właśnie dzięki swoistemu sprzężeniu zwrotnemu rodzice, pełniąc rolę wzorów osobowych i uruchamiając tym samym u dzieci mechanizmy naśladowcze, kreują rozwój ich osobowości, a tym samym sami spełniają się jako osoby.

Jeśli w powszechnym odczuciu stosunki międzyludzkie zamiast się polepszać --- ulegają systematycznej degradacji, to warto uświadomić sobie przynajmniej niektóre przesłanki tego, ze wszech miar niezdrowego, stanu rzeczy. Moim zdaniem u podstaw zła leży materializm i liberalizm --- dziś jak nigdy dotąd lansowany w mediach i bezkrytycznie asymilowany społecznie do granic absurdu, zwłaszcza przez młode pokolenie. Stąd właśnie myślenie i działanie według zawołania: „róbta, co chceta”. Tam, gdzie podstawową wartością jest pieniądz, a sensem życia staje się uporczywa pogoń za jego immanentnym pomnażaniem, należy upatrywać przyczyn kryzysu osobowościowego i rodzinnego. Egoizm, cynizm, brak poszanowania osoby ludzkiej, bezkompromisowość, pogarda dla fundamentalnych zasad i wartości moralnych, a także bezwzględność, konformizm i brak tolerancji to główne, ale niestety nie jedyne, plagi współczesnego świata. Młode pokolenie wyrastające w takiej atmosferze pozbawione jest tych uczuć, które decydują o kształcie pełnowartościowej osobowości człowieka. Nie można dalej podążać w samobójczym kierunku schizofrenizacji świata. Istnieje bowiem pilna potrzeba podniesienia rangi pedagogiki serca  i konsekwentnego stosowania jej zasad. Miłość przecież nie jest samoistnym darem losu. Kochania trzeba nauczyć się kochaniem i wymagającą miłością.

Rozwój uczuć moralnych dziecka zaczyna się wówczas, gdy już jako niemowlę uzewnętrznia swoje pragnienia krzykiem, czy chęcią gryzienia. Emocjonalna więź dziecka z matką utrwala się bardziej we wzajemnym odczuwaniu siebie, aniżeli na wzajemnym rozumieniu. Ważny jest tu ścisły związek między sferą psychiczną i fizyczną dziecka a suwerennością jego osoby. Bez empatycznej i naturalnej więzi między dzieckiem a matką nie jest możliwe ani jego (aktualne i przyszłe) zdrowie psychiczne, ani rozwój jego zdolności do kochania. Miłość nie rodzi się w próżni, a do pełnego rozkwitu potrzebuje czasu i odpowiednich warunków. Jeśli więc środowisko nie sprzyja prawidłowemu rozwojowi emocjonalnemu dziecka, sfera jego uczuć wyższych może być zdeformowana, np. poprzez zablokowanie obszaru zarezerwowanego dla miłości, współczucia, wyrozumiałości, cierpliwości itp. Wychowanie zatem nakłada obowiązek wnikliwego badania i zapobiegania wszystkiemu, co mogłoby potęgować agresję, umożliwiając jej dominację w kształtujących się postawach młodego pokolenia. Niezaspokojona u dzieci i młodzieży potrzeba miłości, przynależności i bezpieczeństwa generuje negatywne skutki psychiczne:


Pomocna dłoń...Udział w szerzeniu się tych patologii lub opóźnień rozwojowych mają przede wszystkim rodzice i instytucjonalni opiekunowie dzieci, przyczyniając się do cierpień małych męczenników. Niestety wielu z nich dodatkowo okalecza dzieciństwo swoich podopiecznych, kiedy, pod płaszczykiem konieczności wychowawczej, stosuje przemoc fizyczną:

W ten sposób dorośli uczą dzieci, że można bić słabszego, być niesprawiedliwym, nie przyznawać się do błędów, nie przepraszać, gdy się zawiniło i nie starać się zadośćuczynić wyrządzonym cierpieniom. Jedynie miłość uniemożliwia zadawanie bólu na zimno, a jej konstatacja jako głównej siły sprawczej w procesie wychowania doprowadza do stopniowego zacierania się w świadomości wychowawcy granicy między biciem a maltretowaniem (w tym również psychicznym) dzieci. Co gorsza dorośli często biją z premedytacją, tak by nie pozostawiać śladów. Toteż skatowane dzieci cierpią podwójnie. Krzywda cielesna współistnieje wówczas z moralną, tym bardziej dotkliwą dla ofiary, gdyż zadaną przez osobę, która czynić tego nie powinna. Odpowiedzialność zatem za destrukcyjne postawy dzieci i młodzieży wobec siebie, wobec innych ludzi i wobec świata spoczywa na rodzicach naturalnych, opiekunach dzieci, nauczycielach i całym systemie edukacyjnym. Dlatego rację mają przedstawiciele antypedagogiki twierdząc, że od tysiącleci występuje dziedziczne dyskryminowanie jednej generacji przez drugą. Nie wychowanie jednak jest temu winne, ale sami wychowujący, ich dobór, kształcenie, warunki egzystencji, ocena itp. Nie wychowanie zatem odgrywa w życiu człowieka niszczycielską rolę, ale osobowość rodzica, opiekuna, nauczyciela i nieetyczne systemy wartości te osobowości wypaczające.

Aprioryczne założenie, że rodzice są de iure zawsze podmiotami w stosunku do wychowanka, a ten przedmiotem ich oddziaływań, pociągnęło za sobą dość groźne konsekwencje w postaci przywłaszczenia sobie przez dorosłych prawa do decydowania o losie wychowanków i oferowania im jedynie słusznych interpretacji, doprowadzając do efektu adiaforyzacji, czyli ustawiania pewnych typów działań lub pewnych obiektów (na jakie działania są ukierunkowane) jako moralnie neutralnych i nie podlegających ocenie w kategoriach moralnych. Proces ten polega na wyłączeniu określonych osób (w tym przypadku dzieci i młodzieży) ze zbioru podmiotów moralnych, a tym samym odseparowaniu czynów i ocen moralnych. Innymi słowy --- to, co jest zabronione dla jednych, jest dozwolone dla drugich. Wychowanie jako działalność celowa nie musi jednak opierać się na podporządkowywaniu sobie wychowanków, które przejawia się w przedmiotowym traktowaniu przedstawicieli młodego pokolenia i czynieniu z nich grupy społecznie uciśnionej. Niestety takie rozumienie władzy rodzicielskiej i/lub nauczycielskiej jest wygodne dla dorosłej części społeczeństwa i mało kto widzi konieczność zmian w tej dziedzinie. Skoro zatem nie z celów a z wkomponowanej w istotę wychowania i strukturę władzy (wychowawczej) biorą się zagrożenia dla prawidłowego (zdrowego) rozwoju i samorealizacji dziecka, warto pokusić się o nową jakościowo refleksję. Wychowanie należy rozumieć jako wielopłaszczyznową pomoc w rozwoju dziecka. Zatem opierając się na wymagającej miłości należy wychowankowi podarować wolność, która powinna być jednym z podstawowych atrybutów dzieciństwa. Tylko w warunkach wolności (nie skrępowanej również przez miłość) można poznać indywidualne cechy wychowanka i pomagać mu je rozwijać. Granice wolności, których nie wolno przekroczyć, to ewidentne narażenie dobra własnego i/lub cudzego. Lecz źle pojęta, przesadna troska o dobro dziecka (np. nie dopuszczająca ryzyka stłuczenia sobie kolana) nie jest już dobrem, lecz wyrządzaniem krzywdy. Poczucie szczęścia można bowiem znaleźć wśród niebezpieczeństw i trudów (obliczonych stosowną do wieku miarą). Nie znajdzie się go natomiast na drodze całkowicie przez dorosłych uprzątniętej z wszelkich przeszkód i niedogodności.

Władza wychowawcza nie odzwierciedla dziś właściwego charakteru obowiązków spoczywających na rodzicach, opiekunach prawnych dziecka i/lub nauczycielach, gdyż podkreśla element panowania nad dzieckiem i sugeruje im, że mają prawo m.in. do ich bicia w ramach karcenia. Sprawując władzę wychowawczą nad dzieckiem mogą naruszać jego dobra osobiste, w szczególności jego prawo do godności, nietykalności cielesnej, wolności, twórczości, tajemnicy korespondencji, osobistej styczności z osobami bliskimi czy prawa do miłości. U wielu osób dorosłych (nie tylko rodziców) wciąż pokutuje pogląd, że wychowawca jest właścicielem dziecka, jego panem i władcą (choćby tylko w czasie bezpośrednich kontaktów wynikających z codziennych zajęć szkolnych lub pozaszkolnych). Jakże często się słyszy wywody z gatunku: „To moje dziecko, ja sprawuję nad nim (teraz) władzę, mam prawo zrobić z nim co zechcę, nikt nie może się wtrącać ...”. Takie własnościowe (przedmiotowe) traktowanie młodego człowieka, zarządzanie nim jak majątkiem, przeświadczenie o posiadaniu przewagi nad nim, jako istotą słabszą --- wszystko to składa się na owe sformalizowane znaczenie władzy wychowawczej. Tradycyjne rozumienie władzy sankcjonuje nie tylko prawo rodziców do dowolnego stanowienia o swojej niejako własności, ale i poparte kodyfikacją prawną usprawiedliwia przemoc lub poniżanie dzieci. Tymczasem w międzynarodowym ustawodawstwie (Międzynarodowa Konwencja Praw Dziecka czy Wolności i Prawa Człowieka) dziecko odzyskało status jako człowiek, a więc i swoją osobowość prawną. Nie powinna zatem już występować władza człowieka (np. rodzica) nad człowiekiem (np. jego dzieckiem), która utrwalałaby relacje między nimi na zasadzie pana i niewolnika. Ludzie niezależnie od wieku są przecież w świetle prawa równi, a więc władza wychowawcza  rozumiana dosłownie jest anachronizmem i działa szkodliwie. Dużo bardziej stosowną w tej sytuacji kategorią wydaje się być piecza wychowawcza. Pojęcie to nie wywodzi się z żądzy władzy, lecz z miłości (opiekuńczej, troskliwej, wspierającej), a miłość wobec obiektu kochania jest zawsze służebna.

W stosunkach między dorosłymi a dziećmi powinna dominować mądra, wymagająca miłość, nie odwołująca się od władzy, do gróźb, siły czy poczucia wyższości. Dzieci powinny podlegać opiece wychowawcy, jako osoby troskliwej, asertywnej i cieszącej się ich zaufaniem. W żadnym wypadku nie należy z tym wiązać prawnego instrumentarium władzy. Fenomen pieczy nie zawiera w sobie ex definitione pierwiastka zła, dlatego osoby sprawujące pieczę, służą jedynie dobru swoich podopiecznych, troszcząc się jednocześnie o siłę duchową posiadanego autorytetu.

Jesteś...Ludzkość uznała miłość za wartość najwyższą. Jeśli więc wartość ta zaistniała jako związek uczuciowy między człowiekiem a człowiekiem --- znaczy to, że ludzie darzący się nią zdobyli jedno z najcenniejszych dóbr osobistych. Dziecko jest człowiekiem (czego nikt nie kwestionuje) i posiadanie takiego dobra jak miłość jest w jego życiu nie tylko potrzebą, jak u osób dorosłych, lecz wręcz koniecznością. Miłość bowiem stanowi podstawowy warunek prawidłowego rozwoju dziecka. Brak witaminy M zawsze odbija się negatywnie na zdrowiu psychicznym młodego człowieka. Bywa jednak i tak, że pozytywne oddziaływania wychowawcze dorosłych podlegają ciężkiej próbie w konfrontacji z dziećmi trudnymi lub posiadającymi wrodzone skłonności do czynienia zła. Są również źli rodzice, nauczyciele i instytucjonalnie niewłaściwe rozwiązania funkcjonujące we współczesnych systemach oświatowo-wychowawczych. Gdy więc w nieukształtowanej jeszcze osobowości dają o sobie znać silne skłonności ku złu, albo gdy samo środowisko negatywnie wpływa na postawę człowieka, niezbędna jest mobilizacja wszelkich środków (wewnętrznych i zewnętrznych), aby skutecznie oprzeć się tym groźnym zjawiskom. Dlatego tak ważna jest działalność wychowawcza obejmująca nie tylko dzieci i młodzież, ale także ludzi dorosłych, aby pomóc im w walce z samym sobą, w odnalezieniu zagubionej drogi, w przywróceniu wiary w sens i celowość istnienia.

Fundamentem wychowania młodego pokolenia powinna być ufność w sens rozwoju jego człowieczeństwa, której prekursorami są i wciąż mogą stawać się rodzice oraz nauczyciele posiadający swoistą moc mądrej miłości, siłę niezbędną do uczynienia współczesnego świata ludzkim. Dobro i zło to dwa antagonistyczne żywioły współtworzące naturę człowieka. Mówiąc zatem o wychowaniu, trzeba uwzględniać naturalną niechęć dziecka do aprobowania kreowanych czy uznawanych przez dorosłych wzorców życia. Kto więc może być uznany za dobrego wychowawcę? Na pewno każdy, kto potrafi odpowiedzieć sercem na serce, kto nie obawia się z tego tytułu zarzutu, że jest zbyt miękki, że kogoś faworyzuje lub się z kimś spoufala. Dobry wychowawca nie powinien bać się emocjonalnego kontaktu ze swoimi podopiecznymi, gdyż ten rodzaj integracji może mu bardzo pomóc w dotarciu do głębszych pokładów ich osobowości, zwłaszcza jeśli została już częściowo zdeformowana przez otoczenie. Dzięki temu mogą ulec poprawie także osiągnięcia szkolne młodego człowieka, gdyż z chęcią podejmie on trud uczenia się dla tego, kogo kocha.

Wzorowanie się na kimś, kogo kochamy i podziwiamy, a kto na tę miłość i uznanie zasługuje, nie zagraża naszej wolności, bo jest to nasz suwerenny wybór. Podobnie dziecko decyduje co i jak zaczerpnie z wybranego wzorca. Każdy bowiem człowiek jest jedynym w swoim rodzaju i niepowtarzalnym bytem, a jego indywidualność (egocentryzm) jest gwarancją, że nie przyjmie on z zewnątrz niczego, co obce lub niezgodne z autonomicznymi (bieżącymi) potrzebami. Dlatego narzucanie wzorców (zwłaszcza osobowych) jest mało skuteczne i z reguły przynosi odwrotny do zamierzonego efekt. Ów pogląd ma tym więcej zwolenników, im częściej trzeba usunąć (np. z podręczników szkolnych) jakąś wybitną postać, która okazała się niegodna szacunku. Istnieją ludzie sławni (dawni i współcześni) oraz ludzie zwyczajni o nadzwyczajnych cechach charakteru i wspaniałej postawie życiowej, którymi młodzież jest zafascynowana i pragnie ich naśladować. Czy to źle? Czy wychowawca lubiany i podziwiany, gdy podopieczni mówią mu, że pragną być do niego podobni, powinien zareagować zakazem: nie wzorujcie się na mnie? Czy nie pozbawiłby się w ten sposób nader cennego atutu, który od wieków dawał najlepsze rezultaty w relacji wychowawca-wychowanek? Źle, jeśli wychowawca dostrzegając siłę fascynacji swoją osobą, bawi się dziecięcymi uczuciami, zwodząc i uzależniając od siebie wychowanka(ów). W takich sytuacjach mamy do czynienia z bardzo subtelną granicą, której przekroczenie jest przyczyną dominacji jednej i/lub submisji drugiej ze stron interakcji. Zjawiska te są ze wszech miar niekorzystne, ponieważ prowadzą do mimowolnej rezygnacji dziecka z własnej indywidualności.

Wychowanie musi być zgodne z naturą, co oznacza, że jego celem nie może być kształtowanie dziecka według szablonu powstałego w zamyśle społeczeństwa lub wychowawcy. Przeciwnie, chodzi tu o rozwijanie w młodym człowieku tego, co stanowi istotę jego osobowości i co popycha go do samourzeczywistniania poprzez wzrastanie w dobru. Nadrzędnym postulatem ukierunkowującym wychowanie powinien być szacunek wychowawcy do naturalnego prawa wszechstronnego rozwoju młodego pokolenia. Dorośli nie mogą uzurpować sobie wyłączności na prawidłowe rozumienie, a także waloryzowanie doznań (uczuć), oczekiwań i potrzeb wieku dziecięcego lub młodzieńczego. Dzieci i młodzież zupełnie inaczej przeżywają świat. Ich marzenia i wyobrażenia są rozpraszane uczuciami i pojęciami w sposób zupełnie inny niż ma to miejsce u dorosłych, a ich pytania dotyczą zasadniczo sensu zjawisk a nie ich przyczyny. Dlatego dobry wychowawca, wczuwając się w swą rolę, nie powinien unikać stawania się trochę dzieckiem (młodzieńcem), aby lepiej rozumieć i wspierać wysiłki swoich podopiecznych. Błędem natomiast jest traktowanie dziecka zgoła jak małego dorosłego, czy to przez powstrzymywanie jego spontaniczności i ruchliwości przy pomocy autorytarnych metod wychowawczych, czy przez obciążanie ich problemami, do podołania którym nie są jeszcze przygotowani. Każdy bowiem człowiek, od chwili narodzin, dysponuje określonym zestawem gotowych talentów, które w toku socjalizacji, wychowania i edukacji umożliwiają mu ukształtowanie jego człowieczeństwa we wszystkich sferach bytu. Powinny być one jednak rozwijane optymalnie i harmonijnie, czyli z uwzględnieniem predyspozycji:

Ufam tobie...Aby proces wychowania przyniósł oczekiwane rezultaty, a więc, aby osobom podejmującym trud wychowawczy udało się być dobrymi wychowawcami, w mniejszym stopniu zależy to od tego jak wiele wiedzą lub jak wiele mają dobrych pomysłów (idei), a w większym stopniu od tego, czy mają wystarczająco dużo sił i determinacji, aby wytrwać. Poznanie zatem źródeł własnych sił i umiejętne czerpanie z nich energii staje ważnym problemem naszej egzystencji. Każdy musi przy tym znaleźć własną ścieżkę do samorealizacji, choć i tutaj (jak w wychowaniu) pomocne są środki przeciwdziałające niecelowemu ubytkowi sił, a także służące skutecznej regeneracji oraz zdobywaniu ich nowych źródeł (nie wykluczając tych, które istnieją poza obszarem własnej osobowości). Zadania wynikające z misji wychowawczej są (szczególnie dziś) tak ambitne, a więc wymagają zaangażowania takich sił i zdolności, że bez odpowiedniej współpracy rodziców, opiekunów, nauczycieli i wielu różnorodnych instytucji nie można spodziewać się w pełni satysfakcjonujących efektów. Jeśli zatem środowisko (dom rodzinny, szkoła, klub sportowy, kościół, media itd.) ma mieć swój wkład w prawidłowy (wszechstronny) rozwój młodego pokolenia, tj. harmonijne ukształtowanie sfery moralnej, duchowej i intelektualnej, proces wychowania musi odbywać się przy udziale dorosłych, którzy to wszystko w dużej mierze rozwinęli już u siebie. Nikt bowiem nie może dać więcej niż posiada, nikt nie może pobudzić czegoś, co w nim samym nie jest żywe. Dlatego nie można tak po prostu rozkazać człowiekowi, aby się wreszcie otworzył, okazywał szacunek, kochał innych ludzi, cieszył się z dobra i piękna oraz by był w swoim sercu głęboko za to wdzięczny.

Współczesne wzorce i działania wychowawcze swą głębię powinny czerpać z życia duchowego (moralnego, estetycznego) rodziców, nauczycieli i wszystkich innych osób współpracujących z nimi w tej dziedzinie (teraz i w przeszłości). Nie należy więc obawiać się pokonywania wysoko postawionych wymagań etycznych, by swoją duchowością i wrażliwością móc zmieniać najbliższe otoczenie w miejsce radości towarzyszącej uczeniu się osiągania satysfakcji osobistej, zawodowej, społecznej i/lub kulturowej. Rodziny i szkoły nie są fabrykami, w których postęp powinien być mierzony ilością wyprodukowanych towarów. Są to obszary lub, jak kto woli, instytucje służące rozwojowi różnorodnych predyspozycji. Dlatego w centrum ich funkcjonowania powinien zachodzić postęp rozumiany jako proces długofalowy i realizowany z odpowiednią konsekwencją oraz z poszanowaniem praw przysługujących wszystkim osobowościom, które współtworzą te instytucje. Opowiadam się więc za pedagogiką miłości, optymizmu, wrażliwości i autentycznego zaangażowania się w wychowanie duchowe młodego pokolenia Polaków dorastających na progu trzeciego millennium.

[mr]
Opracowanie popełniłem 20 marca 2002 roku.


O cierpieniu, czyli prośba o deszcz (fragmenty)

"Prawdziwą miłość mierzy się termometrem cierpień".
Dz. 342
"W cierpieniach duszy czy ciała staram się milczeć, bo wtenczas duch mój nabiera mocy, która płynie z Męki Jezusa".
Dz. 487
"W najcięższych mękach, wzrok swej duszy zatapiam w Jezusa Ukrzyżowanego; nie spodziewam się pomocy od ludzi, ale ufność swą w Bogu mam, w Jego niezgłębionym miłosierdziu, jest wszelka nadzieja moja".
Dz. 681
"Usta moje milczą, gdy uszy są przesycone urąganiem. Staram się o ciszę serca swego, pośród cierpień największych i zasłaniam się tarczą Imienia Twojego przeciw pociskom wszelkim".
Dz. 1040
"Jądro miłości - jest ofiara i cierpienie. Prawda chodzi w wianku cierniowym. Modlitwa tyczy się rozumu, woli i uczucia".
Dz. 1103
"Nie jest to rzecz łatwa znosić wesoło cierpienia, a zwłaszcza niewinne. Natura zepsuta burzy się i choć wola i rozum są wyższe ponad cierpienie, bo są w stanie czynić dobrze tym, co im zadają cierpienie, to jednak uczucie robi dużo hałasu i jak duch niespokojny napada na wolę i rozum, lecz widzi, że samo nic nie może, cichnie i poddaje się rozumowi i woli. Jak straszydło jakieś wpada do wnętrza i robi wiele hałasu, chcieć tylko jej posłuchać kiedy jest nie w karbach woli i rozumu".
Dz. 1152

św. Siostra Faustyna
Miłość jest najpełniejszym źródłem odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia. Odpowiedzi tej udzielił Bóg człowiekowi w Krzyżu Jezusa Chrystusa.
W Krzyżu Chrystusa nie tylko Odkupienie dokonało się przez cierpienie, ale samo cierpienie ludzkie zostało też odkupione.

Jan Paweł II, Salvifici doloris, n.13;19
Bł. Jan Paweł II

Miłość jest kwiatem, miłosierdzie --- owocem, a cierpienia ożywczym deszczem na ten kwiat i owoc.
Spuść na mnie, Panie, deszcz, abym mógł wydać dorodny plon i zanieść go przed Twój Majestat w Niebie.
Majestat Krzyża... Ufam, że dzięki Twej Łasce, która wszystko ożywia, uszlachetnia i uświęca, moje duchowe owoce będą miłe Tobie, a dla mnie zbawienne.
Wiem, że deszcz, o który Cię pokornie proszę, jeśli okaże się ulewą, to nie tylko dlatego, iż Ty, Trójjedyny Boże, kochasz mnie Miłością niewyobrażalnie wielką --- potrójnie niewyobrażalnie wielką, bo nieskończoną i transcendentną. Również dlatego, że według Twojej Świętej Woli dusza moja potrzebuje wielkiego oczyszczenia i użyźnienia.
Z pokorą, w ciszy serca, dziękuję Ci, Panie, że wciąż troszczysz się o mą duszę jak Dobry Ogrodnik o kwitnący ogród. Wiem jednak, że do pełnego rozkwitu w Tobie wiele mi jeszcze brakuje. Niech Twój Boski plan, jaki względem mnie przygotowałeś, przyniesie błogosławione owoce ku Twojej Chwale na wieczność.
[...]

[mr]
26-07-2007

Boże, Ty mnie doświadczasz, bo mnie kochasz i jednocześnie pragniesz dla mnie samego dobra. Dziękuję Ci, że nieustannie mi to uświadamiasz.
Doświadczenie bywa bolesne nie tylko dlatego, że jestem grzeszny. Również dlatego, bym mógł przyjąć z wdzięcznością to, co dla mnie przygotowałeś.
Bez trudnego doświadczenia, które ma mnie uczyć pokory, nie byłbym przygotowany do godnego przyjęcia Twego daru. Mój egoizm i wrodzona skłonność do pychy skutecznie przesłaniałyby fakt istnienia Twojej bezinteresownej Miłości. Dostrzegam ją w każdej kropli bólu.
[...]

[mr]
30-09-2010


O pokucie chrześcijańskiej

"Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.
Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę.
Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie. Wy zatem tak się módlcie:
Ojcze nasz, który jesteś w niebie, niech się święci imię Twoje! Niech przyjdzie królestwo Twoje; niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak i w niebie. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj; i przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili; i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego!
Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień.
Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie".
BT,Mt 6:1-18

Biblia Tysiąclecia

Ludzie sądzą, że grzech jest sam w sobie czymś dobrym, ale niestety zakazanym. Pismo św. poucza nas, że Bóg dlatego zakazał pewnych rzeczy, bo one niszczą wewnętrznie człowieka, odczłowieczają go, zabierają szczęście, pokój, zatruwają naszą egzystencję trucizną, melancholią. Bóg tego braku miłosierdzia w stosunku do nas samych nie chce, dlatego zabronił grzechu. Każdy grzech jest także jakimś targnięciem się na życie społeczne, zawsze w jakiś sposób rani ludzi. Są grzechy, które w sposób widoczny psują życie wspólne: w rodzinach, w małżeństwach, w społeczeństwach, we wspólnotach zakonnych. Wszystkie, nawet najbardziej wewnętrzne, grzechy to robią. Nawet gdy grzeszę sam, ten grzech zmienia mnie wewnętrznie --- niszczy, odbija się więc na relacjach z drugim człowiekiem --- pogarsza je. Każdy zatem świadomy Chrześcijanin wie, że grzesząc, obraża Boga, zrywa z Nim więź i obciąża swoje sumienie. Jednak dzięki posłudze Kościoła, a także własnej woli odpokutowania wyrządzonego zła, może pojednać się z Bogiem i ludźmi.
„Koroną i szczytem” duszpasterstwa pokuty jest i pozostanie sakrament pojednania. Żaden z innych aktów nie jest równie znaczący, ani w sposób nadprzyrodzony skuteczniejszy, wznioślejszy, a równocześnie dostępniejszy w samym swym obrzędzie, jak sakrament pokuty. Chociaż w Kościele praktykowane są również inne formy pokutne, to żadna z nich nie dorównuje sakramentowi Spowiedzi świętej. Mimo to wszystkie posiadają dużą wartość z punktu widzenia rozwoju życia chrześcijańskiego. Dotyczy to zarówno form liturgicznych (np. wspólnotowego wyznania grzechów) jak i obrzędów nie związanych bezpośrednio z liturgią mszalną (m.in. nabożeństw: Drogi Krzyżowej lub Gorzkich Żali).
Sakramentu pokuty i pojednania nie należy zatem uważać za jedyną drogę prowadzącą do otrzymania przebaczenia grzechów, zwłaszcza gdy chodzi o grzechy powszednie. Z tych bowiem uwalnia nas pobożny udział w Eucharystii. Obok Spowiedzi św. istnieją liczne, pozasakramentalne, sposoby ich gładzenia. Jednak, aby okazały się skutecznymi, winny być ożywione wiarą, nadzieją i miłością, mają prowadzić do Eucharystii --- ofiary naszego pojednania, złożonej przez Chrystusa raz na zawsze na odpuszczenie grzechów.
Obecnie dokumenty Kościoła zalecają zwłaszcza wspólnotowe celebracje słowa Bożego oraz celebracje pokutne, ale także wszelkiego rodzaju nabożeństwa przebłagalne, praktykowanie cnoty cierpliwości (por. 1P 4,13), współuczestnictwo w cierpieniach Chrystusa, spełnianie dzieł miłosierdzia i miłości, gdyż „miłość zakrywa wiele grzechów” (1P 4,8), codzienne nawracanie się według wskazań Ewangelii, połączone z wolą działania i postanowieniem porzucenia grzesznego sposobu życia. Jako środki prowadzące do otrzymania przebaczenia grzechów Katechizm Kościoła Katolickiego wymienia ponadto „wysiłki podejmowane w celu pojednania się z bliźnim, łzy pokuty, troskę o zbawienie bliźniego (por. Jk 5,20), wstawiennictwo świętych i praktykowanie miłości. Pokuta prowadząca do prawdziwego wewnętrznego nawrócenia dokonuje się również przez troskę o biednych, o sprawiedliwość i praworządność, unikanie własnych błędów, braterskie upomnienie, rachunek sumienia, kierownictwo duchowe, przyjęcie i cierpliwe znoszenie prześladowań” (KKK 1434-5). Drogami wiodącymi do pojednania z Bogiem i braćmi są według papieża Jana Pawła II także: pokonywanie egoizmu, znoszenie niesprawiedliwości i dominacji nad drugim człowiekiem, znoszenie wyzysku innych, pokonywanie grzesznego przywiązania do dóbr materialnych, zwycięstwo nad niepohamowaną przyjemnością.

Przyjmijcie Boże błogosławieństwo... W refleksji nad pokutnym charakterem życia chrześcijańskiego warto podkreślić myśl zawartą przez Papieża Pawła VI w Konstytucji apostolskiej „Paenitemini” z 17 lutego 1966 roku, w której pisze, że nie należy dążyć do wyszukanych form pokuty, gdyż już samo życie codzienne chrześcijanina może być formą pokuty przejawiającej się w wytrwałym spełnianiu obowiązków swego wieku, stanu, powołania i na cierpliwym znoszeniu utrapień w życiu każdego dnia. Pokutne znaczenie mogą mieć także choroba, ból, cierpienie, niedostatek, bieda, jeśli znoszone są z poddaniem się woli Bożej i połączone z intencją wynagrodzenia za własne lub innych grzechy. Nie oznacza to oczywiście biernego poddania się tym cierpieniom, ani nie zwalnia innych do niesienia pomocy ludziom znajdującym się w takich sytuacjach.
Każdy chrześcijanin, podejmując różne formy pokuty zewnętrznej, nie może zapominać o istotnym znaczeniu pokuty wewnętrznej. To, co jest najbardziej istotne w chrześcijańskim rozumieniu pokuty, zawiera się w greckim słowie „metánoia”. Oznacza ono wewnętrzną zmianę całego człowieka. Dzięki tej odmianie człowiek zaczyna właściwie myśleć, sądzić i układać swe życie, przeniknięty tą świętością i miłością Boga, które w Jego Synu zostały nam na nowo objawione oraz w pełni udzielone. W tym sensie nawrócenie obejmuje cztery etapy:

Tę samą myśl wyraża Katechizm Kościoła Katolickiego mówiąc o pokucie wewnętrznej jako warunku owocnego przyjmowania sakramentu pokuty i pojednania: „Pokuta wewnętrzna jest radykalną przemianą całego życia, powrotem, nawróceniem się do Boga całym sercem, zerwaniem z grzechem, odwróceniem się od zła z odrazą do popełnionych przez nas złych czynów. Pokuta wewnętrzna zawiera równocześnie pragnienie i postanowienie zmiany życia oraz nadzieję na miłosierdzie Boże i ufność w pomoc Jego łaski. Temu nawróceniu serca towarzyszy zbawienny ból i smutek, który Ojcowie Kościoła nazywali smutkiem duszy i skruchą serca” (KKK 1431).

Cisza sprzyja refleksji, medytacji i ... nawróceniu Pokuta, która obejmuje myśli i serce człowieka, powinna następnie przejawiać się na zewnątrz w sposób właściwy do warunków danego czasu. Papież Paweł VI wskazał na konieczność „cielesnego umartwienia”, które nie oznacza potępienia i pogardy ciała, ponieważ kiedyś przyjął je nawet Syn Boży. Oznacza ono wyzwolenie człowieka z kajdan nieuporządkowanej pożądliwości (por. Rz 7,23), aby przez post ciała otrzymał on duchową moc, o której mówi prefacja: „przez post ciała uśmierzasz wady, podnosisz ducha, udzielasz cnoty i nagrody”. Dlatego Kościół zachęca wszystkich wiernych, aby oprócz niewygód i nieszczęść, jakie przynosi życie codzienne, odpowiedzieli również na Boże przykazanie pokuty przez określone czyny cielesnego umartwienia. Katechizm Kościoła Katolickiego, odwołując się do Pisma świętego i nauczania Ojców Kościoła, także dużą wagę przywiązuje do tych trzech tradycyjnych form pokuty, jakimi są post, modlitwa i jałmużna. Praktyki te powinny towarzyszyć wiernym przez cały rok, ale mają specjalne znaczenie w piątki całego roku i w okresie Wielkiego Postu. Wielki Post jest bowiem czasem szczególnie odpowiednim dla „ćwiczeń duchowych, liturgii pokutnej, pielgrzymek o charakterze pokutnym, dobrowolnych wyrzeczeń, jak post i jałmużna, braterskiego dzielenia się z innymi” (KKK 1438). Podejmowanie codziennych praktyk pokutnych jest zwyczajną formą zadośćuczynienia za grzechy. Natomiast post wyraża nawrócenie do siebie samego, modlitwa --- nawrócenie do Boga, a jałmużna --- otwarcie się i zwrócenie do innych ludzi (por. KKK 1434; 1969).

Modlitwa zawsze jest znakiem wiary i miłości do Boga Stwórcy i Zbawiciela. Wyrażać się może w niej Jego uwielbienie, dziękczynienie za otrzymane dobrodziejstwa, prośba o Jego błogosławieństwo i przebłaganie za popełnione grzechy. Ta ostatnia forma modlitwy ma ścisły związek z poznaniem Bożego miłosierdzia i poczuciem winy za popełnione grzechy. Wtedy rodzi się w sercu grzesznika pragnienie i potrzeba pojednania z Bogiem. Modlitwa prośby grzesznika jest już powrotem do Boga, gdyż uznaje on, że Bóg jest jego Stwórcą i Panem (por. KKK 2629). Z kolei prośba o przebaczenie jest pierwszym dążeniem modlitwy błagalnej (por. KKK 2631). Poznając z Pisma świętego ogrom Bożego miłosierdzia i doświadczając go we własnym życiu, człowiek wierzący kieruje z kolei do Boga modlitwę dziękczynienia za otrzymany dar łaski i uwielbia Go za okazane mu przebaczenie grzechów.
 
Modlitwa o odpuszczenie grzechów winna być złączona z postem i jałmużną. Kościół był i jest przeciw jedynie zewnętrznemu stosowaniu postu jako pokuty na wzór postępowania faryzejskiego. Już św. Augustyn ostrzegał swych wiernych przed tego rodzaju postami, nauczając, że posty chrześcijańskie należy więcej odnieść do sfery duchowej, niż cielesnej. Przede wszystkim więc należy powstrzymywać się od grzechów, aby nasze posty nie zostały potępione przez Chrystusa, jak to się stało z postami żydowskimi. „Posty żydowskie” stały się synonimem postów cielesnych, obejmujących tylko sferę somatyczną człowieka. Św. Augustyn określił jako „nieużyteczny i próżny” ten post, który skłania nas tylko do odmówienia pożywienia brzuchowi, nie uwzględnia zaś potrzeby „usunięcia zła i nieprawości z naszego i serca, i umysłu”. Podobnie według św. Jana Chryzostoma zawężenie postu wyłącznie do sfery fizycznej jest jego największą dewaluacją, gdyż „istotna wartość postu nie zasadza się na abstynencji od pokarmów, lecz na odstąpieniu od grzechów. Kto by zatem zawężał posty do samej tylko wstrzemięźliwości od pokarmów, ten zarazem najbardziej by je deformował”. Nie należy więc skupiać całej uwagi na formie zewnętrznej postów, lecz na ich wartości wewnętrznej. „Z dobrymi zaś i świętymi postami nic tak zbawiennie nie idzie w parze jak uczynki miłosierdzia [...] Kto współczuje z serca jakiejkolwiek nędzy, cnotą życzliwości i dobrem pokoju uszczęśliwi siebie [...] Szeroki jest zakres uczynków miłosiernych”. Św. Leon Wielki pisze również, że „nie na samym ograniczeniu pokarmów polega istota naszych postów. Na nic się zda głodzenie ciała, jeżeli duch nie wyrzeknie się wszelkiej nieprawości i niepohamowany język nie zaprzestanie oszczerstw”. Według niego sam post bez jałmużny wprawdzie „karci ciało, lecz nie oczyszcza duszy”. Podobnie pisze św. Augustyn: „post bez miłosierdzia nic nie znaczy”. Według św. Cezarego z Arles „post bez jałmużny, to tyle co lampa bez oliwy”.
Ojcowie Kościoła mówią o poście „miłym i doskonałym w oczach Bożych”, który obejmuje trzy elementy:

Św. Jan Chryzostom pisze: „Pościsz? Udowodnij to czynami. Zapytasz jakimi? Gdy ujrzysz biednego --- ulituj się nad nim; spotkasz nieprzyjaciela --- pojednaj się z nim; zobaczysz przyjaciela, który coś dobrego czyni --- nie zazdrość mu; spotkasz piękną niewiastę --- nie zatrzymuj się. Niech nie pości tylko podniebienie, lecz także oko, ucho, nogi, ręce i wszystkie członki naszego ciała”. Chrześcijański post jest zatem postawą wstrzemięźliwości całego człowieka, obejmuje jego sferę fizyczną i duchową. Nie można, jak to czyni się obecnie, sprowadzać postu jedynie do kategorii fizycznych i traktować jako powstrzymanie się od pokarmów mięsnych lub ograniczenie ich przyjmowania. Ma on objąć całego człowieka i dotyczyć jego życia we wszystkich wymiarach: indywidualnym, rodzinnym i społecznym. Według papieża Jana Pawła II post może być praktykowany „w sposób dawny i nowy, jako znak nawrócenia, skruchy i osobistego umartwienia, jednocześnie w łączności z Chrystusem Ukrzyżowanym i w solidarności z głodującymi i cierpiącymi”. Współczesną formą postu mogą być przykładowo: ograniczenie oglądania telewizji (post dla oczu), słuchania radia czy muzyki, zwłaszcza typowo rozrywkowej (post dla uszu), rezygnacja lub ograniczenie korzystania z używek --- kawa, alkohol, słodycze itp.

W refleksji nad teologicznym znaczeniem celebracji pokutnych zwykle stawia się trzy pytania:

Podkreśla się również społeczny wymiar pokuty chrześcijańskiej z zaznaczeniem, że nie jest to alternatywna i/lub zastępcza forma spowiedzi indywidualnej. Duże znaczenie przypisuje się bowiem psychologicznemu aspektowi tej formy celebracji pokuty, uznając tym samym doniosłość jej roli w kształtowaniu ducha pokuty, tak poszczególnych wiernych jak i konkretnej wspólnoty. Poza tym celebracje pokutne wyraźnie różnią się od sakramentu pokuty. W nich przed Bogiem staje nie pojedynczy grzesznik, lecz wspólnota, która publicznie uznaje swoje grzechy i we wspólnej modlitwie zanosi do Boga prośby o ich przebaczenie. Jest to zatem odmienna forma pokuty chrześcijańskiej, lecz o ustalonej strukturze, która bazuje na schemacie celebracji słowa Bożego połączonej z rachunkiem sumienia, wspólną modlitwą i podejmowaniem zobowiązań czynów pokutnych (np. postu rozumianego j.w.). Warto więc uświadomić sobie, że podczas celebracji pokutnych nie może być mowy o sakramentalnym rozgrzeszeniu, ponieważ ich celem jest jedynie pomoc w obudzeniu doskonałego żalu za grzechy płynącego z miłości. To właśnie dzięki owemu żalowi wierni w połączeniu z pragnieniem sakramentalnej pokuty mogą odzyskać łaskę Bożą. Kościół naucza bowiem, że żal doskonały odpuszcza grzechy. Może się to dokonać także podczas celebracji pokutnych, lecz potem grzechy (zwłaszcza ciężkie) powinny być wyznane w spowiedzi indywidualnej. Spowiedź indywidualna gwarantuje odpuszczenie grzechów, nawet wtedy, gdy żal za grzechy nie jest doskonały. Wówczas sakrament niejako uzupełnia deficyt osobistej skruchy. Celebracje pokutne należy zatem traktować jako te, które nie zastępują sakramentu pokuty, lecz go poprzedzają i intensyfikują, pozostając pozasakramentalną formą pokuty. Ponadto pełnią one ważną rolę wychowawczą ukazując prawdę o grzechu człowieka, nieskończonym miłosierdziu Boga i odkupieniu dokonanym przez misterium paschalne Chrystusa. Dlatego Chrześcijanie nie powinni unikać pozasakramentalnych form pokuty, które zawsze jednak powinny prowadzić do sakramentu pokuty i pojednania.

Snując refleksję o pokucie chrześcijańskiej nie sposób nie wspomnieć o obawach towarzyszących nam przed spowiedzią indywidualną. Jeżeli przez długi czas, bez względu na przyczyny, nie przystępowaliśmy do tego sakramentu, to sama myśl o podejściu do konfesjonału rodzi lęk. Dlatego warto z owym problemem zmierzyć się racjonalnie, analizując najpierw to, czego tak naprawdę się boimy. Trzeba odróżnić lęk przed księdzem od lęku i upokorzenia, który wywołuje własny grzech. Najczęściej nie boimy się spowiednika, ale obawiamy się raczej dotykać swoich ran i grzechów w jego obecności. Boimy się też upokorzenia. Kiedy żyjemy w takiej lękowej sytuacji wobec spowiedzi, wówczas nie warto rozwiązywać problemu „siłowo”. Byłoby wtedy dobrze znaleźć spowiednika, o którym wiemy, że okaże się człowiekiem delikatnym, roztropnym i będzie miał dla nas czas. Jest bardzo dużo księży, którzy są wytrawnymi spowiednikami gotowymi poświęcić nam tyle czasu, ile potrzebujemy. Jan Paweł II wielokrotnie przypominał, iż każdy ma prawo spowiadać się także poza konfesjonałem. Jest on proponowany przez Kościół jako tradycyjne miejsce spowiedzi. Ale w sytuacjach nadzwyczajnych możemy prosić o spowiedź w innym miejscu, w którym łatwiej nam będzie przedstawić spowiednikowi sytuację swojej duszy. Sakrament pojednania ma służyć temu, abyśmy nie bali się Boga. Zauważmy, jak często Pan Jezus mówi: „Nie lękajcie się”. Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek przestał się Go bać. Bliskość Boga w Jezusie Chrystusie jest zaproszeniem do wyzbywania się wszystkich lęków, także wobec spowiedników. Ostatecznie nie idziemy do spowiedzi dla księdza, ale ze względu na Boga. Wypowiadamy grzechy przed kapłanem, ale spowiadamy się przecież Bogu. Ksiądz w konfesjonale (lub poza nim) jest tylko marnym, „nieużytecznym sługą”, który ma ukazywać niezgłębione miłosierdzie Boże. Kapłan zawsze powinien być przejrzystym świadkiem dobroci, cierpliwości i hojności Boga. Powinien być miłosierny i wskazywać na nieskończone miłosierdzie Boże. Spowiedź jest dobra i ważna także wtedy, kiedy odchodzimy od konfesjonału z brakiem ludzkiej satysfakcji, ponieważ ksiądz okazał się człowiekiem mało wyrozumiałym i niezbyt serdecznym. Potrzebne jest tu wzajemne miłosierdzie i zrozumienie z obu stron.
Jedna drogocenna łza... Odmiennym, bo wymykającym się racjonalnej analizie, problemem jest kwestia skruchy lub, jak kto woli, żalu za grzechy. Żal za grzechy jest bowiem doświadczeniem złożonym, dynamicznym. Mówiąc: „Nie czuję żalu”, opisujemy własne emocje. Żal za grzechy jednak jest przede wszystkim aktem wiary, a nie doświadczeniem uczuciowym. Dlatego możemy wzbudzić w sobie żal także wtedy, gdy nasza sfera uczuciowa ma upodobanie w grzechu i gdy tkwimy w rodzącej grzechy namiętności. To wiara mówi nam, że Bogu nie podoba się to, w czym ma jeszcze upodobanie nasza grzeszna natura. Człowiek przywiązany do grzechu nie odczuwa emocjonalnego żalu. Ale i w tej sytuacji dzięki rozumowi oświeconemu wiarą możemy stwierdzić, że każdy grzech jest złem. Tak mówią nam Boże przykazania, Ewangelia, Kościół. Człowiek może uznać i wyznać zło grzechu, ponieważ ufa Bogu i Kościołowi. Dobrze jest w sakramencie pojednania wyznać przywiązanie do namiętności rodzącej fakty grzechu i zadeklarować pragnienie wyzwolenia się spod jej destrukcyjnego wpływu. Takie wyznanie pogłębia nasz żal. Jednak ani żalu, ani też samego grzechu nie jesteśmy w stanie pojąć rozumem, jeżeli nie zostanie on oświecony łaską. Zrozumienie prawd wiary jest ważne, przychodzi ono jednak jako owoc zaufania Bogu i Jego miłosierdziu. Bóg daje nam przykazania, ponieważ nas kocha. Mówi nam: „To jest dobre, a to jest złe”, bo tylko On wie, co jest dla nas pożyteczne, a co szkodliwe.
Żal za grzechy zawiera dwa ważne elementy. Po pierwsze, jest uznaniem zła i zniszczenia, które sprawia ono w nas samych, w bliźnich, a nawet --- choć w innym znaczeniu --- w Bogu. Po drugie, jest powierzeniem odkrytego i wyznanego zła miłosierdziu Boga. Żal jest doświadczeniem dynamicznym, bo wiąże się z przejściem skruszonego grzesznika z nizin grzechu do wyżyn miłosierdzia Bożego. Ważne jest, aby wzbudzając żal za grzechy nie koncentrować się wyłącznie na samym grzechu, ale widząc go i uznając jego zło, oderwać się od niego, by dostrzec miłosiernego Ojca, który przytula do swego Serca syna marnotrawnego. Psalmista mówi: „Głębia przyzywa głębię hukiem Twych potoków” (Ps 42,8). Głębia grzechu (mówimy przecież o tajemnicy ludzkiej nieprawości) ma przywołać głębię dobroci i miłosierdzia Bożego. Dlatego też, przygotowując się do sakramentu pojednania, mamy nie tylko liczyć swoje grzechy, ale także dostrzegać dobroć Boga i Jego łaskę.

I tu wkraczamy w problematykę rachunku sumienia, który powinien być dobrym przygotowaniem do Spowiedzi św. Pytanie: „jak należy dokonać rachunku sumienia?” --- nie jest ani retoryczne, ani banalne. Dlatego w mojej refleksji o pokucie chrześcijańskiej nie powinno zabraknąć tego ważnego wątka.
Możemy posłużyć się rachunkiem sumienia z naszej książeczki do nabożeństwa. Ważne jednak, aby była to książeczka dostosowana do wieku i sytuacji egzystencjalnej, w jakiej się znajdujemy. Książeczka od pierwszej Komunii świętej niech zostanie pomocą dla dzieci. Rachunek sumienia winien rosnąć razem z Chrześcijaninem. Trzeba w nim odwoływać się także do własnej intuicji moralnej i duchowej, czyli do własnego sumienia: „Co wyrzuca mi moje sumienie? W czym ono mnie upomina? W jakich sytuacjach byłem nieuczciwy?”. Często bowiem zdarzają się nam grzechy, które trudno jest ująć w jakieś określone przykazania i które nie są zapisane w książeczkach. Grzech i zło są zawsze tam, gdzie dochodzi do wykorzystania bliźniego, nadużycia jego dobroci, manipulacji jego wolnością.
Powierzchowność naszych rachunków sumienia wynika nieraz z tego, że robimy je pospiesznie. Rachunek sumienia domaga się czasu. Podobnie jak sama miłość, tak rozliczanie się z własnym sumieniem, będące wyrazem miłości do Boga, do bliźniego i do siebie samego, wymaga czasu. Jeżeli zamierzamy iść do spowiedzi, byłoby dobrze, abyśmy jeden lub nawet dwa dni wcześniej modlili się rano i wieczorem w tej intencji, prosząc Boga o światło dla poznania grzechu oraz odkrycia głębi miłosierdzia Bożego. Grzech nie zawsze daje się łatwo rozpoznać. On jakby ukrywa się w nas i dlatego do dobrego rachunku sumienia potrzebne jest nam światło łaski. Św. Ignacy Loyola zachęca, aby modlić się „o łaskę poznania grzechów”. Jeżeli człowiek ma małą wiarę, to zwykle sądzi, iż ma także małe grzechy. Jeżeli nie ma wiary, nie czuje się grzesznikiem. Ci, którzy nie liczą się z Bogiem, będą pytać, dlaczego określone czyny i postawy są grzechem, choć ludzie powszechnie je aprobują. To nie my ustalamy, co jest dobre, a co złe. Jeżeli nie widzimy naszych grzechów, nie musimy zbytnio się tym trapić. Powinniśmy raczej modlić o większą wiarę. Wraz z nią odkryjemy zło i brzydotę własnego grzechu. Największymi grzesznikami zawsze bywali wielcy święci. Wielka świętość, wielka miłość do Boga i ludzi sprawia, że człowiek postrzega każdy grzech, także ten najmniejszy, jako wielkie zło. Nie ma grzechów banalnych. Są tylko grzechy banalnie przeżywane.
Do banalnych na pewno nie należy problem odczuwania upokorzenia rozpatrywanego w kontekście rachunku sumienia i wyznania grzechów przed spowiednikiem. Jeżeli wielu ludzi odkłada spowiedź na czas nieokreślony, to właśnie dlatego, iż boi się upokorzenia. W spowiedzi należy odróżnić ukorzenie się przed Bogiem od poniżania się przed człowiekiem. Nie jest dobrze, kiedy, wyznając swoje grzechy, czujemy się upokorzeni lub poniżeni przed księdzem. Stawiamy sobie wówczas pytania: „Co ksiądz sobie pomyśli? Co mi powie? Jak mnie potraktuje?”. Jeżeli rodzą się w nas takie wątpliwości, możemy powiedzieć sobie w duchu: „Jeżeli ksiądz sobie źle pomyśli o mnie, to jest jego problem, a nie mój. Powinien dobrze o mnie myśleć, ponieważ chcę się szczerze wyspowiadać”. Idziemy do spowiedzi nie po to, żeby się upokarzać, ale by odzyskać poczucie wartości i godności. Ukorzenie się przed Bogiem nigdy nie jest poniżaniem siebie. Kiedy wyznajemy grzechy przed Ojcem, stajemy w duchu prawdy. Prawda nas wyzwala, ale prawda pełna: nie tylko ta o naszej kruchości moralnej, ale także ta o nieskończonej dobroci Boga, którą wyrażają słowa:  „Pan odpuszcza ci twój grzech, nie umrzesz”. Tu mamy coś bardzo dobrego i ważnego. Gdy Pan światłem swego słowa odsłoni ci twoje wnętrze, zobaczysz, jak głęboko w twoim sercu gnieździ się grzech; jak jest on przykryty pobożnością i pozorami, a może cię popchnąć do rzeczy, o których nawet nie myślisz, że możesz być zdolny. Gdy człowiek jest ślepy i tego nie widzi, wpada czasem w bardzo gruboskórny grzech, aby przejrzał. Gdy Bóg da ci to poznać swoim słowem i w twoim sercu zrodzi się aż wstręt do siebie samego, wówczas Pan swoim Duchem Świętym zaświadczy ci w twym sercu: tam, gdzie ty siebie nienawidzisz, On --- Bóg kocha ciebie, podnosi, nie odpowiada na twoje zło jak człowiek odpowiada na zło drugiego, odwróceniem się, odrazą, sądzeniem. Nie! Bóg odpowiada miłością, a tego trzeba doświadczyć na sobie. Twoja historia pójdzie dalej. Nie umrzesz, bądź pewny. A skutki twego grzechu Bóg obróci w dobro. Gdy tego doświadczysz, wiedz, że Bóg zaczyna w tobie proces ku czemuś bardzo wielkiemu, autentycznemu, co zaprowadzi do wyleczenia cię z grzechu, do osiągnięcia prawdziwej świętości.
Przypomnijmy sobie piękny fragment Starego Testamentu, w którym Bóg ustami proroka Izajasza zwraca się do Izraela: „Nie bój się, robaczku Jakubie, nieboraku Izraelu! Ja cię wspomagam --- wyrocznia Pana --- odkupicielem twoim --- Święty Izraela. Oto Ja przemieniam cię w młockarskie sanie, nowe, o podwójnym rzędzie zębów: ty zmłócisz i wykruszysz góry, zmienisz pagórki w drobną sieczkę; ty je przewiejesz, a wicher je porwie i trąba powietrzna rozmiecie. Ty natomiast rozradujesz się w Panu, chlubić się będziesz w Świętym Izraela” (Iz 41,14–16). Prorok mówi, że Izrael jest tylko małym robaczkiem. Kiedy jednak ten nieborak przyjmie moc Boga, jego działanie stanie się podobne do potężnych maszyn, które kruszą góry. Poczucie własnej niemocy przed Bogiem i wyznanie przed Nim grzechów sprawia, iż stajemy się mocni i możemy zwyciężać nasze słabości, znosić różnorakie trudności życiowe, dźwigać krzyże, które spotykamy na drodze życia.
Problemem często bywa także samo wyznanie grzechów. Wielu ludzi czuje związany z tym niepokój. Pytają siebie z niemałą obawą: „Czy aby wszystko powiedziałem, czy dobrze nazwałem grzech, czy nie wprowadziłem księdza w błąd?”
Pan Bóg nie jest liczykrupą. Ważne, aby spowiadać się szczerze, bez zamiaru ukrywania czegokolwiek. Wyznając grzechy, i tak dotykamy jedynie czubka góry lodowej. Ten sam grzech moglibyśmy opisywać nieraz bardzo długo. Rodzi się jednak pytanie, po co to robić. Trzeba wyznawać grzech prosto, szczerze, bezpośrednio, bez owijania w bawełnę. Nieraz należy też podać istotne okoliczności grzechu. Niekiedy dobrze jest też odsłonić grzeszne motywy ważniejszych czynów. Ale nie są bynajmniej konieczne szczegóły opowiadające o popełnionym grzechu. Jeżeli wyznajemy wszystkie grzechy szczerze i prosto, a mimo to nie znajdujemy pokoju serca, to rodzi się pytanie o przyczynę tego stanu. Przyczyn może być wiele, m.in.:

Jeżeli wyznajemy grzechy tak, jak umiemy, szczerze, otwarcie i z zaufaniem, Pan Bóg odpuszcza nam je wszystkie, również te, których nie jesteśmy do końca świadomi. Otrzymując rozgrzeszenie po wyznaniu wszystkich grzechów ciężkich, co do rodzaju i liczby, otrzymujemy uwolnienie także od tych grzechów, które po prostu zapomnieliśmy. Łaska poznania grzechu wzrasta w nas wraz ze wzrostem zaufania w miłosierdzie Boga. Jeżeli będziemy bardziej wrażliwi na Boga, to zrodzi się w nas także większa wrażliwość na grzechy, również lekkie.
Zdarza się nieraz, że grzech ciężki, który spowodował wielką ranę, choć został wyznany na spowiedzi, wraca jednak przy kolejnym przygotowaniu do sakramentu pojednania. Aby uniknąć wielokrotnego powtarzania na spowiedzi jednego (wciąż niepokojącego nas) grzechu, powinniśmy uczyć się rozeznawania naszej skruchy i odróżniania prawdziwego, szczerego żalu od chorego poczucia winy. Zauważmy, że Judasz wyznał grzech. Powiedział: „Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną” (Mt 27,4). Ale w wyznaniu grzechu i żalu Judasza nie było Boga, nie było odwołania się do Jezusa. Judasz zatrzymał się na swojej nieprawości. Żal za grzechy, w którym brakuje odwołania się do miłosierdzia Bożego, jest zawsze destrukcyjny. Właśnie dlatego Judasz się powiesił. Prawdziwe wyznanie grzechów łączy świadomość grzechu z zaufaniem miłosierdziu Boga. Dawid mówi: „Zgrzeszyłem wobec Pana” (2 Sm 12,13). Król nie opisuje swojego grzechu. Właśnie owo „wobec Pana” jest integralną częścią prawdziwego żalu. Jeżeli czujemy się zaniepokojeni, rozdzierani grzechami już wyznanymi, powinniśmy wówczas dłużej, gorliwiej i hojniej kontemplować miłosierdzie, modlić się, by go w pełni doświadczyć. Chore poczucie winy bywa nieraz wielką przeszkodą w rozwoju życia duchowego. Kiedy bowiem człowiek zaczyna się modlić, wtedy przypominają mu się własne grzechy. One wówczas stają się treścią modlitwy, podczas gdy winno nią być przede wszystkim doświadczenie miłości do Boga i do człowieka. Chore poczucie winy jest wówczas równoznaczne z pokusą powracania do grzechów z przeszłości. Dzieje się tak dlatego, ponieważ w jednym grzechu jesteśmy kuszeni zawsze dwa razy. Najpierw --- do fascynacji namiętnością. Zły duch zdaje się nam wówczas mówić: „Jeżeli nie zerwiesz zakazanego owocu, będziesz wiecznie nieszczęśliwy”. Po zerwaniu go zaś przychodzi rozczarowanie, a z nim druga pokusa, znacznie gorsza od pierwszej: pokusa rozpaczy. Dlatego też Jan z Karpatos, Ojciec Pustyni z VII wieku, mówił, że „rozpacz jest czymś gorszym niż grzeszenie. Gdy bowiem Judasz [...] popadł w rozpacz, wróg rzucił się na niego i założył mu sznur na szyję. Gdy Piotr natomiast [...] doznał straszliwego upadku [...], nie uległ ani nie poddał się rozpaczy”. Właśnie w momentach zniechęcenia i rozpaczy zło ma większy wpływ na nas niż dobro. Często człowiek w rozpaczy nie wie, co robi, a pokusa zdaje się mówić: „Patrz, coś zrobił, musisz ginąć. Nie jesteś już godny miłości. Musisz być odrzucony”. Człowiek wówczas zaczyna się kryć przed Bogiem i ludźmi. Staje się nieszczery, zamknięty w sobie. Odkładanie spowiedzi bywa uleganiem pokusie zniechęcenia i rozpaczy. Człowiek ucieka wtedy od ludzkiej życzliwości i miłosierdzia Bożego.
Jakość naszych spowiedzi zależy od dobrze ukształtowanego sumienia. Zdarza się jednak, że sumienie milczy wówczas, kiedy winno nas upomnieć. Żyjemy bowiem w cywilizacji, która skutecznie rozmywa wszelkie granice moralne, sugerując nam niemoralne rozwiązania różnych ludzkich problemów. Kiedy, zwłaszcza młody, człowiek naczyta się, nasłucha i naogląda takich propozycji, wówczas jego sumienie może zostać stępione, rozregulowane. Dzisiaj wielu, zwłaszcza młodych Chrześcijan, ze zdziwieniem pyta: „Dlaczego »to« jest grzechem? Dlaczego mi »tego« nie wolno?”. Są to symptomy nie do końca dobrego ukształtowania sumienia, któremu brakuje wyczucia i rozeznania moralnego.
Bezcennym dla nas Chrześcijan jest to, gdy świadomie, z wewnętrznego wyboru, deklarujemy przed Bogiem pragnienie życia w prawdzie, w wewnętrznej przejrzystości, uczciwości moralnej. Spowiedź św. jest wspaniałą okazją do złożenia takiej deklaracji, wypowiedzenia takiego pragnienia przed Bogiem, ponieważ --- jak mówi Jezus --- „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (Mt 5,8).
Niezależnie od tego, co proponuje nam dziś środowisko, w którym żyjemy, winniśmy wzbudzać w sobie pragnienie życia według Bożego słowa, według Bożych przykazań. Taka deklaracja złożona Bogu jest szalenie ważna dla formacji naszego sumienia. To nie tylko my własnymi zabiegami kształtujemy sumienie. Kształtuje je również łaska Boża. Mówimy przecież, że sumienie jest „głosem Boga”. On pracuje w nas, On również w/do nas przemawia.
Innym ważnym elementem kształtowania sumienia jest regularna spowiedź i kierownictwo duchowe. Kiedy coś niepokoi nasze sumienie, wówczas powinniśmy porozmawiać z jakimś roztropnym kapłanem. Trzeba bowiem szanować te niepokoje. Czasem jednak zdarza się, iż niektórzy ludzie przychodzą na rozmowę z kierownikiem duchowym tylko po to, aby uspokoić nieczyste sumienie. Niestety człowiek może je zagłuszać, a przecież nie wolno nam żyć wbrew swojemu sumieniu, czy --- nie daj Boże --- go łamać. Jeżeli popełnimy grzech, trudno. Nie musimy rozdzierać szat i popadać w rozpacz. Trzeba jednak uznać go oraz wyznać przed Bogiem i Kościołem. Zepsucie moralne przychodzi wtedy, kiedy człowiek bywa dumny z własnego grzechu (por. Flp 3,18–19).

Jezus wyrzucał apostołom brak wiary. My też nie zawsze korzystamy z Jego obecności pośród nas. Nieraz traktujemy Go jak kogoś stojącego na uboczu, bezczynnie, jak Zbawiciela nie mogącego nas zbawić. Na pierwszy plan nie wychodzi On, lecz nasze możliwości, nasz wysiłek, jakby wszystko od nas zależało. I wtedy statek naszego życia tonie. Jezus mówi do nas: „Ja istnieję. Ja jestem. Choroba, na którą chorujesz --- grzech, który masz w sobie jest czymś poważniejszym niż myślisz. Tu nie wystarczy twoja dobra wola. Ona jedynie zakrywa grzech, stwarza pozory ładu, lecz głęboko uleczyć nie potrafi. Zrobić to mogę tylko Ja, Jezus. Po to istnieję w Kościele, w Eucharystii, zapraszam do spowiedzi, abyś na sobie doświadczył Mojej mocy, która cię głęboko w twych korzeniach uleczy”. „Miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat.” (J 16,33b).

Każdy Chrześcijanin wie, że grzesząc, obraża Boga, zrywa z Nim więź i obciąża swoje sumienie. Jednak w spowiedzi konieczna jest świadomość, że ani my sami, ani nasz bliźni --- także spowiednik --- nie może uwolnić nas od grzechów. Może je wziąć na siebie tylko Jezus. To jest najpiękniejsza tajemnica sakramentu pojednania. I rzeczywiście Jezus z miłości do nas bierze na siebie nasze grzechy. „On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie” (Iz 53,5). Nasze zdrowie duchowe i moralne, a wraz z nim także zdrowie emocjonalne, jest w doświadczeniu miłości Boga, która objawiła się w Jezusie Ukrzyżowanym. Nie do przecenienia jest zatem to, aby spowiedź wiązać nie tylko z przyjmowaniem miłości Boga, ale także z okazywaniem Mu naszej. Prawdziwe przebaczenie jest miejscem wzajemnego obdarowywania się miłością. Bóg przychodzi jako pierwszy ofiarując nam miłość. Liczy jednak, że odpowiemy miłością na Jego miłość. Przebaczywszy Piotrowi jego grzech, Jezus pyta, prosząc o jego miłość: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?” (J 21,15). Człowiek, który doświadczył przebaczającej miłości, jest zaproszony, aby odwzajemniał miłość Boga i dzielił się nią z innymi. Dlatego też przebaczenie bliźnim zawsze będzie bardzo ważnym znakiem autentyczności korzystania z sakramentu pokuty. Przygotowując się do spowiedzi, przyglądajmy się nie tylko naszym uczuciom związanym ze spowiedzią i żalem za grzechy, ale także naszym relacjom z bliźnimi. One powiedzą nam więcej o naszym korzystaniu z sakramentu pojednania i o przeżywaniu pokuty chrześcijańskiej.

[mr]
22.02-03.03.2008 (uzupełnienie: 17.04.2008)


O powołaniu do bezgrzeszności

Dzieci moje, piszę wam to dlatego, żebyście nie grzeszyli. Jeśliby nawet ktoś zgrzeszył, mamy Rzecznika wobec Ojca - Jezusa Chrystusa sprawiedliwego.
On bowiem jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy i nie tylko za nasze, lecz również za grzechy całego świata.

BT, 1 Jn 2:1-2

Biblia Tysiąclecia

"Wydaje się nam niekiedy, że grzech to tylko obraza Pana Boga. Tymczasem jest to tylko jeden aspekt grzechu. Drugi - to zranienie samego siebie. Grzechy nawet po spowiedzi pozostawiają w nas pewien ślad; coś się w nas odkłada, pozostaje duchowy paraliż, który polega na tym, że nie jesteśmy w stanie wykonać ruchu ku dobru".

Tomasz Kwiecień OP

Tomasz Kwiecień OP

Wydaje się, że dzisiaj zapomnieliśmy o powołaniu do bezgrzeszności, pojętej jako życie bez grzechu zrywającego naszą więź z Chrystusem. W tym sensie bezgrzeszność nie oznacza jakiejś wyimaginowanej doskonałości moralnej, ale trwanie --- pomimo własnej słabości --- w łasce, dzięki której jesteśmy przybranymi synami Boga Ojca. Pierwsi chrześcijanie traktowali to powołanie do życia w Bogu bardzo poważnie. Stąd znajdujemy w Nowym Testamencie tak mocne wypowiedzi jak ta z Listu do Hebrajczyków: „Niemożliwe jest bowiem tych --- którzy raz zostali oświeceni, a nawet zakosztowali daru niebieskiego i stali się uczestnikami Ducha Świętego [...], a jednak odpadli --- odnowić ku nawróceniu” (6,6). Tekstu tego nie należy oczywiście interpretować jako wskazania niemożliwości odpuszczenia grzechów, ale jako podkreślenie krańcowych konsekwencji grzechu, a szczególnie odejścia od wiary. Zauważmy jednak, iż w tej perspektywie sakramentalna pokuta i pojednanie nie są jakąś prostą procedurą, która w stosunkowo bezbolesny sposób pozwala zaradzić grzechowi w myśl zasady: »Zgrzeszyłeś? Co za problem?! Wyspowiadasz się i po krzyku«.
Czy zatem nosimy w sobie wiarę w moc Boga, który chce i może zachować człowieka w stanie nazywanym łaską uświęcającą? Czy nie jest tak, że zamiast ulegać Bożemu działaniu w nas i świadczyć o Jego skuteczności, wyznajemy --- w gruncie rzeczy zdroworozsądkową --- teorię o nieusuwalnej nędzy człowieka, który im częściej biegnie do kratek konfesjonału tym lepiej? Tymczasem Dobra Nowina nie polega na wezwaniu: »Idź i wróć jak najszybciej, aby znowu wyznać grzechy!«, ale na słowie-obietnicy: »Idź i nie grzesz więcej!« Przy czym nie chodzi tu o zachętę do nadzwyczajnego wysiłku, ale o wskazanie na moc płynącą z wiary: Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, to nic nie będzie dla was niemożliwe (por. Mt 17,20). Wezwanie do bezgrzeszności nie jest więc jakimś nadludzkim moralizmem, ale obietnicą, że Bóg może nas ustrzec od grzechu. Bez wiary w tę obietnicę nie miałyby sensu słowa wypowiadane w każdej Mszy świętej: „Wspomóż nas w swoim miłosierdziu, abyśmy zawsze wolni od grzechu i bezpieczni od wszelkiego zamętu, pełni nadziei oczekiwali przyjścia naszego Zbawiciela”.
Czy współcześni chrześcijanie rozumieją i wcielają w życie Chrystusowe: »Idź i nie grzesz więcej!«? A może raczej zdają się myśleć: »Nigdy od grzechu wolny nie będę, a zatem powinienem spowiadać się jak najczęściej!« Sobór Laterański IV (1215 r.) wprowadził obowiązek dorocznej spowiedzi. Sobór Trydencki potwierdził tę praktykę. Trzeba jednak zauważyć, że istnieje tu pewna rozbieżność wypowiedzi. Otóż Lateran IV postanowił, że „wszyscy wierni obojga płci, doszedłszy do używania rozumu, powinni osobiście przynajmniej raz w roku wiernie wyznać wszystkie swoje grzechy własnemu kapłanowi”. Trydent stwierdza jednak, iż Jezus Chrystus „pozostawił po sobie zastępców kapłanów [...] jako zwierzchników i sędziów, którym mają być przedstawione wszystkie grzechy ciężkie [...]. Powszednie zaś grzechy, które nas nie pozbawiają łaski Bożej i w której częściej upadamy, można przemilczeć bez winy i odpokutować innymi środkami”. Wyniki dyskusji dotyczącej powyższej rozbieżności J. Delumeau streszcza następująco: „nakaz dorocznej spowiedzi odnosi się w ścisłym sensie jedynie do grzechów śmiertelnych, ale tak czy owak lepiej stanąć przed księdzem przynajmniej raz w roku, z obawy przed wywołaniem skandalu i żeby oświadczyć, iż nie mamy na sumieniu żadnego grzechu śmiertelnego”.
W obowiązującym Kodeksie Prawa Kanonicznego czytamy natomiast: „Każdy wierny, po osiągnięciu wieku rozeznania, obowiązany jest przynajmniej raz w roku wyznać wiernie wszystkie swoje grzechy ciężkie” (kan. 989). Sformułowanie to przytacza najnowszy Katechizm Kościoła Katolickiego (nr 1457). Wynika z tego, że obowiązek spowiedzi w sensie ścisłym dotyczy grzechów ciężkich. Czy można więc wyobrazić sobie dobrego chrześcijanina, który przez lata nie przystępuje do sakramentu pokuty?

Dotykając tych kwestii powinniśmy unikać mieszania problemu „grzeszności” i/lub „bezgrzeszności” człowieka z tym, co moglibyśmy nazwać jego rozwojem wewnętrznym. Inaczej bowiem Spowiedź świętą traktują ludzie, którzy przechodzą od jednego grzechu śmiertelnego do drugiego grzechu śmiertelnego, a inaczej ludzie, którzy „usilnie postępują w oczyszczaniu się ze swoich grzechów [...] i wznoszą się od dobrego do lepszego”, chyba, że założymy, że ci już spowiedzi nie potrzebują, bo nie grzeszą ciężko --- tylko czy mamy do tego prawo? W tym miejscu należy postawić sobie fundamentalne dla niniejszych rozważań pytanie: co to jest sakrament i czy jego potrzeba ustaje wraz z wewnętrznym przeorientowaniem życia chrześcijanina?
Uwalniając nasze umysły od „scholastycznych” wyobrażeń spróbujmy spojrzeć na problem powołania do bezgrzeszności niejako „z lotu ptaka”, aby móc w ten sposób ogarnąć całą jego bogatą strukturę.
Sakrament, jest to znak widzialny, który z ustanowienia Chrystusa Pana daje nam łaskę Bożą. I to właśnie jest główną „funkcją” sakramentu w ogólności: bycie „nośnikiem” łaski Bożej.
Współczesnemu katolikowi, słyszącemu nawoływanie do jak najczęstszej spowiedzi, trudno jest zapewne zrozumieć sens stosowanej w Kościele pierwotnym jednorazowej pokuty publicznej, która w dodatku rozumiana była jako coś, czego dojrzały chrześcijanin powinien uniknąć. Ktoś mógłby zapytać: Czy chrześcijanie pierwszych wieków byli aż tak naiwni, by wierzyć w możliwość życia bez grzechu? Wolność w Bogu i mocą Boga...Powtórzmy więc raz jeszcze: Wiara w możliwość bycia wolnym od grzechu nie opiera się na zaufaniu w moc człowieka, ale poznaniu wielkości łaski, jaką Bóg pragnie obdarzyć człowieka. Ponadto stan, który nazywamy bezgrzesznością, nie oznacza wyidealizowanej doskonałości, gdzie nie ma miejsca na najmniejsze słabości. Chodzi o wolność od grzechu pojmowanego w pełnym sensie tego słowa. Tego rodzaju grzech, zwany grzechem ciężkim lub śmiertelnym, niszczy wspólnotę człowieka z Bogiem. Polega on na wolnej, egzystencjalnej i radykalnej decyzji przeciwstawienia się woli Bożej; zakłada pełną i jasną wiedzę, wolność i ciężką materię. W sensie ścisłym tylko ten, kto popełnił taki grzech, ma obowiązek przystąpienia do sakramentu pojednania. Inne grzechy, które nazywamy powszednimi, mogą zostać zgładzone poprzez osobistą modlitwę, odmówienie aktu pokutnego, przyjęcie Komunii świętej itp. W przypadku grzechów powszednich, które nie niszczą więzi z Bogiem i ze wspólnotą Kościoła, trudno nawet mówić o pojednaniu. Kto z kim miałby się bowiem jednać, skoro jedność nie została zerwana? I jaki to wszystko ma związek ze spowiedzią? Otóż taki, że jest ona przede wszystkim sakramentem, czyli środkiem do wzrostu łaski. Dlaczego więc pozbawiać się go tylko z powodu braku grzechów ciężkich? Może warto się spowiadać właśnie dla pomnożenia działającej w nas łaski Bożej? Sakrament miłosierdzia jest bowiem najpewniejszym oparciem: tam goją się wszelkie rany i wszelkie choroby znajdują lekarstwo. Ponieważ jest on nie tylko sądem, w czasie którego zostają przebaczone winy, lecz także lekarstwem dla duszy. Poza tym każda Spowiedź św. zakłada postanowienie poprawy oraz pewne ukierunkowanie na przyszłość, z racji czego jest łożyskiem kierownictwa duchowego. A Duch, to nie logika (jeśli już, to bardzo odległa od jej ludzkiego stereotypu). Zatem potrzeba ogromnej pokory i wrażliwości, aby nie ulec diabelskiej pokusie uwikłania się w szczegóły.
Nasuwają się jednak pytania: Jakie grzechy należy uważać za grzechy ciężkie? Kiedy człowiek popełnia grzech ciężki? Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, m.in., że grzechem ciężkim, czyli „śmiertelnym jest ten, który dotyczy materii poważnej i który nadto został popełniony z pełną świadomością i całkowitą zgodą” (nr 1857).
W innym miejscu czytamy: „Grzech śmiertelny wymaga pełnego poznania i całkowitej zgody. Zakłada wiedzę o grzesznym charakterze czynu, o jego sprzeczności z prawem Bożym. Zakłada także zgodę na tyle dobrowolną, by stanowił on wybór osobisty. Niewiedza zawiniona i zatwardziałość serca nie pomniejszają, lecz zwiększają dobrowolny charakter grzechu” (KKK 1859). „Grzech śmiertelny jest --- podobnie jak miłość --- radykalną możliwością wolności ludzkiej. Pociąga on za sobą utratę miłości i pozbawienie łaski uświęcającej, to znaczy stanu łaski” (KKK 1861).

Czy można więc wyobrazić sobie osobę, która nie dokonała żadnego złego czynu dotyczącego tzw. materii ciężkiej, a pomimo to żyje przez długie lata w stanie radykalnego zamknięcia się na nadzieję i miłość, niszcząc w sobie w ten sposób działanie Bożej łaski?
I tu zaczynają się teoretyczne i praktyczne problemy. Dzisiaj jest bowiem tak, iż niektórzy --- wskazując na psychologiczne i socjologiczne uwarunkowania ludzkiego działania --- twierdzą, że bardzo trudno jest popełnić grzech ciężki, inni natomiast, przeciwnie, skłonni są go widzieć prawie wszędzie. Okazuje się, że odpowiedź na pytanie, czy w danym przypadku mamy do czynienia z grzechem ciężkim, czy jedynie powszednim, nie jest prosta. Trudność takiego rozróżnienia skłania --- zdaniem K. Rahnera --- do tego, by zwracać się do Kościoła o sakramentalne słowo przebaczenia, nawet jeśli ma się do wyznania tylko grzechy lekkie. Nasuwa się jednak pytanie, czy rzeczywiście niemożliwość uzyskania bezwzględnej pewności, co do stanu, w którym się znajdujemy, powinna prowadzić do częstej spowiedzi „na wszelki wypadek”? Kościół poucza nas, że „łaska, należąc do porządku nadprzyrodzonego, wymyka się naszemu doświadczeniu i może być poznana jedynie przez wiarę. Tak więc nie możemy opierać się na naszych odczuciach czy naszych uczynkach, by na ich podstawie wnioskować, że jesteśmy usprawiedliwieni i zbawieni” (KKK 2005). Nikt nie jest obiektywnym sędzią we własnej sprawie. Tymbardziej powyższa prawda nie powinna w nas budzić lęku, który staramy się stłumić poprzez powtarzanie magicznie traktowanych obrzędów (a takimi, niestety, mogą stać się sakramenty, w tym spowiedź), ale winna budzić w nas postawę ufności i bojaźni Bożej. Nikt zatem nie może twierdzić z zadufaną pewnością, że znajduje się w łasce uświęcającej, ale skoro sumienie nie wyrzuca nam w sposób oczywisty żadnego grzechu ciężkiego, to nie musimy poddawać się sakramentalnej pokucie. Świadomi jednak swojej słabości nieustannie zawierzajmy siebie i bliźnich Bożemu miłosierdziu, rozważając dobrodziejstwa Boga w swoim życiu, a On zachowa nas w stanie łaski, która ma wymiar uświęcający.
Droga do wolności... Cóż zatem wynika z powyższych rozważań? Nie chodzi w nich oczywiście o przekreślanie praktyki tzw. spowiedzi z pobożności (lub jak kto woli terapeutycznej). Bo choć „wyznawanie codziennych win (grzechów powszednich) nie jest ściśle konieczne, niemniej jest przez Kościół gorąco zalecane” (KKK 1458). Ukochanie częstej spowiedzi jest jasnym znakiem wewnętrznej delikatności i miłości do Boga. Jej brak lub lekceważenie mogą wskazywać natomiast na zanik wewnętrznej delikatności i bardzo często na prawdziwe otępienie w dziedzinie rzeczy nadprzyrodzonych. Częsta spowiedź zobowiązuje nas do zaangażowanej walki ze świadomie popełnionymi grzechami lekkimi. Takie powinno być nasze zachowanie się i niezłomna wola, jeśli dostępujemy łaski częstego spowiadania się. Z drugiej strony jest oczywiste, że częsta spowiedź okaże się dobra i pożyteczna właśnie wtedy, kiedy coraz bardziej będziemy ufali, że poradzimy sobie nawet z grzechem lekkim. Wysiłek i szlachetne zaangażowanie w przezwyciężanie świadomie popełnianych grzechów lekkich (w tym wszelkiego rodzaju niewierności) jest barometrem, dzięki któremu możemy sprawdzić, jak dalece, z jaką powagą i jakimi wynikami praktykujemy częstą spowiedź. Częstotliwość spowiedzi zdeterminowana jest osobistymi potrzebami naszej duszy. Jeśli ktoś (np. osoba konsekrowana) jest szczególnie zobowiązany we wszystkim wypełniać wolę Boga, poleca mu się spowiedź tygodniową, albo przynajmniej co piętnaście dni. W przypadku sumienia skrupulanckiego, warto zwiększyć przedział czasowy miedzy kolejnymi spowiedziami. Gdyby zaś miały miejsce ciężkie upadki czy błędy, trzeba od razu iść do Sakramentu Życia.
Snując refleksję o powołaniu do bezgrzeszności warto uświadomić sobie skalę ewolucji jaką pod działaniem Ducha Świętego przeszedł sakrament pokuty na przestrzeni wieków, ustrzeże nas od pewnych niebezpieczeństw związanych ze współczesną formą spowiedzi, w tym ze spowiedzią wyłącznie z pobożności, a także przyczyni się do głębszego podjęcia odnowy, do której wezwał nas Sobór Watykański II. Bóg bowiem nie jest zimną abstrakcją, On jest Bogiem z „krwi i kości”, Zmartwychwstałym, który każe Tomaszowi włożyć rękę do Jego boku. Być może Bóg jest bardziej „zmysłowy” niż możemy sobie to wyobrazić. Jeżeli wierzymy w „jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”, to wierzymy również w sakramenty, a poprzez nie w obecność Chrystusa, która dla nas „ludzi w ciele” jest realna poprzez owe obrzędy sakramentalne przygotowujące nas Jego łaską do życia w innym wymiarze.
Ponadto nie sposób pominąć relacji, jaka występuje między sakramentem pojednania i Eucharystią. Dzięki temu można podjąć polemikę z zasadą pokutującą w naszym społeczeństwie: »przed komunią obowiązkowa spowiedź«. Wielu ludzi sądzi, że Komunia święta jest swoistą nagrodą za moralną czystość, którą można osiągnąć właśnie dzięki sakramentalnej pokucie. Stąd nie brak katolików ograniczających się do dwóch spowiedzi w ciągu roku (adwentowej i wielkopostnej) oraz dwukrotnego przyjęcia Ciała Chrystusa. Warto zatem przypomnieć, że tylko ten nie powinien przyjmować Komunii świętej, kto ma świadomość popełnienia grzechu śmiertelnego. Grzechy powszednie nie tylko nie zamykają drogi do pełnego korzystania z Eucharystii, ale są gładzone przez pełne uczestnictwo we Mszy świętej.
Sam opis ustanowienia Eucharystii wskazuje na to, że właśnie w niej człowiek dostępuje przebaczenia win: „to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (Mt 26,28). Zauważmy ponadto, że Nowe Przymierze stanowi wypełnienie, a nie zaprzeczenie Starego Przymierza. Dlatego też nie można zrozumieć sensu Eucharystii bez odwołania się do żydowskiej Paschy. Otóż świętowanie Paschy miało podwójne znaczenie: z jednej strony, potwierdzenie i pogłębienie wspólnoty (komunii) ludu z Bogiem, z drugiej zaś, wyzwolenie z grzechu, który zagraża tej wspólnocie. Tak samo też liturgia eucharystyczna będąca pamiątką Paschy Chrystusa oznacza i realizuje skutecznie wspólnotę ludu z Bogiem oraz przebaczenie grzechów. Można więc mówić o dwóch skutkach Eucharystii: negatywnym, czyli odpuszczeniu grzechów, oraz pozytywnym, czyli budowaniu Kościoła. Wynika z tego, że zarówno Eucharystia, jak i Spowiedź święta są sakramentami nawrócenia i pojednania chrześcijanina grzesznika. Nie znaczy to, że są one sakramentami pojednania w tej samej mierze. Pojednanie w sensie ścisłym, czyli po grzechu śmiertelnym, możliwe jest dzięki sakramentowi pokuty, a nie Eucharystii.
Spowiedź z pobożności byłaby więc to taka spowiedź, która nie jest konieczna do tego, by móc w pełni uczestniczyć we Mszy świętej. Grzesznik, który nie popełnił grzechu śmiertelnego, może, a nawet powinien przystąpić do Komunii świętej bez uprzedniej pokuty sakramentalnej. Co więcej, akt pokuty we Mszy świętej oraz pełne w niej uczestnictwo, odnawiają człowieka w nie mniejszym stopniu niż to się dzieje podczas spowiedzi. Inaczej jest w przypadku świadomości popełnienia grzechu śmiertelnego: tu konieczne jest pojednanie w sakramencie pokuty. Dlatego też wielu autorów podkreśla, iż "pojednanie chrześcijanina, który zgrzeszył ciężko", oraz tzw. "spowiedź z pobożności" to dwa różne wydarzenia. Jedynie w pierwszym przypadku można mówić o pojednaniu w sensie właściwym. W drugim zaś trzeba mieć świadomość, że istnieje inna niż spowiedź możliwość „pojednania”. Może się bowiem okazać, iż częste przystępowanie do spowiedzi z pobożności nie prowadzi, niestety, do egzystencjalnego nawrócenia, ale --- wręcz przeciwnie --- do traktowania sakramentu pokuty jako magicznego rytu otwierającego przystęp do Sacrum, podczas gdy życiowe postawy pozostają dalekie od ducha ewangelii. Magiczne zaś oraz instrumentalne traktowanie sakramentalnego rozgrzeszenia jest w gruncie rzeczy zaprzeczeniem istoty nawrócenia. Dlatego też wydaje się, że w niejednym przypadku lepiej jest skupić się na Eucharystii jako sakramencie przemiany mentalności i postaw niż na częstej spowiedzi.
Dzielmy się wiarą jak chlebem... Trzeba zatem podkreślić, że sakrament pokuty nie może zastępować egzystencjalnego wysiłku nawrócenia podjętego w perspektywie wiary w darmo daną łaskę samego Boga. Z drugiej strony, samo przyjęcie Komunii świętej nie jest zwieńczeniem chrześcijańskiej drogi nawrócenia, ale powinno wpisywać się w proces umierania starego człowieka, aby mógł narodzić się nowy.
Dla mnie Chrystus jest samym Centrum i Sacrum, i wszystko zmierza do wypełnienia się w Nim. A skoro tak, to musi istnieć jakiś kres wszystkich wysiłków ludzkości, owo „objawienie się Synów Bożych”, na które całe stworzenie oczekuje „jęcząc i wzdychając w bólach rodzenia” (Rz 8, 22). Niektórzy jednak ludzie (jeszcze za życia doczesnego) uczestniczą w sposób szczególny w tym rodzeniu. Mam tutaj na myśli wszystkich mistrzów życia duchowego, którzy im dalej postępowali w swoim „doświadczeniu mistycznym”, tym bardziej podkreślali potrzebę spowiedzi, jako sakramentu, w którym Bóg nie tyle „odpuści im grzechy”, ale może raczej zniesie nieznośny (z duchowego punktu widzenia) dystans między Sobą, a nimi. Wystarczy, że zacytuję tutaj klasyka „mistyki nieskończoności” św. Wincentego Pallottiego. „O Boże mój! Choć jestem nieczystością samą, pełnym wszelkiego brudu, choć winien jestem każdego grzechu, choć ciążą na mnie mnogie winy, nie ograniczone co do liczby i złości, to jednak uważam, że obraziłbym nieskończone Twe miłosierdzie, gdybym nie przyjął, że Ty poprzez nieprzebrane zasługi Jezusa Chrystusa [...] raczysz spoglądać na mnie, jak gdybym był bez grzechu w pełni Twej nieskalaności. O czystości, o czystości, [...] Ty mnie całego niweczysz i całkiem jesteś we mnie tak, żem przekształcony cały w Ciebie”. Do tego dodać trzeba, że spowiadał się on czasem nawet dwa razy dziennie. Niepotrzebna dewiacja, czy może nadprzyrodzony środek do tego, aby jakoś znieść wielką udrękę, jaką było poczucie małości w obliczu Boga?

Człowiek już odrodzony w Chrzcie świętym, a nawet ten, który przeszedł metánoię (wewnętrzną przemianę) jest ciągle w stanie „natury po grzechu” i wręcz gotowości do popełnienia zła, a to sprawia, że nie jest on wolny od wszelkich „utrapień” tego stanu rzeczy. Świat, w którym żyjemy ciągle jeszcze tkwi we władaniu Oskarżyciela i każdy z nas musi nieustannie, do końca swoich dni, uwalniać się z jego mocy przez walkę i pokutę. Owa pokuta jest koniecznością, ze względu na jej wielką rolę w łagodzeniu skutków chwilowych porażek, jakie zawsze są możliwe. Pokuta sakramentalna jest więc swoistym wyrazem tego wewnętrznego „nastawienia” człowieka i niejako materialnym wyrażeniem rzeczywistości duchowej. Wszystko to --- w jakiś sposób --- ukazuje miejsce sakramentu pokuty w pogłębianiu więzi między Bogiem a człowiekiem oraz stawia nas w przestrzeni łaski, która dla grzeszników jest lub może być cudowną wonią bezgrzeszności. "Nie grzeszyć" bowiem nie oznacza: być "wytresowanym w cnocie" lub "stworzyć w sobie psychologiczne przyzwyczajenia odsuwające daleko grzech od moich myśli, postaw i czynów". Prawdziwie nie grzeszę wtedy, gdy trzymam swoją rękę w dłoni Boga, a wzrok mam  utkwiony w Chrystusa. Jeśli zdam się na siebie, zaufam samemu sobie, swemu (pożal się Boże) hartowi ducha, wtedy nie mogę czuć się bezpieczny, daleki od grzechu. Stąd rodzi się nakaz: „Bądźcie czujni”. Wszak nasz grzech czasami może być konsekwencją dopustu Bożego, zgodnie z Jego planem. Każdy bowiem grzeszy, a Pismo św. mówi, że sprawiedliwemu zdarza się to siedem razy dziennie. Istnieje jednak różnica między kimś, kto jest na drodze ku chrześcijaństwu, a kimś, kto idzie w odwrotnym kierunku.  Otóż: człowiek, któremu nie zależy na świętości, grzeszy i leży w grzechu, natomiast sprawiedliwy grzeszy siedem razy dziennie, lecz zaraz wstaje. I to jest bardzo ważne, bo akcentuje znaczenie pychy i pokory w życiu konkretnego człowieka. Fundament z pokory jest bardzo drogi Bogu. On tak kocha pokorę, że czasem nawet dopuszcza grzech na zbyt pewnego siebie "świętoszka". A jeśli, mimo to, widzi człowieka pysznego, niepoprawnego, wręcz zniewolonego pychą subtelną (jakby zawoalowaną), dopuszcza na niego tak zawstydzający grzech ciężki, żeby ów pyszałek nikogo nie śmiał osądzać i nie uważał się za lepszego od innych.  Dlatego niech Twa łaska, Panie, chroni mnie przed moją małością i pozostanie dla mnie najpiękniejszą wonią bezgrzeszności. Na zawsze.

[mr]
27-28.03.2008 (uzupełnienie: 10-14.04.2008)


O pokorze

Największy z was niech będzie waszym sługą.
Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony.
BT, Mt 23:11-12

Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego.
Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: Ustąp temu miejsca; i musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce.
Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: Przyjacielu, przesiądź się wyżej; i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników.
Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony.
BT, Łk 14:8-11

Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik.
Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik.
Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam.
Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika.
Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony.
BT, Łk 18:10-14

Biblia Tysiąclecia

"Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony". Jakże łatwo ulec złudzeniu, że jest to biblijna definicja pokory. Tym bardziej, że aż w trzech ewangelicznych rozdziałach (patrz Mt 23:12, Łk 14:11, 18:14) można znaleźć te słowa jako syntetyczny komentarz Jezusa do różnych sytuacji życiowych stanowiących niejako kanwę Jego szerszych wypowiedzi. Zawsze jednak chodzi tu o jedno, tj. o krytykę obłudy w myśleniu i postępowaniu zwanej faryzeizmem. Kto bowiem uważa, że pokora polega na poniżaniu się, jest w błędzie i powinien swoje poglądy w tej kwestii poddać gruntownej weryfikacji. Jakże naiwnym musiałby być Jezus, gdyby swoje wezwania do pokory opierał na konieczności świadomego poniżania się człowieka. Taka wizja pokory nikogo by nie skłoniła do wprowadzenia jej (jako cnoty) we własne życie. A przecież Jezus wszystko, co czynił i co mówił, podporządkowywał wartości nadrzędnej, niestopniowalnej i niezbywalnej, tj. godności człowieka (por. KKK 1700). Dlatego już na początku niniejszej refleksji o pokorze należy z całą mocą podkreślić fakt, że słowa Jezusa zacytowane powyżej mają związek z pokorą, ale nie są jej definicją. Pokora bowiem wcale nie polega na poniżaniu się, ani tym bardziej na mazgajstwie, służalczości, tchórzostwie itp., co więcej --- taka pokora jest jej karykaturą. Pokora to piękna cnota chrześcijańska, która jest jak najbardziej zgodna ze zdrowym rozsądkiem i której towarzyszy inna podobna do niej i związana z nią, a dziś mało ceniona (zwłaszcza wśród młodego pokolenia) cecha: skromność.
Dziś nie rzadko zdarzają się, wręcz żenujące, sytuacje, gdy ktoś w imię źle pojętej pokory m.in. zaprzecza rzeczom oczywistym. Fałszywa pokora razi, śmieszy i zniechęca. Skąd zatem się bierze? Bardzo często z dobrych chęci. Czasami ktoś, np. bardzo pragnąc postępu w swojej sferze duchowej, czyta biografie świętych i znajduje tam opisy sytuacji, w których pozwalali oni innym na zniewagi lub poniżenia, a nie mając pomocy kogoś doświadczonego bierze to za przykład do naśladowania i chce tak postępować. Tylko prawda cię wyzwoli...Nie dostrzega, że to, co w tamtej, szczególnej sytuacji danego świętego, było oznaką jego heroicznej miłości i było godne pochwały, współcześnie jest niewłaściwe. Jeśli tak, to czym właściwie jest pokora? Można to ująć krótko jednym słowem: prawda. Pokora jest prawdą, prawdą o sobie, prawdą o tym, kim jestem, co potrafię i jeszcze bardziej, czego nie potrafię. Pokora jest akceptacją prawdy o sobie i nieustannym, szczerym wysiłkiem w poznawaniu siebie i zgadzaniu się na to, co się o sobie dowiaduję. Oczywiście bez tej całej otoczki: fałszywych konwenansów, udawania, zachowywania pozorów, ubierania twarzy w maskę kogoś, kim się nie jest, a kim się chciałoby być (bez względu na najbardziej irracjonalne przesłanki). Pokora prowadzi nas do bardzo prostych stwierdzeń. Najpierw do świadomości, że jako człowiek mam ograniczone możliwości, a więc nie mogę uczynić wszystkiego. Dotyczy to zarówno spraw codziennych, m.in. związanych z uzdolnieniami artystycznymi jak i nadprzyrodzonych. Człowiek pokorny to ktoś, kto, np. nie mając zdolności muzycznych, nie będzie udawał, że zna się na muzyce lub za wszelką cenę będzie starał się robić karierę piosenkarską. W sprawach Bożych człowiek pokorny uznaje, że wszelkie dobro pochodzi tylko od Boga, a patrząc na dary (jakie otrzymał i wciąż otrzymuje) oraz swoje talenty wrodzone wie, że otrzymał je od Boga. Dlatego choćby był bardzo uzdolniony, nie będzie czuł się lepszy i poniżał mniej zdolnych, zaś nie mając jakichś szczególnych darów naturalnych nie będzie rozpaczał i zazdrościł innym, gdyż wie, że jeśli Bóg ich mu nie udzielił, to widocznie nie są mu one potrzebne. Równocześnie człowiek pokorny nie udaje, że nie ma czegoś, co ma, a także przyznaje innym, że mają określone talenty i/lub w szczególnie dobry sposób robią coś konkretnego. Pokora zatem jest czymś bardzo praktycznym, rozsądnym i miłym. Człowiek pokorny cieszy się z pochwał, a cieszy się podwójnie, ponieważ wie, że Bóg uczynił przez niego coś dobrego, a on okazał się Bogu przydatny. Pokora wcale nie oznacza wyrzeczenia się prawa do zasługi, jest jedynie świadomością, że dobro zawsze czynimy z pomocą Bożą i/lub z Jego inicjatywy.
To cudowne uczucie mieć świadomość, że moje działanie przyniosło komuś pożytek. I nie ma to nic wspólnego z pychą. W znakomitej większości przypadków chcemy być pokorni i nie chcemy być pyszni. Często jednak nie wiemy jak to zrobić. Albo w naszej świadomości funkcjonuje błędna, choć o „biblijnym rodowodzie”, definicja pokory, albo zbytnio ufamy własnym możliwościom rozeznania subtelnej granicy między godnością a dumą ludzką. Godność jest siostrą pokory, natomiast duma (prędzej czy później) prowadzi do pychy.
„Jak wielkim niebezpieczeństwem musi być duma, skoro Bóg --- aby z niej wyleczyć --- dopuszcza [nawet] zdradę i odtrącenie przez najbliższych? […] Bóg dla dumnych i chciwych nie jest oparciem, tylko kimś, kto »popycha« do upadku” [AP].

Pycha generalnie jako przeciwieństwo pokory jest kłamstwem, jest życiem z fałszywym obrazem samego siebie, który akceptujemy i który bezkrytycznie podtrzymujemy. Ten nieprawdziwy autoportret wypacza nasze relacje z innymi. Pycha może dotyczyć naszych wrodzonych bądź odziedziczonych predyspozycji, intelektu lub ducha. Pierwszy rodzaj pychy to próżność. Polega ona na tym, że osoba obdarzona niepospolitą urodą, talentem lub pochodzeniem uważa się z tego powodu za kogoś wyjątkowego i oczekuje specjalnego traktowania, mając się za lepszą od innych. Podobną formą pychy jest żądza uznania, która popycha człowieka do działania w tym celu, by inni to zauważali i głośno wyrażali swój aplauz. Często jest to czynienie dobra na pokaz, np. dawanie wielkiej jałmużny (por. BT, Mr 12:41-44), obnoszenie się wszem i wobec ze swoimi postami, modlitwami (por. BT, Mt 6:1-18) itd. Żądzy uznania towarzyszy dodatkowo obłuda, która polega na oficjalnym głoszeniu, że nam na uznaniu nie zależy, ale jeśli nikt nie dostrzega naszej pobożności i jej nie chwali mamy poczucie krzywdy. Człowiek próżny, jeśli nie będzie chwalony za swoją pobożność prędzej lub później ją porzuci.
Pycha intelektu potocznie jest nazywana zarozumialstwem i zadufaniem w sobie. Zarozumialec wszystko najlepiej wie, na wszystkim się zna, wszystkimi chciałby dyrygować i jest przewrażliwiony na własnym punkcie, dlatego łatwo się obraża. Z tego typu osobą nie sposób ani żyć, ani pracować.
Wreszcie ostatnia i najstraszniejsza postać pychy to pycha duchowa. Jest to totalne zakłamanie w sferze ducha polegające na pomijaniu Boga w ocenie dóbr duchowych w życiu doczesnym. Pyszałek uważa, że to od niego pochodzi dobro, że cnoty są wynikiem jego ascezy i pobożności, sobie przypisuje świętość. Często ma pretensje do Boga, że ktoś, jego zdaniem gorszy, ma więcej darów nadprzyrodzonych niż on, zazdrości innym łask Bożych, często się z innymi porównuje i gardzi tymi, którzy nie są pobożni w taki sam sposób, co on.
I teraz dopiero możemy udzielić odpowiedzi na pytanie: Dlaczego ci, którzy się wywyższają, będą poniżeni, a ci którzy się poniżają, będą wywyższeni?
 Pokora jest w szczególny sposób miła Bogu. Pycha zaś uniemożliwia łasce Bożej wszelkie działanie. Ludzie pokorni zostaną obdarowani łaską i będą wzrastać. Choć uważają się za małych, otrzymają wspaniałą nagrodę, tj. zostaną zbawieni. Ci natomiast, którzy się uważają za wielkich, świętych i gardzą innymi, wobec Boga są nędzarzami, choć uchodzą wśród ludzi za wielkich i poniżają innych. A choć inni ich chwalą i stawiają za wzór, w oczach Boga okażą się nikim, ujawni się ich prawdziwa wartość (a właściwie brak u nich prawdziwych wartości). Wówczas stanie się oczywistym fakt, że są mali, godni jedynie współczucia.

Źródło zawsze jest wysoko...Żyję więc ze świadomością, że wszystko co mam otrzymałem (i wciąż otrzymuję) od Boga, dokładnie tyle ile potrzebuję do zbawienia, a więc do szczęścia wiecznego. Obym tylko zdołał dobrze wykorzystywać te dary, nie ulegając ułudzie "szczęścia" doczesnego. A co, jeśli czasem zdarzy mi się jakieś poruszenie pychy? Wówczas nie wpadam w panikę, ponieważ ufam Bogu, pamiętając, że grzechem śmiertelnym nie jest drobne poruszenie pychy (to zawsze jest grzech powszedni i nie ma ludzi wolnych od tej słabości), ale grzechem śmiertelnym jest świadome pysznienie się w rzeczach ważnych, z wielką obrazą Boga i/lub bliźniego. Dzięki łasce podszepty pychy i grzeszne pożądania rozpoznaję bez trudu, staję do walki z sobą (ale nie sam --- z Nim) i zwyciężam (ale nie sam --- w Nim). "Panie, dla siebie nie chcę niczego. Wszystko dla Twojej chwały i miłości" (Droga, nr 788).
"Czy widziałeś, jak wznoszono ten wspaniały, imponujący budynek? Cegła za cegłą. Tysiące cegieł. Ale jedna za drugą. Podobnie worki z cementem, także jeden po drugim. I kamienie fundamentów, niewiele znaczące w zestawieniu z ogromem całości. Sztaby żelaza. Robotnicy, pracujący dzień po dniu, zawsze o tych samych godzinach...
Widziałeś jak się wznosi ten wspaniały, imponujący gmach? Stworzyła go potęga rzeczy drobnych" (Droga, nr 823). Tak właśnie: systematycznie, konsekwentnie, ze skromnością, w prawdzie (nierzadko trudnej) można zbudować gmach swojej świętości.

[mr]
07-09.04.2008


O Boskich paradoksach

"Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek mógł stać się Bogiem".

św. Atanazy Aleksandryjski Wielki

Św. Atanazy Aleksandryjski Wielki (295-373)

Każdy, kto wnikliwie patrzy na świat przyrody, zauważa istniejącą w nim harmonię, sens i logikę. Zarówno w życiu flory jak i fauny wszystko jest misternie poukładane, a wzajemne zależności występujące między wieloma gatunkami są wręcz genialne. Wszystko działa bez zarzutu, a każdy element ma określoną nie tylko funkcję szczegółową, ale i znaczenie dla całości. Na tym tle zastanawiające jest jednak to, czego doświadczamy w świecie ludzkim. Tu, na najwyższym poziomie stworzenia, gdzie pojawia się rozum i wolna wola, paradoksalnie panuje frustracja, poczucie bezsensu i odwieczne pytanie „po co żyję?”. W rezultacie mało kto może stwierdzić z pełną odpowiedzialnością, że szczęście dopisało mu w życiu.
Czy zatem Bóg zawiódł, stwarzając najdoskonalsze stworzenie --- człowieka? Jeśli nie, to dlaczego „wypuścił” nas takimi ze swojej ręki? Odpowiedzi na ten odwieczny dylemat poszukajmy w trzech pierwszych rozdziałach Księgi Rodzaju. To właśnie tam Bóg mówi, jaki był Jego plan względem człowieka. Jednak opisu tego dziś nie możemy brać dosłownie. Jest on bowiem tylko zewnętrznym symbolem wewnętrznego szczęścia, w jakim Bóg stworzył człowieka, oraz darów, którymi obsypał go podczas i bezpośrednio po stworzeniu. Ta głęboka treść (ukryta w naiwnych, na pozór, opisach) jest prawdziwa. Ona wyraża przedwieczny zamysł Boga dotyczący człowieka. Jeśli zatem wierzymy, że Pismo św. jest natchnione, bez trudu uznajemy, że nosi ono w sobie gwarancję prawdziwości zarówno treści o samym Bogu, jak i o Jego przedwiecznych planach względem człowieka.
W Biblii człowiek ukazany jest jako korona stworzenia, istota najdoskonalsza. Psalm 8 jest kontemplacją człowieka poprzez pryzmat pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju. Czytamy w nim m.in.: „Uczyniłeś go (człowieka) niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś” (Ps 8:6). Bóg zatem „wypuścił” człowieka ze swej ręki doskonałym i zharmonizowanym, choć --- paradoksalnie --- ulepił go z prochu. Surowiec materialny nie był, bo nie musiał być, najszlachetniejszy, ale z pewnością najszlachetniejsze, bo Boskie, było tchnienie Stwórcy powołujące człowieka do życia. Była to więc najbardziej udana istota spośród stworzonych przez Boga istot --- Jego obraz i podobieństwo (oczywiście rozumiane na tle ówczesnych pojęć). W okresie powstawania tych rozdziałów Pisma św. o królach mezopotamskich mówiono, że są obrazem Boga na ziemi, że przez króla Bóg sprawuje rządy nad światem. Biblia zatem stwierdza, że człowiek w stosunku do pozostałego stworzenia reprezentuje Boga, a więc sprawuje władzę królewską.

Pierwszego człowieka cechowała wręcz zażyłość ze swym Stwórcą. I nie ma w tym nic dziwnego, bo potwierdzają to przechadzki Boga po ogrodzie, w którym przebywał Adam. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy: „nie samym tylko chlebem żyje człowiek, ale człowiek żyje wszystkim, co pochodzi z ust Pana” (Pwt 8:3). Obraz z Księgi Rodzaju ma zatem w tle stwierdzenie, że człowiek do swego życia potrzebuje kontaktu z Bogiem, z Jego słowem, które nie tylko wzbudza w nim wartości intelektualne, lecz posiada również aspekt intymności. Słowo (w ujęciu semickim) zawiera głębokie związki z miłością i z życiem. Jest dla Semitów tym, czym dla niemowlęcia słowa matki: chociaż nie rozumie ich znaczenia, jednak są one dla niego nośnikiem miłości i wyrażają swoisty dynamizm życia. Tym samym słowo Boże chce być dla każdego człowieka. Człowiek został stworzony jako istota zakorzeniona w Bogu, w Jego miłości. A więc „wyszliśmy” z ręki Stwórcy jako ukochane dzieło Wszechmocnego, które ma w Nim wszelkie zabezpieczenie, a jednocześnie posiada wolną wolę. To trochę tak, jak w relacjach międzyludzkich, gdy wyobrazimy sobie wpływowego przyjaciela, który wszystko może załatwić, przed którym wszystkie drzwi stoją otworem, który jest bogaty, ma władzę, a przy tym nas kocha i szanuje naszą wolność. Wówczas jesteśmy przy nim bezpieczni i pewni jego sympatii. W podobnej sytuacji żył kiedyś pierwszy człowiek, z tą jednak różnicą, że tym możnym Przyjacielem był sam Bóg, byt najpotężniejszy, absolutny i transcendentny, który jest samą Miłością i, który nas stworzył, kierując się bezinteresowną miłością. Stąd właśnie spłynęło w najgłębsze pokłady duszy człowieka życie i szczęście. Dlatego człowiek czuł się zharmonizowany, był panem i królem stworzenia.
Św. Paweł ukazywał, jak Chrystus odbudowuje tę pierwotną relację człowieka do Boga, dając w najrozmaitszy sposób wyraz temu, że w sercu chrześcijan pojawia się znowu świadectwo Ducha Świętego, wywołujące w nim okrzyk miłości: „Abba, Ojcze” (Ga 4:6). Wówczas człowiek, z Boga czerpie swoje życie i szczęście. Wchodzi w życie z innym bogactwem, z innym wymiarem. Cóż mogła mu zaszkodzić choroba? Nie z tego życia czerpał swoje dobre samopoczucie, lecz z głębin swego ducha, gdzie mieszka Bóg. Była więc w pierwszym człowieku rozległa toń spokoju, której nic nie mąciło, sprawiająca, że wszystkie przypadki były relatywnie dobre, bo skojarzone zarówno z pozytywnymi przesłankami, jak i skutkami. Wartości miały właściwą hierarchię i nigdy nie wysuwały się przed Boga --- początek wszystkiego. W takich okolicznościach nie ma tragedii, gdy nawet czegoś brakuje, skoro Bóg jest wszystkim i zawsze, w każdej sytuacji człowieka --- teraz i na wieczność. To była treść życia wiecznego i jego sens, czyli zakorzenienie się w Bogu --- źródle niewyobrażalnego, bo nieskończonego dobra i piękna.
Takiego oto człowieka „wypuścił” Bóg ze swoich rąk, aby żył, rozmnażał się i zaludniał świat. Co się jednak stało, skoro teraz jest zupełnie inaczej? Pismo św. daje nam wiele światła do zrozumienia tego dramatu. Aby go w pełni pojąć, trzeba najpierw uświadomić sobie, jaki drzemiący w nas mechanizm został uruchomiony i przez kogo. Szczęście człowieka zmącił bowiem ktoś, kto w nasz zharmonizowany świat został wprowadzony z zewnątrz pod symbolem węża. Księga Rodzaju mówi: „A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył” (Rdz 3:1). Pismo św. identyfikuje tego węża z szatanem. To on zmącił szczęście człowieka przez zawiść. „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” (Rdz 3:1). W rzeczywistości człowiek otrzymał jeden, jedyny zakaz symbolizujący całe Prawo zapisane w jego sercu. Ono nie było zewnętrzne, dlatego św. Paweł w Liście do Rzymian, opisując od strony historycznej tragedię człowieka powie: „Kiedyś i ja prowadziłem życie bez prawa” (Rz 7:9). Dotyczy to oczywiście całego rodzaju ludzkiego, który przed upadkiem żył bez Prawa, bo człowiek Prawo Miłości Boga i bliźniego miał zapisane w sercu i odczuwał je jako coś zupełnie naturalnego. Bóg bowiem dał człowiekowi jedno prawo „Miłość” zapisane w sercu, które nie było ciężarem, a więc nie sprawiało mu żadnych trudności. Zewnętrznym symbolem tego stanu w Biblii jest owo drzewo dobra i zła. Oznacza ono, że człowiekowi nie wolno samowolnie stanowić, co jest dla niego dobre, a co złe. Człowiek nie może być dla siebie normą postępowania moralnego, nie może decydować, co jest grzechem, a co nim nie jest. Ten fakt wynika, niejako, z natury rzeczy: człowiek jest tylko stworzeniem ograniczonym i skończonym. Prawodawcą jest Bóg, a stworzenia są w pełni szczęśliwe, gdy godzą się być tym, czym są. Człowiek jest szczęśliwy, akceptując fakt, że jest stworzeniem, a nie Bogiem. To miało mu przypominać Prawo --- Dekalog.
Tymczasem przychodzi kusiciel z pytaniem: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” (Rdz 3:1). W tym, na pozór niewinnym, pytaniu jest bardzo podstępne sformułowanie: „ze wszystkich drzew”. Mimo iż tylko jedno drzewo było przedmiotem Boskiego zakazu, szatan jednak mówił o wszystkich drzewach, gdyż chciał przez to nasunąć człowiekowi myśl, że jeśli podlega choć jednemu zakazowi, to naprawdę nie jest wolny, że nie da się tego pogodzić z ludzką godnością. Ewa odpowiedziała na to zgodnie z prawdą, że owoce z ogrodu jeść mogą, tylko o owocach z drzewa rosnącego w środku ogrodu Bóg powiedział: „Nie wolno wam z niego jeść, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli” (Rdz 3:3). Bóg zabronił człowiekowi autonomii moralnej, ponieważ wiedział, że to sprowadziłoby na człowieka śmierć. Grzech jest dlatego zabroniony, bo człowiekowi szkodzi, z natury rzeczy przynosi śmierć jak wypita trucizna. Zaś kochający Bóg nie chce śmierci swego stworzenia. Tymczasem kłamstwo, które szatan wmówił człowiekowi, do dziś tkwi w nas głęboko, zakorzenione jak ciernisty krzak. Wielu nadal uważa grzech za coś miłego, przyjemnego, rozwijającego człowieka. Najlepiej to widać w dziedzinie seksualności, gdzie ludzie absolutnie nie potrafią zrozumieć, dlaczego Pan Bóg czegoś tu zakazuje. I tak --- paradoksalnie --- człowiek dźwiga to Prawo jako zniewalające go jarzmo pańszczyźniane, pielęgnując tym samym w swej duszy krzaczaste ciernie grzechu.
Na odpowiedź Ewy szatan mówi: „Na pewno nie umrzecie!” (Rz 3:4). W grzechu nie ma śmierci, lecz życie, jeszcze wspanialsze niż to, które masz. Tego życia chce cię Bóg pozbawić. Bóg wie, że „gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3:5). Będziecie jak bogowie, przerośniecie siebie i będziecie sami decydować o wszystkim, jak się wam spodoba. Tymczasem Bóg --- zazdrośnik i tyran --- nie chce się z wami podzielić szczęściem, chce was trzymać w zależności, w zniewoleniu...
To straszliwe kłamstwo człowiek przyjął jako prawdę. Paradoks?! Człowiek zamiast Bogu uwierzył diabłu. Istotą katechezy szatana było: Bóg nie jest miłością. A przecież Miłość stanowi Jego najgłębszą istotę. Od tej chwili drzewo, dotąd nie będące nawet przedmiotem zainteresowania człowieka, zaczyna być interesujące, intrygujące, inspirujące. Ile czasu trwało w sercu Ewy, to pierwsze (jak się później okazało brzemienne w skutki) zmaganie dobra z zawoalowanym złem, tego nie wiemy. Faktem jest, że Ewa spostrzega, iż: „drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy” (Rdz 3:6), wiedzy zastrzeżonej dotąd tylko dla Boga. Następnie Ewa robi wyznanie wiary w katechezę szatana. Wyznaje --- nie tyle słowem, co czynem --- że szatan ma rację. Daje Adamowi owoc, który on spożywa. Tak zaczyna się tragedia człowieka. Człowiek --- dotąd żyjący jak drzewo zakorzenione w Bogu, czerpiąc szczęście z faktu, że On go kocha --- teraz stawia miłość Boga pod znakiem zapytania, wątpi w nią i odrzuca. Staje się tym samym jak drzewo wykorzenione z życiodajnej gleby.
Człowiek zmienia swój wymiar. Wewnętrzne porozumienie z Bogiem zostało zerwane. Bóg jednak nadal (paradoksalnie) kocha człowieka, lecz człowiek już nie jest zdolny odbierać fal Boskiej miłości, przeżywa jakby spadanie w kosmiczną ciemność, wypędzenie z raju. Niczego nie rozumie, bo przestał wiedzieć, kim jest. Drugi człowiek (obok niego) staje się potencjalnym wrogiem, a jeśli nie wrogiem, to w najlepszym przypadku konkurentem, rywalem, intruzem. To jest „śmierć” w sercu (w duszy) człowieka, zerwanie najintymniejszej nici łączącej go z Bogiem. Człowiek zostaje sam ze swoją pychą. Gdyby w tej chwili Bóg odstąpił od człowieka, ten stan zamieniłby się dla niego w śmierć wiekuistą, wieczne potępienie bez możliwości odwrotu. Jedyna wartość jaka mu pozostała, to kruche życie, ale niestety z drastycznie wypaczoną hierarchią znaczeń. Teraz to, co złudne, ulotne, przemijające staje się wartością, a właściwie pseudowartością, celem samym w sobie. Teraz to, co niesie moralne zagrożenie jest wyznacznikiem ludzkich działań i ich usprawiedliwieniem. Ponieważ zagubiony człowiek nie czerpie już z Boga poczucia bezpieczeństwa, szuka (często kosztem innych) bogactwa, dąży (często za wszelką cenę) do posiadania władzy, znaczenia, prestiżu...
Człowiek wyznawszy, że Bóg nie jest miłością, zanegował Jego rzeczywisty obraz. Odtąd wszystkie religie ziemi mają wypaczony obraz Boga. Bóg jest Istotą, której należy się bać, gdyż tylko czyha na nasze potknięcie. Ten wypaczony w myślach i w sercu człowieka obraz Boga ciągnie się przez wieki i pokolenia. Właśnie to wypaczenie sprawiło, że Bóg ponownie przyszedł na ziemię w osobie Jezusa Chrystusa, a człowiek w imię tego fałszywego obrazu zabił Boga. Zrobił to człowiek grzechu pod wpływem wypaczenia wlokącego się za nim od chwili opuszczenia raju.
Wszystkie religie, choć nadal w pewien sposób dobre, są skażone grzechem egoizmu wyznawców. W ich centrum stoi teraz człowiek, którego uformowała katecheza szatana. Ten człowiek chce, żeby Bóg pomagał mu w realizacji własnych, nie liczących się z Bogiem, planów. Wszyscy jesteśmy nastawieni na to, że życia nie tworzy nam Bóg, lecz my sami nim kierujemy. I w ten sposób całe życie spędzamy na frustracjach, pretensjach, negacji prawdziwych wartości oraz pogoni za ulotnymi namiastkami szczęścia.
Człowiek nie może być jak wyrwane drzewo. Musi czerpać „soki”, by żyć (choćby pozorem życia). Ale jeśli nie z Boga, to z czego? Z bożków. Nawet, gdy są (o zgrozo!) źródłem soków trujących. Współczesnym „złotym cielcem” może być niemal wszystko, każda pseudowartość: od złota jako takiego, do… absolutyzowanych idei, filozofii. Człowiek potrafi ubóstwić m.in.: pracę (pracoholizm), seks (seksizm), Internet (infoholizm, chatomania), zakupy (kupnoholizm), hazard, władzę. Najczęściej jednak szuka zabezpieczenia w pieniądzach. Czuje się niepewnie, gdy ich nie ma dostatecznie dużo. A gdy tylko ma możność pozyskania ich więcej, natychmiast wyzwala się w nim mechanizm chciwości. Prócz tego człowiek szuka szczęścia w ludzkim poważaniu, uznaniu. Chce być zauważony i doceniony. Jak polip czepia się ludzkich przyjaźni, miłości. Jeśli zaś te związki zawodzą, jest niepocieszony, ulega zniechęceniu, apatii, popada w depresję lub szuka okazji do „wyrównania rachunków”. A przecież gdyby Bóg był dla nas „wszystkim”, nie mielibyśmy poczucia ustawicznej frustracji. Ona jest znakiem, że grzech mocno w nas działa. Taka jest obecnie nasza sytuacja. Paradoks?!
Powróćmy do biblijnego obrazu raju. Bóg przechadza się po ogrodzie i co się dalej dzieje? Gdy woła Adama, ten nie przychodzi, ukrył się przed Bogiem. Bóg wie, dlaczego Adam tak się zachowuje. Grzech wychodzi na jaw. Adam zrzuca winę na Ewę, ta zaś na szatana. Winnych nie ma. Paradoks?! Skąd my to znamy? Dziś jest przecież tak samo: wszyscy dookoła są winni mojego nieszczęścia, tylko nie ja sam. Człowiek staje się ślepy, przestaje rozumieć siebie. Nie wie, co się z nim stało, dlaczego czuje się niezadowolony. Za niespełnione nadzieje wini innych. Nie widzi źródła winy w sobie, lecz tylko wokół siebie.
Ten opis z Księgi Rodzaju jest bardzo mądry. Dopiero w jego świetle stają się zrozumiałe nasze sprawy, zachowania, reakcje. Tłumaczy nam, jakimi teraz jesteśmy i co się z nami stało.
W Liście do Hebrajczyków czytamy: „Ponieważ zaś dzieci (rodzaj ludzki) uczestniczą we krwi i ciele, dlatego i On (Jezus) także bez żadnej różnicy stał się ich uczestnikiem, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie, przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli” (Hbr 2:14-15). Sytuacja człowieka w świetle tego tekstu jest następująca: Człowiek (stworzony z miłości na obraz Boga-Miłości) czuje się przeznaczony do kochania i dlatego, kiedy robi coś bezinteresownie, czuje się najszczęśliwszy. Natomiast po dramacie grzechu człowiek zaczyna stawiać granice miłości. Paradoksalnie wydaje mu się, że wymaga ona od niego zbyt wiele, że straci wolność, a nawet życie, jeśli pójdzie dalej w stronę miłości; że inny człowiek go zabije swoją agresją, innością, wymaganiami itp. Zaczyna się więc bronić na różne sposoby: odpowiada złem na zło, ratuje się ucieczką, obojętnością. Dochodzi do punktu, gdzie dalsze kochanie oznacza dla niego śmierć. Wycofuje się więc i zamyka w kręgu swego egoizmu. Jeśli pojawi się sytuacja niekorzystna, wydarzenie niepomyślne, człowiek przeżywa je jako „śmierć”, ponieważ sam w sobie nosi śmierć wewnętrzną. Kończy się miłość, zaczyna się walka --- walka o przetrwanie (nawet kosztem innych), walka o własne życie. Ale to już nie jest życie, to jest jego toksyczny substytut.
Na domiar złego ludzie wokół są do nas podobni: zniewoleni barierami własnych gustów, upodobań, wychowania, odziedziczonych skłonności do lęku przed „śmiercią”. A my chcemy, żeby ci inni ludzie byli na miarę naszych wyobrażeń. Jeśli mamy ku temu możliwości, staramy się narzucić im swą wolę, często apodyktycznie i agresywnie. Boimy się jedni drugich. W tę sytuację wpędził nas grzech. O tym naszym położeniu św. Paweł mówi, że Bóg zamknął nas pod władzą grzechu (por. Rz 3:9). Nie poradzi tu dobra wola, postanowienie poprawy, własny wysiłek. Gdyby ktoś z tej sytuacji chciał wyjść tylko o własnych siłach, oszaleje. Z niej wyprowadza tylko Chrystus i wiara w Jego bezwarunkową Miłość. Wówczas człowiek będzie mógł owocnie pracować nad sobą. Lecz my o tym zapominamy, żyjemy jakby nie było w nas tej ciemnej bazy, piekielnego swądu szatana, a grzech drzemie w nas nawet pod przykrywką duchowości kapłańskiej czy zakonnej. Budowanie duchowości bez rozwiązania tego problemu (na własnym podwórku) staje się tragikomedią.
Pismo św. przygotowuje człowieka do uznania prawdy o naturze skażonej grzechem: „Kiedy zaś Pan widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe, żałował, że stworzył ludzi na ziemi, i zasmucił się. Wreszcie Pan rzekł: Zgładzę ludzi, których stworzyłem, z powierzchni ziemi: ludzi, bydło, zwierzęta pełzające i ptaki powietrzne, bo żal mi, że ich stworzyłem” (Rdz 6:5-7).
Człowiek przeniknięty katechezą szatana, pragnący być „jako bóg”, paradoksalnie staje się jego niewolnikiem. Szatan, wykorzystując ludzki egoizm, trzyma nas na uwięzi, podsycając go, pcha nas do ciągłej walki o „życie”. Tymczasem zamiast zyskiwać, coraz dotkliwiej tracimy i to na różnych płaszczyznach, szamocąc się w konwulsjach grzechu, zmierzając ku rozpaczy.
Księgi: Jozuego, Sędziów, 1 i 2 Samuela oraz 1 i 2 Królewska, ukazują historię Izraela pod kątem permanentnej niewierności i wiarołomstwa człowieka wobec Boga. Widać, że żyje on w niewoli grzechu, nie umiejąc postępować uczciwie. To samo stwierdzają prorocy: Ozeasz, Izajasz i Jeremiasz. Dopiero w świetle niewoli babilońskiej Izrael zrozumie tę gorzką prawdę i przyjmie ją ze łzami (patrz Lamentacje Jeremiasza).
Jest w nas dynamizm ku złu, mocniejszy niż my sami. Jesteśmy istotami tęskniącymi za dobrem, lecz (o zgrozo!) niezdolnymi własną mocą do dobra (por. Rz 7:12-25), stąd cały świat musi się uznać winnym wobec Boga. Z samych uczynków Prawa żaden człowiek nie może dostąpić usprawiedliwienia w oczach Bożych. Przez Prawo bowiem jest możliwa tylko większa znajomość grzechu (por. Rz 3:20). Co prawda --- dowiedzieć się o chorobie, to cenne, jednak niewystarczające, aby cieszyć się dobrym zdrowiem. Trzeba jeszcze wybrać i zastosować uzdrawiającą terapię. Prawo w zamiarach Bożych miało być jedynie termometrem wskazującym gorączkę chorego na duszy człowieka. Ono mu mówiło: nie szukaj zbawienia w sobie samym. Teraz ważne jest, byśmy się odnaleźli w sytuacji ludzkości po upadku. Dopiero to pozwoli na przyjęcie Dobrej Nowiny, która nas z tej sytuacji wyprowadza i daje nam nadzieję --- życie.
Nie jest dobrze, gdy przeżywamy chrześcijaństwo tylko jako wielki perfekcjonizm albo moralizm. Przez moralizm należy rozumieć wzajemne nawoływanie do działania: starajmy się, róbmy coś, budujmy mosty pomiędzy sobą. Wówczas Jezus byłby dla nas tylko nowym prawodawcą. Kimś, kto przyniósł ludzkości etykę na miarę istoty Boga, którą teraz należy zachować. W ten sposób (paradoksalnie) zrobilibyśmy z Jezusa nowego Mojżesza, a przecież już o tym pierwszym Prawie, które ludzkość znała przed Chrystusem Paweł powiedział, że nikt nie był w stanie go wypełnić (por. Rz 5:20). Czyżby więc Jezus przyszedł do nas po to, by prawo stało się jeszcze cięższe? Mówiło się dawniej „Nie zabijaj”, co znaczyło „nie wbijaj noża w serce brata”, a teraz kto powie bratu: „głupcze” winien jest ognia piekielnego. Grzech cudzołóstwa można popełnić już nie tylko czynem, ale nawet spojrzeniem (por. Mt 5:21-28). Czyżby więc Jezus przyszedł dołożyć nam jeszcze paragrafów, ugiąć nas pod ich ciężarem? Bynajmniej! To my sami (o zgrozo!) coś takiego robimy z chrześcijaństwa.
Tymczasem pierwsi wyznawcy chrześcijaństwa nie przeżywali go w takich wymiarach. Dla nich Ewangelia była Ewangelią, czyli Dobrą Nowiną, a Dobra Nowina nie jest moralizowaniem, lecz przepowiadaniem człowiekowi dobrej wieści, na którą czeka. Ona działa sama z siebie, zmieniając życie człowieka z podłego na dobre i z dobrego na lepsze, pełniejsze, bezpieczniejsze. Sytuacja zamkniętego kręgu śmierci została przezwyciężona, jest z niej wyjście dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. On jeden przekroczył ten krąg. Wszedł z miłością w „śmierć” złych ludzi, przed czym każdy z nas ucieka nie wierząc, że gdy wejdzie się w ruinę swego szczęścia, swych marzeń, przyzwyczajeń, mimo wszystko znajdzie się tam Boga. A jedynie Bóg daje prawdziwe (bo wieczne) szczęście, nie jego doczesne substytuty: pieniądze, powodzenie, sławę itp.
Dobra Nowina, żeby mogła być przyjęta jako dobra, musi padać na teren udręki płynącej z doświadczenia zła. Jedynie Jezus wszedł w zło w duchu pokuty i tam znalazł Życie, co pokazał ludzkości swoim zmartwychwstaniem. On nam udowodnił, że śmierć, której się tak boimy, to papierowy tygrys. Pokazał, że również w niej jest Bóg, a spotkanie z Nim to wejście w nowy wymiar życia. Widać to w Misterium Paschalnym. Słońcem tego Misterium żył Kościół pierwszych wieków, a ono dawało życie.
A jak to wygląda dzisiaj? Misterium Paschalne nadal jest słońcem, ale jakby zaciągniętym chmurami. Światło nadal dochodzi i dzięki temu Kościół trwa. Ale na to światło został nałożony jakby filtr, który osłabia jego moc grzewczą, rozjaśniającą, pobudzającą nas do nowego chrześcijańskiego życia. Czym są te zwały chmur? To teologiczna interpretacja Odkupienia, która przedstawia sprawę w następujący sposób:

I tu się kończy Dobra Nowina. Jezus zrobił swoje, niebo jest otwarte. Każdy może tam wejść, byleby tylko chciał i się postarał. Od tej chwili nawołuje się ludzi do tego, aby robili wszystko ze swej strony, by osiągnąć niebo.
W taki sposób ten filtr nałożony na Misterium Paschalne przesłania pełnię prawdy. Zamiast z pełnią chrześcijaństwa, mamy tu do czynienia ze swoistym moralizmem chrześcijańskim. W owej interpretacji jest bowiem tylko część prawdy, podobnie jakby ktoś, patrząc na wodę morską w butelce, twierdził, że to jest całe morze. Misterium Paschalne jest czymś o wiele piękniejszym, wspanialszym, szerszym i głębszym. Czego brakuje w tej teorii? Otóż, zbawienie rozgrywa się w niej tylko na planie jurydycznym:

Tak interpretowane dzieło Chrystusa nie zmienia naszego wnętrza, nie uzdalnia nas do nowego życia. Człowiek nadal pozostaje w zamkniętym kręgu „śmierci” grzechu i do takiego człowieka woła się „wyjdź!”. Ludzką mocą to „wyjście z ciemności ku światłu” jest przecież niemożliwe, tak samo jak niemożliwe jest zbawienie obiektywne. Dopiero śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, sięga w głąb naszej istoty, naszego dramatu grzechu. Zmartwychwstały Chrystus wchodzi w sytuację (wydawałoby się beznadziejną), otwiera zamknięty dotąd krąg przyczynowo-skutkowy i umożliwia nam wyjście z niego. Jak to się dzieje? Paradoksalnie tak samo jak zrobił to Łazarz zawołany donośnym głosem Jezusa: „wyjdź na zewnątrz!” (patrz Jn 11:43). Łazarz szedł chwiejnym krokiem, bo krępowały go płótna, w które został zawinięty, ale moc pochodziła od Chrystusa.
Tak więc niebo zostało otwarte, ale i kwestia naszego doń dorastania nie powinna być automatycznie zamknięta. Warto bowiem uświadomić sobie, że oto czeka do przejścia określona droga --- droga ciasna i kręta, kamienista i ciernista, droga rozwoju duchowego, wzrostu wiary, nadziei i miłości. Od czego trzeba zacząć? Pierwsza sprawa to uwierzyć w kerygmat, jaki św. Piotr ogłosił w dniu Pięćdziesiątnicy: „tego Męża, który z woli, postanowienia i przewidzenia Bożego został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście. Lecz Bóg wskrzesił Go...” (Dz 2:23-24). To oznacza, że trzeba dać się osądzić przez krzyż. Krzyż ma dokonać sądu nad moim życiem, ukazać mi całą prawdę o mnie i udowodnić, że jestem grzesznikiem, nie kochając jak On. Fotos z filmu pt. "Pasja" - reż. M. Gibson Ponad głowami przechodzi nam to, że „zabijamy” Go dziś każdym naszym grzechem. Fakt, że Jezus fizycznie został zabity rękami Żydów, był jedynie typiczną katechezą o rodzaju ludzkim po grzechu. W tym celu Bóg wybrał sobie naród, nad którym pracował tysiące lat. Związał się z nim Przymierzem, dał mu światło Pisma św. Starego Testamentu. Lecz to wszystko nie wystarczyło. Ten naród (o zgrozo!) wydał Boga na śmierć. A dokonała tego żydowska elita intelektualna: kapłani, faryzeusze, pisarze --- czyli specjaliści od Prawa, liturgii, ksiąg natchnionych. Paradoksalnie --- ci, którzy się najlepiej na Bogu znali. To oni najgłośniej krzyczeli: Fotos z filmu pt. "Pasja" - reż. M. Gibson „winien jest śmierci” i wymusili na Piłacie ukrzyżowanie (por. Mt 26:66; Mr 14:64). Jeśli oni tak postąpili, to co powiedzieć o reszcie ludzkości, o mnie i o tobie?
Bóg po to zesłał swego Syna, żeby na przykładzie Izraela pokazać, do jakiego stopnia ludzkość oddaliła się od Boga, żyjąc w ignorancji i zakłamaniu. Kiedy więc Bóg Stwórca wszedł między ludzi, oni z „szacunku dla Boga” odrzucili Go i ukrzyżowali. Zatem Krzyż Jezusa jest sądem nad nasząFotos z filmu pt. "Pasja" - reż. M. Gibson mądrością, inteligencją oraz znajomością prawd Bożych. Chcesz wiedzieć, jakie spustoszenie grzech wywołuje w twoim sercu, jak cię deformuje, zatruwa pychą i egoizmem, spójrz na Krzyż. Bardzo ważne jest to, żeby się dać osądzić przez ten znak zbawienia. W nas nie ma takiej miłości. Bazujemy jedynie na tym, aby sumienie nic grzesznego nam nie wyrzucało. Jak dziś dążymy do osiągnięcia spokoju sumienia? Pierwsi chrześcijanie czynili to zgoła inaczej. To miłosierdzie Chrystusa Zmartwychwstałego uzdalniało ich do miłości z krzyża. Szatan nam, grzesznikom, ukazuje tylko dwa wyjścia: albo faryzeizm, albo rozpacz... Nakłania nas do cynizmu. Chrześcijanin zaś zdaje sobie sprawę z grzechu, nie retuszuje swojej sytuacji wewnętrznej, wiedząc, że Bóg kocha go takiego, jakim jest i ma moc go uzdrowić. To doświadczenie miłości, a nie liberalizm wobec zła, dźwiga i leczy człowieka. Misterium Paschalne Jezusa mówi nam, że był On jedynym, który wszedł z miłością w śmierć i w ten sposób dokonał sądu nad ludzkością. W świetle Krzyża wszyscy jesteśmy równi. Nie ma lepszych i gorszych. Wszyscy przez grzech skazaliśmy się na potępienie. Nasze straszliwe grzechy poraniły Jego Człowieczeństwo, co tak dobrze widać na Całunie Turyńskim. To (mój!) grzech zmiażdżył ciało Syna Bożego, niewinnego, jedynego Sprawiedliwego, który przeszedł przez świat, dobrze czyniąc (por. Dz 10:38). Jeśli jednak Bóg wskrzesił Go do nowego życia, to tym faktem daje nam do zrozumienia, że nasze grzechy są odpuszczone. Sąd potępienia zmienił się w amnestię.
Zesłanie Ducha Świętego Apostołowie w zmartwychwstaniu Jezusa obwieszczają odpuszczenie naszych grzechów. Jeżeli do grzechów pcha nas dynamizm grzechu pierworodnego, to w tajemnicy Zmartwychwstania Chrystusa Bóg proponuje nam nową zasadę życia. Przebywanie apostołów z Jezusem zmartwychwstałym nic w nich jeszcze nie zmienia. Boją się Jezusa, niewiele rozumieją. Dopiero w dzień Zielonych Świąt, gdy Zmartwychwstały posyła do ich serc Ducha Świętego, dokonuje się nowe wydarzenie, które zmienia ich życie. Spełnia się obietnica: „Ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała” (Ez 36:26). Duch Święty wypisuje Prawo Boże na ich sercach. Sprawia, że jest ono możliwe do zachowania. Zaczynają mieć udział w naturze Bożej. Zepsuty w raju odbiornik znów zaczyna działać, odbiera fale Miłości Bożej.
Duch (a nie my sami!) przez posługę apostołów (Kościoła) świadczy w nas, że jesteśmy dziećmi Boga i wołamy „Abba, Ojcze” (Gal 4:5). Duch Święty (a nie my sami!) daje nam nowe doświadczenie Boga. Zbawienie wrasta w tkankę naszego serca i tam dokonuje nowych narodzin, nowego stworzenia, odrodzenia. Przywraca człowiekowi Boży wymiar utracony przez grzech. To oznacza odpuszczenie grzechów. Jeżeli Jezus udziela komuś tego daru --- a cały Kościół powołany jest do tego, by w tym darze uczestniczyć --- staje się Ciałem Mistycznym Chrystusa, miejscem na ziemi, gdzie żyje zmartwychwstały Pan. Ze zmartwychwstania Chrystusa wypływa miłość, która burzy wszelkie bariery między ludźmi: z racji wieku, doświadczenia, wykształcenia, pozycji materialnej. Rodzi się wspólnota --- Kościół. Jezus objawia się nie tyle w jednostkach, co w społeczności braci i sióstr, w ich wzajemnej miłości. W ich miłości i świadomości „umiera” lęk przed „śmiercią”. Paradoks?! „Doskonała miłość usuwa lęk” (1J 4:18). Zmartwychwstały i Eucharystyczny Chrystus jest z nami i dla nas. Daje nam moc przezwyciężania lęku przed śmiercią, znoszenia ciężkich sytuacji, pełnych „śmierci”, po ludzku bez wyjścia.
Ziarno chrztu nie może leżeć w nas nierozwinięte. Jeżeli człowiek o tym zapomni, mogą dziać się dziwne rzeczy. Gdy zabierze się gwałtownie do pracy nad sobą, może zacząć żyć fałszem i wyuczyć się jedynie bycia „na poziomie”. Chcąc wyjść z wewnętrznej „śmierci” o własnych siłach można zwichnąć się psychicznie, wchodząc w jedno wielkie zakłamanie, pozę, koszmar, co nie jest wykluczone nawet w zakonie.
Żeby Dobra Nowina spełniła się w naszym życiu, droga wyjścia musi prowadzić nie poprzez nasze wysiłki, lecz przede wszystkim przez wiarę w Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego. Przez uczynki Prawa nie będzie zbawiony żaden człowiek. Tę właśnie sytuację ukazuje 1 i 2 rozdział Listu do Rzymian: tylko wiara usprawiedliwia. „Czy więc przez wiarę obalamy Prawo? Żadną miarą! Tylko Prawo właściwie ustawiamy.” (Rz 3:31). Żywa wiara uczyni je nam możliwym do udźwignięcia. Wierzyć --- to wiedzieć, że krzyż mnie sądzi, że jestem grzesznikiem, skoro nie kocham tak jak Chrystus w Krzyżu. Ale także zaufać Jezusowi Zmartwychwstałemu, że On ma moc wejść w moje życie, że nie jest On dla mnie tylko niedościgłym wzorcem, lecz Zbawicielem. Nie postępuje wobec mnie jak lekarz, który tylko stawia diagnozę, a nie leczy. On ma władzę nad moim sercem, nad głębokimi problemami, które mnie męczą i frustrują. On może mnie w nich dotknąć i dać mi odczuć, że mnie kocha w tych pokładach, złogach mojego „ja”, których sam nie chcę jeszcze zaakceptować, bo są zbyt straszne, zbyt bolesne. Wtedy dopiero wiara zaczyna być żywa, wzrasta w prawdzie o mnie samym, rozkwita, staje się zdolna okazywać swą moc w moich uczynkach miłosierdzia.
Św. Paweł w 1 Liście do Koryntian referuje, że zbawienie ludzkości w Krzyżu Chrystusa i poprzez krzyż jego wyznawców, było dla Żydów zgorszeniem graniczącym z bluźnierstwem, a dla mądrych Greków --- wyjątkową głupotą. A czym jest dla mnie, żyjącego tu i teraz, ponad 2 tys. lat po Chrystusie?
Jestem chrześcijaninem i dla mnie każdy „krzyż życiowy”, choć bolesny, jest, niewątpliwie, przeniknięty chwałą, a więc jest krzyżem chwalebnym, nie zaś narzędziem zniszczenia, które miażdży i przed którym należy uciekać. Dla chrześcijanina krzyż w życiu jest (a jeśli jeszcze nie jest, to powinien stać się) faktem i to nie tylko akceptowalnym, ale również (a może raczej przede wszystkim) przyjętym z miłością. Nie ma w nim bezsensownego balastu, który druzgoce psychikę człowieka. W krzyżu swego życia chrześcijanin, jak w tyglu miłości, doświadcza obecności chwały Chrystusa, doświadcza mocy Jego zmartwychwstania. Czuje, że On go prowadzi, sprawiając, że „płomienie” życia go nie palą. Chrześcijanie bowiem są jak owi młodzieńcy w piecu ognistym z Księgi Daniela. To metafora współczesnego Kościoła. Jest „ogień”, który pali wszystkich ludzi na tym świecie, tj.: rozmaite nieszczęścia, wypadki, choroby, ból zadany rodzicom przez dzieci, pokrzyżowane plany itd. Chrześcijanie nie są od tego wolni. Los ich nie oszczędza, lecz oni inaczej to przyjmują. „I chodzili wśród płomieni, wysławiając Boga i błogosławiąc Pana” (Dn 3:24). Choć było ich tylko trzech, nękanych przez nieprzyjazne otoczenie, wytrwali, przyjmując z godnością wyrok skazujący na spalenie żywcem. Dzięki niezłomnej wierze nie spłonęli, bo nie pozostali sami, pojawił się ktoś czwarty. Tym kimś (dla nas) jest Jezus Zmartwychwstały, który wspólnie dźwiga nasz krzyż, czyniąc go chwalebnym i zbawczym. Zmartwychwstały Chrystus sprawia, że płomienie, wśród których chodzimy, nie niszczą nas. I to jest świadectwo, które chrześcijanin winien dawać światu. Nie wystarczy wmawianie sobie, że kocham Jezusa, że On we mnie żyje. Jeśli nie żyję Bogiem naprawdę, to prędzej czy później nastanie czas próby, męki, krzyża, który mnie „spali”. Paradoksalnie krzyż jest próbą ogniową wskazującą czy jest w nas życie Boże, czy go nie ma.

W 1 Liście św. Jana czytamy: „Nowina, którą usłyszeliśmy od Niego i którą wam głosimy, jest taka: Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności” (1J 1:5). Światło Boga zawiera w sobie Jego nieskończoną doskonałość wyrażającą się w transcendentnej relacji do wszystkiego, co z Woli Trójjedynej Miłości nas otacza, a co powstało z niczego. Duch i materia. Wszystkość i nicość. Jakże ułomnym jest język człowieka, którym przypadło nam opisywać blask, jasność, piękno, ogień, majestat, sławę i... chwałę Boga, czyli Lux Dei. Co zatem to znaczy, że Bóg jest światłością? To wyrażenie stanowi klucz do pism janowych. To oznacza, że Bóg jest miłością do grzesznika, że go kocha. Takie określenie stanowi treść wręcz rewolucyjną. Kto z nas kocha grzesznika? Tego, który nas obraża, depcze, nic sobą nie reprezentuje. Takich się przecież nie kocha. A czy tak powinno być? Sami tego doświadczamy, że lubią nas wtedy, gdy przedstawiamy sobą jakąś wartość: dajemy ciepło, poczucie bezpieczeństwa, możemy w czymś pomóc. Podobnych wartości również i my oczekujemy od innych. Ale z chwilą, gdy przestajemy być użyteczni (w sensie dosłownym): jako pomoc w pracy, jako atrakcyjny partner w przyjaźni itp., wówczas tracimy w oczach otoczenia, przyjaciele nas opuszczają, nikt nas nie akceptuje, wszyscy przestają nas kochać. Wszyscy? I tu warto uświadomić sobie jeden z największych Boskich paradoksów --- paradoks Miłości. Wszak Bóg, będący światłością, akceptuje nas tam, gdzie nikt nas nie lubi. Tam, gdzie sami do siebie mamy pretensje. Właśnie tam sięga miłość Boga.
Ludzie chcą być kochani. Starają się więc, by to osiągnąć. Tylko, że te starania często są źle ukierunkowane. Zamiast ćwiczenia się w dobru, wiele energii zużywamy na kamuflowanie zła. Dlatego wysilamy się na piękne fasady, retuszujemy swój obraz, starając się (niczym olbrzymim kamieniem) zasłonić przed innymi sytuację naszego wnętrza, podobną do leżącego w grobie i cuchnącego ciała Łazarza. Bo któż nas może autentycznie pokochać w naszej prawdzie, gorzkiej prawdzie, wstydliwej prawdzie? Za tę grę pozorów płacimy olbrzymią cenę. Ileż to czasem wymaga wysiłku, aby utrzymać się na powierzchni, na wysokości zadania, dorównując określonym wymaganiom, modom, trendom, żyjąc w ustawicznym zakłamaniu. Czasem jednak psychika nie wytrzymuje takiego obciążenia i wówczas następuje krach: rozpacz, załamanie, depresja, próba samobójcza. Na szczęście miłość do grzesznika objawia się w krzyżu Jezusa Chrystusa i tam jaśnieje pełnym blaskiem. W krzyżu spotyka się największa ludzka podłość z największą Boską miłością. Stąd przychodzi przebaczenie. Zło wszystkich ludzi przybiło Jezusa do Krzyża-szubienicy. Jego odpowiedzią na to było przebaczenie i zrozumienie. Jako Zmartwychwstały ma dla nas ofertę nowego życia. Dzięki zmartwychwstaniu krzyż stał się Światłem. Światłością naszego życia. Ale dla kogo z nas Ukrzyżowany jest źródłem Światła? Ludzie twierdzą, że dla nich światłem jest kultura, dobre wychowanie, wykształcenie itp. Zgodnie z tym ustanawiają prawa, a kto się im nie podporządkowuje, musi iść precz, bo dezorganizuje życie społeczne. Paradoksalnie dla grzeszników nie ma miejsca na tej grzesznej ziemi! Skruszony grzesznik jest bowiem deptany przez grzeszników zatwardziałych. Takie postawy również w nas mogą być mniej lub bardziej utajone. Tak łatwo przekreślamy ludzi trudnych, spychamy ich na margines. W tym kontekście nie trudno się domyśleć, jaki los czekałby wszystkie „jawnogrzesznice” pochwycone na gorącym uczynku przez (pożal się Boże) prawych obywateli świata, gdyby nie bezwarunkowa Miłość Jezusa (por. Jn 8:4-11).
Jedyne światło, jakie nam Bóg zapalił, to Jezus Chrystus na Krzyżu, przebaczający grzesznikom i kochający wszystkich. „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1J 1:8). Jeśli uważam, że nie mam grzechu, to nigdy nie doświadczę Jego miłości, a Jego światłość nie wejdzie w moje życie. Żeby to światło weszło i trwało we mnie, muszę odważnie widzieć swój grzech, konfrontować siebie z Ewangelią, wierząc, że Bóg wciąż mnie kocha. Wówczas to światło uzdolni mnie do miłości w takim samym wymiarze. Inaczej będę wobec innych małym tyranem. Wszystkich ustawię pod jeden sznurek i będę wytykać im ich wady. A jeśli otrzymam władzę, będę bezwzględnym despotą.
W czasie procesu Jezus stanął przed Piłatem, który chciał Go uwolnić, chcąc tym posunięciem, prawdopodobnie, upokorzyć Żydów i zrobić im na przekór. Piłat lubił swoją pozycję i dbał o nią. Tym razem jego chytrość okazała się jednak zbyt krucha w zderzeniu z nienawiścią i misternie uknutą intrygą faryzejską. Zaimprowizował konfrontację Jezusa z Barabaszem. Dla Piłata Barabasz był pospolitym złoczyńcą, ale nie dla Żydów. Dla nich był bohaterem walczącym o słuszne prawa narodu do niepodległości. W tej sytuacji Barabasz reprezentuje sprawiedliwość świata, w imię której słusznych praw należy dochodzić siłą, bo dobrocią i perswazją nic się nie wskóra. Czego nie wyrwiesz siłą, tego nie będziesz miał. To jest ta szeroka droga, którą wszyscy idą. Jednak poczucie sprawiedliwości jest słuszne i należy oburzać się na bezprawie.
Podobnie reaguje Dawid na przypowieść Natana, lecz nie dostrzega, że on sam jest jej bohaterem (patrz 2 Sm 12:1-6). Diabeł doskonale gra na urażonym w człowieku poczuciu sprawiedliwości, co niejednokrotnie prowadzi do wykolejenia nie tylko konkretnych jednostek, ale i całych grup. Iluż to narkomanów, alkoholików, pokrzywdzonych w dzieciństwie stoczyło się na margines właśnie z tego powodu. Kiedyś na doznawaną niesprawiedliwość zaczęli odpowiadać tym samym, aż wpadli w spiralę odwetu i bezradności, staczając się na samo dno. Gdy panuje w nas sytuacja zamkniętego, diabelskiego kręgu, to szatan, bazując na naszym poczuciu krzywdy, wygrywa masę potyczek z nami, pchając nas do strasznych rzeczy. Demon podpowiada nam: „Wszyscy są świniami wobec ciebie, pluń im w twarz, masz do tego prawo”. A jego cyniczny podszept znajduje u nas posłuch. Chore poczucie sprawiedliwości może prowadzić do wypaczeń, chęci zemsty. Tą drogą idzie cały świat. Tę drogę reprezentuje Barabasz. Na tej drodze ludzie starają się dochodzić respektowania swoich praw przemocą i gwałtem. A obok idzie Jezus i napomina z miłością, byśmy nie sprzeciwiali się złu, mając za oręż zło, nie bronili się przed krzywdą, wyrządzając krzywdę, umieli stracić swoje życie, pozwalając się ukrzyżować, gdy spadnie na nas niesprawiedliwość.
Św. Piotr w swoim liście poleca pisząc: „Niewolnicy! Z całą bojaźnią bądźcie poddanymi panom nie tylko dobrym i łagodnym, ale również surowym. To się bowiem podoba Bogu, jeżeli ktoś ze względu na sumienie uległe Bogu znosi smutki i cierpi niesprawiedliwie” (1P 2:18–19). A św. Paweł mówiąc o procesach wśród chrześcijan napomina Koryntian: „Już samo to jest godne potępienia, że w ogóle zdarzają się wśród was sądowe sprawy. Czemuż nie znosicie raczej niesprawiedliwości? Czemuż nie ponosicie raczej szkody?” (1Kor 6:7). Żeby nosić znamiona takiej miłości, trzeba być dojrzałym chrześcijaninem. Jeśli takiej postawy brak, jest to jeszcze niemowlęctwo w Chrystusie (por. 1Kor 3:1).
Kościół pierwotny na serio traktował Kazanie na Górze (patrz Mt 5:1-48). Praktykował je w życiu i zapewniał, że tymi wartościami da się żyć i żyje się szczęśliwie. W apokryficznej ewangelii pierwszych wieków można przeczytać: „W dniu, w którym poczujesz w swoim sercu miłość do nieprzyjaciela --- zabij cielca, sproś przyjaciół i ciesz się i raduj, boś jest w Królestwie Bożym”. To są cechy paradoksalnej duchowości chrześcijańskiej. Paradoksalnej, bo generującej w nas (nie wiedzieć dlaczego?) tajemniczy, wewnętrzny skurcz przed jej organicznym przyswojeniem, wcieleniem we własne życie, wpisanie do własnego systemu wartości.
Misja Kościoła współczesnego polega na tym, by powtarzała się w nim historia Jezusa, by On w nas mógł się narodzić, w nas umierać za świat i w nas powstawać z martwych. Oto przekaz Chrystusa! Sprawiedliwość bez miłosierdzia prowadzi do okrucieństwa. Dlatego, kochając potrafi cierpieć i, cierpiąc potrafi kochać. Miarą Jego miłości jest Miłość bez miary. Dlatego w jej imię nie sprzeciwia się złu. Wisząc na krzyżu wypełnia to, czego nauczał. Wisi. To jest sprawiedliwość krzyża w odróżnieniu od sprawiedliwości świata. Paradoks?! Gdyby Chrystus był tylko człowiekiem, nazwano by Go największym „frajerem”. W Ogrójcu Jezus dał do zrozumienia, że ma moc przeciwstawienia się napaści, lecz z niej nie skorzystał i kazał Piotrowi schować miecz do pochwy, bo kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie (por. Mt 26:52). Tak mówi i tak postępuje Syn Boży jako Człowiek? To jest par excellence pełnia Objawienia Boga Jahwe. Kto idzie inną „drogą”, odrzuca najgłębszą istotę Boga. On jest Drogą, Prawdą i Życiem (por. Jn 14:6). Tymczasem w momencie śmierci Jezusa pod Jego Krzyżem spotkały się dwie najbardziej wykwintne warstwy społeczne: faryzeusze (przedstawiciele najwartościowszej religii, Ludu Wybranego przez Boga) oraz Piłat --- reprezentujący całą kulturę grecką i rzymską. Razem, zgodnie (choć kierowani różnymi motywami) postanowili wyeliminować z historii ludzkiej miłość zbawczą Syna Bożego. Tego jednak Jezusa wskrzesił Bóg (por. Dz 2:32). W zmartwychwstaniu Bóg tę Miłość przypieczętował jako normę życia dla wierzących, która nie broni siebie nawet w imię swych słusznych praw, lecz daje się ukrzyżować. Tej Miłości Bóg oddał władzę nad niebem i ziemią.
A co ja robię, gdy ktoś mnie depcze? Odpowiadając złem na zło, wybieram Barabasza. Staję się zaś chrześcijaninem, gdy wybieram tę formę miłości, jaką pokazał Jezus. Chrześcijaństwo bowiem to Miłość nieprzyjaciół! Czy bronię swej godności za wszelką cenę? Czy kocham, gdy mnie krzywdzą, choć to takie trudne? Jeśli ktoś atakuje moje słuszne prawa, uderza mnie w policzek, czy umiem nadstawić mu drugi? Ktoś się procesuje z mną, czy umiem oddać mu więcej niż żąda? Gdy ktoś wypruwa ze mnie całą energię, czy umiem dać mu więcej?... Jeśli czynię inaczej, postępuję jak wszyscy w świecie. Nie zasługuję na miano chrześcijanina.
Mało jest w świecie takich, co walczą o niesłuszne prawa. Przeciwnie, wszyscy dobijają się słusznych praw, a dziś doszliśmy do tego, że grozi nam zagłada. Daj się ukrzyżować, wtedy odbudujesz świat. Paradoks?! Ale tym właśnie jest Krzyż. Jezus pokazał nam taką „drogę”, która dzięki prawdzie niezawodnie prowadzi do Życia.
W Ewangelii św. Jana znajduje się scena umycia nóg apostołom. Działo się to w czasie uczty Paschalnej. Prawdopodobnie uczniowie oglądali się, kto z nich ma tę czynność wykonać. Zwykle należało to do niewolnika albo dziecka, kogoś najniższego rangą w rodzinie. I podniósł się Jezus, umył nogi uczniom, nie pomijając Judasza, o którym wiedział, że wkrótce Go zdradzi. Kto poza Jezusem tak kocha? To jest miłość krzyża, to jest sprawiedliwość krzyża! Piotr broni się przed tą lekcją pokory, lekcją Bożej miłości. Jezus odpowiada: „Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną” (Jn 13:8). W tym akcie widać miłość, której nie ma w świecie. Nikt nie chce być ostatni, wszyscy chcą być pierwszymi. Dlatego Jezus --- pierwszy rangą --- stał się ostatni, by ukazać tę nową, paradoksalną dla nas miłość. Jeśli nie chcę przyjąć od Jezusa umycia nóg, nie ma dla mnie miejsca w chrześcijaństwie. Nie gdzieś indziej, tylko tu bije serce chrześcijaństwa. My zaś zastanawiamy się, co ma chrześcijaństwo innego niż inne religie i kultury. Chrześcijaństwo jest pełne Boskich paradoksów, bo ma w sobie miłość w wymiarze krzyża; miłość, jaką pokazał Jezus, myjąc uczniom nogi; miłość, która wyprowadziła Łazarza z grobu, miłość, która objawiła się na krzyżu w przebaczeniu oprawcom.
Kogo wybieram: Jezusa czy Barabasza? Boga z Jego paradoksalnie cichą Miłością czy szatana z jego krzykliwą cywilizacją śmierci i wiekuistego mroku? Moja decyzja jest ostateczna i oparta na świadomości ukształtowanej Łaską płynącą z góry. Obym tylko, wierząc w Boga, umiał zawsze wierzyć Bogu. Obym własnej woli umiał szukać zawsze w woli Bożej. Obym swej wolności nigdy nie utożsamiał z samowolą.
A Jezus, na kartach Ewangelii, stawia jednoznaczne wymagania:

  1. Wziąć krzyż swój na każdy dzień i naśladować Mnie (Mt 10:38).
  2. Nienawidzić siebie --- swego życia (Łk 9:23).
  3. Nienawidzić ojca, matki, żony, przyjaciół (Łk 14:26).

"Współcierpienie" - A. W. BouguereauKto tych warunków nie spełnia, nie może być uczniem Jezusa. To są pewne wyróżniki wyodrębniające uczniów Pana z ogółu rodziny ludzkiej. W ich właściwej interpretacji tkwi specyfika piękna miłości chrześcijańskiej.
Ad 1. Co oznacza: wziąć krzyż swój na każdy dzień? Tu nie chodzi o umartwienia. Oznacza to wziąć na swoje ramiona krzyż historii swego życia, takiej egzystencji, jaką ona jest, tu i teraz. Zaakceptować swą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Wiele cierpień, tragedii naszego życia płynie stąd, że nie żyjemy faktami, lecz iluzjami i życzeniami, a nasza postawa jest z dnia na dzień coraz bardziej roszczeniowa.
Ad 2. Cała duchowość chrześcijańska jest wolą Bożą objawiającą się w słowie Bożym i w faktach mego życia. Jedno umożliwia zrozumienie drugiego. Zatem jeżeli coś planujemy --- a trzeba w życiu to robić --- nie powinniśmy swoich planów absolutyzować, upatrywać szczęścia w ich realizacji, czepiać się ich bałwochwalczo, nawet gdyby to były wspaniałe plany, np. podróżnicze. Jeżeli ich fiasko czyni nas rozczarowanymi, zgorzkniałymi, a nawet cynicznymi, to dowodzi, że nie bierzemy poważnie swego krzyża na każdy dzień. Diabeł zaś zamyka nas w samych sobie lub zaczynamy iść z nim na kompromis. Chrześcijanin żyje tym, co przyniosą fakty, nawet jeżeli go przekreślają. Bóg daje człowiekowi życie o wiele wspanialsze niż on sam potrafiłby to zaplanować. Bogu zależy na tym, by nasze życie było najwartościowsze, a my z niego zadowoleni.
Ad 3. Gdy człowiek nie czerpie z Boga swego życia, zamyka się w kręgu egoizmu, szuka sobie za wszelką cenę źródła życia poza Bogiem, np. rodzi się w nim „apetyt” na drugiego człowieka: musi go mieć, inaczej ginie. Tymczasem Bóg tak nas stworzył, że tą jedyną osobą potrzebną nam do szczęścia jest On sam. Wszystkie zaś inne wartości są tylko dodatkami i będą nam smakować dopiero w Nim, w Bogu. Gdy Bóg nie zajmuje w nas pierwszego miejsca, upatrujemy swe szczęście w afektach (dziewczyna, chłopak). Ona pragnie w nim znaleźć dla siebie to szczęście, które on może jej dać i nawzajem. Rodzice planują przyszłość dzieci zgodnie z własnymi ambicjami. Człowiek próbuje zdominować człowieka, kreując jego życiowy wizerunek według własnego, często namalowanego toksycznymi farbami. Chce zagarnąć kogoś wyłącznie dla siebie.
To są chore relacje, niedające wolności, a jedynie zniewolenie innych i siebie. Jezus to właśnie ma na myśli, gdy mówi: „Jeśli kto... nie ma w nienawiści swego ojca, matki, żony, siostry, brata...”. W tym zawierają się wszelkie chore relacje afektywne. Kto jest ślepy na ich funkcjonowanie, nie może być światłem dla bliźnich. Jak wskaże, gdzie znajduje się prawdziwe szczęście, gdy sam je czerpie z małych zatrutych źródełek, które go nie dają. Od tej (pożal się Boże) miłości wszystkich do wszystkich co szósty człowiek na świecie jest chory psychicznie.
Jezus ukazał wolę Bożą kosztem zadania ogromnego bólu swoim rodzicom, gdy mając 12 lat pozostał w świątyni. Tego wymagał Ojciec Niebieski. Podobnie uczyniły m.in. święte męczennice: Perpetua i Felicyta.
Skąd się biorą w chrześcijanach takie postawy? Klasyczna odpowiedź brzmi: Trzeba je sobie wypracować. Otóż nie! Od momentu chrztu winno się w nas zacząć nowe życie, nacechowane nową miłością --- paradoksalnie, według słów Jezusa „nienawiścią”. To jest treść życia wiecznego, zaczyna się ono już tu i nie kończy się wraz ze śmiercią, lecz idzie dalej. Od chwili, gdy Bóg woła człowieka do chrztu, obowiązuje go ten właśnie styl życia, owe wyróżniki, których nie mają inne religie. Ten rys chrześcijański nie bierze się z pracy nad sobą. „Dążność ciała wroga jest Bogu, nie podporządkowuje się Prawu Bożemu, ani nie jest nawet do tego zdolna” (Rz 8:7). Taka postawa jest owocem wypływającym z pewnego faktu, zachodzącego w głębi naszego jestestwa. Co to jest? „Jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego... trzeba wam się powtórnie narodzić” (J 3:5-7). Ta miłość pochodzi od Boga. Żeby tak kochać, trzeba się powtórnie narodzić i to z Ducha Świętego.
Św. Piotr utożsamia fakt „narodzenia” z chrztem (por. Dz 2:32). Co mamy czynić? Św. Paweł mówi o tym fakcie wielokrotnie, nadając mu różne nazwy. To jest bazą w nas, z której --- jak z nasienia --- wyrasta drzewo, wydając tego rodzaju owoce:

To daje możność wyzucia się z człowieka według ciała i życia nowym Życiem. Wszystkie te określenia wskazują na bardzo ważny fakt, wprost rewolucyjne wydarzenie: wskrzeszenie trupa do życia --- z nieistnienia do nowego bytu. Nie było mnie, a teraz jestem urodzony z Boga. Nie jest to coś wmówionego sobie, lecz wydarzenie obiektywne, którego się doświadcza. Jeżeli jest prawdą natura tego doniosłego wydarzenia --- owo współzmartwychwstanie, narodzenie, obrzezanie, stworzenie --- to kto może dać życie samemu sobie, samego siebie stworzyć? Tylko Bóg, to jest Jego dzieło we mnie. Chrześcijanin to dzieło Boże, ktoś, kogo Duch Święty wyrzeźbił swym działaniem, nie zaś on sam siebie wykuł z granitu.
A co z chrztem dzieci? One we chrzcie otrzymują tę rzeczywistość w zalążku, w potencji. Tak samo jak w żołędziu jest cały dąb. Wielu dorosłych chrześcijan ma w sobie chrzest jako nierozwinięte ziarno, które czeka... To są niemowlęta w Chrystusie. Oni nie są wprowadzeni w istotę i dynamikę chrześcijaństwa. Dlatego mają w wielu wypadkach postawy jeszcze pogańskie. Nie żyją swoją historią, lecz męczą się własnymi projektami i afektami.
A tymczasem punktem docelowym jest: sprawiedliwość krzyża, miłość i nie sprzeciwianie się złu. Jeśli Jezus mówi: „Nawracajcie się”, to ma na myśli nawrócenie się do miłości z krzyża. Ona bowiem jest istotą Ojca. Ona stanowi treść obietnicy, że kiedyś będziemy mogli tak żyć, tę miłość rozdawać, z niej czerpać szczęście. To otwiera nowe horyzonty. Daje udział w życiu Bożym. Wprowadza do królestwa Bożego. Ta miłość stwarza świat --- kiedyś w Jezusie Chrystusie, a teraz w nas.
Zasada nie opierania się złu nie dotyczy pokus, ani tego, by żyć nieprawdą i utrzymywać w niej innych. Jezus nie mówi do krzyżujących Go: macie rację, jestem zbrodniarzem. Wręcz przeciwnie! Jasno wyartykułował prawdę. Również faryzeuszy Jezus nazwał „grobami pobielanymi”. My także mamy podobnie postępować. W przeciwnym razie bylibyśmy fałszywymi prorokami, którzy kadzą ludziom dla świętego spokoju. Tym samym utrwalalibyśmy fałsz. Istnieje przecież obowiązek upominania. Kościół obowiązuje też funkcja prorocza --- wykazywania fałszu, odsłaniania prawdy, pełni prawdy. Lepsza jest gorzka prawda niż zawoalowane kłamstwo przemycane pod postacią półprawd. Tego aspektu nie znosi zasada nie sprzeciwiania się złu. Zło zawsze trzeba nazywać złem. Tylko prawda nas wyzwala (por. Jn 8:31-32). Jednakże zasada nie opierania się złu musi być realizowana z miłością i być na służbie miłości --- wtedy ma sens. Miłość dyktuje jej użycie. Kochająca matka może bez obaw ukarać swoje niegrzeczne dziecko. W przeciwnym razie swoim pobłażaniem utrwala w dziecku niewłaściwe zachowania, a jej miłość matczyna nosi wówczas znamiona miłości „małpiej”.
Jezus w imię tej zasady wziął do ręki bicz, dla dobra kupczących w świątyni (patrz Jn 2:14-21). Spotykają się tu: nienawiść i egoizm ludzi z miłością Jezusa. Nienawiść do Niego wzrosła, lecz On nie odpowiedział złem na zło. Ten, kto krzywdzi drugiego człowieka, przychodzi z siłą, z przemocą i nienawiścią. Kiedy spada na ciebie złość, nie odpowiadaj tą samą monetą, nie zwyciężaj zła złem, lecz dobrem. Daj się raczej ukrzyżować, a odniesiesz --- jak Chrystus --- zwycięstwo.
Nie opieranie się złu wypełnione z miłością, prowadzi do miłości i wtedy ta zasada ratuje świat, bo przerywa łańcuch zła. Przemoc, na którą odpowiada się przemocą, rodzi następną zwielokrotnioną przemoc. W ten sposób nakręcamy spiralę zła. Tak jest w świecie. W ten sposób historia zła rośnie niszcząc społeczeństwa i rodziny. To nie są puste słowa, lecz fakty.
Jezus zmartwychwstał, bo w miłości ukrzyżowanej znalazł nowe życie i tą miłością buduje teraz Kościół, dając mu nowe istnienie. Kazanie na Górze nie jest prawem. To my jesteśmy skłonni wszędzie widzieć prawo, dlatego i tę zasadę również tak przyjmujemy. Tymczasem Miłość, o jakiej czytamy w Kazaniu na Górze jest nie tyle Prawem, co darem --- życiem Jezusa w nas. Styl chrześcijańskiego życia wypływa z faktu, że Bóg jeszcze raz mnie stworzył, zrodził z Siebie, ze śmierci przeprowadził do życia. Życie Boga we mnie polega w swej istocie na Tajemnicy. Już nie ja żyję sam w sobie, lecz żyje we mnie Chrystus. (Por. Ga 2:20).
Wejść z powrotem w reżim Prawa, traktować chrześcijaństwo jako Prawo, to jest wielka pokusa współczesnego Kościoła. Tymczasem chrześcijaństwo jest czymś więcej, jest kształtowaniem w nas Chrystusa, gdy On zaczyna w nas żyć z tą miłością. Jeżeli we mnie będzie żył Jezus, to będę wiedział jak postępować w życiu od sytuacji do sytuacji. Da mi On nowy instynkt, nowego Ducha, i będę wiedział czy w konkretnym przypadku miłość ma się objawić surowością czy łagodnością.
My jednak zbyt łatwo ulegamy złudzeniu dokonania się naszego własnego nawrócenia. Trzeba być dużo bardziej nieufnym wobec siebie i nieprędko uważać siebie za nawróconego. Kazanie na Górze stanowi fotografię nowego człowieka, etykę, którą chrześcijanin spontanicznie rozumie i zachowuje.
Dziś w świecie żyje wielu chrześcijan, którzy nie przeżyli jeszcze faktu nowych narodzin. Wszystko czeka na swoje urzeczywistnienie i być może jest to sytuacja niejednego z nas. Aby to jednak mogło nastąpić trzeba nam stawać się ludźmi sumienia, czyli takimi, którzy liczą się ze swoim sumieniem, w jego zaciszu wsłuchują się w głos Boga, wsłuchują się, nie tyle by „słuchać”, ale by „usłyszeć”. Jeśli masz wszystko, a nie masz Boga --- jesteś żałosnym nędzarzem. Jeśliś jest biedny, bo nie masz nic lub niewiele, ale masz Boga --- jesteś bogaczem. Realizacja drogi, która się w nas dokonuje, to nie nasz trud i wysiłek, lecz moc Boga, której świadomie, z własnego wyboru pozwalamy działać.

[mr]
21-25.04.2008


Bibliografia

Refleksja o wychowaniu...:

  • Śliwerski Bogusław - „Współczesne teorie i nurty wychowania”, Oficyna Wydawnicza Impuls, Kraków 2001. 

Refleksja o cierpieniu...:

  • Dz. - Dzienniczek siostry Marii Faustyny Kowalskiej, Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy, Kraków 1987. 

Refleksja o pokucie...:

  • BT - Biblia Tysiąclecia, wydanie trzecie poprawione, Wydawnictwo PALLOTTINUM, Poznań - Warszawa 1980.

Refleksja o powołaniu...:

  • BT - Biblia Tysiąclecia, wydanie trzecie poprawione, Wydawnictwo PALLOTTINUM, Poznań - Warszawa 1980,
  • Tomasz Kwiecień OP, "Nie, czyli tak", List, 2004, nr 11.

Refleksja o pokorze:

  • BT - Biblia Tysiąclecia, wydanie trzecie poprawione, Wydawnictwo PALLOTTINUM, Poznań - Warszawa 1980.
  • KKK - Katechizm Kościoła Katolickiego, II wydanie poprawione, PALLOTTINUM, Poznań 2002.
  • [AP] - o. Augustyn Pelanowski osppe - "Umieranie ożywiające - czyli poradnik dla tych, którzy umierać nie chcą, a umrzeć muszą", Oficyna Wydawnicza W MISJI,  Wrocław 2005.
  • J. E. de Balaguer - "Droga" {brak informacji o wydawnictwie}

Źródła internetowe

Refleksja o pokucie...:

Refleksja o powołaniu...:

Refleksja o pokorze:

Refleksja o Boskich paradoksach:



Prawa autorskie