| • O wychowaniu... |
| • O cierpieniu... (fragmenty) |
| • O pokucie chrześcijańskiej |
| • O powołaniu do bezgrzeszności |
| • O pokorze |
| • O Boskich paradoksach |
| Bibliografia |
| Źródła internetowe |
| Prawa autorskie |
![]() |
O wychowaniu młodego pokolenia Polaków na progu trzeciego millennium | ![]() |
|
"Osoba
jest takim dobrem, że właściwe i pełnowartościowe |
![]() |
Refleksja o wychowaniu ma bardzo długą historię. Jakkolwiek
przybierała różne kształty --- w zależności od kierunku
filozoficznego, z którego wyrastała na przestrzeni
wieków --- to jej dojrzała forma w postaci określonej
koncepcji lub teorii wychowania wciąż nieodmiennie opisuje podobną
rzeczywistość. Ową rzeczywistością jest środowisko i żyjący w nim
człowiek, który będąc kreatorem procesu wychowania,
jednocześnie sam (świadomie lub nie świadomie) podlega licznym wpływom
kształtującym jego własną osobowość. Rzecz w tym, by umiejętnie tworzyć
warunki umożliwiające człowiekowi dokonywanie odkryć w sferze sensu
bytu i, aby ten byt nabierał wymiaru życia wartościowego.
Sposób rozumienia tej dynamicznej relacji między człowiekiem
a światem sensów, czyli wartościami, wyznacza kierunek dla
wielu dziedzin życia człowieka w wymiarze osobowym i społecznym. Poza
tym bardzo wyraźnie determinuje istotę wychowania i jego teleologię.
U podstaw niniejszego opracowania legło następujące założenie:
wychowanie ma sens,
ponieważ istnieje faktyczna możliwość, a nawet
konieczność oddziaływania na człowieka (ze względu na jego naturę jako
bytu dynamicznego, stopniowo rozwijającego się i odkrywającego siebie,
początkowo w pełnej zależności od innych --- aż do uzyskania
samodzielności i zdolności do samorealizacji) oraz wola takiego
wpływania, czyli powstająca w sposób naturalny (przede
wszystkim w rodzinie jako duchowej wspólnocie
osób) relacja oddziaływania wychowawczego oparta na
odpowiedzialności wychowawcy za wychowanka.
Rodzina jest naturalnym środowiskiem wychowawczym, co w konsekwencji oznacza, że rodzice są z natury wychowawcami swoich dzieci, a także, iż sami się --- przez te dzieci --- wychowują, spełniając różnorakie, właściwe dla danego etapu rozwoju dzieci, funkcje rodzicielskie. Bycie wychowawcą zobowiązuje. Jeśli więc celem wychowania dzieci ma być ich dojrzałe człowieczeństwo, samych wychowujących musi cechować w głównej mierze dążenie do doskonalenia wewnętrznego. Wychowanie bowiem nie sprowadza się wyłącznie do stosowania określonych zespołów działań, ale poprzez nie sięga do rzeczywistości bardziej podstawowej: do całego systemu bycia. Inaczej mówiąc, wychowuje się bardziej przez to, kim i jakim się jest, niż przez same (nawet najbardziej wyrafinowane) zabiegi wychowawcze wykorzystywane w oderwaniu od postawy własnej. Afirmacja wychowania przez prymat relacji międzyosobowej ja --- ty oznacza możliwość widzenia siebie w świetle innego ja, niejako w twarzy drugiego. Dotyczy to zarówno dziecka, jak i rodziców, głównie dlatego, ponieważ relacja ta jest wzajemna. To właśnie dzięki swoistemu sprzężeniu zwrotnemu rodzice, pełniąc rolę wzorów osobowych i uruchamiając tym samym u dzieci mechanizmy naśladowcze, kreują rozwój ich osobowości, a tym samym sami spełniają się jako osoby.
Jeśli w powszechnym odczuciu stosunki międzyludzkie zamiast się polepszać --- ulegają systematycznej degradacji, to warto uświadomić sobie przynajmniej niektóre przesłanki tego, ze wszech miar niezdrowego, stanu rzeczy. Moim zdaniem u podstaw zła leży materializm i liberalizm --- dziś jak nigdy dotąd lansowany w mediach i bezkrytycznie asymilowany społecznie do granic absurdu, zwłaszcza przez młode pokolenie. Stąd właśnie myślenie i działanie według zawołania: „róbta, co chceta”. Tam, gdzie podstawową wartością jest pieniądz, a sensem życia staje się uporczywa pogoń za jego immanentnym pomnażaniem, należy upatrywać przyczyn kryzysu osobowościowego i rodzinnego. Egoizm, cynizm, brak poszanowania osoby ludzkiej, bezkompromisowość, pogarda dla fundamentalnych zasad i wartości moralnych, a także bezwzględność, konformizm i brak tolerancji to główne, ale niestety nie jedyne, plagi współczesnego świata. Młode pokolenie wyrastające w takiej atmosferze pozbawione jest tych uczuć, które decydują o kształcie pełnowartościowej osobowości człowieka. Nie można dalej podążać w samobójczym kierunku schizofrenizacji świata. Istnieje bowiem pilna potrzeba podniesienia rangi pedagogiki serca i konsekwentnego stosowania jej zasad. Miłość przecież nie jest samoistnym darem losu. Kochania trzeba nauczyć się kochaniem i wymagającą miłością.
Rozwój uczuć moralnych dziecka zaczyna się
wówczas, gdy już jako niemowlę uzewnętrznia swoje pragnienia
krzykiem, czy chęcią gryzienia. Emocjonalna więź dziecka z matką
utrwala się bardziej we wzajemnym odczuwaniu siebie, aniżeli na
wzajemnym rozumieniu. Ważny jest tu ścisły związek między sferą
psychiczną i fizyczną dziecka a suwerennością jego osoby. Bez
empatycznej i naturalnej więzi między dzieckiem a matką nie jest
możliwe ani jego (aktualne i przyszłe) zdrowie psychiczne, ani
rozwój jego zdolności do kochania. Miłość nie rodzi się w
próżni, a do pełnego rozkwitu potrzebuje czasu i
odpowiednich warunków. Jeśli więc środowisko nie sprzyja
prawidłowemu rozwojowi emocjonalnemu dziecka, sfera jego uczuć wyższych
może być zdeformowana, np. poprzez zablokowanie obszaru zarezerwowanego
dla miłości, współczucia, wyrozumiałości, cierpliwości itp.
Wychowanie zatem nakłada obowiązek wnikliwego badania i zapobiegania
wszystkiemu, co mogłoby potęgować agresję, umożliwiając jej dominację w
kształtujących się postawach młodego pokolenia. Niezaspokojona u dzieci
i młodzieży potrzeba miłości, przynależności i bezpieczeństwa generuje
negatywne skutki psychiczne:
Udział
w szerzeniu się
tych patologii lub opóźnień
rozwojowych mają przede wszystkim rodzice i instytucjonalni opiekunowie
dzieci, przyczyniając się do cierpień małych męczenników.
Niestety wielu z nich dodatkowo okalecza dzieciństwo swoich
podopiecznych, kiedy, pod płaszczykiem konieczności wychowawczej,
stosuje przemoc fizyczną:
W ten sposób dorośli uczą dzieci, że można bić słabszego, być niesprawiedliwym, nie przyznawać się do błędów, nie przepraszać, gdy się zawiniło i nie starać się zadośćuczynić wyrządzonym cierpieniom. Jedynie miłość uniemożliwia zadawanie bólu na zimno, a jej konstatacja jako głównej siły sprawczej w procesie wychowania doprowadza do stopniowego zacierania się w świadomości wychowawcy granicy między biciem a maltretowaniem (w tym również psychicznym) dzieci. Co gorsza dorośli często biją z premedytacją, tak by nie pozostawiać śladów. Toteż skatowane dzieci cierpią podwójnie. Krzywda cielesna współistnieje wówczas z moralną, tym bardziej dotkliwą dla ofiary, gdyż zadaną przez osobę, która czynić tego nie powinna. Odpowiedzialność zatem za destrukcyjne postawy dzieci i młodzieży wobec siebie, wobec innych ludzi i wobec świata spoczywa na rodzicach naturalnych, opiekunach dzieci, nauczycielach i całym systemie edukacyjnym. Dlatego rację mają przedstawiciele antypedagogiki twierdząc, że od tysiącleci występuje dziedziczne dyskryminowanie jednej generacji przez drugą. Nie wychowanie jednak jest temu winne, ale sami wychowujący, ich dobór, kształcenie, warunki egzystencji, ocena itp. Nie wychowanie zatem odgrywa w życiu człowieka niszczycielską rolę, ale osobowość rodzica, opiekuna, nauczyciela i nieetyczne systemy wartości te osobowości wypaczające.
Aprioryczne założenie, że rodzice są de iure zawsze podmiotami w stosunku do wychowanka, a ten przedmiotem ich oddziaływań, pociągnęło za sobą dość groźne konsekwencje w postaci przywłaszczenia sobie przez dorosłych prawa do decydowania o losie wychowanków i oferowania im jedynie słusznych interpretacji, doprowadzając do efektu adiaforyzacji, czyli ustawiania pewnych typów działań lub pewnych obiektów (na jakie działania są ukierunkowane) jako moralnie neutralnych i nie podlegających ocenie w kategoriach moralnych. Proces ten polega na wyłączeniu określonych osób (w tym przypadku dzieci i młodzieży) ze zbioru podmiotów moralnych, a tym samym odseparowaniu czynów i ocen moralnych. Innymi słowy --- to, co jest zabronione dla jednych, jest dozwolone dla drugich. Wychowanie jako działalność celowa nie musi jednak opierać się na podporządkowywaniu sobie wychowanków, które przejawia się w przedmiotowym traktowaniu przedstawicieli młodego pokolenia i czynieniu z nich grupy społecznie uciśnionej. Niestety takie rozumienie władzy rodzicielskiej i/lub nauczycielskiej jest wygodne dla dorosłej części społeczeństwa i mało kto widzi konieczność zmian w tej dziedzinie. Skoro zatem nie z celów a z wkomponowanej w istotę wychowania i strukturę władzy (wychowawczej) biorą się zagrożenia dla prawidłowego (zdrowego) rozwoju i samorealizacji dziecka, warto pokusić się o nową jakościowo refleksję. Wychowanie należy rozumieć jako wielopłaszczyznową pomoc w rozwoju dziecka. Zatem opierając się na wymagającej miłości należy wychowankowi podarować wolność, która powinna być jednym z podstawowych atrybutów dzieciństwa. Tylko w warunkach wolności (nie skrępowanej również przez miłość) można poznać indywidualne cechy wychowanka i pomagać mu je rozwijać. Granice wolności, których nie wolno przekroczyć, to ewidentne narażenie dobra własnego i/lub cudzego. Lecz źle pojęta, przesadna troska o dobro dziecka (np. nie dopuszczająca ryzyka stłuczenia sobie kolana) nie jest już dobrem, lecz wyrządzaniem krzywdy. Poczucie szczęścia można bowiem znaleźć wśród niebezpieczeństw i trudów (obliczonych stosowną do wieku miarą). Nie znajdzie się go natomiast na drodze całkowicie przez dorosłych uprzątniętej z wszelkich przeszkód i niedogodności.
Władza wychowawcza nie odzwierciedla dziś właściwego charakteru obowiązków spoczywających na rodzicach, opiekunach prawnych dziecka i/lub nauczycielach, gdyż podkreśla element panowania nad dzieckiem i sugeruje im, że mają prawo m.in. do ich bicia w ramach karcenia. Sprawując władzę wychowawczą nad dzieckiem mogą naruszać jego dobra osobiste, w szczególności jego prawo do godności, nietykalności cielesnej, wolności, twórczości, tajemnicy korespondencji, osobistej styczności z osobami bliskimi czy prawa do miłości. U wielu osób dorosłych (nie tylko rodziców) wciąż pokutuje pogląd, że wychowawca jest właścicielem dziecka, jego panem i władcą (choćby tylko w czasie bezpośrednich kontaktów wynikających z codziennych zajęć szkolnych lub pozaszkolnych). Jakże często się słyszy wywody z gatunku: „To moje dziecko, ja sprawuję nad nim (teraz) władzę, mam prawo zrobić z nim co zechcę, nikt nie może się wtrącać ...”. Takie własnościowe (przedmiotowe) traktowanie młodego człowieka, zarządzanie nim jak majątkiem, przeświadczenie o posiadaniu przewagi nad nim, jako istotą słabszą --- wszystko to składa się na owe sformalizowane znaczenie władzy wychowawczej. Tradycyjne rozumienie władzy sankcjonuje nie tylko prawo rodziców do dowolnego stanowienia o swojej niejako własności, ale i poparte kodyfikacją prawną usprawiedliwia przemoc lub poniżanie dzieci. Tymczasem w międzynarodowym ustawodawstwie (Międzynarodowa Konwencja Praw Dziecka czy Wolności i Prawa Człowieka) dziecko odzyskało status jako człowiek, a więc i swoją osobowość prawną. Nie powinna zatem już występować władza człowieka (np. rodzica) nad człowiekiem (np. jego dzieckiem), która utrwalałaby relacje między nimi na zasadzie pana i niewolnika. Ludzie niezależnie od wieku są przecież w świetle prawa równi, a więc władza wychowawcza rozumiana dosłownie jest anachronizmem i działa szkodliwie. Dużo bardziej stosowną w tej sytuacji kategorią wydaje się być piecza wychowawcza. Pojęcie to nie wywodzi się z żądzy władzy, lecz z miłości (opiekuńczej, troskliwej, wspierającej), a miłość wobec obiektu kochania jest zawsze służebna.
W stosunkach między dorosłymi a dziećmi powinna dominować mądra, wymagająca miłość, nie odwołująca się od władzy, do gróźb, siły czy poczucia wyższości. Dzieci powinny podlegać opiece wychowawcy, jako osoby troskliwej, asertywnej i cieszącej się ich zaufaniem. W żadnym wypadku nie należy z tym wiązać prawnego instrumentarium władzy. Fenomen pieczy nie zawiera w sobie ex definitione pierwiastka zła, dlatego osoby sprawujące pieczę, służą jedynie dobru swoich podopiecznych, troszcząc się jednocześnie o siłę duchową posiadanego autorytetu.
Ludzkość
uznała miłość za wartość najwyższą. Jeśli więc
wartość ta zaistniała jako związek uczuciowy między człowiekiem a
człowiekiem --- znaczy to, że ludzie darzący się nią zdobyli jedno z
najcenniejszych dóbr osobistych. Dziecko jest człowiekiem
(czego nikt nie kwestionuje) i posiadanie takiego dobra jak miłość jest
w jego życiu nie tylko potrzebą, jak u osób dorosłych, lecz
wręcz koniecznością. Miłość bowiem stanowi podstawowy warunek
prawidłowego rozwoju dziecka. Brak witaminy
M zawsze odbija się negatywnie na zdrowiu psychicznym
młodego człowieka. Bywa jednak i tak, że pozytywne oddziaływania
wychowawcze dorosłych podlegają ciężkiej próbie w
konfrontacji z dziećmi trudnymi
lub posiadającymi wrodzone skłonności do czynienia zła. Są
również źli rodzice, nauczyciele i instytucjonalnie
niewłaściwe rozwiązania funkcjonujące we współczesnych
systemach oświatowo-wychowawczych. Gdy więc w nieukształtowanej jeszcze
osobowości dają o sobie znać silne skłonności ku złu, albo gdy samo
środowisko negatywnie wpływa na postawę człowieka, niezbędna jest
mobilizacja wszelkich środków (wewnętrznych i zewnętrznych),
aby skutecznie oprzeć się tym groźnym zjawiskom. Dlatego tak ważna jest
działalność wychowawcza obejmująca nie tylko dzieci i młodzież, ale
także ludzi dorosłych, aby pomóc im w walce z samym sobą, w
odnalezieniu zagubionej drogi, w przywróceniu wiary w sens i
celowość istnienia.
Fundamentem wychowania młodego pokolenia powinna być ufność w sens rozwoju jego człowieczeństwa, której prekursorami są i wciąż mogą stawać się rodzice oraz nauczyciele posiadający swoistą moc mądrej miłości, siłę niezbędną do uczynienia współczesnego świata ludzkim. Dobro i zło to dwa antagonistyczne żywioły współtworzące naturę człowieka. Mówiąc zatem o wychowaniu, trzeba uwzględniać naturalną niechęć dziecka do aprobowania kreowanych czy uznawanych przez dorosłych wzorców życia. Kto więc może być uznany za dobrego wychowawcę? Na pewno każdy, kto potrafi odpowiedzieć sercem na serce, kto nie obawia się z tego tytułu zarzutu, że jest zbyt miękki, że kogoś faworyzuje lub się z kimś spoufala. Dobry wychowawca nie powinien bać się emocjonalnego kontaktu ze swoimi podopiecznymi, gdyż ten rodzaj integracji może mu bardzo pomóc w dotarciu do głębszych pokładów ich osobowości, zwłaszcza jeśli została już częściowo zdeformowana przez otoczenie. Dzięki temu mogą ulec poprawie także osiągnięcia szkolne młodego człowieka, gdyż z chęcią podejmie on trud uczenia się dla tego, kogo kocha.
Wzorowanie się na kimś, kogo kochamy i podziwiamy, a kto na tę miłość i uznanie zasługuje, nie zagraża naszej wolności, bo jest to nasz suwerenny wybór. Podobnie dziecko decyduje co i jak zaczerpnie z wybranego wzorca. Każdy bowiem człowiek jest jedynym w swoim rodzaju i niepowtarzalnym bytem, a jego indywidualność (egocentryzm) jest gwarancją, że nie przyjmie on z zewnątrz niczego, co obce lub niezgodne z autonomicznymi (bieżącymi) potrzebami. Dlatego narzucanie wzorców (zwłaszcza osobowych) jest mało skuteczne i z reguły przynosi odwrotny do zamierzonego efekt. Ów pogląd ma tym więcej zwolenników, im częściej trzeba usunąć (np. z podręczników szkolnych) jakąś wybitną postać, która okazała się niegodna szacunku. Istnieją ludzie sławni (dawni i współcześni) oraz ludzie zwyczajni o nadzwyczajnych cechach charakteru i wspaniałej postawie życiowej, którymi młodzież jest zafascynowana i pragnie ich naśladować. Czy to źle? Czy wychowawca lubiany i podziwiany, gdy podopieczni mówią mu, że pragną być do niego podobni, powinien zareagować zakazem: nie wzorujcie się na mnie? Czy nie pozbawiłby się w ten sposób nader cennego atutu, który od wieków dawał najlepsze rezultaty w relacji wychowawca-wychowanek? Źle, jeśli wychowawca dostrzegając siłę fascynacji swoją osobą, bawi się dziecięcymi uczuciami, zwodząc i uzależniając od siebie wychowanka(ów). W takich sytuacjach mamy do czynienia z bardzo subtelną granicą, której przekroczenie jest przyczyną dominacji jednej i/lub submisji drugiej ze stron interakcji. Zjawiska te są ze wszech miar niekorzystne, ponieważ prowadzą do mimowolnej rezygnacji dziecka z własnej indywidualności.
Wychowanie musi być zgodne z naturą, co oznacza, że jego celem
nie może być kształtowanie dziecka według szablonu powstałego w zamyśle
społeczeństwa lub wychowawcy. Przeciwnie, chodzi tu o rozwijanie w
młodym człowieku tego, co stanowi istotę jego osobowości i co popycha
go do samourzeczywistniania poprzez wzrastanie w dobru. Nadrzędnym
postulatem ukierunkowującym wychowanie powinien być szacunek wychowawcy
do naturalnego prawa wszechstronnego rozwoju młodego pokolenia. Dorośli
nie mogą uzurpować sobie wyłączności na prawidłowe rozumienie, a także
waloryzowanie doznań (uczuć), oczekiwań i potrzeb wieku dziecięcego lub
młodzieńczego. Dzieci i młodzież zupełnie inaczej przeżywają świat. Ich
marzenia i wyobrażenia są rozpraszane uczuciami i pojęciami w
sposób zupełnie inny niż ma to miejsce u dorosłych, a ich
pytania dotyczą zasadniczo sensu zjawisk a nie ich przyczyny. Dlatego
dobry wychowawca, wczuwając się w swą rolę, nie powinien unikać
stawania się trochę dzieckiem (młodzieńcem), aby lepiej rozumieć i
wspierać wysiłki swoich podopiecznych. Błędem natomiast jest
traktowanie dziecka zgoła jak małego
dorosłego, czy to przez powstrzymywanie jego
spontaniczności i ruchliwości przy pomocy autorytarnych metod
wychowawczych, czy przez obciążanie ich problemami, do podołania
którym nie są jeszcze przygotowani. Każdy bowiem człowiek,
od chwili narodzin, dysponuje określonym zestawem gotowych
talentów, które w toku socjalizacji, wychowania i
edukacji umożliwiają mu ukształtowanie jego człowieczeństwa we
wszystkich sferach bytu. Powinny być one jednak rozwijane optymalnie i
harmonijnie, czyli z uwzględnieniem predyspozycji:
Aby
proces wychowania przyniósł oczekiwane
rezultaty, a więc, aby osobom podejmującym trud wychowawczy udało się
być dobrymi wychowawcami, w mniejszym stopniu zależy to od tego jak
wiele wiedzą lub jak wiele mają dobrych pomysłów (idei), a w
większym stopniu od tego, czy mają wystarczająco dużo sił i
determinacji, aby wytrwać. Poznanie zatem źródeł własnych
sił i umiejętne czerpanie z nich energii staje ważnym problemem naszej
egzystencji. Każdy musi przy tym znaleźć własną ścieżkę do
samorealizacji, choć i tutaj (jak w wychowaniu) pomocne są środki
przeciwdziałające niecelowemu ubytkowi sił, a także służące skutecznej
regeneracji oraz zdobywaniu ich nowych źródeł (nie
wykluczając tych, które istnieją poza obszarem własnej
osobowości). Zadania wynikające z misji wychowawczej są
(szczególnie dziś) tak ambitne, a więc wymagają
zaangażowania takich sił i zdolności, że bez odpowiedniej
współpracy rodziców, opiekunów,
nauczycieli i wielu różnorodnych instytucji nie można
spodziewać się w pełni satysfakcjonujących efektów. Jeśli
zatem środowisko (dom rodzinny, szkoła, klub sportowy,
kościół, media itd.) ma mieć swój wkład w
prawidłowy (wszechstronny) rozwój młodego pokolenia, tj.
harmonijne ukształtowanie sfery moralnej, duchowej i intelektualnej,
proces wychowania musi odbywać się przy udziale dorosłych,
którzy to wszystko w dużej mierze rozwinęli już u siebie.
Nikt bowiem nie może dać więcej niż posiada, nikt nie może pobudzić
czegoś, co w nim samym nie jest żywe. Dlatego nie można tak po prostu
rozkazać człowiekowi, aby się wreszcie otworzył, okazywał szacunek,
kochał innych ludzi, cieszył się z dobra i piękna oraz by był w swoim
sercu głęboko za to wdzięczny.
Współczesne wzorce i działania wychowawcze swą
głębię powinny czerpać z życia duchowego (moralnego, estetycznego)
rodziców, nauczycieli i wszystkich innych osób
współpracujących z nimi w tej dziedzinie (teraz i w
przeszłości). Nie należy więc obawiać się pokonywania wysoko
postawionych wymagań etycznych, by swoją duchowością i wrażliwością
móc zmieniać najbliższe otoczenie w miejsce radości
towarzyszącej uczeniu się osiągania satysfakcji osobistej, zawodowej,
społecznej i/lub kulturowej. Rodziny i szkoły nie są fabrykami, w
których postęp powinien być mierzony ilością wyprodukowanych
towarów. Są to obszary lub, jak kto woli, instytucje służące
rozwojowi różnorodnych predyspozycji. Dlatego w centrum ich
funkcjonowania powinien zachodzić postęp rozumiany jako proces
długofalowy i realizowany z odpowiednią konsekwencją oraz z
poszanowaniem praw przysługujących wszystkim osobowościom,
które współtworzą te instytucje. Opowiadam się
więc za pedagogiką miłości, optymizmu, wrażliwości i autentycznego
zaangażowania się w wychowanie duchowe młodego pokolenia
Polaków dorastających na progu trzeciego millennium.
![]() |
O cierpieniu, czyli prośba o deszcz (fragmenty) | ![]() |
|
"Prawdziwą miłość mierzy się termometrem
cierpień". |
![]() |
| Miłość jest najpełniejszym źródłem
odpowiedzi na
pytanie o sens cierpienia. Odpowiedzi tej udzielił Bóg
człowiekowi w Krzyżu Jezusa Chrystusa. W Krzyżu Chrystusa nie tylko Odkupienie dokonało się przez cierpienie, ale samo cierpienie ludzkie zostało też odkupione. Jan Paweł II, Salvifici doloris, n.13;19 |
![]() |
Miłość jest kwiatem, miłosierdzie --- owocem, a cierpienia
ożywczym deszczem na ten kwiat i owoc.
Spuść na mnie, Panie, deszcz,
abym mógł wydać dorodny plon i zanieść go przed
Twój Majestat w Niebie.
Ufam, że dzięki Twej Łasce, która wszystko ożywia,
uszlachetnia i uświęca, moje duchowe owoce będą miłe Tobie, a dla mnie
zbawienne.
Wiem, że deszcz, o który Cię pokornie proszę, jeśli okaże
się ulewą, to nie tylko dlatego, iż Ty, Trójjedyny Boże,
kochasz
mnie Miłością niewyobrażalnie wielką --- potrójnie
niewyobrażalnie wielką, bo nieskończoną i transcendentną.
Również dlatego, że według Twojej Świętej Woli dusza moja
potrzebuje wielkiego oczyszczenia i użyźnienia.
Z pokorą, w ciszy serca, dziękuję Ci, Panie, że wciąż troszczysz się o
mą duszę jak Dobry Ogrodnik o kwitnący ogród. Wiem jednak,
że do pełnego rozkwitu w Tobie wiele mi jeszcze brakuje. Niech
Twój Boski plan, jaki względem mnie przygotowałeś,
przyniesie
błogosławione owoce ku Twojej Chwale na wieczność.
[...]
Boże, Ty mnie doświadczasz, bo mnie kochasz i jednocześnie pragniesz
dla mnie samego dobra. Dziękuję Ci, że nieustannie mi to
uświadamiasz.
Doświadczenie bywa bolesne nie tylko dlatego, że jestem
grzeszny.
Również dlatego, bym mógł przyjąć z wdzięcznością
to, co dla mnie przygotowałeś.
Bez trudnego doświadczenia, które ma mnie uczyć pokory, nie
byłbym przygotowany do godnego przyjęcia Twego daru. Mój
egoizm i wrodzona skłonność do pychy skutecznie
przesłaniałyby fakt istnienia Twojej bezinteresownej Miłości.
Dostrzegam ją w każdej kropli bólu.
[...]
![]() |
O pokucie chrześcijańskiej | ![]() |
|
"Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych
nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie
będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. |
![]() |
Ludzie sądzą, że grzech jest sam w sobie czymś dobrym, ale
niestety zakazanym. Pismo św. poucza nas, że Bóg dlatego
zakazał pewnych rzeczy, bo one niszczą wewnętrznie człowieka,
odczłowieczają go, zabierają szczęście, pokój, zatruwają
naszą egzystencję trucizną, melancholią. Bóg tego braku
miłosierdzia w stosunku do nas samych nie chce, dlatego zabronił
grzechu. Każdy grzech jest także jakimś targnięciem się na życie
społeczne, zawsze w jakiś sposób rani ludzi. Są grzechy,
które w sposób widoczny psują życie
wspólne: w rodzinach, w małżeństwach, w społeczeństwach, we
wspólnotach zakonnych. Wszystkie, nawet najbardziej
wewnętrzne, grzechy to robią. Nawet gdy grzeszę sam, ten grzech zmienia
mnie wewnętrznie --- niszczy, odbija się więc na relacjach z drugim
człowiekiem --- pogarsza je. Każdy zatem świadomy Chrześcijanin wie, że
grzesząc, obraża Boga,
zrywa z Nim więź i obciąża swoje sumienie. Jednak dzięki posłudze
Kościoła, a także własnej woli odpokutowania wyrządzonego zła, może
pojednać się z Bogiem i ludźmi.
„Koroną i szczytem” duszpasterstwa pokuty jest i
pozostanie sakrament pojednania. Żaden z innych aktów nie
jest równie znaczący, ani w sposób nadprzyrodzony
skuteczniejszy, wznioślejszy, a równocześnie dostępniejszy w
samym swym obrzędzie, jak sakrament pokuty. Chociaż w Kościele
praktykowane są również inne formy pokutne, to żadna z nich
nie dorównuje sakramentowi Spowiedzi świętej. Mimo to
wszystkie posiadają dużą wartość z punktu widzenia rozwoju życia
chrześcijańskiego. Dotyczy to zarówno form liturgicznych
(np. wspólnotowego wyznania grzechów) jak i
obrzędów nie związanych bezpośrednio z liturgią mszalną
(m.in. nabożeństw: Drogi Krzyżowej lub Gorzkich Żali).
Sakramentu pokuty i pojednania nie należy zatem uważać za jedyną drogę
prowadzącą do otrzymania przebaczenia grzechów, zwłaszcza
gdy chodzi o grzechy powszednie. Z tych bowiem uwalnia nas pobożny
udział w Eucharystii. Obok Spowiedzi św. istnieją liczne,
pozasakramentalne, sposoby ich gładzenia. Jednak, aby okazały się
skutecznymi, winny być ożywione wiarą, nadzieją i miłością, mają
prowadzić do Eucharystii --- ofiary naszego pojednania,
złożonej przez Chrystusa raz na zawsze na odpuszczenie
grzechów.
Obecnie dokumenty Kościoła zalecają zwłaszcza wspólnotowe
celebracje słowa Bożego oraz celebracje pokutne, ale także wszelkiego
rodzaju nabożeństwa przebłagalne, praktykowanie cnoty cierpliwości
(por. 1P 4,13), współuczestnictwo w cierpieniach Chrystusa,
spełnianie dzieł miłosierdzia i miłości, gdyż „miłość zakrywa
wiele grzechów” (1P 4,8), codzienne nawracanie się
według wskazań Ewangelii, połączone z wolą działania i postanowieniem
porzucenia grzesznego sposobu życia. Jako środki prowadzące do
otrzymania przebaczenia grzechów Katechizm Kościoła
Katolickiego wymienia ponadto „wysiłki podejmowane w celu
pojednania się z bliźnim, łzy pokuty, troskę o zbawienie bliźniego
(por. Jk 5,20), wstawiennictwo świętych i praktykowanie miłości. Pokuta
prowadząca do prawdziwego wewnętrznego nawrócenia dokonuje
się również przez troskę o biednych, o sprawiedliwość i
praworządność, unikanie własnych błędów, braterskie
upomnienie, rachunek sumienia, kierownictwo duchowe, przyjęcie i
cierpliwe znoszenie prześladowań” (KKK 1434-5). Drogami
wiodącymi do pojednania z Bogiem i braćmi są według papieża Jana Pawła
II także: pokonywanie egoizmu, znoszenie niesprawiedliwości i dominacji
nad drugim człowiekiem, znoszenie wyzysku innych, pokonywanie
grzesznego przywiązania do dóbr materialnych, zwycięstwo nad
niepohamowaną przyjemnością.
W refleksji nad pokutnym charakterem życia chrześcijańskiego warto
podkreślić myśl zawartą przez Papieża Pawła VI w Konstytucji
apostolskiej „Paenitemini” z 17 lutego 1966 roku, w
której pisze, że nie
należy dążyć do wyszukanych form pokuty, gdyż już samo
życie codzienne chrześcijanina może być formą pokuty przejawiającej się
w wytrwałym spełnianiu obowiązków swego wieku, stanu,
powołania i na cierpliwym znoszeniu utrapień w życiu każdego dnia.
Pokutne znaczenie mogą mieć także choroba, ból, cierpienie,
niedostatek, bieda, jeśli znoszone są z poddaniem się woli Bożej i
połączone z intencją wynagrodzenia za własne lub innych grzechy. Nie
oznacza to oczywiście biernego poddania się tym cierpieniom, ani nie
zwalnia innych do niesienia pomocy ludziom znajdującym się w takich
sytuacjach.
Każdy chrześcijanin,
podejmując różne formy pokuty zewnętrznej, nie może
zapominać o istotnym znaczeniu pokuty wewnętrznej. To, co jest
najbardziej istotne w chrześcijańskim rozumieniu pokuty, zawiera się w
greckim słowie „metánoia”.
Oznacza ono wewnętrzną zmianę całego człowieka. Dzięki tej odmianie
człowiek zaczyna właściwie myśleć, sądzić i układać swe życie,
przeniknięty tą świętością i miłością Boga, które w Jego
Synu zostały nam na nowo objawione oraz w pełni udzielone. W tym sensie
nawrócenie obejmuje cztery etapy:
Tę samą myśl wyraża Katechizm Kościoła Katolickiego
mówiąc o
pokucie wewnętrznej jako warunku owocnego przyjmowania sakramentu
pokuty i pojednania: „Pokuta
wewnętrzna jest radykalną przemianą całego życia, powrotem,
nawróceniem się do Boga całym sercem, zerwaniem z grzechem,
odwróceniem się od zła z odrazą do popełnionych przez nas
złych czynów. Pokuta wewnętrzna zawiera
równocześnie pragnienie i postanowienie zmiany życia oraz
nadzieję na miłosierdzie Boże i ufność w pomoc Jego łaski. Temu
nawróceniu serca towarzyszy zbawienny ból i
smutek, który Ojcowie Kościoła nazywali smutkiem duszy i
skruchą serca” (KKK 1431).
Pokuta, która obejmuje myśli i serce człowieka, powinna
następnie przejawiać się na zewnątrz w sposób właściwy do
warunków danego czasu. Papież Paweł VI wskazał na
konieczność „cielesnego umartwienia”,
które nie oznacza potępienia i pogardy ciała, ponieważ
kiedyś przyjął je nawet Syn Boży. Oznacza ono wyzwolenie człowieka z
kajdan nieuporządkowanej pożądliwości (por. Rz 7,23), aby przez post
ciała otrzymał on duchową moc, o której mówi
prefacja: „przez post ciała uśmierzasz wady, podnosisz ducha,
udzielasz cnoty i nagrody”. Dlatego Kościół
zachęca wszystkich wiernych, aby oprócz niewygód
i nieszczęść, jakie przynosi życie codzienne, odpowiedzieli
również na Boże przykazanie pokuty przez określone czyny
cielesnego umartwienia. Katechizm Kościoła Katolickiego, odwołując się
do Pisma świętego i nauczania Ojców Kościoła, także dużą
wagę przywiązuje do tych trzech tradycyjnych form pokuty, jakimi są
post, modlitwa i jałmużna. Praktyki te powinny towarzyszyć wiernym
przez cały rok, ale mają specjalne znaczenie w piątki całego roku i w
okresie Wielkiego Postu. Wielki Post jest bowiem czasem
szczególnie odpowiednim dla „ćwiczeń duchowych,
liturgii pokutnej, pielgrzymek o charakterze pokutnym, dobrowolnych
wyrzeczeń, jak post i jałmużna, braterskiego dzielenia się z
innymi” (KKK 1438). Podejmowanie
codziennych praktyk pokutnych jest zwyczajną formą zadośćuczynienia za
grzechy. Natomiast post wyraża nawrócenie do siebie samego,
modlitwa --- nawrócenie do Boga, a jałmużna --- otwarcie się
i zwrócenie do innych ludzi
(por. KKK 1434; 1969).
Modlitwa zawsze jest
znakiem wiary i miłości do Boga Stwórcy i Zbawiciela.
Wyrażać się może w niej Jego uwielbienie, dziękczynienie za otrzymane
dobrodziejstwa, prośba o Jego błogosławieństwo i przebłaganie za
popełnione grzechy. Ta ostatnia forma modlitwy ma ścisły związek z
poznaniem Bożego miłosierdzia i poczuciem winy za popełnione grzechy.
Wtedy rodzi się w sercu grzesznika pragnienie i potrzeba pojednania z
Bogiem. Modlitwa prośby grzesznika jest już powrotem do Boga, gdyż
uznaje on, że Bóg jest jego Stwórcą i Panem (por.
KKK 2629). Z kolei prośba o przebaczenie jest pierwszym dążeniem
modlitwy błagalnej (por. KKK 2631). Poznając z Pisma świętego ogrom
Bożego miłosierdzia i doświadczając go we własnym życiu, człowiek
wierzący kieruje z kolei do Boga modlitwę dziękczynienia za otrzymany
dar łaski i uwielbia Go za okazane mu przebaczenie grzechów.
Modlitwa o odpuszczenie
grzechów winna być złączona z postem i jałmużną.
Kościół był i jest przeciw jedynie zewnętrznemu stosowaniu
postu jako pokuty na wzór postępowania faryzejskiego. Już
św. Augustyn ostrzegał swych wiernych przed tego rodzaju postami,
nauczając, że posty chrześcijańskie należy więcej odnieść do sfery
duchowej, niż cielesnej. Przede wszystkim więc należy powstrzymywać się
od grzechów, aby nasze posty nie zostały potępione przez
Chrystusa, jak to się stało z postami żydowskimi. „Posty
żydowskie” stały się synonimem postów cielesnych,
obejmujących tylko sferę somatyczną człowieka. Św. Augustyn określił
jako „nieużyteczny i próżny” ten post,
który skłania nas tylko do odmówienia pożywienia
brzuchowi, nie uwzględnia zaś potrzeby „usunięcia zła i
nieprawości z naszego i serca, i umysłu”. Podobnie według św.
Jana Chryzostoma zawężenie postu wyłącznie do sfery fizycznej jest jego
największą dewaluacją, gdyż „istotna wartość postu nie
zasadza się na abstynencji od pokarmów, lecz na odstąpieniu
od grzechów. Kto by zatem zawężał posty do samej tylko
wstrzemięźliwości od pokarmów, ten zarazem najbardziej by je
deformował”. Nie
należy więc skupiać całej uwagi na formie zewnętrznej
postów, lecz na ich wartości wewnętrznej.
„Z dobrymi zaś i świętymi postami nic tak zbawiennie nie
idzie w parze jak uczynki miłosierdzia [...] Kto współczuje
z serca jakiejkolwiek nędzy, cnotą życzliwości i dobrem pokoju
uszczęśliwi siebie [...] Szeroki jest zakres uczynków
miłosiernych”. Św. Leon Wielki pisze również, że
„nie na samym ograniczeniu pokarmów polega istota
naszych postów. Na nic się zda głodzenie ciała, jeżeli duch
nie wyrzeknie się wszelkiej nieprawości i niepohamowany język nie
zaprzestanie oszczerstw”. Według niego sam post bez jałmużny
wprawdzie „karci ciało, lecz nie oczyszcza duszy”.
Podobnie pisze św. Augustyn: „post bez miłosierdzia nic nie
znaczy”. Według św. Cezarego z Arles „post bez
jałmużny, to tyle co lampa bez oliwy”.
Ojcowie Kościoła mówią o poście „miłym i
doskonałym w oczach Bożych”, który obejmuje trzy
elementy:
Św. Jan Chryzostom pisze: „Pościsz? Udowodnij to
czynami.
Zapytasz jakimi? Gdy ujrzysz biednego --- ulituj się nad nim;
spotkasz nieprzyjaciela --- pojednaj się z nim; zobaczysz
przyjaciela, który coś dobrego czyni --- nie
zazdrość mu; spotkasz piękną niewiastę --- nie zatrzymuj się.
Niech nie pości tylko podniebienie, lecz także oko, ucho, nogi, ręce i
wszystkie członki naszego ciała”. Chrześcijański
post jest zatem
postawą wstrzemięźliwości całego człowieka, obejmuje jego sferę
fizyczną i duchową. Nie można, jak to czyni się obecnie,
sprowadzać postu jedynie do kategorii fizycznych i traktować jako
powstrzymanie się od pokarmów mięsnych lub ograniczenie ich
przyjmowania. Ma on objąć całego człowieka i dotyczyć jego życia we
wszystkich wymiarach: indywidualnym, rodzinnym i społecznym. Według
papieża Jana Pawła II post może być praktykowany „w
sposób dawny i nowy, jako znak nawrócenia,
skruchy i osobistego umartwienia, jednocześnie w łączności z Chrystusem
Ukrzyżowanym i w solidarności z głodującymi i cierpiącymi”.
Współczesną formą postu mogą być przykładowo: ograniczenie
oglądania telewizji (post dla oczu), słuchania radia czy muzyki,
zwłaszcza typowo rozrywkowej (post dla uszu), rezygnacja lub
ograniczenie korzystania z używek --- kawa, alkohol, słodycze
itp.
W refleksji nad teologicznym znaczeniem celebracji pokutnych zwykle
stawia się trzy pytania:
Podkreśla się również społeczny wymiar pokuty
chrześcijańskiej z zaznaczeniem, że nie jest to alternatywna i/lub
zastępcza forma spowiedzi indywidualnej. Duże znaczenie przypisuje się
bowiem psychologicznemu aspektowi tej formy celebracji pokuty, uznając
tym samym doniosłość jej roli w kształtowaniu ducha pokuty, tak
poszczególnych wiernych jak i konkretnej
wspólnoty. Poza tym celebracje pokutne wyraźnie
różnią się od sakramentu pokuty. W nich przed Bogiem staje
nie pojedynczy grzesznik, lecz wspólnota, która
publicznie uznaje swoje grzechy i we wspólnej modlitwie
zanosi do Boga prośby o ich przebaczenie. Jest to zatem odmienna forma
pokuty chrześcijańskiej, lecz o ustalonej strukturze, która
bazuje na schemacie celebracji słowa Bożego połączonej z rachunkiem
sumienia, wspólną modlitwą i podejmowaniem zobowiązań
czynów pokutnych (np. postu rozumianego j.w.). Warto więc
uświadomić sobie, że podczas celebracji pokutnych nie może być mowy o
sakramentalnym rozgrzeszeniu, ponieważ ich celem jest jedynie pomoc w
obudzeniu doskonałego żalu za grzechy płynącego z miłości. To właśnie
dzięki owemu żalowi wierni w połączeniu z pragnieniem sakramentalnej
pokuty mogą odzyskać łaskę Bożą. Kościół
naucza bowiem, że żal doskonały odpuszcza grzechy. Może
się to dokonać także podczas celebracji pokutnych, lecz potem grzechy
(zwłaszcza ciężkie) powinny być wyznane w spowiedzi indywidualnej.
Spowiedź indywidualna gwarantuje odpuszczenie grzechów,
nawet wtedy, gdy żal za grzechy nie jest doskonały. Wówczas
sakrament niejako uzupełnia deficyt osobistej skruchy. Celebracje
pokutne należy zatem traktować jako te, które nie zastępują
sakramentu pokuty, lecz go poprzedzają i intensyfikują, pozostając
pozasakramentalną formą pokuty. Ponadto pełnią one ważną rolę
wychowawczą ukazując prawdę o grzechu człowieka, nieskończonym
miłosierdziu Boga i odkupieniu dokonanym przez misterium paschalne
Chrystusa. Dlatego Chrześcijanie nie powinni unikać pozasakramentalnych
form pokuty, które zawsze jednak powinny prowadzić do
sakramentu pokuty i pojednania.
Snując refleksję o pokucie chrześcijańskiej nie sposób nie
wspomnieć o obawach towarzyszących nam przed spowiedzią indywidualną.
Jeżeli przez długi czas, bez względu na przyczyny, nie przystępowaliśmy
do tego sakramentu, to sama myśl o podejściu do konfesjonału rodzi lęk.
Dlatego warto z owym problemem zmierzyć się racjonalnie, analizując
najpierw to, czego tak naprawdę się boimy. Trzeba odróżnić
lęk przed księdzem od lęku i upokorzenia, który wywołuje
własny grzech. Najczęściej nie boimy się spowiednika, ale obawiamy się
raczej dotykać swoich ran i grzechów w jego obecności. Boimy
się też upokorzenia. Kiedy żyjemy w takiej lękowej sytuacji wobec
spowiedzi, wówczas nie warto rozwiązywać problemu
„siłowo”. Byłoby wtedy dobrze znaleźć spowiednika,
o którym wiemy, że okaże się człowiekiem delikatnym,
roztropnym i będzie miał dla nas czas. Jest bardzo dużo księży,
którzy są wytrawnymi spowiednikami gotowymi poświęcić nam
tyle czasu, ile potrzebujemy. Jan Paweł II wielokrotnie przypominał, iż
każdy ma prawo spowiadać się także poza konfesjonałem. Jest on
proponowany przez Kościół jako tradycyjne miejsce spowiedzi.
Ale w sytuacjach nadzwyczajnych możemy prosić o spowiedź w innym
miejscu, w którym łatwiej nam będzie przedstawić
spowiednikowi sytuację swojej duszy. Sakrament pojednania ma służyć
temu, abyśmy nie bali się Boga. Zauważmy, jak często Pan
Jezus mówi: „Nie lękajcie się”. Bóg
stał się
człowiekiem, aby człowiek przestał się Go bać. Bliskość
Boga w Jezusie Chrystusie jest zaproszeniem do wyzbywania się
wszystkich lęków, także wobec spowiedników. Ostatecznie nie idziemy do
spowiedzi dla księdza, ale ze względu na Boga. Wypowiadamy
grzechy przed kapłanem, ale spowiadamy się przecież Bogu. Ksiądz w
konfesjonale (lub poza nim) jest tylko marnym, „nieużytecznym
sługą”, który ma ukazywać niezgłębione
miłosierdzie Boże. Kapłan zawsze powinien być przejrzystym świadkiem
dobroci, cierpliwości i hojności Boga. Powinien być miłosierny i
wskazywać na nieskończone miłosierdzie Boże. Spowiedź jest dobra i
ważna także wtedy, kiedy odchodzimy od konfesjonału z brakiem ludzkiej
satysfakcji, ponieważ ksiądz okazał się człowiekiem mało wyrozumiałym i
niezbyt serdecznym. Potrzebne jest tu wzajemne miłosierdzie i
zrozumienie z obu stron.
Odmiennym, bo wymykającym się racjonalnej analizie, problemem jest
kwestia skruchy lub, jak kto woli, żalu za grzechy. Żal za grzechy jest
bowiem doświadczeniem złożonym, dynamicznym. Mówiąc:
„Nie czuję żalu”, opisujemy własne emocje. Żal za grzechy jednak jest przede
wszystkim aktem wiary, a nie doświadczeniem uczuciowym.
Dlatego możemy wzbudzić w sobie żal także wtedy, gdy nasza sfera
uczuciowa ma upodobanie w grzechu i gdy tkwimy w rodzącej grzechy
namiętności. To wiara mówi nam, że Bogu nie podoba się to, w
czym ma jeszcze upodobanie nasza grzeszna natura. Człowiek przywiązany
do grzechu nie odczuwa emocjonalnego żalu. Ale i w tej sytuacji dzięki
rozumowi oświeconemu wiarą możemy stwierdzić, że każdy grzech jest
złem. Tak mówią nam Boże przykazania, Ewangelia,
Kościół. Człowiek może uznać i wyznać zło grzechu, ponieważ
ufa Bogu i Kościołowi. Dobrze
jest w sakramencie pojednania wyznać przywiązanie do namiętności
rodzącej fakty grzechu i zadeklarować pragnienie wyzwolenia się spod
jej destrukcyjnego wpływu. Takie wyznanie pogłębia nasz
żal. Jednak ani żalu,
ani też samego grzechu nie jesteśmy w stanie pojąć rozumem, jeżeli nie
zostanie on oświecony łaską. Zrozumienie prawd wiary jest ważne,
przychodzi ono jednak jako owoc zaufania Bogu i Jego miłosierdziu.
Bóg daje nam przykazania, ponieważ nas kocha.
Mówi nam: „To jest dobre, a to jest
złe”, bo tylko On wie, co jest dla nas pożyteczne, a co
szkodliwe.
Żal za grzechy zawiera dwa ważne elementy. Po pierwsze, jest uznaniem
zła i zniszczenia, które sprawia ono w nas samych, w
bliźnich, a nawet --- choć w innym znaczeniu --- w
Bogu. Po drugie, jest powierzeniem odkrytego i wyznanego zła
miłosierdziu Boga. Żal
jest doświadczeniem dynamicznym, bo wiąże się z przejściem skruszonego
grzesznika z nizin grzechu do wyżyn miłosierdzia Bożego. Ważne jest,
aby wzbudzając żal za grzechy nie koncentrować się wyłącznie na samym
grzechu, ale widząc go i uznając jego zło, oderwać się od niego, by
dostrzec miłosiernego Ojca, który przytula do swego Serca
syna marnotrawnego. Psalmista mówi:
„Głębia przyzywa głębię hukiem Twych
potoków” (Ps 42,8). Głębia grzechu
(mówimy przecież o tajemnicy ludzkiej nieprawości) ma
przywołać głębię dobroci i miłosierdzia Bożego. Dlatego też,
przygotowując się do sakramentu pojednania, mamy nie tylko liczyć swoje
grzechy, ale także dostrzegać dobroć Boga i Jego łaskę.
I tu wkraczamy w problematykę rachunku sumienia, który
powinien być dobrym przygotowaniem do Spowiedzi św. Pytanie:
„jak należy dokonać rachunku sumienia?” --- nie
jest
ani retoryczne, ani banalne. Dlatego w mojej refleksji o pokucie
chrześcijańskiej nie powinno zabraknąć tego ważnego wątka.
Możemy posłużyć się rachunkiem sumienia z naszej książeczki do
nabożeństwa. Ważne jednak, aby była to książeczka dostosowana do wieku
i sytuacji egzystencjalnej, w jakiej się znajdujemy. Książeczka od
pierwszej Komunii świętej niech zostanie pomocą dla dzieci. Rachunek sumienia winien rosnąć
razem z Chrześcijaninem. Trzeba w nim odwoływać się także
do własnej intuicji moralnej i duchowej, czyli do własnego sumienia:
„Co wyrzuca mi moje sumienie? W czym ono mnie upomina? W
jakich sytuacjach byłem nieuczciwy?”. Często bowiem zdarzają
się nam grzechy, które trudno jest ująć w jakieś określone
przykazania i które nie są zapisane w książeczkach. Grzech i zło są zawsze tam, gdzie
dochodzi do wykorzystania bliźniego, nadużycia jego dobroci,
manipulacji jego wolnością.
Powierzchowność naszych rachunków sumienia wynika nieraz z
tego, że robimy je pospiesznie. Rachunek sumienia domaga się czasu.
Podobnie jak sama miłość, tak rozliczanie się z własnym sumieniem,
będące wyrazem miłości do Boga, do bliźniego i do siebie samego, wymaga
czasu. Jeżeli zamierzamy iść do spowiedzi, byłoby dobrze, abyśmy jeden
lub nawet dwa dni wcześniej modlili się rano i wieczorem w tej
intencji, prosząc Boga o światło dla poznania grzechu oraz odkrycia
głębi miłosierdzia Bożego. Grzech
nie zawsze daje się łatwo rozpoznać. On jakby ukrywa się w
nas i dlatego do dobrego rachunku sumienia potrzebne jest nam światło
łaski. Św. Ignacy Loyola zachęca, aby modlić się „o łaskę
poznania grzechów”. Jeżeli
człowiek ma małą wiarę, to
zwykle sądzi, iż ma także małe grzechy. Jeżeli nie ma wiary, nie czuje
się grzesznikiem. Ci, którzy nie liczą się z
Bogiem, będą pytać, dlaczego określone czyny i postawy są grzechem,
choć ludzie powszechnie je aprobują. To nie my ustalamy, co jest dobre,
a co złe. Jeżeli nie widzimy naszych grzechów, nie musimy
zbytnio się tym trapić. Powinniśmy raczej modlić o większą wiarę. Wraz
z nią odkryjemy zło i brzydotę własnego grzechu. Największymi grzesznikami zawsze
bywali wielcy święci. Wielka świętość, wielka miłość do
Boga i ludzi sprawia, że człowiek postrzega każdy grzech, także ten
najmniejszy, jako wielkie zło. Nie
ma grzechów banalnych. Są tylko grzechy banalnie przeżywane.
Do banalnych na pewno nie należy problem odczuwania upokorzenia
rozpatrywanego w kontekście rachunku sumienia i wyznania
grzechów przed spowiednikiem. Jeżeli wielu ludzi odkłada
spowiedź na czas nieokreślony, to właśnie dlatego, iż boi się
upokorzenia. W spowiedzi należy odróżnić ukorzenie się przed
Bogiem od poniżania się przed człowiekiem. Nie jest dobrze, kiedy,
wyznając swoje grzechy, czujemy się upokorzeni lub poniżeni przed
księdzem. Stawiamy sobie wówczas pytania: „Co
ksiądz sobie pomyśli? Co mi powie? Jak mnie potraktuje?”.
Jeżeli rodzą się w nas takie wątpliwości, możemy powiedzieć sobie w
duchu: „Jeżeli ksiądz sobie źle pomyśli o mnie, to jest jego
problem, a nie mój. Powinien dobrze o mnie myśleć, ponieważ
chcę się szczerze wyspowiadać”. Idziemy
do spowiedzi nie po to,
żeby się upokarzać, ale by odzyskać poczucie wartości i godności.
Ukorzenie się przed Bogiem nigdy nie jest poniżaniem siebie. Kiedy
wyznajemy grzechy przed Ojcem, stajemy w duchu prawdy. Prawda nas
wyzwala, ale prawda pełna: nie tylko ta o naszej kruchości moralnej,
ale także ta o nieskończonej dobroci Boga, którą wyrażają
słowa: „Pan odpuszcza ci twój grzech,
nie umrzesz”. Tu mamy coś bardzo dobrego
i ważnego. Gdy Pan światłem swego słowa odsłoni ci twoje wnętrze,
zobaczysz, jak głęboko w twoim sercu gnieździ się grzech; jak jest on
przykryty pobożnością i pozorami, a może cię popchnąć do rzeczy, o
których nawet nie myślisz, że możesz być zdolny. Gdy
człowiek jest
ślepy i tego nie widzi, wpada czasem w bardzo gruboskórny
grzech, aby
przejrzał. Gdy Bóg da ci to poznać swoim słowem i w twoim
sercu zrodzi
się aż wstręt do siebie samego, wówczas Pan swoim Duchem
Świętym
zaświadczy ci w twym sercu: tam,
gdzie ty siebie nienawidzisz, On --- Bóg
kocha ciebie, podnosi, nie odpowiada na twoje zło jak
człowiek
odpowiada na zło drugiego, odwróceniem się, odrazą,
sądzeniem. Nie! Bóg
odpowiada miłością, a tego trzeba doświadczyć na sobie. Twoja historia
pójdzie dalej. Nie umrzesz, bądź pewny. A skutki twego
grzechu Bóg
obróci w dobro. Gdy tego doświadczysz, wiedz, że
Bóg zaczyna w tobie
proces ku czemuś bardzo wielkiemu, autentycznemu, co zaprowadzi do
wyleczenia cię z grzechu, do osiągnięcia prawdziwej świętości.
Przypomnijmy sobie piękny fragment Starego Testamentu, w
którym Bóg ustami proroka Izajasza zwraca się do
Izraela: „Nie bój się, robaczku Jakubie, nieboraku
Izraelu! Ja cię wspomagam --- wyrocznia Pana ---
odkupicielem twoim --- Święty Izraela. Oto Ja przemieniam cię w
młockarskie sanie, nowe, o podwójnym rzędzie
zębów: ty zmłócisz i wykruszysz góry,
zmienisz pagórki w drobną sieczkę; ty je przewiejesz, a
wicher je porwie i trąba powietrzna rozmiecie. Ty natomiast rozradujesz
się w Panu, chlubić się będziesz w Świętym Izraela” (Iz
41,14–16). Prorok mówi, że Izrael jest tylko małym
robaczkiem. Kiedy jednak ten nieborak przyjmie moc Boga, jego działanie
stanie się podobne do potężnych maszyn, które kruszą
góry. Poczucie
własnej niemocy przed Bogiem i wyznanie przed Nim grzechów
sprawia, iż stajemy się mocni i możemy zwyciężać nasze słabości, znosić
różnorakie trudności życiowe, dźwigać krzyże,
które spotykamy na drodze życia.
Problemem często bywa także samo wyznanie grzechów. Wielu
ludzi czuje związany z tym niepokój. Pytają siebie z niemałą
obawą: „Czy aby wszystko powiedziałem, czy dobrze nazwałem
grzech, czy nie wprowadziłem księdza w błąd?”
Pan Bóg nie jest liczykrupą. Ważne, aby spowiadać się
szczerze, bez zamiaru ukrywania czegokolwiek. Wyznając grzechy, i tak
dotykamy jedynie czubka góry lodowej. Ten sam grzech
moglibyśmy opisywać nieraz bardzo długo. Rodzi się jednak pytanie, po
co to robić. Trzeba wyznawać grzech prosto, szczerze, bezpośrednio, bez
owijania w bawełnę. Nieraz należy też podać istotne okoliczności
grzechu. Niekiedy dobrze jest też odsłonić grzeszne motywy ważniejszych
czynów. Ale nie są bynajmniej konieczne szczegóły
opowiadające o popełnionym grzechu. Jeżeli wyznajemy wszystkie grzechy
szczerze i prosto, a mimo to nie znajdujemy pokoju serca, to rodzi się
pytanie o przyczynę tego stanu. Przyczyn może być wiele, m.in.:
Jeżeli wyznajemy grzechy tak, jak umiemy, szczerze, otwarcie i
z
zaufaniem, Pan Bóg odpuszcza nam je wszystkie,
również te, których nie jesteśmy do końca
świadomi. Otrzymując rozgrzeszenie po wyznaniu wszystkich
grzechów ciężkich, co do rodzaju i liczby, otrzymujemy
uwolnienie także od tych grzechów, które po
prostu zapomnieliśmy. Łaska
poznania grzechu wzrasta w nas wraz ze wzrostem zaufania w miłosierdzie
Boga. Jeżeli będziemy bardziej wrażliwi na Boga, to zrodzi
się w nas także większa wrażliwość na grzechy, również
lekkie.
Zdarza się nieraz, że grzech ciężki, który spowodował wielką
ranę, choć został wyznany na spowiedzi, wraca jednak przy kolejnym
przygotowaniu do sakramentu pojednania. Aby uniknąć wielokrotnego
powtarzania na spowiedzi jednego (wciąż niepokojącego nas) grzechu,
powinniśmy uczyć się rozeznawania naszej skruchy i
odróżniania prawdziwego, szczerego żalu od chorego poczucia
winy. Zauważmy, że Judasz wyznał grzech. Powiedział:
„Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną” (Mt 27,4).
Ale w wyznaniu grzechu i żalu Judasza nie było Boga, nie było odwołania
się do Jezusa. Judasz zatrzymał się na swojej nieprawości. Żal za grzechy, w
którym brakuje odwołania się do miłosierdzia Bożego, jest
zawsze destrukcyjny. Właśnie dlatego Judasz się powiesił.
Prawdziwe wyznanie grzechów łączy świadomość grzechu z
zaufaniem miłosierdziu Boga. Dawid mówi:
„Zgrzeszyłem wobec Pana” (2 Sm 12,13).
Król nie opisuje swojego grzechu. Właśnie owo
„wobec Pana” jest integralną częścią prawdziwego
żalu. Jeżeli czujemy się zaniepokojeni, rozdzierani grzechami już
wyznanymi, powinniśmy wówczas dłużej, gorliwiej i hojniej
kontemplować miłosierdzie, modlić się, by go w pełni doświadczyć. Chore poczucie winy bywa nieraz
wielką przeszkodą w rozwoju życia duchowego. Kiedy bowiem człowiek
zaczyna się modlić, wtedy przypominają mu się własne grzechy. One
wówczas stają się treścią modlitwy, podczas gdy winno nią
być przede wszystkim doświadczenie miłości do Boga i do człowieka.
Chore poczucie winy jest wówczas równoznaczne z
pokusą powracania do grzechów z przeszłości. Dzieje się tak
dlatego, ponieważ w jednym grzechu jesteśmy kuszeni zawsze dwa razy.
Najpierw --- do fascynacji namiętnością. Zły duch zdaje się nam
wówczas mówić: „Jeżeli nie zerwiesz
zakazanego owocu, będziesz wiecznie nieszczęśliwy”. Po
zerwaniu go zaś przychodzi rozczarowanie, a z nim druga pokusa,
znacznie gorsza od pierwszej: pokusa rozpaczy. Dlatego też Jan z
Karpatos, Ojciec Pustyni z VII wieku, mówił, że
„rozpacz jest czymś gorszym niż grzeszenie. Gdy bowiem Judasz
[...] popadł w rozpacz, wróg rzucił się na niego i założył
mu sznur na szyję. Gdy Piotr natomiast [...] doznał straszliwego upadku
[...], nie uległ ani nie poddał się rozpaczy”. Właśnie w momentach zniechęcenia
i rozpaczy zło ma większy wpływ na nas niż dobro. Często
człowiek w rozpaczy nie wie, co robi, a pokusa zdaje się
mówić: „Patrz, coś zrobił, musisz ginąć. Nie
jesteś już godny miłości. Musisz być odrzucony”. Człowiek
wówczas zaczyna się kryć przed Bogiem i ludźmi. Staje się
nieszczery, zamknięty w sobie. Odkładanie spowiedzi bywa uleganiem
pokusie zniechęcenia i rozpaczy. Człowiek ucieka wtedy od ludzkiej
życzliwości i miłosierdzia Bożego.
Jakość naszych spowiedzi
zależy od dobrze ukształtowanego sumienia. Zdarza się
jednak, że sumienie milczy wówczas, kiedy winno nas
upomnieć. Żyjemy bowiem w cywilizacji, która skutecznie
rozmywa wszelkie granice moralne, sugerując nam niemoralne rozwiązania
różnych ludzkich problemów. Kiedy, zwłaszcza
młody, człowiek naczyta się, nasłucha i naogląda takich propozycji,
wówczas jego sumienie może zostać stępione, rozregulowane.
Dzisiaj wielu, zwłaszcza młodych Chrześcijan, ze zdziwieniem pyta:
„Dlaczego »to« jest grzechem? Dlaczego mi
»tego« nie wolno?”. Są to symptomy nie do
końca dobrego ukształtowania sumienia, któremu brakuje
wyczucia i rozeznania moralnego.
Bezcennym dla nas
Chrześcijan jest to, gdy świadomie, z wewnętrznego wyboru, deklarujemy
przed Bogiem pragnienie życia w prawdzie, w wewnętrznej przejrzystości,
uczciwości moralnej. Spowiedź św. jest wspaniałą okazją do
złożenia takiej deklaracji, wypowiedzenia takiego pragnienia przed
Bogiem, ponieważ --- jak mówi Jezus ---
„Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać
będą” (Mt 5,8).
Niezależnie od tego, co proponuje nam dziś środowisko, w
którym żyjemy, winniśmy wzbudzać w sobie pragnienie życia
według Bożego słowa, według Bożych przykazań. Taka deklaracja złożona
Bogu jest szalenie ważna dla formacji naszego sumienia. To nie tylko my własnymi
zabiegami kształtujemy sumienie. Kształtuje je również łaska
Boża. Mówimy przecież, że sumienie jest
„głosem Boga”. On pracuje w nas, On
również w/do nas przemawia.
Innym ważnym elementem kształtowania sumienia jest regularna spowiedź i
kierownictwo duchowe. Kiedy coś niepokoi nasze sumienie,
wówczas powinniśmy porozmawiać z jakimś roztropnym kapłanem.
Trzeba bowiem szanować te
niepokoje. Czasem jednak zdarza się, iż
niektórzy ludzie przychodzą na rozmowę z kierownikiem
duchowym tylko po to, aby uspokoić nieczyste sumienie. Niestety
człowiek może je zagłuszać, a przecież nie wolno nam żyć wbrew swojemu
sumieniu, czy --- nie daj Boże --- go łamać. Jeżeli
popełnimy grzech, trudno. Nie musimy rozdzierać szat i popadać w
rozpacz. Trzeba jednak uznać go oraz wyznać przed Bogiem i Kościołem. Zepsucie moralne przychodzi
wtedy, kiedy człowiek bywa dumny z własnego grzechu (por.
Flp 3,18–19).
Jezus wyrzucał apostołom brak wiary. My też nie zawsze korzystamy z
Jego
obecności pośród nas. Nieraz traktujemy Go jak kogoś
stojącego na uboczu, bezczynnie, jak Zbawiciela nie mogącego nas
zbawić. Na pierwszy plan nie wychodzi On, lecz nasze możliwości, nasz
wysiłek, jakby wszystko od nas zależało. I wtedy statek naszego życia
tonie. Jezus mówi do nas: „Ja istnieję. Ja jestem.
Choroba, na którą chorujesz --- grzech,
który masz w sobie jest czymś poważniejszym niż myślisz. Tu
nie wystarczy twoja dobra wola. Ona jedynie zakrywa grzech, stwarza
pozory ładu, lecz głęboko uleczyć nie potrafi. Zrobić to mogę tylko Ja,
Jezus. Po to istnieję w Kościele, w Eucharystii, zapraszam do
spowiedzi, abyś na sobie doświadczył Mojej mocy, która cię
głęboko w twych korzeniach uleczy”. „Miejcie
odwagę: Jam zwyciężył świat.” (J 16,33b).
Każdy Chrześcijanin wie, że grzesząc, obraża Boga, zrywa z Nim więź i
obciąża swoje sumienie. Jednak w spowiedzi konieczna jest świadomość,
że ani my sami, ani nasz bliźni --- także spowiednik --- nie może
uwolnić nas od grzechów. Może je wziąć
na siebie tylko Jezus. To jest najpiękniejsza tajemnica sakramentu
pojednania. I rzeczywiście Jezus z miłości do nas bierze na siebie
nasze grzechy. „On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany
za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach
jest nasze zdrowie” (Iz 53,5). Nasze zdrowie duchowe i
moralne, a wraz z nim także zdrowie emocjonalne, jest w doświadczeniu
miłości Boga, która objawiła się w Jezusie Ukrzyżowanym. Nie do przecenienia jest zatem
to, aby spowiedź wiązać nie tylko z przyjmowaniem miłości Boga, ale
także z okazywaniem Mu naszej. Prawdziwe przebaczenie jest miejscem
wzajemnego obdarowywania się miłością. Bóg
przychodzi jako pierwszy ofiarując nam miłość. Liczy jednak, że
odpowiemy miłością na Jego miłość. Przebaczywszy Piotrowi jego grzech,
Jezus pyta, prosząc o jego miłość: „Szymonie, synu Jana, czy
miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?” (J 21,15). Człowiek,
który doświadczył przebaczającej miłości, jest zaproszony,
aby odwzajemniał miłość Boga i dzielił się nią z innymi. Dlatego też
przebaczenie bliźnim zawsze będzie bardzo ważnym znakiem autentyczności
korzystania z sakramentu pokuty. Przygotowując się do spowiedzi,
przyglądajmy się nie tylko naszym uczuciom związanym ze spowiedzią i
żalem za grzechy, ale także naszym relacjom z bliźnimi. One powiedzą
nam więcej o naszym korzystaniu z sakramentu pojednania i o przeżywaniu
pokuty chrześcijańskiej.
![]() |
O powołaniu do bezgrzeszności | ![]() |
|
Dzieci moje, piszę wam to dlatego, żebyście nie
grzeszyli. Jeśliby nawet ktoś zgrzeszył, mamy Rzecznika wobec Ojca -
Jezusa Chrystusa sprawiedliwego. |
![]() |
|
"Wydaje się nam niekiedy, że grzech to tylko obraza Pana
Boga. Tymczasem jest to tylko jeden aspekt grzechu. Drugi - to
zranienie samego siebie. Grzechy nawet po spowiedzi pozostawiają w nas
pewien ślad; coś się w nas odkłada, pozostaje duchowy paraliż,
który polega na tym, że nie jesteśmy w stanie wykonać ruchu
ku dobru". |
![]() |
Wydaje się, że dzisiaj zapomnieliśmy o powołaniu do
bezgrzeszności, pojętej jako życie bez grzechu zrywającego naszą więź z
Chrystusem. W tym sensie bezgrzeszność nie oznacza jakiejś
wyimaginowanej doskonałości moralnej, ale trwanie --- pomimo własnej
słabości --- w łasce, dzięki której jesteśmy przybranymi
synami Boga Ojca. Pierwsi chrześcijanie traktowali to powołanie do
życia w Bogu bardzo poważnie. Stąd znajdujemy w Nowym Testamencie tak
mocne wypowiedzi jak ta z Listu do Hebrajczyków:
„Niemożliwe jest bowiem tych --- którzy raz
zostali oświeceni, a nawet zakosztowali daru niebieskiego i stali się
uczestnikami Ducha Świętego [...], a jednak odpadli --- odnowić ku
nawróceniu” (6,6). Tekstu tego nie należy
oczywiście interpretować jako wskazania niemożliwości odpuszczenia
grzechów, ale jako podkreślenie krańcowych konsekwencji
grzechu, a szczególnie odejścia od wiary. Zauważmy jednak,
iż w tej perspektywie sakramentalna pokuta i pojednanie nie są jakąś
prostą procedurą, która w stosunkowo bezbolesny
sposób pozwala zaradzić grzechowi w myśl zasady: »Zgrzeszyłeś? Co za
problem?! Wyspowiadasz się i po krzyku«.
Czy zatem nosimy w sobie wiarę w moc Boga, który chce i może
zachować człowieka w stanie nazywanym łaską uświęcającą? Czy nie jest
tak, że zamiast ulegać Bożemu działaniu w nas i świadczyć o Jego
skuteczności, wyznajemy --- w gruncie rzeczy zdroworozsądkową ---
teorię o nieusuwalnej nędzy człowieka, który im częściej
biegnie do kratek konfesjonału tym lepiej? Tymczasem Dobra Nowina nie
polega na wezwaniu: »Idź
i wróć jak najszybciej, aby znowu wyznać grzechy!«,
ale na słowie-obietnicy: »Idź
i nie grzesz więcej!« Przy czym nie chodzi tu o
zachętę do nadzwyczajnego wysiłku, ale o wskazanie na moc płynącą z
wiary: Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, to nic nie
będzie dla was niemożliwe (por. Mt 17,20). Wezwanie do bezgrzeszności
nie jest więc jakimś nadludzkim moralizmem, ale obietnicą, że
Bóg może nas ustrzec od grzechu. Bez wiary w tę obietnicę
nie miałyby sensu słowa wypowiadane w każdej Mszy świętej:
„Wspomóż nas w swoim miłosierdziu, abyśmy
zawsze wolni od grzechu
i bezpieczni od wszelkiego zamętu, pełni nadziei oczekiwali przyjścia
naszego Zbawiciela”.
Czy współcześni chrześcijanie rozumieją i wcielają w życie
Chrystusowe: »Idź
i nie grzesz więcej!«? A może raczej zdają się
myśleć: »Nigdy
od grzechu wolny nie będę, a zatem powinienem spowiadać
się jak najczęściej!« Sobór
Laterański IV (1215 r.)
wprowadził obowiązek dorocznej spowiedzi. Sobór Trydencki
potwierdził tę praktykę. Trzeba jednak zauważyć, że istnieje tu pewna
rozbieżność wypowiedzi. Otóż Lateran IV postanowił, że
„wszyscy wierni obojga płci, doszedłszy do używania rozumu,
powinni osobiście przynajmniej raz w roku wiernie wyznać wszystkie swoje grzechy
własnemu kapłanowi”. Trydent stwierdza jednak, iż Jezus
Chrystus „pozostawił po sobie zastępców
kapłanów [...] jako zwierzchników i
sędziów, którym mają być przedstawione wszystkie grzechy ciężkie
[...]. Powszednie zaś grzechy, które nas nie pozbawiają
łaski Bożej i w której częściej upadamy, można przemilczeć
bez winy i odpokutować innymi środkami”. Wyniki dyskusji
dotyczącej powyższej rozbieżności J. Delumeau streszcza następująco:
„nakaz dorocznej spowiedzi odnosi się w ścisłym sensie
jedynie do grzechów śmiertelnych, ale tak czy owak lepiej
stanąć przed księdzem przynajmniej raz w roku, z obawy przed wywołaniem
skandalu i żeby oświadczyć, iż nie mamy na sumieniu żadnego grzechu
śmiertelnego”.
W obowiązującym Kodeksie Prawa Kanonicznego czytamy natomiast:
„Każdy wierny, po osiągnięciu wieku rozeznania, obowiązany
jest przynajmniej raz w roku wyznać wiernie wszystkie swoje grzechy
ciężkie” (kan. 989). Sformułowanie to przytacza najnowszy
Katechizm Kościoła Katolickiego (nr 1457). Wynika z tego, że obowiązek
spowiedzi w sensie ścisłym dotyczy grzechów ciężkich. Czy
można więc wyobrazić sobie dobrego chrześcijanina, który
przez lata nie przystępuje do sakramentu pokuty?
Dotykając tych kwestii powinniśmy unikać mieszania problemu
„grzeszności” i/lub
„bezgrzeszności” człowieka z tym, co moglibyśmy
nazwać jego rozwojem wewnętrznym. Inaczej bowiem Spowiedź świętą
traktują ludzie, którzy przechodzą od jednego grzechu
śmiertelnego do drugiego grzechu śmiertelnego, a inaczej ludzie,
którzy „usilnie postępują w oczyszczaniu się ze
swoich grzechów [...] i wznoszą się od dobrego do
lepszego”, chyba, że założymy, że ci już spowiedzi nie
potrzebują, bo nie grzeszą ciężko --- tylko czy mamy do tego prawo? W
tym miejscu należy postawić sobie fundamentalne dla niniejszych
rozważań pytanie: co to jest sakrament i czy jego potrzeba ustaje wraz
z wewnętrznym przeorientowaniem życia chrześcijanina?
Uwalniając nasze umysły od „scholastycznych”
wyobrażeń spróbujmy spojrzeć na problem powołania do
bezgrzeszności niejako „z lotu ptaka”, aby
móc w ten sposób ogarnąć całą jego bogatą
strukturę.
Sakrament, jest to znak
widzialny, który z ustanowienia Chrystusa Pana daje nam
łaskę Bożą. I to właśnie jest główną
„funkcją” sakramentu w ogólności: bycie
„nośnikiem” łaski Bożej.
Współczesnemu katolikowi, słyszącemu nawoływanie do jak
najczęstszej spowiedzi, trudno jest zapewne zrozumieć sens stosowanej w
Kościele pierwotnym jednorazowej pokuty publicznej, która w
dodatku rozumiana była jako coś, czego dojrzały chrześcijanin powinien
uniknąć. Ktoś mógłby zapytać: Czy chrześcijanie pierwszych
wieków byli aż tak naiwni, by wierzyć w możliwość życia bez
grzechu?
Powtórzmy więc raz
jeszcze: Wiara w
możliwość bycia wolnym od
grzechu nie opiera się na zaufaniu w moc człowieka, ale poznaniu
wielkości łaski, jaką Bóg pragnie obdarzyć człowieka.
Ponadto stan, który nazywamy bezgrzesznością, nie oznacza
wyidealizowanej doskonałości, gdzie nie ma miejsca na najmniejsze
słabości. Chodzi o wolność od grzechu pojmowanego w pełnym sensie tego
słowa. Tego rodzaju grzech, zwany grzechem ciężkim lub
śmiertelnym, niszczy wspólnotę człowieka z Bogiem. Polega on
na wolnej, egzystencjalnej i radykalnej decyzji przeciwstawienia się
woli Bożej; zakłada pełną i jasną wiedzę, wolność i ciężką materię. W
sensie ścisłym tylko ten, kto popełnił taki grzech, ma obowiązek
przystąpienia do sakramentu pojednania. Inne grzechy, które
nazywamy powszednimi, mogą zostać zgładzone poprzez osobistą modlitwę,
odmówienie aktu pokutnego, przyjęcie Komunii świętej itp. W
przypadku grzechów powszednich, które nie niszczą
więzi z Bogiem i ze wspólnotą Kościoła, trudno nawet
mówić o pojednaniu. Kto z kim miałby się bowiem jednać,
skoro jedność nie została zerwana? I jaki to wszystko ma związek ze
spowiedzią? Otóż taki, że jest ona przede
wszystkim sakramentem,
czyli środkiem do wzrostu łaski. Dlaczego więc pozbawiać
się go tylko z powodu braku grzechów ciężkich? Może warto
się spowiadać właśnie dla pomnożenia działającej w nas łaski Bożej?
Sakrament miłosierdzia jest bowiem najpewniejszym oparciem: tam goją
się wszelkie rany i wszelkie choroby znajdują lekarstwo. Ponieważ jest
on nie tylko sądem, w czasie którego zostają przebaczone
winy, lecz także lekarstwem dla duszy. Poza tym każda Spowiedź św.
zakłada postanowienie poprawy oraz pewne ukierunkowanie na przyszłość,
z racji czego jest łożyskiem kierownictwa duchowego. A Duch, to nie
logika (jeśli już, to bardzo odległa od jej ludzkiego stereotypu).
Zatem potrzeba ogromnej pokory i
wrażliwości, aby nie ulec diabelskiej pokusie uwikłania się w
szczegóły.
Nasuwają się jednak pytania: Jakie grzechy należy uważać za grzechy
ciężkie? Kiedy człowiek popełnia grzech ciężki? Katechizm Kościoła
Katolickiego mówi, m.in., że grzechem ciężkim, czyli
„śmiertelnym jest ten, który dotyczy materii
poważnej i który nadto został popełniony z pełną
świadomością i całkowitą zgodą” (nr 1857).
W innym miejscu czytamy: „Grzech śmiertelny wymaga pełnego
poznania i całkowitej zgody. Zakłada wiedzę o grzesznym charakterze
czynu, o jego sprzeczności z prawem Bożym. Zakłada także zgodę na tyle
dobrowolną, by stanowił on wybór osobisty. Niewiedza
zawiniona i zatwardziałość serca nie pomniejszają, lecz zwiększają
dobrowolny charakter grzechu” (KKK 1859). „Grzech
śmiertelny jest --- podobnie jak miłość --- radykalną możliwością
wolności ludzkiej. Pociąga on za sobą utratę miłości i pozbawienie
łaski uświęcającej, to znaczy stanu łaski” (KKK 1861).
Czy można więc wyobrazić sobie osobę, która nie dokonała
żadnego złego czynu dotyczącego tzw. materii ciężkiej, a pomimo to żyje
przez długie lata w stanie radykalnego zamknięcia się na nadzieję i
miłość, niszcząc w sobie w ten sposób działanie Bożej łaski?
I tu zaczynają się teoretyczne i praktyczne problemy. Dzisiaj jest
bowiem tak, iż niektórzy --- wskazując na psychologiczne i
socjologiczne uwarunkowania ludzkiego działania --- twierdzą, że bardzo
trudno jest popełnić grzech ciężki, inni natomiast, przeciwnie, skłonni
są go widzieć prawie wszędzie. Okazuje się, że odpowiedź na pytanie,
czy w danym przypadku mamy do czynienia z grzechem ciężkim, czy jedynie
powszednim, nie jest prosta. Trudność takiego rozróżnienia
skłania --- zdaniem K. Rahnera --- do tego, by zwracać się do Kościoła
o sakramentalne słowo przebaczenia, nawet jeśli ma się do wyznania
tylko grzechy lekkie. Nasuwa się jednak pytanie, czy rzeczywiście
niemożliwość uzyskania bezwzględnej pewności, co do stanu, w
którym się znajdujemy, powinna prowadzić do częstej
spowiedzi „na wszelki wypadek”? Kościół
poucza nas, że „łaska,
należąc do porządku nadprzyrodzonego, wymyka się naszemu doświadczeniu
i może być poznana jedynie przez wiarę. Tak więc nie
możemy opierać się na naszych odczuciach czy naszych uczynkach, by na
ich podstawie wnioskować, że jesteśmy usprawiedliwieni i
zbawieni” (KKK 2005). Nikt nie jest obiektywnym sędzią we
własnej sprawie. Tymbardziej powyższa prawda nie powinna w nas budzić
lęku, który staramy się stłumić poprzez powtarzanie
magicznie traktowanych obrzędów (a takimi, niestety, mogą
stać się sakramenty, w tym spowiedź), ale winna budzić w nas postawę
ufności i bojaźni Bożej. Nikt zatem nie może twierdzić z zadufaną
pewnością, że znajduje się w łasce uświęcającej, ale skoro sumienie nie
wyrzuca nam w sposób oczywisty żadnego grzechu ciężkiego, to
nie musimy poddawać się sakramentalnej pokucie. Świadomi jednak swojej
słabości nieustannie zawierzajmy siebie i bliźnich Bożemu miłosierdziu,
rozważając dobrodziejstwa Boga w swoim życiu, a On zachowa nas w stanie
łaski, która ma wymiar uświęcający.
Cóż zatem wynika z powyższych rozważań? Nie chodzi w nich
oczywiście o przekreślanie praktyki tzw. spowiedzi z pobożności
(lub jak kto woli terapeutycznej). Bo choć „wyznawanie
codziennych win
(grzechów powszednich) nie jest ściśle konieczne, niemniej
jest przez Kościół gorąco zalecane” (KKK 1458).
Ukochanie częstej spowiedzi jest jasnym znakiem wewnętrznej
delikatności i miłości do Boga. Jej brak lub lekceważenie mogą
wskazywać
natomiast na zanik wewnętrznej delikatności i bardzo często na
prawdziwe otępienie w dziedzinie rzeczy nadprzyrodzonych. Częsta
spowiedź zobowiązuje nas do zaangażowanej walki ze świadomie
popełnionymi grzechami lekkimi. Takie powinno być nasze zachowanie się
i niezłomna wola, jeśli dostępujemy łaski częstego spowiadania się.
Z
drugiej strony jest oczywiste, że częsta spowiedź okaże się dobra i
pożyteczna właśnie wtedy, kiedy coraz bardziej będziemy ufali, że
poradzimy sobie nawet
z grzechem lekkim. Wysiłek
i szlachetne zaangażowanie w
przezwyciężanie świadomie popełnianych grzechów lekkich (w
tym
wszelkiego rodzaju niewierności) jest barometrem, dzięki
któremu możemy sprawdzić, jak dalece, z jaką powagą i jakimi
wynikami praktykujemy częstą spowiedź.
Częstotliwość spowiedzi zdeterminowana jest osobistymi potrzebami
naszej duszy. Jeśli ktoś (np. osoba konsekrowana) jest
szczególnie zobowiązany we wszystkim wypełniać wolę Boga,
poleca mu się spowiedź tygodniową, albo przynajmniej co piętnaście dni.
W przypadku sumienia skrupulanckiego, warto zwiększyć przedział czasowy
miedzy kolejnymi spowiedziami. Gdyby zaś miały miejsce ciężkie upadki
czy błędy, trzeba od razu iść do Sakramentu Życia.
Snując refleksję o powołaniu do bezgrzeszności
warto uświadomić sobie skalę ewolucji jaką pod działaniem Ducha
Świętego przeszedł sakrament pokuty na przestrzeni wieków,
ustrzeże nas od pewnych niebezpieczeństw związanych ze
współczesną formą spowiedzi, w tym ze spowiedzią wyłącznie z
pobożności, a także przyczyni się do głębszego podjęcia odnowy, do
której wezwał nas Sobór Watykański II.
Bóg bowiem nie jest zimną abstrakcją, On jest Bogiem z
„krwi i kości”, Zmartwychwstałym, który
każe Tomaszowi włożyć rękę do Jego boku. Być może Bóg jest
bardziej „zmysłowy” niż możemy sobie to wyobrazić.
Jeżeli wierzymy w „jeden, święty, powszechny i apostolski
Kościół”, to wierzymy również w
sakramenty, a poprzez nie w obecność Chrystusa, która dla
nas „ludzi w ciele” jest realna poprzez owe obrzędy
sakramentalne przygotowujące nas Jego łaską do życia w innym wymiarze.
Ponadto nie sposób
pominąć relacji, jaka występuje między sakramentem pojednania i
Eucharystią. Dzięki temu można podjąć polemikę z zasadą pokutującą w
naszym społeczeństwie: »przed
komunią obowiązkowa spowiedź«. Wielu ludzi
sądzi, że Komunia święta jest swoistą nagrodą za moralną czystość,
którą można osiągnąć właśnie dzięki sakramentalnej pokucie.
Stąd nie brak katolików ograniczających się do
dwóch spowiedzi w ciągu roku (adwentowej i wielkopostnej)
oraz dwukrotnego przyjęcia Ciała Chrystusa. Warto zatem przypomnieć, że
tylko ten nie powinien
przyjmować Komunii świętej, kto ma świadomość popełnienia grzechu
śmiertelnego. Grzechy powszednie nie tylko nie zamykają
drogi do pełnego korzystania z Eucharystii, ale są gładzone przez pełne
uczestnictwo we Mszy świętej.
Sam opis ustanowienia Eucharystii wskazuje na to, że właśnie w niej
człowiek dostępuje przebaczenia win: „to jest moja Krew
Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie
grzechów” (Mt 26,28). Zauważmy ponadto, że Nowe
Przymierze stanowi wypełnienie, a nie zaprzeczenie Starego Przymierza.
Dlatego też nie można zrozumieć sensu Eucharystii bez odwołania się do
żydowskiej Paschy. Otóż świętowanie Paschy miało
podwójne znaczenie: z jednej strony, potwierdzenie i
pogłębienie wspólnoty (komunii) ludu z Bogiem, z drugiej
zaś, wyzwolenie z grzechu, który zagraża tej
wspólnocie. Tak samo też liturgia eucharystyczna będąca
pamiątką Paschy Chrystusa oznacza i realizuje skutecznie
wspólnotę ludu z Bogiem oraz przebaczenie
grzechów. Można więc mówić o dwóch
skutkach Eucharystii: negatywnym, czyli odpuszczeniu
grzechów, oraz pozytywnym, czyli budowaniu Kościoła. Wynika
z tego, że zarówno Eucharystia, jak i Spowiedź święta są
sakramentami nawrócenia i pojednania chrześcijanina
grzesznika. Nie znaczy to, że są one sakramentami pojednania w tej
samej mierze. Pojednanie
w sensie ścisłym, czyli po grzechu śmiertelnym, możliwe jest dzięki
sakramentowi pokuty, a nie Eucharystii.
Spowiedź z pobożności byłaby więc to taka spowiedź, która
nie jest konieczna do tego, by móc w pełni uczestniczyć we
Mszy świętej. Grzesznik, który nie popełnił grzechu
śmiertelnego, może, a nawet powinien przystąpić do Komunii świętej bez
uprzedniej pokuty sakramentalnej. Co więcej, akt pokuty we Mszy świętej
oraz pełne w niej uczestnictwo, odnawiają człowieka w nie mniejszym
stopniu niż to się dzieje podczas spowiedzi. Inaczej jest w przypadku
świadomości popełnienia grzechu śmiertelnego: tu konieczne jest
pojednanie w sakramencie pokuty. Dlatego też wielu autorów
podkreśla, iż "pojednanie chrześcijanina, który zgrzeszył
ciężko", oraz tzw. "spowiedź z pobożności" to dwa różne
wydarzenia. Jedynie w pierwszym przypadku można mówić o
pojednaniu w sensie właściwym. W drugim zaś trzeba mieć świadomość, że
istnieje inna niż spowiedź możliwość „pojednania”.
Może się bowiem okazać, iż częste przystępowanie do spowiedzi z
pobożności nie prowadzi, niestety, do egzystencjalnego
nawrócenia, ale --- wręcz przeciwnie --- do traktowania
sakramentu pokuty jako magicznego rytu otwierającego przystęp do
Sacrum,
podczas gdy życiowe postawy pozostają dalekie od ducha ewangelii.
Magiczne zaś oraz instrumentalne traktowanie sakramentalnego
rozgrzeszenia jest w gruncie rzeczy zaprzeczeniem istoty
nawrócenia. Dlatego też wydaje się, że w niejednym przypadku
lepiej jest skupić się na Eucharystii jako sakramencie przemiany
mentalności i postaw niż na częstej spowiedzi.
Trzeba zatem podkreślić, że sakrament pokuty nie może zastępować
egzystencjalnego wysiłku nawrócenia podjętego w perspektywie
wiary w darmo daną łaskę samego Boga. Z drugiej strony, samo przyjęcie
Komunii świętej nie jest zwieńczeniem chrześcijańskiej drogi
nawrócenia, ale powinno wpisywać się w proces umierania
starego człowieka, aby mógł narodzić się nowy.
Dla mnie Chrystus jest
samym Centrum i Sacrum, i wszystko zmierza do wypełnienia się w Nim.
A skoro tak, to musi istnieć jakiś kres wszystkich wysiłków
ludzkości, owo „objawienie się Synów
Bożych”, na które całe stworzenie oczekuje
„jęcząc i wzdychając w bólach rodzenia”
(Rz 8, 22). Niektórzy jednak ludzie (jeszcze za życia
doczesnego) uczestniczą w sposób szczególny w tym
rodzeniu. Mam tutaj na myśli wszystkich mistrzów życia
duchowego, którzy im dalej postępowali w swoim
„doświadczeniu mistycznym”, tym bardziej
podkreślali potrzebę spowiedzi, jako sakramentu, w którym
Bóg nie tyle „odpuści im grzechy”, ale
może raczej zniesie nieznośny (z duchowego punktu widzenia) dystans
między Sobą, a nimi. Wystarczy, że zacytuję tutaj klasyka
„mistyki nieskończoności” św. Wincentego
Pallottiego. „O Boże mój! Choć jestem
nieczystością samą, pełnym wszelkiego brudu, choć winien jestem każdego
grzechu, choć ciążą na mnie mnogie winy, nie ograniczone co do liczby i
złości, to jednak uważam, że obraziłbym nieskończone Twe miłosierdzie,
gdybym nie przyjął, że Ty poprzez nieprzebrane zasługi Jezusa Chrystusa
[...] raczysz spoglądać na mnie, jak gdybym był bez grzechu w pełni
Twej nieskalaności. O czystości, o czystości, [...] Ty mnie całego
niweczysz i całkiem jesteś we mnie tak, żem przekształcony cały w
Ciebie”. Do tego dodać trzeba, że spowiadał się on czasem
nawet dwa razy dziennie. Niepotrzebna dewiacja, czy może nadprzyrodzony
środek do tego, aby jakoś znieść wielką udrękę, jaką było poczucie
małości w obliczu Boga?
Człowiek już odrodzony w Chrzcie świętym, a nawet ten, który
przeszedł metánoię
(wewnętrzną przemianę) jest ciągle w stanie „natury po
grzechu” i wręcz gotowości do popełnienia zła, a to sprawia,
że nie jest on wolny od wszelkich „utrapień” tego
stanu rzeczy. Świat, w którym żyjemy ciągle jeszcze tkwi we
władaniu Oskarżyciela i każdy z nas musi nieustannie, do końca swoich
dni, uwalniać się z jego mocy przez walkę i pokutę. Owa pokuta jest
koniecznością, ze względu na jej wielką rolę w łagodzeniu
skutków chwilowych porażek, jakie zawsze są możliwe. Pokuta
sakramentalna jest więc swoistym wyrazem tego wewnętrznego
„nastawienia” człowieka i niejako materialnym
wyrażeniem rzeczywistości duchowej. Wszystko to --- w jakiś
sposób --- ukazuje miejsce sakramentu pokuty w pogłębianiu
więzi między Bogiem a człowiekiem oraz stawia nas w przestrzeni łaski, która dla
grzeszników jest lub może być cudowną wonią bezgrzeszności.
"Nie grzeszyć" bowiem nie oznacza: być "wytresowanym w cnocie" lub
"stworzyć
w sobie psychologiczne przyzwyczajenia odsuwające daleko grzech od
moich myśli, postaw i czynów". Prawdziwie nie grzeszę wtedy,
gdy trzymam swoją rękę w dłoni Boga, a wzrok mam utkwiony w
Chrystusa.
Jeśli zdam się na siebie, zaufam samemu sobie, swemu (pożal się Boże)
hartowi ducha,
wtedy nie mogę czuć się bezpieczny, daleki od grzechu. Stąd rodzi się
nakaz: „Bądźcie czujni”. Wszak nasz grzech
czasami może być konsekwencją dopustu Bożego, zgodnie z Jego
planem. Każdy bowiem grzeszy, a Pismo
św. mówi, że
sprawiedliwemu zdarza się to siedem razy dziennie. Istnieje jednak
różnica między
kimś, kto jest na drodze ku chrześcijaństwu, a kimś, kto idzie w
odwrotnym kierunku. Otóż: człowiek,
któremu nie zależy
na świętości, grzeszy i leży w grzechu, natomiast sprawiedliwy grzeszy
siedem razy dziennie, lecz zaraz wstaje. I to jest bardzo ważne, bo
akcentuje znaczenie pychy i pokory w życiu konkretnego
człowieka.
Fundament z pokory jest bardzo drogi Bogu. On tak kocha pokorę, że
czasem nawet dopuszcza grzech na zbyt pewnego siebie "świętoszka". A
jeśli, mimo to, widzi człowieka pysznego, niepoprawnego, wręcz
zniewolonego pychą subtelną (jakby zawoalowaną), dopuszcza na
niego tak zawstydzający grzech ciężki, żeby ów
pyszałek nikogo nie śmiał osądzać i nie uważał się za lepszego
od innych. Dlatego niech Twa łaska, Panie, chroni mnie przed
moją
małością i pozostanie dla mnie najpiękniejszą wonią bezgrzeszności. Na
zawsze.
![]() |
O pokorze | ![]() |
|
Największy z was niech będzie waszym sługą. |
![]() |
"Kto
się wywyższa, będzie poniżony, a kto się
poniża, będzie wywyższony". Jakże łatwo ulec
złudzeniu, że
jest to biblijna definicja pokory. Tym bardziej, że aż w trzech
ewangelicznych rozdziałach (patrz Mt 23:12, Łk 14:11, 18:14) można
znaleźć te słowa jako syntetyczny komentarz Jezusa do
różnych sytuacji życiowych stanowiących niejako kanwę Jego
szerszych wypowiedzi. Zawsze jednak chodzi tu o jedno, tj. o krytykę
obłudy w myśleniu i postępowaniu zwanej faryzeizmem. Kto bowiem uważa,
że
pokora polega na poniżaniu się, jest w błędzie i powinien swoje poglądy
w tej kwestii poddać gruntownej weryfikacji. Jakże naiwnym musiałby być
Jezus, gdyby swoje wezwania do pokory opierał na konieczności
świadomego poniżania się człowieka. Taka wizja pokory nikogo by nie
skłoniła do wprowadzenia jej (jako cnoty) we własne życie. A przecież
Jezus
wszystko, co czynił i co mówił, podporządkowywał wartości
nadrzędnej, niestopniowalnej i niezbywalnej, tj. godności człowieka
(por. KKK 1700). Dlatego już na początku niniejszej refleksji o pokorze
należy z całą mocą podkreślić fakt, że słowa Jezusa zacytowane powyżej
mają związek z pokorą, ale nie są jej definicją. Pokora bowiem wcale
nie polega na poniżaniu się, ani tym bardziej na mazgajstwie,
służalczości, tchórzostwie itp., co więcej --- taka pokora
jest jej
karykaturą. Pokora to
piękna cnota chrześcijańska, która
jest jak najbardziej zgodna ze zdrowym rozsądkiem i której
towarzyszy inna podobna do niej i związana z nią, a dziś mało ceniona
(zwłaszcza wśród młodego pokolenia) cecha: skromność.
Dziś nie rzadko zdarzają się, wręcz żenujące, sytuacje, gdy ktoś w imię
źle pojętej pokory m.in. zaprzecza rzeczom oczywistym. Fałszywa pokora
razi, śmieszy i zniechęca. Skąd zatem się bierze? Bardzo często z
dobrych chęci. Czasami ktoś, np. bardzo pragnąc postępu w swojej sferze
duchowej, czyta biografie świętych i znajduje tam opisy sytuacji, w
których pozwalali oni innym na zniewagi lub poniżenia, a nie
mając pomocy kogoś doświadczonego bierze to za przykład do naśladowania
i chce tak postępować.
Nie
dostrzega, że to, co w tamtej,
szczególnej sytuacji danego świętego, było oznaką jego
heroicznej miłości i było godne pochwały, współcześnie jest
niewłaściwe. Jeśli
tak, to czym właściwie jest pokora? Można to ująć
krótko jednym słowem: prawda. Pokora jest prawdą, prawdą o
sobie, prawdą o tym, kim jestem, co potrafię i jeszcze bardziej, czego
nie potrafię. Pokora jest akceptacją prawdy o sobie i nieustannym,
szczerym wysiłkiem w poznawaniu siebie i zgadzaniu się na to, co się o
sobie dowiaduję. Oczywiście bez tej całej otoczki: fałszywych
konwenansów, udawania, zachowywania pozorów,
ubierania twarzy w maskę kogoś, kim się nie jest, a kim się chciałoby
być (bez względu na najbardziej irracjonalne przesłanki).
Pokora
prowadzi nas do bardzo prostych stwierdzeń. Najpierw do świadomości, że
jako człowiek mam ograniczone możliwości, a więc nie mogę uczynić
wszystkiego. Dotyczy to zarówno spraw codziennych, m.in.
związanych z uzdolnieniami artystycznymi jak i nadprzyrodzonych.
Człowiek pokorny to ktoś, kto, np. nie mając zdolności muzycznych, nie
będzie udawał, że zna się na muzyce lub za wszelką cenę będzie starał
się robić karierę piosenkarską. W sprawach Bożych człowiek pokorny
uznaje, że wszelkie dobro pochodzi tylko od Boga, a patrząc na dary
(jakie otrzymał i wciąż otrzymuje) oraz swoje talenty wrodzone wie, że
otrzymał je od Boga. Dlatego choćby był bardzo uzdolniony, nie będzie
czuł się lepszy i poniżał mniej zdolnych, zaś nie mając jakichś
szczególnych darów naturalnych nie będzie
rozpaczał i zazdrościł innym, gdyż wie, że jeśli Bóg ich mu
nie udzielił, to widocznie nie są mu one potrzebne.
Równocześnie człowiek pokorny nie udaje, że nie ma czegoś,
co ma, a także przyznaje innym, że mają określone talenty i/lub w
szczególnie dobry sposób robią coś konkretnego.
Pokora zatem jest czymś bardzo praktycznym, rozsądnym i miłym. Człowiek
pokorny cieszy się z pochwał, a cieszy się podwójnie,
ponieważ wie, że Bóg uczynił przez niego coś dobrego, a on
okazał się Bogu przydatny. Pokora wcale nie oznacza wyrzeczenia się
prawa do zasługi, jest jedynie świadomością, że dobro zawsze czynimy z
pomocą Bożą i/lub z Jego inicjatywy.
To cudowne uczucie mieć świadomość, że moje działanie przyniosło komuś
pożytek. I nie ma to nic wspólnego z pychą. W znakomitej
większości przypadków chcemy być pokorni i nie chcemy być
pyszni. Często jednak nie wiemy jak to zrobić. Albo w naszej
świadomości funkcjonuje błędna, choć o „biblijnym
rodowodzie”, definicja pokory, albo zbytnio ufamy własnym
możliwościom rozeznania subtelnej granicy między godnością a dumą
ludzką. Godność jest
siostrą pokory, natomiast duma (prędzej czy
później) prowadzi do pychy.
„Jak wielkim niebezpieczeństwem musi być duma, skoro
Bóg --- aby z niej wyleczyć --- dopuszcza [nawet] zdradę i
odtrącenie przez najbliższych? […] Bóg dla
dumnych i chciwych nie jest oparciem, tylko kimś, kto
»popycha« do upadku” [AP].
Pycha generalnie jako przeciwieństwo pokory jest kłamstwem, jest życiem
z fałszywym obrazem samego siebie, który akceptujemy i
który bezkrytycznie podtrzymujemy. Ten nieprawdziwy
autoportret wypacza nasze relacje z innymi. Pycha może dotyczyć
naszych wrodzonych bądź odziedziczonych predyspozycji, intelektu lub
ducha. Pierwszy rodzaj pychy to próżność. Polega ona na tym,
że osoba obdarzona niepospolitą urodą, talentem lub pochodzeniem uważa
się z tego
powodu za kogoś wyjątkowego i oczekuje specjalnego traktowania, mając
się za lepszą od innych. Podobną formą pychy jest żądza uznania,
która popycha człowieka do działania w tym celu, by inni to
zauważali i głośno wyrażali swój aplauz. Często jest to
czynienie dobra na pokaz, np. dawanie wielkiej jałmużny (por. BT, Mr
12:41-44), obnoszenie się
wszem i wobec ze swoimi postami, modlitwami (por. BT, Mt 6:1-18) itd.
Żądzy
uznania
towarzyszy dodatkowo obłuda, która polega na oficjalnym
głoszeniu, że nam na uznaniu nie zależy, ale jeśli nikt nie dostrzega
naszej pobożności i jej nie chwali mamy poczucie krzywdy. Człowiek
próżny, jeśli nie będzie chwalony za swoją pobożność prędzej
lub później ją porzuci.
Pycha intelektu potocznie jest nazywana zarozumialstwem i zadufaniem w
sobie. Zarozumialec wszystko najlepiej wie, na wszystkim się zna,
wszystkimi chciałby dyrygować i jest przewrażliwiony na własnym
punkcie, dlatego łatwo się obraża. Z tego typu osobą nie
sposób ani żyć, ani
pracować.
Wreszcie ostatnia i najstraszniejsza postać pychy to pycha duchowa.
Jest to totalne zakłamanie w sferze ducha polegające na pomijaniu Boga
w ocenie dóbr duchowych w życiu doczesnym. Pyszałek uważa,
że to od niego pochodzi dobro, że cnoty są wynikiem jego ascezy i
pobożności, sobie przypisuje świętość. Często ma pretensje do Boga, że
ktoś, jego zdaniem gorszy, ma więcej darów nadprzyrodzonych
niż on, zazdrości innym łask Bożych, często się z innymi
porównuje i gardzi tymi, którzy nie są pobożni w
taki sam sposób, co on.
I teraz dopiero możemy udzielić odpowiedzi na pytanie: Dlaczego ci,
którzy się wywyższają, będą poniżeni, a ci którzy
się poniżają, będą wywyższeni?
Pokora jest w szczególny sposób miła
Bogu. Pycha
zaś uniemożliwia łasce Bożej wszelkie działanie. Ludzie pokorni zostaną
obdarowani łaską i będą wzrastać. Choć uważają się za małych, otrzymają
wspaniałą nagrodę, tj. zostaną zbawieni. Ci natomiast,
którzy się uważają za wielkich, świętych i gardzą innymi,
wobec Boga są nędzarzami, choć uchodzą wśród ludzi za
wielkich i poniżają innych. A choć inni ich chwalą i stawiają za
wzór, w oczach Boga okażą się nikim, ujawni się ich
prawdziwa wartość (a właściwie brak u nich prawdziwych wartości).
Wówczas stanie się oczywistym fakt, że są mali, godni
jedynie współczucia.
Żyję
więc ze świadomością, że wszystko co mam otrzymałem (i
wciąż
otrzymuję) od Boga, dokładnie tyle ile potrzebuję do zbawienia, a więc
do szczęścia wiecznego. Obym tylko zdołał dobrze wykorzystywać te dary,
nie ulegając ułudzie "szczęścia"
doczesnego. A co, jeśli czasem zdarzy mi się jakieś poruszenie pychy?
Wówczas nie wpadam w panikę, ponieważ ufam Bogu, pamiętając,
że grzechem śmiertelnym nie jest drobne poruszenie pychy (to zawsze
jest grzech powszedni i nie ma ludzi wolnych od tej słabości), ale
grzechem śmiertelnym jest świadome pysznienie się w rzeczach ważnych, z
wielką obrazą Boga i/lub bliźniego. Dzięki łasce podszepty pychy i
grzeszne pożądania rozpoznaję bez trudu, staję do walki z sobą (ale nie
sam --- z Nim) i zwyciężam (ale nie sam --- w Nim). "Panie, dla siebie
nie chcę niczego. Wszystko dla Twojej chwały i miłości" (Droga, nr 788).
"Czy widziałeś, jak wznoszono ten wspaniały, imponujący budynek? Cegła
za cegłą. Tysiące cegieł. Ale jedna za drugą. Podobnie worki z
cementem, także jeden po drugim. I kamienie fundamentów,
niewiele znaczące w zestawieniu z ogromem całości. Sztaby żelaza.
Robotnicy, pracujący dzień po dniu, zawsze o tych samych godzinach...
Widziałeś jak się wznosi ten wspaniały, imponujący gmach? Stworzyła go
potęga rzeczy drobnych" (Droga, nr 823). Tak właśnie: systematycznie,
konsekwentnie, ze skromnością, w prawdzie (nierzadko trudnej) można
zbudować gmach swojej świętości.
![]() |
O Boskich paradoksach | ![]() |
|
"Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek
mógł stać się Bogiem". |
![]() |
Każdy, kto wnikliwie patrzy na świat przyrody, zauważa
istniejącą w nim harmonię, sens i logikę. Zarówno w życiu
flory jak i fauny wszystko jest misternie poukładane, a wzajemne
zależności występujące między wieloma gatunkami są wręcz genialne.
Wszystko działa bez zarzutu, a każdy element ma określoną nie tylko
funkcję szczegółową, ale i znaczenie dla całości. Na tym tle
zastanawiające jest jednak to, czego doświadczamy w świecie ludzkim.
Tu, na najwyższym poziomie stworzenia, gdzie pojawia się rozum i wolna
wola, paradoksalnie panuje frustracja, poczucie bezsensu i odwieczne
pytanie „po co żyję?”. W rezultacie mało kto może
stwierdzić z pełną odpowiedzialnością, że szczęście dopisało mu w życiu.
Czy zatem Bóg zawiódł, stwarzając najdoskonalsze
stworzenie --- człowieka? Jeśli nie, to dlaczego
„wypuścił” nas takimi ze swojej ręki? Odpowiedzi na
ten odwieczny dylemat poszukajmy w trzech pierwszych rozdziałach Księgi
Rodzaju. To właśnie tam Bóg mówi, jaki był Jego
plan względem człowieka. Jednak opisu tego dziś nie możemy brać
dosłownie. Jest on bowiem tylko zewnętrznym symbolem wewnętrznego
szczęścia, w jakim Bóg stworzył człowieka, oraz
darów, którymi obsypał go podczas i bezpośrednio
po stworzeniu. Ta głęboka treść (ukryta w naiwnych, na
pozór, opisach) jest prawdziwa. Ona wyraża przedwieczny
zamysł Boga dotyczący człowieka. Jeśli zatem wierzymy, że Pismo św.
jest natchnione, bez trudu uznajemy, że nosi ono w sobie gwarancję
prawdziwości zarówno treści o samym Bogu, jak i o Jego
przedwiecznych planach względem człowieka.
W Biblii człowiek ukazany jest jako korona stworzenia, istota
najdoskonalsza. Psalm 8 jest kontemplacją człowieka poprzez pryzmat
pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju. Czytamy w nim m.in.:
„Uczyniłeś go (człowieka) niewiele mniejszym od istot
niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś” (Ps 8:6). Bóg zatem
„wypuścił” człowieka ze swej ręki doskonałym i
zharmonizowanym, choć --- paradoksalnie --- ulepił go z prochu.
Surowiec materialny nie był, bo nie musiał być, najszlachetniejszy, ale
z pewnością najszlachetniejsze, bo Boskie, było tchnienie
Stwórcy powołujące człowieka do życia. Była to więc
najbardziej udana istota spośród stworzonych przez Boga
istot --- Jego obraz i podobieństwo (oczywiście rozumiane na tle
ówczesnych pojęć). W okresie powstawania tych
rozdziałów Pisma św. o królach mezopotamskich
mówiono, że są obrazem Boga na ziemi, że przez
króla Bóg sprawuje rządy nad światem. Biblia
zatem stwierdza, że człowiek w stosunku do pozostałego stworzenia
reprezentuje Boga, a więc sprawuje władzę królewską.

Pierwszego człowieka cechowała wręcz zażyłość ze swym
Stwórcą. I nie ma w tym nic dziwnego, bo potwierdzają to
przechadzki Boga po ogrodzie, w którym przebywał Adam. W
Księdze Powtórzonego Prawa czytamy: „nie samym
tylko chlebem żyje człowiek, ale człowiek żyje wszystkim, co pochodzi z
ust Pana” (Pwt 8:3). Obraz z Księgi Rodzaju ma zatem w tle
stwierdzenie, że człowiek do swego życia potrzebuje kontaktu z Bogiem,
z Jego słowem, które nie tylko wzbudza w nim wartości
intelektualne, lecz posiada również aspekt intymności. Słowo
(w ujęciu semickim) zawiera głębokie związki z miłością i z życiem.
Jest dla Semitów tym, czym dla niemowlęcia słowa matki:
chociaż nie rozumie ich znaczenia, jednak są one dla niego nośnikiem
miłości i wyrażają swoisty dynamizm życia. Tym samym słowo Boże chce
być dla każdego człowieka. Człowiek
został stworzony jako istota zakorzeniona w Bogu, w Jego miłości. A
więc „wyszliśmy” z ręki Stwórcy jako
ukochane dzieło Wszechmocnego, które ma w Nim wszelkie
zabezpieczenie, a jednocześnie posiada wolną wolę. To
trochę tak, jak w relacjach międzyludzkich, gdy wyobrazimy sobie
wpływowego przyjaciela, który wszystko może załatwić, przed
którym wszystkie drzwi stoją otworem, który jest
bogaty, ma władzę, a przy tym nas kocha i szanuje naszą wolność.
Wówczas jesteśmy przy nim bezpieczni i pewni jego sympatii.
W podobnej sytuacji żył kiedyś pierwszy człowiek, z tą jednak
różnicą, że tym możnym Przyjacielem był sam Bóg,
byt najpotężniejszy, absolutny i transcendentny, który jest
samą Miłością i, który nas stworzył, kierując się
bezinteresowną miłością. Stąd właśnie spłynęło w najgłębsze pokłady
duszy człowieka życie i szczęście. Dlatego człowiek czuł się
zharmonizowany, był panem i królem stworzenia.
Św. Paweł ukazywał, jak Chrystus odbudowuje tę pierwotną relację
człowieka do Boga, dając w najrozmaitszy sposób wyraz temu,
że w sercu chrześcijan pojawia się znowu świadectwo Ducha Świętego,
wywołujące w nim okrzyk miłości: „Abba, Ojcze” (Ga
4:6). Wówczas człowiek, z Boga czerpie swoje życie i
szczęście. Wchodzi w życie z innym bogactwem, z innym wymiarem.
Cóż mogła mu zaszkodzić choroba? Nie z tego życia czerpał
swoje dobre samopoczucie, lecz z głębin swego ducha, gdzie mieszka
Bóg. Była więc w pierwszym człowieku rozległa toń spokoju,
której nic nie mąciło, sprawiająca, że wszystkie przypadki
były relatywnie dobre, bo skojarzone zarówno z pozytywnymi
przesłankami, jak i skutkami. Wartości miały właściwą hierarchię i
nigdy nie wysuwały się przed Boga --- początek wszystkiego. W takich
okolicznościach nie ma tragedii, gdy nawet czegoś brakuje, skoro
Bóg jest wszystkim i zawsze, w każdej sytuacji człowieka ---
teraz i na wieczność. To była treść życia wiecznego i jego sens, czyli
zakorzenienie się w Bogu --- źródle niewyobrażalnego, bo
nieskończonego dobra i piękna.
Takiego oto człowieka „wypuścił” Bóg ze
swoich rąk, aby żył, rozmnażał się i zaludniał świat. Co się jednak
stało, skoro teraz jest zupełnie inaczej? Pismo św. daje nam wiele
światła do zrozumienia tego dramatu. Aby go w pełni pojąć, trzeba
najpierw uświadomić sobie, jaki drzemiący w nas mechanizm został
uruchomiony i przez kogo. Szczęście człowieka zmącił bowiem ktoś, kto w
nasz zharmonizowany świat został wprowadzony z zewnątrz pod symbolem
węża. Księga Rodzaju mówi: „A wąż był bardziej
przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan
Bóg stworzył” (Rdz 3:1). Pismo św. identyfikuje
tego węża z szatanem. To on zmącił szczęście człowieka przez zawiść.
„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie
owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” (Rdz
3:1). W rzeczywistości człowiek otrzymał jeden, jedyny zakaz
symbolizujący całe Prawo zapisane w jego sercu. Ono nie było
zewnętrzne, dlatego św. Paweł w Liście do Rzymian, opisując od strony
historycznej tragedię człowieka powie: „Kiedyś i ja
prowadziłem życie bez prawa” (Rz 7:9). Dotyczy to oczywiście
całego rodzaju ludzkiego, który przed upadkiem żył bez
Prawa, bo człowiek Prawo Miłości Boga i bliźniego miał zapisane w sercu
i odczuwał je jako coś zupełnie naturalnego. Bóg bowiem dał
człowiekowi jedno prawo „Miłość” zapisane w sercu,
które nie było ciężarem, a więc nie sprawiało mu żadnych
trudności. Zewnętrznym symbolem tego stanu w Biblii jest owo drzewo
dobra i zła. Oznacza ono, że człowiekowi nie wolno samowolnie stanowić,
co jest dla niego dobre, a co złe. Człowiek nie może być dla siebie
normą postępowania moralnego, nie może decydować, co jest grzechem, a
co nim nie jest. Ten fakt wynika, niejako, z natury rzeczy: człowiek
jest tylko stworzeniem ograniczonym i skończonym. Prawodawcą jest
Bóg, a stworzenia są w pełni szczęśliwe, gdy godzą się być
tym, czym są. Człowiek jest szczęśliwy, akceptując fakt, że jest
stworzeniem, a nie Bogiem. To miało mu przypominać Prawo --- Dekalog.
Tymczasem przychodzi kusiciel z pytaniem: „Czy rzeczywiście
Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich
drzew tego ogrodu?” (Rdz 3:1). W tym, na pozór
niewinnym, pytaniu jest bardzo podstępne sformułowanie: „ze
wszystkich drzew”. Mimo iż tylko jedno drzewo było
przedmiotem Boskiego zakazu, szatan jednak mówił o
wszystkich drzewach, gdyż chciał przez to nasunąć człowiekowi myśl, że
jeśli podlega choć jednemu zakazowi, to naprawdę nie jest wolny, że nie
da się tego pogodzić z ludzką godnością. Ewa odpowiedziała na to
zgodnie z prawdą, że owoce z ogrodu jeść mogą, tylko o owocach z drzewa
rosnącego w środku ogrodu Bóg powiedział: „Nie
wolno wam z niego jeść, a nawet go dotykać, abyście nie
pomarli” (Rdz 3:3). Bóg
zabronił człowiekowi autonomii moralnej, ponieważ wiedział, że to
sprowadziłoby na człowieka śmierć. Grzech jest dlatego zabroniony, bo
człowiekowi szkodzi, z natury rzeczy przynosi śmierć jak wypita trucizna.
Zaś kochający Bóg nie chce śmierci swego stworzenia.
Tymczasem kłamstwo, które szatan wmówił
człowiekowi, do dziś tkwi w nas głęboko, zakorzenione jak ciernisty
krzak. Wielu nadal uważa grzech za coś miłego, przyjemnego,
rozwijającego człowieka. Najlepiej to widać w dziedzinie seksualności,
gdzie ludzie absolutnie nie potrafią zrozumieć, dlaczego Pan
Bóg czegoś tu zakazuje. I tak --- paradoksalnie --- człowiek
dźwiga to Prawo jako zniewalające go jarzmo pańszczyźniane, pielęgnując
tym samym w swej duszy krzaczaste ciernie grzechu.
Na odpowiedź Ewy szatan mówi: „Na pewno nie
umrzecie!” (Rz 3:4). W grzechu nie ma śmierci, lecz życie,
jeszcze wspanialsze niż to, które masz. Tego życia chce cię
Bóg pozbawić. Bóg wie, że „gdy
spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak
Bóg będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3:5).
Będziecie jak bogowie, przerośniecie siebie i będziecie sami decydować
o wszystkim, jak się wam spodoba. Tymczasem Bóg ---
zazdrośnik i tyran --- nie chce się z wami podzielić szczęściem, chce
was trzymać w zależności, w zniewoleniu...
To straszliwe kłamstwo człowiek przyjął jako prawdę. Paradoks?!
Człowiek zamiast Bogu uwierzył diabłu. Istotą katechezy szatana było:
Bóg nie jest miłością. A przecież Miłość stanowi Jego
najgłębszą istotę. Od tej chwili drzewo, dotąd nie będące nawet
przedmiotem zainteresowania człowieka, zaczyna być interesujące,
intrygujące, inspirujące. Ile czasu trwało w sercu Ewy, to pierwsze
(jak się później okazało brzemienne w skutki) zmaganie dobra
z zawoalowanym złem, tego nie wiemy. Faktem jest, że Ewa spostrzega,
iż: „drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono
rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia
wiedzy” (Rdz 3:6), wiedzy zastrzeżonej dotąd tylko dla Boga.
Następnie Ewa robi wyznanie wiary w katechezę szatana. Wyznaje --- nie
tyle słowem, co czynem --- że szatan ma rację. Daje Adamowi owoc,
który on spożywa. Tak zaczyna się tragedia człowieka.
Człowiek --- dotąd żyjący jak drzewo zakorzenione w Bogu, czerpiąc
szczęście z faktu, że On go kocha --- teraz stawia miłość Boga pod
znakiem zapytania, wątpi w nią i odrzuca. Staje się tym samym jak
drzewo wykorzenione z życiodajnej gleby.
Człowiek zmienia swój wymiar. Wewnętrzne porozumienie z
Bogiem zostało zerwane. Bóg jednak nadal (paradoksalnie)
kocha człowieka, lecz człowiek już nie jest zdolny odbierać fal Boskiej
miłości, przeżywa jakby spadanie w kosmiczną ciemność, wypędzenie z
raju. Niczego nie rozumie, bo przestał wiedzieć, kim jest. Drugi
człowiek (obok niego) staje się potencjalnym wrogiem, a jeśli nie
wrogiem, to w najlepszym przypadku konkurentem, rywalem, intruzem. To
jest „śmierć” w sercu (w duszy) człowieka, zerwanie
najintymniejszej nici łączącej go z Bogiem. Człowiek zostaje sam ze
swoją pychą. Gdyby w tej chwili Bóg odstąpił od człowieka,
ten stan zamieniłby się dla niego w śmierć wiekuistą, wieczne
potępienie bez możliwości odwrotu. Jedyna wartość jaka mu pozostała, to
kruche życie, ale niestety z drastycznie wypaczoną hierarchią znaczeń.
Teraz to, co złudne, ulotne, przemijające staje się wartością, a
właściwie pseudowartością, celem samym w sobie. Teraz to, co niesie
moralne zagrożenie jest wyznacznikiem ludzkich działań i ich
usprawiedliwieniem. Ponieważ zagubiony człowiek nie czerpie już z Boga
poczucia bezpieczeństwa, szuka (często kosztem innych) bogactwa, dąży
(często za wszelką cenę) do posiadania władzy, znaczenia, prestiżu...
Człowiek wyznawszy, że Bóg nie jest miłością, zanegował Jego
rzeczywisty obraz. Odtąd wszystkie religie ziemi mają wypaczony obraz
Boga. Bóg jest Istotą, której należy się bać,
gdyż tylko czyha na nasze potknięcie. Ten wypaczony w myślach i w sercu
człowieka obraz Boga ciągnie się przez wieki i pokolenia. Właśnie to
wypaczenie sprawiło, że Bóg ponownie przyszedł na ziemię w
osobie Jezusa Chrystusa, a człowiek w imię tego fałszywego obrazu zabił
Boga. Zrobił to człowiek grzechu pod wpływem wypaczenia wlokącego się
za nim od chwili opuszczenia raju.
Wszystkie religie, choć nadal w pewien sposób dobre, są
skażone grzechem egoizmu wyznawców. W ich centrum stoi teraz
człowiek, którego uformowała katecheza szatana. Ten człowiek
chce, żeby Bóg pomagał mu w realizacji własnych, nie
liczących się z Bogiem, planów. Wszyscy jesteśmy nastawieni
na to, że życia nie tworzy nam Bóg, lecz my sami nim
kierujemy. I w ten sposób całe życie spędzamy na
frustracjach, pretensjach, negacji prawdziwych wartości oraz pogoni za
ulotnymi namiastkami szczęścia.
Człowiek nie może być jak wyrwane drzewo. Musi czerpać
„soki”, by żyć (choćby pozorem życia). Ale jeśli
nie z Boga, to z czego? Z bożków. Nawet, gdy są (o zgrozo!)
źródłem soków trujących. Współczesnym
„złotym cielcem” może być niemal wszystko, każda
pseudowartość: od złota jako takiego, do… absolutyzowanych
idei, filozofii. Człowiek potrafi ubóstwić m.in.: pracę
(pracoholizm), seks (seksizm), Internet (infoholizm, chatomania),
zakupy (kupnoholizm), hazard, władzę. Najczęściej jednak szuka
zabezpieczenia w pieniądzach. Czuje się niepewnie, gdy ich nie ma
dostatecznie dużo. A gdy tylko ma możność pozyskania ich więcej,
natychmiast wyzwala się w nim mechanizm chciwości. Prócz
tego człowiek szuka szczęścia w ludzkim poważaniu, uznaniu. Chce być
zauważony i doceniony. Jak polip czepia się ludzkich przyjaźni,
miłości. Jeśli zaś te związki zawodzą, jest niepocieszony, ulega
zniechęceniu, apatii, popada w depresję lub szuka okazji do
„wyrównania rachunków”. A
przecież gdyby Bóg był dla nas
„wszystkim”, nie mielibyśmy poczucia ustawicznej
frustracji. Ona jest znakiem, że grzech mocno w nas działa. Taka jest
obecnie nasza sytuacja. Paradoks?!
Powróćmy do biblijnego obrazu raju. Bóg
przechadza się po ogrodzie i co się dalej dzieje? Gdy woła Adama, ten
nie przychodzi, ukrył się przed Bogiem. Bóg wie, dlaczego
Adam tak się zachowuje. Grzech wychodzi na jaw. Adam zrzuca winę na
Ewę, ta zaś na szatana. Winnych nie ma. Paradoks?! Skąd my to znamy?
Dziś jest przecież tak samo: wszyscy dookoła są winni mojego
nieszczęścia, tylko nie ja sam. Człowiek staje się ślepy, przestaje
rozumieć siebie. Nie wie, co się z nim stało, dlaczego czuje się
niezadowolony. Za niespełnione nadzieje wini innych. Nie widzi
źródła winy w sobie, lecz tylko wokół siebie.
Ten opis z Księgi Rodzaju jest bardzo mądry. Dopiero w jego świetle
stają się zrozumiałe nasze sprawy, zachowania, reakcje. Tłumaczy nam,
jakimi teraz jesteśmy i co się z nami stało.
W Liście do Hebrajczyków czytamy: „Ponieważ zaś
dzieci (rodzaj ludzki) uczestniczą we krwi i ciele, dlatego i On
(Jezus) także bez żadnej różnicy stał się ich uczestnikiem,
aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad
śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich,
którzy całe życie, przez bojaźń śmierci podlegli byli
niewoli” (Hbr 2:14-15). Sytuacja człowieka w świetle tego
tekstu jest następująca: Człowiek (stworzony z miłości na obraz
Boga-Miłości) czuje się przeznaczony do kochania i dlatego, kiedy robi
coś bezinteresownie, czuje się najszczęśliwszy. Natomiast po dramacie
grzechu człowiek zaczyna stawiać granice miłości. Paradoksalnie wydaje
mu się, że wymaga ona od niego zbyt wiele, że straci wolność, a nawet
życie, jeśli pójdzie dalej w stronę miłości; że inny
człowiek go zabije swoją agresją, innością, wymaganiami itp. Zaczyna
się więc bronić na różne sposoby: odpowiada złem na zło,
ratuje się ucieczką, obojętnością. Dochodzi do punktu, gdzie dalsze
kochanie oznacza dla niego śmierć. Wycofuje się więc i zamyka w kręgu
swego egoizmu. Jeśli pojawi się sytuacja niekorzystna, wydarzenie
niepomyślne, człowiek przeżywa je jako „śmierć”,
ponieważ sam w sobie nosi śmierć wewnętrzną. Kończy się miłość, zaczyna
się walka --- walka o przetrwanie (nawet kosztem innych), walka o
własne życie. Ale to już nie jest życie, to jest jego toksyczny
substytut.
Na domiar złego ludzie wokół są do nas podobni: zniewoleni
barierami własnych gustów, upodobań, wychowania,
odziedziczonych skłonności do lęku przed
„śmiercią”. A my chcemy, żeby ci inni ludzie byli
na miarę naszych wyobrażeń. Jeśli mamy ku temu możliwości, staramy się
narzucić im swą wolę, często apodyktycznie i agresywnie. Boimy się
jedni drugich. W tę sytuację wpędził nas grzech. O tym naszym położeniu
św. Paweł mówi, że Bóg zamknął nas pod władzą
grzechu (por. Rz 3:9). Nie poradzi tu dobra wola, postanowienie
poprawy, własny wysiłek. Gdyby ktoś z tej sytuacji chciał wyjść tylko o
własnych siłach, oszaleje. Z niej wyprowadza tylko Chrystus i wiara w
Jego bezwarunkową Miłość. Wówczas człowiek będzie
mógł owocnie pracować nad sobą. Lecz my o tym zapominamy,
żyjemy jakby nie było w nas tej ciemnej bazy, piekielnego swądu
szatana, a grzech drzemie w nas nawet pod przykrywką duchowości
kapłańskiej czy zakonnej. Budowanie duchowości bez rozwiązania tego
problemu (na własnym podwórku) staje się tragikomedią.
Pismo św. przygotowuje człowieka do uznania prawdy o naturze skażonej
grzechem: „Kiedy zaś Pan widział, że wielka jest niegodziwość
ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe, żałował, że
stworzył ludzi na ziemi, i zasmucił się. Wreszcie Pan rzekł: Zgładzę
ludzi, których stworzyłem, z powierzchni ziemi: ludzi,
bydło, zwierzęta pełzające i ptaki powietrzne, bo żal mi, że ich
stworzyłem” (Rdz 6:5-7).
Człowiek przeniknięty katechezą szatana, pragnący być „jako
bóg”, paradoksalnie staje się jego niewolnikiem.
Szatan, wykorzystując ludzki egoizm, trzyma nas na uwięzi, podsycając
go, pcha nas do ciągłej walki o „życie”. Tymczasem
zamiast zyskiwać, coraz dotkliwiej tracimy i to na różnych
płaszczyznach, szamocąc się w konwulsjach grzechu, zmierzając ku
rozpaczy.
Księgi: Jozuego, Sędziów, 1 i 2 Samuela oraz 1 i 2
Królewska, ukazują historię Izraela pod kątem permanentnej
niewierności i wiarołomstwa człowieka wobec Boga. Widać, że żyje on w
niewoli grzechu, nie umiejąc postępować uczciwie. To samo stwierdzają
prorocy: Ozeasz, Izajasz i Jeremiasz. Dopiero w świetle niewoli
babilońskiej Izrael zrozumie tę gorzką prawdę i przyjmie ją ze łzami
(patrz Lamentacje Jeremiasza).
Jest w nas dynamizm ku złu, mocniejszy niż my sami. Jesteśmy istotami
tęskniącymi za dobrem, lecz (o zgrozo!) niezdolnymi własną mocą do
dobra (por. Rz 7:12-25), stąd cały świat musi się uznać winnym wobec
Boga. Z samych uczynków Prawa żaden człowiek nie może
dostąpić usprawiedliwienia w oczach Bożych. Przez Prawo bowiem jest
możliwa tylko większa znajomość grzechu (por. Rz 3:20). Co prawda ---
dowiedzieć się o chorobie, to cenne, jednak niewystarczające, aby
cieszyć się dobrym zdrowiem. Trzeba jeszcze wybrać i zastosować
uzdrawiającą terapię. Prawo
w zamiarach Bożych miało być jedynie termometrem wskazującym gorączkę
chorego na duszy człowieka. Ono mu mówiło: nie
szukaj zbawienia w sobie samym. Teraz ważne jest, byśmy się odnaleźli w
sytuacji ludzkości po upadku. Dopiero to pozwoli na przyjęcie Dobrej
Nowiny, która nas z tej sytuacji wyprowadza i daje nam
nadzieję --- życie.
Nie jest dobrze, gdy przeżywamy chrześcijaństwo tylko jako wielki
perfekcjonizm albo moralizm. Przez moralizm należy rozumieć wzajemne
nawoływanie do działania: starajmy się, róbmy coś, budujmy
mosty pomiędzy sobą. Wówczas Jezus byłby dla nas tylko nowym
prawodawcą. Kimś, kto przyniósł ludzkości etykę na miarę
istoty Boga, którą teraz należy zachować. W ten
sposób (paradoksalnie) zrobilibyśmy z Jezusa nowego
Mojżesza, a przecież już o tym pierwszym Prawie, które
ludzkość znała przed Chrystusem Paweł powiedział, że nikt nie był w
stanie go wypełnić (por. Rz 5:20). Czyżby więc Jezus przyszedł do nas
po to, by prawo stało się jeszcze cięższe? Mówiło się
dawniej „Nie zabijaj”, co znaczyło „nie
wbijaj noża w serce brata”, a teraz kto powie bratu:
„głupcze” winien jest ognia piekielnego. Grzech
cudzołóstwa można popełnić już nie tylko czynem, ale nawet
spojrzeniem (por. Mt 5:21-28). Czyżby więc Jezus przyszedł dołożyć nam
jeszcze paragrafów, ugiąć nas pod ich ciężarem? Bynajmniej!
To my sami (o zgrozo!) coś takiego robimy z chrześcijaństwa.
Tymczasem pierwsi wyznawcy chrześcijaństwa nie przeżywali go w takich
wymiarach. Dla nich Ewangelia była Ewangelią, czyli Dobrą Nowiną, a
Dobra Nowina nie jest moralizowaniem, lecz przepowiadaniem człowiekowi
dobrej wieści, na którą czeka. Ona działa sama z siebie,
zmieniając życie człowieka z podłego na dobre i z dobrego na lepsze,
pełniejsze, bezpieczniejsze. Sytuacja zamkniętego kręgu śmierci została
przezwyciężona, jest z niej wyjście dzięki śmierci i zmartwychwstaniu
Jezusa Chrystusa. On jeden przekroczył ten krąg. Wszedł z miłością w
„śmierć” złych ludzi, przed czym każdy z nas ucieka
nie wierząc, że gdy wejdzie się w ruinę swego szczęścia, swych marzeń,
przyzwyczajeń, mimo wszystko znajdzie się tam Boga. A jedynie
Bóg daje prawdziwe (bo wieczne) szczęście, nie jego doczesne
substytuty: pieniądze, powodzenie, sławę itp.
Dobra Nowina, żeby mogła być przyjęta jako dobra, musi padać na teren
udręki płynącej z doświadczenia zła. Jedynie Jezus wszedł w zło w duchu
pokuty i tam znalazł Życie, co pokazał ludzkości swoim
zmartwychwstaniem. On nam udowodnił, że śmierć, której się
tak boimy, to papierowy tygrys. Pokazał, że również w niej
jest Bóg, a spotkanie z Nim to wejście w nowy wymiar życia.
Widać to w Misterium Paschalnym. Słońcem tego Misterium żył
Kościół pierwszych wieków, a ono dawało życie.
A jak to wygląda dzisiaj? Misterium Paschalne nadal jest słońcem, ale
jakby zaciągniętym chmurami. Światło nadal dochodzi i dzięki temu
Kościół trwa. Ale na to światło został nałożony jakby filtr,
który osłabia jego moc grzewczą, rozjaśniającą, pobudzającą
nas do nowego chrześcijańskiego życia. Czym są te zwały chmur? To
teologiczna interpretacja Odkupienia, która przedstawia
sprawę w następujący sposób:
I tu się kończy Dobra Nowina. Jezus zrobił swoje, niebo jest
otwarte. Każdy może tam wejść, byleby tylko chciał i się postarał. Od
tej chwili nawołuje się ludzi do tego, aby robili wszystko ze swej
strony, by osiągnąć niebo.
W taki sposób ten filtr nałożony na Misterium Paschalne
przesłania pełnię prawdy. Zamiast z pełnią chrześcijaństwa, mamy tu do
czynienia ze swoistym moralizmem chrześcijańskim. W owej interpretacji
jest bowiem tylko część prawdy, podobnie jakby ktoś, patrząc na wodę
morską w butelce, twierdził, że to jest całe morze. Misterium Paschalne
jest czymś o wiele piękniejszym, wspanialszym, szerszym i głębszym.
Czego brakuje w tej teorii? Otóż, zbawienie rozgrywa się w
niej tylko na planie jurydycznym:
Tak interpretowane dzieło Chrystusa nie zmienia naszego
wnętrza, nie uzdalnia nas do nowego życia. Człowiek nadal pozostaje w
zamkniętym kręgu „śmierci” grzechu i do takiego
człowieka woła się „wyjdź!”. Ludzką mocą to
„wyjście z ciemności ku światłu” jest przecież
niemożliwe, tak samo jak niemożliwe jest zbawienie obiektywne. Dopiero
śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, sięga w głąb naszej istoty, naszego
dramatu grzechu. Zmartwychwstały Chrystus wchodzi w sytuację
(wydawałoby się beznadziejną), otwiera zamknięty dotąd krąg
przyczynowo-skutkowy i umożliwia nam wyjście z niego. Jak to się
dzieje? Paradoksalnie tak samo jak zrobił to Łazarz zawołany donośnym
głosem Jezusa: „wyjdź na zewnątrz!” (patrz Jn
11:43). Łazarz szedł chwiejnym krokiem, bo krępowały go
płótna, w które został zawinięty, ale moc
pochodziła od Chrystusa.
Tak więc niebo zostało otwarte, ale i kwestia naszego doń dorastania
nie powinna być automatycznie zamknięta. Warto bowiem uświadomić sobie,
że oto czeka do przejścia określona droga --- droga ciasna i kręta,
kamienista i ciernista, droga rozwoju duchowego, wzrostu wiary, nadziei
i miłości. Od czego trzeba zacząć? Pierwsza sprawa to uwierzyć w
kerygmat, jaki św. Piotr ogłosił w dniu Pięćdziesiątnicy:
„tego Męża, który z woli, postanowienia i
przewidzenia Bożego został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do
krzyża i zabiliście. Lecz Bóg wskrzesił Go...” (Dz
2:23-24). To oznacza, że trzeba dać się osądzić przez krzyż. Krzyż ma
dokonać sądu nad moim życiem, ukazać mi całą prawdę o mnie i udowodnić,
że jestem grzesznikiem, nie kochając jak On.
Ponad
głowami przechodzi nam to,
że „zabijamy” Go dziś każdym naszym grzechem. Fakt,
że Jezus fizycznie został zabity rękami Żydów, był jedynie
typiczną katechezą o rodzaju ludzkim po grzechu. W tym
celu Bóg wybrał sobie naród, nad
którym pracował tysiące lat. Związał się z nim Przymierzem,
dał mu światło Pisma św. Starego Testamentu. Lecz to
wszystko nie wystarczyło. Ten naród (o zgrozo!) wydał Boga
na śmierć. A
dokonała tego żydowska elita intelektualna: kapłani, faryzeusze,
pisarze --- czyli specjaliści od Prawa, liturgii, ksiąg natchnionych.
Paradoksalnie --- ci, którzy się najlepiej na Bogu znali. To
oni najgłośniej krzyczeli:
„winien jest śmierci” i
wymusili na Piłacie ukrzyżowanie (por. Mt 26:66; Mr 14:64). Jeśli oni
tak postąpili, to co powiedzieć o reszcie ludzkości, o mnie i o tobie?
Bóg
po to zesłał swego Syna, żeby na przykładzie Izraela
pokazać, do jakiego stopnia ludzkość oddaliła się od Boga, żyjąc w
ignorancji i zakłamaniu. Kiedy więc Bóg Stwórca
wszedł między ludzi, oni z „szacunku dla Boga”
odrzucili Go i ukrzyżowali.
Zatem Krzyż Jezusa jest sądem nad naszą
mądrością, inteligencją oraz znajomością prawd Bożych. Chcesz wiedzieć, jakie
spustoszenie grzech wywołuje w twoim sercu, jak cię deformuje, zatruwa
pychą i egoizmem, spójrz na Krzyż. Bardzo ważne
jest to, żeby się dać osądzić przez ten znak zbawienia. W
nas nie ma takiej miłości.
Bazujemy jedynie na tym, aby sumienie nic grzesznego nam nie wyrzucało.
Jak dziś dążymy do osiągnięcia spokoju sumienia? Pierwsi chrześcijanie
czynili to zgoła inaczej. To miłosierdzie Chrystusa Zmartwychwstałego
uzdalniało ich do miłości z krzyża. Szatan nam, grzesznikom, ukazuje
tylko dwa wyjścia: albo faryzeizm, albo rozpacz... Nakłania nas do
cynizmu. Chrześcijanin zaś zdaje sobie sprawę z grzechu, nie retuszuje
swojej sytuacji wewnętrznej, wiedząc, że Bóg kocha go
takiego, jakim jest i ma moc go uzdrowić. To doświadczenie miłości, a nie
liberalizm wobec zła, dźwiga i leczy człowieka. Misterium
Paschalne Jezusa mówi nam, że był On jedynym,
który wszedł z miłością w śmierć i w ten sposób
dokonał sądu nad ludzkością. W
świetle Krzyża wszyscy jesteśmy równi. Nie ma lepszych i
gorszych. Wszyscy przez grzech skazaliśmy się na
potępienie. Nasze straszliwe grzechy poraniły Jego Człowieczeństwo, co
tak dobrze widać na Całunie Turyńskim. To (mój!) grzech
zmiażdżył ciało Syna Bożego, niewinnego, jedynego Sprawiedliwego,
który przeszedł przez świat, dobrze czyniąc (por. Dz 10:38).
Jeśli jednak Bóg wskrzesił Go do nowego życia, to tym faktem
daje nam do zrozumienia, że nasze grzechy są odpuszczone. Sąd
potępienia zmienił się w amnestię.
Apostołowie w zmartwychwstaniu Jezusa obwieszczają odpuszczenie naszych
grzechów. Jeżeli
do grzechów pcha nas dynamizm grzechu pierworodnego, to w
tajemnicy Zmartwychwstania Chrystusa Bóg proponuje nam nową
zasadę życia. Przebywanie apostołów z Jezusem
zmartwychwstałym nic w nich jeszcze nie zmienia. Boją się Jezusa,
niewiele rozumieją. Dopiero w dzień Zielonych Świąt, gdy
Zmartwychwstały posyła do ich serc Ducha Świętego, dokonuje się nowe
wydarzenie, które zmienia ich życie. Spełnia się obietnica:
„Ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce
kamienne, a dam wam serce z ciała” (Ez 36:26). Duch Święty
wypisuje Prawo Boże na ich sercach. Sprawia, że jest ono możliwe do
zachowania. Zaczynają mieć udział w naturze Bożej. Zepsuty w raju
odbiornik znów zaczyna działać, odbiera fale Miłości Bożej.
Duch (a nie my sami!) przez posługę apostołów (Kościoła)
świadczy w nas, że jesteśmy dziećmi Boga i wołamy „Abba,
Ojcze” (Gal 4:5). Duch Święty (a nie my sami!) daje nam nowe
doświadczenie Boga. Zbawienie wrasta w tkankę naszego serca i tam
dokonuje nowych narodzin, nowego stworzenia, odrodzenia. Przywraca
człowiekowi Boży wymiar utracony przez grzech. To oznacza odpuszczenie
grzechów. Jeżeli Jezus udziela komuś tego daru --- a cały
Kościół powołany jest do tego, by w tym darze uczestniczyć
--- staje się Ciałem Mistycznym Chrystusa, miejscem na ziemi, gdzie
żyje zmartwychwstały Pan. Ze zmartwychwstania Chrystusa wypływa miłość,
która burzy wszelkie bariery między ludźmi: z racji wieku,
doświadczenia, wykształcenia, pozycji materialnej. Rodzi się
wspólnota --- Kościół. Jezus
objawia się nie tyle w
jednostkach, co w społeczności braci i sióstr, w ich
wzajemnej miłości. W ich miłości i świadomości
„umiera” lęk przed „śmiercią”.
Paradoks?! „Doskonała miłość usuwa lęk” (1J 4:18).
Zmartwychwstały i Eucharystyczny Chrystus jest z nami i dla nas. Daje
nam moc przezwyciężania lęku przed śmiercią, znoszenia ciężkich
sytuacji, pełnych „śmierci”, po ludzku bez wyjścia.
Ziarno chrztu nie może leżeć w nas nierozwinięte. Jeżeli człowiek o tym
zapomni, mogą dziać się dziwne rzeczy. Gdy zabierze się gwałtownie do
pracy nad sobą, może zacząć żyć fałszem i wyuczyć się jedynie bycia
„na poziomie”. Chcąc wyjść z wewnętrznej
„śmierci” o własnych siłach można zwichnąć się
psychicznie, wchodząc w jedno wielkie zakłamanie, pozę, koszmar, co nie
jest wykluczone nawet w zakonie.
Żeby Dobra Nowina spełniła się w naszym życiu, droga wyjścia musi
prowadzić nie poprzez nasze wysiłki, lecz przede wszystkim przez wiarę
w Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego. Przez uczynki Prawa nie będzie
zbawiony żaden człowiek. Tę właśnie sytuację ukazuje 1 i 2 rozdział
Listu do Rzymian: tylko wiara usprawiedliwia. „Czy więc przez
wiarę obalamy Prawo? Żadną miarą! Tylko Prawo właściwie
ustawiamy.” (Rz 3:31). Żywa wiara uczyni je nam możliwym do
udźwignięcia. Wierzyć --- to wiedzieć, że krzyż mnie sądzi, że jestem
grzesznikiem, skoro nie kocham tak jak Chrystus w Krzyżu. Ale także
zaufać Jezusowi Zmartwychwstałemu, że On ma moc wejść w moje życie, że
nie jest On dla mnie tylko niedościgłym wzorcem, lecz Zbawicielem. Nie
postępuje wobec mnie jak lekarz, który tylko stawia
diagnozę, a nie leczy. On ma władzę nad moim sercem, nad głębokimi
problemami, które mnie męczą i frustrują. On może mnie w
nich dotknąć i dać mi odczuć, że mnie kocha w tych pokładach, złogach
mojego „ja”, których sam nie chcę
jeszcze zaakceptować, bo są zbyt straszne, zbyt bolesne. Wtedy dopiero
wiara zaczyna być żywa, wzrasta w prawdzie o mnie samym, rozkwita,
staje się zdolna okazywać swą moc w moich uczynkach miłosierdzia.
Św. Paweł w 1 Liście do Koryntian referuje, że zbawienie ludzkości w
Krzyżu Chrystusa i poprzez krzyż jego wyznawców, było dla
Żydów zgorszeniem graniczącym z bluźnierstwem, a dla mądrych
Greków --- wyjątkową głupotą. A czym jest dla mnie, żyjącego
tu i teraz, ponad 2 tys. lat po Chrystusie?
Jestem chrześcijaninem i dla mnie każdy „krzyż
życiowy”, choć bolesny, jest, niewątpliwie, przeniknięty
chwałą, a więc jest krzyżem chwalebnym, nie zaś narzędziem zniszczenia,
które miażdży i przed którym należy uciekać. Dla
chrześcijanina krzyż w życiu jest (a jeśli jeszcze nie jest, to
powinien stać się) faktem i to nie tylko akceptowalnym, ale
również (a może raczej przede wszystkim) przyjętym z
miłością. Nie ma w nim bezsensownego balastu, który druzgoce
psychikę człowieka. W krzyżu swego życia chrześcijanin, jak w tyglu
miłości, doświadcza obecności chwały Chrystusa, doświadcza mocy Jego
zmartwychwstania. Czuje, że On go prowadzi, sprawiając, że
„płomienie” życia go nie palą. Chrześcijanie bowiem
są jak owi młodzieńcy w piecu ognistym z Księgi Daniela. To metafora
współczesnego Kościoła. Jest „ogień”,
który pali wszystkich ludzi na tym świecie, tj.: rozmaite
nieszczęścia, wypadki, choroby, ból zadany rodzicom przez
dzieci, pokrzyżowane plany itd. Chrześcijanie nie są od tego wolni. Los
ich nie oszczędza, lecz oni inaczej to przyjmują. „I chodzili
wśród płomieni, wysławiając Boga i błogosławiąc
Pana” (Dn 3:24). Choć było ich tylko trzech, nękanych przez
nieprzyjazne otoczenie, wytrwali, przyjmując z godnością wyrok
skazujący na spalenie żywcem. Dzięki niezłomnej wierze nie spłonęli, bo
nie pozostali sami, pojawił się ktoś czwarty. Tym kimś (dla nas) jest
Jezus Zmartwychwstały, który wspólnie dźwiga nasz
krzyż, czyniąc go chwalebnym i zbawczym. Zmartwychwstały Chrystus
sprawia, że płomienie, wśród których chodzimy,
nie niszczą nas. I to jest świadectwo, które chrześcijanin
winien dawać światu. Nie wystarczy wmawianie sobie, że kocham Jezusa,
że On we mnie żyje. Jeśli nie żyję Bogiem naprawdę, to prędzej czy
później nastanie czas próby, męki, krzyża,
który mnie „spali”. Paradoksalnie krzyż
jest próbą ogniową wskazującą czy jest w nas życie Boże, czy
go nie ma.

W 1 Liście św. Jana czytamy: „Nowina, którą
usłyszeliśmy od Niego i którą wam głosimy, jest taka:
Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej
ciemności” (1J 1:5). Światło Boga zawiera w sobie Jego
nieskończoną doskonałość wyrażającą się w transcendentnej relacji do
wszystkiego, co z Woli Trójjedynej Miłości nas otacza, a co
powstało z niczego. Duch i materia. Wszystkość i nicość. Jakże ułomnym
jest język człowieka, którym przypadło nam opisywać blask,
jasność, piękno, ogień, majestat, sławę i... chwałę Boga, czyli Lux
Dei. Co zatem to znaczy, że Bóg jest światłością? To
wyrażenie stanowi klucz do pism janowych. To oznacza, że Bóg jest miłością do
grzesznika, że go kocha. Takie określenie stanowi treść
wręcz rewolucyjną. Kto z nas kocha grzesznika? Tego, który
nas obraża, depcze, nic sobą nie reprezentuje. Takich się przecież nie
kocha. A czy tak powinno być? Sami tego doświadczamy, że lubią nas
wtedy, gdy przedstawiamy sobą jakąś wartość: dajemy ciepło, poczucie
bezpieczeństwa, możemy w czymś pomóc. Podobnych wartości
również i my oczekujemy od innych. Ale z chwilą, gdy
przestajemy być użyteczni (w sensie dosłownym): jako pomoc w pracy,
jako atrakcyjny partner w przyjaźni itp., wówczas tracimy w
oczach otoczenia, przyjaciele nas opuszczają, nikt nas nie akceptuje,
wszyscy przestają nas kochać. Wszyscy? I tu warto uświadomić sobie
jeden z największych Boskich paradoksów --- paradoks
Miłości. Wszak Bóg, będący światłością, akceptuje nas tam,
gdzie nikt nas nie lubi. Tam, gdzie sami do siebie mamy pretensje.
Właśnie tam sięga miłość Boga.
Ludzie chcą być kochani. Starają się więc, by to osiągnąć. Tylko, że te
starania często są źle ukierunkowane. Zamiast ćwiczenia się w dobru,
wiele energii zużywamy na kamuflowanie zła. Dlatego wysilamy się na
piękne fasady, retuszujemy swój obraz, starając się (niczym
olbrzymim kamieniem) zasłonić przed innymi sytuację naszego wnętrza,
podobną do leżącego w grobie i cuchnącego ciała Łazarza. Bo
któż nas może autentycznie pokochać w naszej prawdzie,
gorzkiej prawdzie, wstydliwej prawdzie? Za tę grę pozorów
płacimy olbrzymią cenę. Ileż to czasem wymaga wysiłku, aby utrzymać się
na powierzchni, na wysokości zadania, dorównując określonym
wymaganiom, modom, trendom, żyjąc w ustawicznym zakłamaniu. Czasem
jednak psychika nie wytrzymuje takiego obciążenia i wówczas
następuje krach: rozpacz, załamanie, depresja, próba
samobójcza. Na szczęście miłość do grzesznika objawia się w
krzyżu Jezusa Chrystusa i tam jaśnieje pełnym blaskiem. W krzyżu
spotyka się największa ludzka podłość z największą Boską miłością. Stąd
przychodzi przebaczenie. Zło wszystkich ludzi przybiło Jezusa do
Krzyża-szubienicy. Jego odpowiedzią na to było przebaczenie i
zrozumienie. Jako Zmartwychwstały ma dla nas ofertę nowego życia.
Dzięki zmartwychwstaniu krzyż stał się Światłem. Światłością naszego
życia. Ale dla kogo z nas Ukrzyżowany jest źródłem Światła?
Ludzie twierdzą, że dla nich światłem jest kultura, dobre wychowanie,
wykształcenie itp. Zgodnie z tym ustanawiają prawa, a kto się im nie
podporządkowuje, musi iść precz, bo dezorganizuje życie społeczne.
Paradoksalnie dla grzeszników nie ma miejsca na tej
grzesznej ziemi! Skruszony grzesznik jest bowiem deptany przez
grzeszników zatwardziałych. Takie postawy również
w nas mogą być mniej lub bardziej utajone. Tak łatwo przekreślamy ludzi
trudnych, spychamy ich na margines. W tym kontekście nie trudno się
domyśleć, jaki los czekałby wszystkie
„jawnogrzesznice” pochwycone na gorącym uczynku
przez (pożal się Boże) prawych obywateli świata, gdyby nie bezwarunkowa
Miłość Jezusa (por. Jn 8:4-11).
Jedyne światło, jakie nam Bóg zapalił, to Jezus Chrystus na
Krzyżu, przebaczający grzesznikom i kochający wszystkich.
„Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych
siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1J 1:8). Jeśli
uważam, że nie mam grzechu, to nigdy nie doświadczę Jego miłości, a
Jego światłość nie wejdzie w moje życie. Żeby to światło weszło i
trwało we mnie, muszę odważnie widzieć swój grzech,
konfrontować siebie z Ewangelią, wierząc, że Bóg wciąż mnie
kocha. Wówczas to światło uzdolni mnie do miłości w takim
samym wymiarze. Inaczej będę wobec innych małym tyranem. Wszystkich
ustawię pod jeden sznurek i będę wytykać im ich wady. A jeśli otrzymam
władzę, będę bezwzględnym despotą.
W czasie procesu Jezus stanął przed Piłatem, który chciał Go
uwolnić, chcąc tym posunięciem, prawdopodobnie, upokorzyć
Żydów i zrobić im na przekór. Piłat lubił swoją
pozycję i dbał o nią. Tym razem jego chytrość okazała się jednak zbyt
krucha w zderzeniu z nienawiścią i misternie uknutą intrygą faryzejską.
Zaimprowizował konfrontację Jezusa z Barabaszem. Dla Piłata Barabasz
był pospolitym złoczyńcą, ale nie dla Żydów. Dla nich był
bohaterem walczącym o słuszne prawa narodu do niepodległości. W tej
sytuacji Barabasz reprezentuje sprawiedliwość świata, w imię
której słusznych praw należy dochodzić siłą, bo dobrocią i
perswazją nic się nie wskóra. Czego nie wyrwiesz siłą, tego
nie będziesz miał. To jest ta szeroka droga, którą wszyscy
idą. Jednak poczucie sprawiedliwości jest słuszne i należy oburzać się
na bezprawie.
Podobnie reaguje Dawid na przypowieść Natana, lecz nie dostrzega, że on
sam jest jej bohaterem (patrz 2 Sm 12:1-6). Diabeł doskonale gra na
urażonym w człowieku poczuciu sprawiedliwości, co niejednokrotnie
prowadzi do wykolejenia nie tylko konkretnych jednostek, ale i całych
grup. Iluż to narkomanów, alkoholików,
pokrzywdzonych w dzieciństwie stoczyło się na margines właśnie z tego
powodu. Kiedyś na doznawaną niesprawiedliwość zaczęli odpowiadać tym
samym, aż wpadli w spiralę odwetu i bezradności, staczając się na samo
dno. Gdy panuje w nas sytuacja zamkniętego, diabelskiego kręgu, to
szatan, bazując na naszym poczuciu krzywdy, wygrywa masę potyczek z
nami, pchając nas do strasznych rzeczy. Demon podpowiada nam:
„Wszyscy są świniami wobec ciebie, pluń im w twarz, masz do
tego prawo”. A jego cyniczny podszept znajduje u nas posłuch.
Chore poczucie sprawiedliwości może prowadzić do wypaczeń, chęci
zemsty. Tą drogą idzie cały świat. Tę drogę reprezentuje Barabasz. Na
tej drodze ludzie starają się dochodzić respektowania swoich praw
przemocą i gwałtem. A obok idzie Jezus i napomina z miłością, byśmy nie
sprzeciwiali się złu, mając za oręż zło, nie bronili się przed krzywdą,
wyrządzając krzywdę, umieli stracić swoje życie, pozwalając się
ukrzyżować, gdy spadnie na nas niesprawiedliwość.
Św. Piotr w swoim liście poleca pisząc: „Niewolnicy! Z całą
bojaźnią bądźcie poddanymi panom nie tylko dobrym i łagodnym, ale
również surowym. To się bowiem podoba Bogu, jeżeli ktoś ze
względu na sumienie uległe Bogu znosi smutki i cierpi
niesprawiedliwie” (1P 2:18–19). A św. Paweł
mówiąc o procesach wśród chrześcijan napomina
Koryntian: „Już samo to jest godne potępienia, że w
ogóle zdarzają się wśród was sądowe sprawy.
Czemuż nie znosicie raczej niesprawiedliwości? Czemuż nie ponosicie
raczej szkody?” (1Kor 6:7). Żeby nosić znamiona takiej
miłości, trzeba być dojrzałym chrześcijaninem. Jeśli takiej postawy
brak, jest to jeszcze niemowlęctwo w Chrystusie (por. 1Kor 3:1).
Kościół pierwotny na serio traktował Kazanie na
Górze (patrz Mt 5:1-48). Praktykował je w życiu i zapewniał,
że tymi wartościami da się żyć i żyje się szczęśliwie. W apokryficznej
ewangelii pierwszych wieków można przeczytać: „W
dniu, w którym poczujesz w swoim sercu miłość do
nieprzyjaciela --- zabij cielca, sproś przyjaciół i ciesz
się i raduj, boś jest w Królestwie Bożym”. To są
cechy paradoksalnej duchowości chrześcijańskiej. Paradoksalnej, bo
generującej w nas (nie wiedzieć dlaczego?) tajemniczy, wewnętrzny
skurcz przed jej organicznym przyswojeniem, wcieleniem we własne życie,
wpisanie do własnego systemu wartości.
Misja Kościoła współczesnego polega na tym, by powtarzała
się w nim historia Jezusa, by On w nas mógł się narodzić, w
nas umierać za świat i w nas powstawać z martwych. Oto przekaz
Chrystusa! Sprawiedliwość
bez miłosierdzia prowadzi do okrucieństwa. Dlatego,
kochając potrafi cierpieć i, cierpiąc potrafi kochać. Miarą Jego miłości jest Miłość
bez miary. Dlatego w jej imię nie sprzeciwia się złu.
Wisząc na krzyżu wypełnia to, czego nauczał. Wisi. To jest
sprawiedliwość krzyża w odróżnieniu od sprawiedliwości
świata. Paradoks?! Gdyby Chrystus był tylko człowiekiem, nazwano by Go
największym „frajerem”. W Ogrójcu Jezus
dał do zrozumienia, że ma moc przeciwstawienia się napaści, lecz z niej
nie skorzystał i kazał Piotrowi schować miecz do pochwy, bo kto mieczem
wojuje, ten od miecza ginie (por. Mt 26:52). Tak mówi i tak
postępuje Syn Boży jako Człowiek? To jest par excellence pełnia
Objawienia Boga Jahwe. Kto idzie inną „drogą”,
odrzuca najgłębszą istotę Boga. On jest Drogą, Prawdą i Życiem (por. Jn
14:6). Tymczasem w momencie śmierci Jezusa pod Jego Krzyżem spotkały
się dwie najbardziej wykwintne warstwy społeczne: faryzeusze
(przedstawiciele najwartościowszej religii, Ludu Wybranego przez Boga)
oraz Piłat --- reprezentujący całą kulturę grecką i rzymską. Razem,
zgodnie (choć kierowani różnymi motywami) postanowili
wyeliminować z historii ludzkiej miłość zbawczą Syna Bożego. Tego
jednak Jezusa wskrzesił Bóg (por. Dz 2:32). W
zmartwychwstaniu Bóg tę Miłość przypieczętował jako normę
życia dla wierzących, która nie broni siebie nawet w imię
swych słusznych praw, lecz daje się ukrzyżować. Tej Miłości
Bóg oddał władzę nad niebem i ziemią.
A co ja robię, gdy ktoś mnie depcze? Odpowiadając złem na zło, wybieram
Barabasza. Staję się zaś chrześcijaninem, gdy wybieram tę formę
miłości, jaką pokazał Jezus. Chrześcijaństwo bowiem to Miłość
nieprzyjaciół! Czy bronię swej godności za wszelką cenę? Czy
kocham, gdy mnie krzywdzą, choć to takie trudne? Jeśli ktoś atakuje
moje słuszne prawa, uderza mnie w policzek, czy umiem nadstawić mu
drugi? Ktoś się procesuje z mną, czy umiem oddać mu więcej niż żąda?
Gdy ktoś wypruwa ze mnie całą energię, czy umiem dać mu więcej?...
Jeśli czynię inaczej, postępuję jak wszyscy w świecie. Nie zasługuję na
miano chrześcijanina.
Mało jest w świecie takich, co walczą o niesłuszne prawa. Przeciwnie,
wszyscy dobijają się słusznych praw, a dziś doszliśmy do tego, że grozi
nam zagłada. Daj się ukrzyżować, wtedy odbudujesz świat. Paradoks?! Ale
tym właśnie jest Krzyż. Jezus pokazał nam taką
„drogę”, która dzięki prawdzie
niezawodnie prowadzi do Życia.
W Ewangelii św. Jana znajduje się scena umycia nóg
apostołom. Działo się to w czasie uczty Paschalnej. Prawdopodobnie
uczniowie oglądali się, kto z nich ma tę czynność wykonać. Zwykle
należało to do niewolnika albo dziecka, kogoś najniższego rangą w
rodzinie. I podniósł się Jezus, umył nogi uczniom, nie
pomijając Judasza, o którym wiedział, że wkrótce
Go zdradzi. Kto poza Jezusem tak kocha? To jest miłość krzyża, to jest
sprawiedliwość krzyża! Piotr broni się przed tą lekcją pokory, lekcją
Bożej miłości. Jezus odpowiada: „Jeśli cię nie umyję, nie
będziesz miał udziału ze Mną” (Jn 13:8). W tym akcie widać
miłość, której nie ma w świecie. Nikt nie chce być ostatni,
wszyscy chcą być pierwszymi. Dlatego Jezus --- pierwszy rangą --- stał
się ostatni, by ukazać tę nową, paradoksalną dla nas miłość. Jeśli nie
chcę przyjąć od Jezusa umycia nóg, nie ma dla mnie miejsca w
chrześcijaństwie. Nie gdzieś indziej, tylko tu bije serce
chrześcijaństwa. My zaś zastanawiamy się, co ma chrześcijaństwo innego
niż inne religie i kultury. Chrześcijaństwo jest pełne Boskich
paradoksów, bo ma w sobie miłość w wymiarze krzyża; miłość,
jaką pokazał Jezus, myjąc uczniom nogi; miłość, która
wyprowadziła Łazarza z grobu, miłość, która objawiła się na
krzyżu w przebaczeniu oprawcom.
Kogo wybieram: Jezusa czy Barabasza? Boga z Jego paradoksalnie cichą
Miłością czy szatana z jego krzykliwą cywilizacją śmierci i wiekuistego
mroku? Moja decyzja jest ostateczna i oparta na świadomości
ukształtowanej Łaską płynącą z góry. Obym tylko, wierząc w
Boga, umiał zawsze wierzyć Bogu. Obym własnej woli umiał szukać zawsze
w woli Bożej. Obym swej wolności nigdy nie utożsamiał z samowolą.
A Jezus, na kartach Ewangelii, stawia jednoznaczne wymagania:
Kto tych warunków nie spełnia, nie
może być uczniem
Jezusa. To są pewne wyróżniki wyodrębniające
uczniów Pana z ogółu rodziny ludzkiej. W ich
właściwej interpretacji tkwi specyfika piękna miłości chrześcijańskiej.
Ad 1. Co
oznacza: wziąć krzyż swój na każdy dzień? Tu nie chodzi o
umartwienia. Oznacza to wziąć na swoje ramiona krzyż historii swego
życia, takiej egzystencji, jaką ona jest, tu i teraz. Zaakceptować swą
przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Wiele cierpień, tragedii
naszego życia płynie stąd, że nie żyjemy faktami, lecz iluzjami i
życzeniami, a nasza postawa jest z dnia na dzień coraz bardziej
roszczeniowa.
Ad 2. Cała
duchowość chrześcijańska jest wolą Bożą objawiającą się w słowie Bożym
i w faktach mego życia. Jedno umożliwia zrozumienie drugiego. Zatem
jeżeli coś planujemy --- a trzeba w życiu to robić --- nie powinniśmy
swoich planów absolutyzować, upatrywać szczęścia w ich
realizacji, czepiać się ich bałwochwalczo, nawet gdyby to były
wspaniałe plany, np. podróżnicze. Jeżeli ich fiasko czyni
nas rozczarowanymi, zgorzkniałymi, a nawet cynicznymi, to dowodzi, że
nie bierzemy poważnie swego krzyża na każdy dzień. Diabeł zaś zamyka
nas w samych sobie lub zaczynamy iść z nim na kompromis. Chrześcijanin
żyje tym, co przyniosą fakty, nawet jeżeli go przekreślają.
Bóg daje człowiekowi życie o wiele wspanialsze niż on sam
potrafiłby to zaplanować. Bogu zależy na tym, by nasze życie było
najwartościowsze, a my z niego zadowoleni.
Ad 3. Gdy
człowiek nie czerpie z Boga swego życia, zamyka się w kręgu egoizmu,
szuka sobie za wszelką cenę źródła życia poza Bogiem, np.
rodzi się w nim „apetyt” na drugiego człowieka:
musi go mieć, inaczej ginie. Tymczasem Bóg tak nas stworzył,
że tą jedyną osobą potrzebną nam do szczęścia jest On sam. Wszystkie
zaś inne wartości są tylko dodatkami i będą nam smakować dopiero w Nim,
w Bogu. Gdy Bóg nie zajmuje w nas pierwszego miejsca,
upatrujemy swe szczęście w afektach (dziewczyna, chłopak). Ona pragnie
w nim znaleźć dla siebie to szczęście, które on może jej dać
i nawzajem. Rodzice planują przyszłość dzieci zgodnie z własnymi
ambicjami. Człowiek próbuje zdominować człowieka, kreując
jego życiowy wizerunek według własnego, często namalowanego toksycznymi
farbami. Chce zagarnąć kogoś wyłącznie dla siebie.
To są chore relacje, niedające wolności, a jedynie zniewolenie innych i
siebie. Jezus to właśnie ma na myśli, gdy mówi:
„Jeśli kto... nie ma w nienawiści swego ojca, matki, żony,
siostry, brata...”. W tym zawierają się wszelkie chore
relacje afektywne. Kto jest ślepy na ich funkcjonowanie, nie może być
światłem dla bliźnich. Jak wskaże, gdzie znajduje się prawdziwe
szczęście, gdy sam je czerpie z małych zatrutych źródełek,
które go nie dają. Od tej (pożal się Boże) miłości
wszystkich do wszystkich co szósty człowiek na świecie jest
chory psychicznie.
Jezus ukazał wolę Bożą kosztem zadania ogromnego bólu swoim
rodzicom, gdy mając 12 lat pozostał w świątyni. Tego wymagał Ojciec
Niebieski. Podobnie uczyniły m.in. święte męczennice: Perpetua i
Felicyta.
Skąd się biorą w chrześcijanach takie postawy? Klasyczna odpowiedź
brzmi: Trzeba je sobie wypracować. Otóż nie! Od momentu
chrztu winno się w nas zacząć nowe życie, nacechowane nową miłością ---
paradoksalnie, według słów Jezusa
„nienawiścią”. To jest treść życia wiecznego,
zaczyna się ono już tu i nie kończy się wraz ze śmiercią, lecz idzie
dalej. Od chwili, gdy Bóg woła człowieka do chrztu,
obowiązuje go ten właśnie styl życia, owe wyróżniki,
których nie mają inne religie. Ten rys chrześcijański nie
bierze się z pracy nad sobą. „Dążność ciała wroga jest Bogu,
nie podporządkowuje się Prawu Bożemu, ani nie jest nawet do tego
zdolna” (Rz 8:7). Taka postawa jest owocem wypływającym z
pewnego faktu, zachodzącego w głębi naszego jestestwa. Co to jest?
„Jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść
do Królestwa Bożego... trzeba wam się powtórnie
narodzić” (J 3:5-7). Ta miłość pochodzi od Boga. Żeby tak
kochać, trzeba się powtórnie narodzić i to z Ducha Świętego.
Św. Piotr utożsamia fakt „narodzenia” z chrztem
(por. Dz 2:32). Co mamy czynić? Św. Paweł mówi o tym fakcie
wielokrotnie, nadając mu różne nazwy. To jest bazą w nas, z
której --- jak z nasienia --- wyrasta drzewo, wydając tego
rodzaju owoce:
To daje możność wyzucia się z człowieka według ciała i życia
nowym Życiem. Wszystkie te określenia wskazują na bardzo ważny fakt,
wprost rewolucyjne wydarzenie: wskrzeszenie trupa do życia --- z
nieistnienia do nowego bytu. Nie było mnie, a teraz jestem urodzony z
Boga. Nie jest to coś wmówionego sobie, lecz wydarzenie
obiektywne, którego się doświadcza. Jeżeli jest prawdą
natura tego doniosłego wydarzenia --- owo
współzmartwychwstanie, narodzenie, obrzezanie, stworzenie
--- to kto może dać życie samemu sobie, samego siebie stworzyć? Tylko
Bóg, to jest Jego dzieło we mnie. Chrześcijanin to dzieło
Boże, ktoś, kogo Duch Święty wyrzeźbił swym działaniem, nie zaś on sam
siebie wykuł z granitu.
A co z chrztem dzieci? One we chrzcie otrzymują tę rzeczywistość w
zalążku, w potencji. Tak samo jak w żołędziu jest cały dąb. Wielu
dorosłych chrześcijan ma w sobie chrzest jako nierozwinięte ziarno,
które czeka... To są niemowlęta w Chrystusie. Oni nie są
wprowadzeni w istotę i dynamikę chrześcijaństwa. Dlatego mają w wielu
wypadkach postawy jeszcze pogańskie. Nie żyją swoją historią, lecz
męczą się własnymi projektami i afektami.
A tymczasem punktem docelowym jest: sprawiedliwość krzyża, miłość i nie
sprzeciwianie się złu. Jeśli Jezus mówi:
„Nawracajcie się”, to ma na myśli
nawrócenie się do miłości z krzyża. Ona bowiem jest istotą
Ojca. Ona stanowi treść obietnicy, że kiedyś będziemy mogli tak żyć, tę
miłość rozdawać, z niej czerpać szczęście. To otwiera nowe horyzonty.
Daje udział w życiu Bożym. Wprowadza do królestwa Bożego. Ta
miłość stwarza świat --- kiedyś w Jezusie Chrystusie, a teraz w nas.
Zasada nie opierania się złu nie dotyczy pokus, ani tego, by żyć
nieprawdą i utrzymywać w niej innych. Jezus nie mówi do
krzyżujących Go: macie rację, jestem zbrodniarzem. Wręcz przeciwnie!
Jasno wyartykułował prawdę. Również faryzeuszy Jezus nazwał
„grobami pobielanymi”. My także mamy podobnie
postępować. W przeciwnym razie bylibyśmy fałszywymi prorokami,
którzy kadzą ludziom dla świętego spokoju. Tym samym
utrwalalibyśmy fałsz. Istnieje przecież obowiązek upominania.
Kościół obowiązuje też funkcja prorocza --- wykazywania
fałszu, odsłaniania prawdy, pełni prawdy. Lepsza jest gorzka prawda niż
zawoalowane kłamstwo przemycane pod postacią półprawd. Tego
aspektu nie znosi zasada nie sprzeciwiania się złu. Zło zawsze trzeba
nazywać złem. Tylko prawda nas wyzwala (por. Jn 8:31-32). Jednakże
zasada nie opierania się złu musi być realizowana z miłością i być na
służbie miłości --- wtedy ma sens. Miłość dyktuje jej użycie. Kochająca
matka może bez obaw ukarać swoje niegrzeczne dziecko. W przeciwnym
razie swoim pobłażaniem utrwala w dziecku niewłaściwe zachowania, a jej
miłość matczyna nosi wówczas znamiona miłości
„małpiej”.
Jezus w imię tej zasady wziął do ręki bicz, dla dobra kupczących w
świątyni (patrz Jn 2:14-21). Spotykają się tu: nienawiść i egoizm ludzi
z miłością Jezusa. Nienawiść do Niego wzrosła, lecz On nie odpowiedział
złem na zło. Ten, kto krzywdzi drugiego człowieka, przychodzi z siłą, z
przemocą i nienawiścią. Kiedy spada na ciebie złość, nie odpowiadaj tą
samą monetą, nie zwyciężaj zła złem, lecz dobrem. Daj się raczej
ukrzyżować, a odniesiesz --- jak Chrystus --- zwycięstwo.
Nie opieranie się złu wypełnione z miłością, prowadzi do miłości i
wtedy ta zasada ratuje świat, bo przerywa łańcuch zła. Przemoc, na
którą odpowiada się przemocą, rodzi następną zwielokrotnioną
przemoc. W ten sposób nakręcamy spiralę zła. Tak jest w
świecie. W ten sposób historia zła rośnie niszcząc
społeczeństwa i rodziny. To nie są puste słowa, lecz fakty.
Jezus zmartwychwstał, bo w miłości ukrzyżowanej znalazł nowe życie i tą
miłością buduje teraz Kościół, dając mu nowe istnienie.
Kazanie na Górze nie jest prawem. To my jesteśmy skłonni
wszędzie widzieć prawo, dlatego i tę zasadę również tak
przyjmujemy. Tymczasem Miłość, o jakiej czytamy w Kazaniu na
Górze jest nie tyle Prawem, co darem --- życiem Jezusa w
nas. Styl chrześcijańskiego życia wypływa z faktu, że Bóg
jeszcze raz mnie stworzył, zrodził z Siebie, ze śmierci przeprowadził
do życia. Życie Boga we mnie polega w swej istocie na Tajemnicy. Już
nie ja żyję sam w sobie, lecz żyje we mnie Chrystus. (Por. Ga 2:20).
Wejść z powrotem w reżim Prawa, traktować chrześcijaństwo jako Prawo,
to jest wielka pokusa współczesnego Kościoła. Tymczasem
chrześcijaństwo jest czymś więcej, jest kształtowaniem w nas Chrystusa,
gdy On zaczyna w nas żyć z tą miłością. Jeżeli we mnie będzie żył
Jezus, to będę wiedział jak postępować w życiu od sytuacji do sytuacji.
Da mi On nowy instynkt, nowego Ducha, i będę wiedział czy w konkretnym
przypadku miłość ma się objawić surowością czy łagodnością.
My jednak zbyt łatwo ulegamy złudzeniu dokonania się naszego własnego
nawrócenia. Trzeba być dużo bardziej nieufnym wobec siebie i
nieprędko uważać siebie za nawróconego. Kazanie na
Górze stanowi fotografię nowego człowieka, etykę,
którą chrześcijanin spontanicznie rozumie i zachowuje.
Dziś w świecie żyje wielu chrześcijan, którzy nie przeżyli
jeszcze faktu nowych narodzin. Wszystko czeka na swoje
urzeczywistnienie i być może jest to sytuacja niejednego z nas. Aby to
jednak mogło nastąpić trzeba nam stawać się ludźmi sumienia, czyli
takimi, którzy liczą się ze swoim sumieniem, w jego zaciszu
wsłuchują się w głos Boga, wsłuchują się, nie tyle by
„słuchać”, ale by „usłyszeć”. Jeśli
masz wszystko, a nie masz
Boga --- jesteś żałosnym nędzarzem. Jeśliś jest biedny, bo nie masz nic
lub niewiele, ale masz Boga --- jesteś bogaczem.
Realizacja drogi, która się w nas dokonuje, to nie nasz trud
i wysiłek, lecz moc Boga, której świadomie, z własnego
wyboru pozwalamy działać.
![]() |
Bibliografia | ![]() |
|
Refleksja o wychowaniu...:
Refleksja o cierpieniu...:
Refleksja o pokucie...:
Refleksja o powołaniu...:
Refleksja o pokorze:
|
|
![]() |
Źródła internetowe | ![]() |
![]() |
Prawa
autorskie ![]() |
![]() |
| Drukuj bieżącą stronę... |
| Do góry |
| Pomoc techniczna |