| I. U źródła |
| II. W perspektywie wieczności |
| III. Życiem dziękować |
| IV. W blasku Dnia Ósmego |
| V. Cudownie wielowarstwowi |
| VI. Miara buntu |
| VII. Może i wy chcecie odejść? |
| VIII. Bez pobłażliwości |
| IX. We wszechmocy Bożej |
| X. W atmosferze czystości |
| XI. Bądź wola Twoja |
| XII. Pozostanie radość |
| XIII. Dzban życia |
| XIV. Pytania ostateczne |
| Bibliografia |
| Źródła internetowe |
| List z Watykanu |
| Prawa autorskie |
|
”W zdaniach mowy
ludzkiej można wyrazić prawdę ostateczną, można ją nawet wyrazić
nieomylnie, jednak nie można jej w zdaniach zamknąć”. |
![]() |
![]() |
I. U źródła | ![]() |
Dobrze pamiętam swe szczenięce lata, które upływały mi radośnie, mimo iż byłem dzieckiem o raczej wątłym zdrowiu. Mimo upływu lat wciąż żyją we mnie liczne wspomnienia z dzieciństwa, w których dominują moi najbliżsi i miejsca beztroskich zabaw. Pamiętam, jak Matka uczyła mnie znaku Krzyża Świętego, prowadząc moją małą rączkę i wypowiadając tajemnicze słowa: „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen”. Pamiętam nieudolnie powtarzane za Babcią Ireną paciorki, które z czasem stawały się coraz łatwiejsze. Jakże głęboko wryły się w moją dziecięcą świadomość wizerunki: Anioła Stróża znad mojego łóżeczka, Maryi z Sercem przebitym mieczem boleści oraz Jezusa z Sercem gorejącym miłością. Często przyglądałem się tym obrazom i zadawałem mnóstwo pytań, najpierw Rodzicom i Babci, potem Katechetom na lekcjach religii. Wówczas jednak nawet nie przypuszczałem, jak wielkiej tajemnicy Bóg pozwoli mi dotknąć, obdarzając mnie wiarą w Trójcę Przenajświętszą.



Dziś, po latach poszukiwań i dociekań, wiem już, że wiara w Boga zaczyna się dopiero wówczas, kiedy w Bogu Żywym umiem znajdować źródło światła i mocy, kiedy spotykam Go w różnych okolicznościach mojego życia jako Kogoś Kochającego. Wiem też, że wiara, choć należy do najcenniejszych talentów nadprzyrodzonych, jest marnowana przez ludzi częściej niż zdolność do wzajemnej miłości. Stanowczo zbyt wiele wśród nas wiary byle jakiej, martwej, niewiele zbliżającej nas do Boga. Mimo iż On hojnie obdarza nas licznymi talentami, często zamykamy je w sejfie własnego lenistwa, uniemożliwiając im rozwinięcie skrzydeł. Bóg jednak puka do naszych serc, budząc w nich tęsknotę za większym się Jemu oddaniem. Sam dar wiary Ewangelia porównuje do znalezienia skarbu i to właśnie radość, jaka wówczas człowieka ogarnia, uzdalnia do rozmaitych wyrzeczeń: człowiek, który znalazł skarb, „z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę” (BT, Mt 13:44).
Pełnią wiary jest taki stan, kiedy całą, na jaką mnie stać, głębią mojego jestestwa wiem, że Bóg zasługuje na to, abym ja i każdy z moich bliźnich zawierzył Mu całego siebie w doli i w niedoli. W doli --- bym nie zmarnował swego zdrowia, zdolności, wiedzy, umiejętności, dobrych relacji z bliźnimi, różnych możliwości działania, ale w całej tej mojej pomyślności umiał być blisko Boga, który jest Źródłem wszelakiego dobra i moim Szczęściem ostatecznym. Również w niedoli warto zawierzyć siebie Bogu, którego wszechmocna, ale zarazem pokorna i mądra miłość chce mnie bezpiecznie przeprowadzić przez nieszczęście, krzywdę, samotność, chorobę oraz wszelką inną niepomyślność, jaka na mnie spadła. Z postawy całkowitego zawierzenia Bogu płyną wszystkie inne cechy wiary głębokiej. Człowieka, oddającego Bogu całe serce, ogarnia wewnętrzna radość i pokój, życzliwość wobec wszystkich ludzi i całego stworzenia, a także chęć dzielenia się swoją radością z innymi. Człowiek jest wówczas cały przeniknięty duchem wdzięczności wobec Boga, a modlitwa staje się dla niego potrzebą równie oczywistą jak jedzenie czy oddychanie.
Żywa
wiara rodzi
postawy i czyny godne dzieci Bożych. Zaś
nawet bardzo wzniosłe przeżycia religijne są tylko dewociarstwem, jeśli
nic z nich nie wynika. Tylko dlatego mogę wierzyć w Boga, że najpierw
Bóg uwierzył we mnie, wciąż pozostając dla mnie Dobrym
Pasterzem szukającym zagubionej owcy, kochającym Ojcem,
który cierpi z powodu swego marnotrawnego syna oraz
Samarytaninem pochylającym się nade mną z miłością. Moja wiara w Boga
jest możliwa dlatego, że Bóg pierwszy uwierzył we mnie, mimo
iż jestem wobec Niego większym niewdzięcznikiem, niż to sobie
uświadamiam. Wiara zatem jest łaską, dzięki której w Bogu
mogę szukać ratunku i ocalić swą duszę, choćbym nawet się znalazł w
sytuacji przekraczającej moją ludzką wytrzymałość. Tym bardziej łaską
jest to, że właśnie w Bogu mogę szukać ochrony przed samym sobą. On
bowiem ma moc, żeby wyzwolić mnie nawet z mojej grzeszności. Całe moje
poszukiwanie Boga jest niewątpliwie działaniem w przestrzeni Jego
łaski, nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy, gdy nie jestem jeszcze
pewien Jego istnienia. To jest jakoś tak: Bóg ogarnia
człowieka swoją łaską, człowiek zaś --- już nią ogarnięty --- przyjmuje
łaskę świadomie, dobrowolnie i z radością. Jeśli
pozostaje wierny, trudzi się, współpracuje z łaską ---
zawsze, opierając się na łasce, jest nią ogarnięty. Zatem
im więcej będzie mi zależało na tym darze, tym więcej będę go
otrzymywał. Co więcej: łaska Boża nie ubezwłasnowolnia władz duchowych
człowieka, wręcz wyzwala z paraliżu, który jest generowany
przez ludzką ułomność --- grzeszność.
Łaska
nie
ogranicza w nas rozumności i wolności, ale je
pogłębia. Nie tylko nie odbiera nam tożsamości, ale czyni
nas bardziej
osobami ludzkimi. Poza tym łaska Boża jest mocą, która
pochodzi od Ojca pracującego w naszym wnętrzu. Dlatego właśnie tęsknota
za łaską i wierność łasce polega przede wszystkim na pracy wewnętrznej,
na duchowym skupieniu i wydawaniu z siebie owoców ducha.
Ludzie zdominowani przez materializm nie zauważają tego, co duchowe,
albo zauważają nieprawdziwie: szlachetność wydaje im się naiwnością,
sprawiedliwość skrupulanctwem, a poświęcenie wysublimowanym
egocentryzmem. Bo kiedy obieram cebulę, nie dochodzi do mnie zapach
kwiatów, nie jestem w stanie poczuć nawet zapachu ambry. Pan
Jezus mówił o tym bardzo prosto: „Błogosławieni
czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (BT, Mt 5:8).
Z prawdy tej wynika, że nawet kiedy już Boga znalazłem i pokochałem Go
całym sercem, nie wolno mi przestać Go szukać. Ostatecznie bowiem
znajdę Go dopiero wówczas, kiedy zobaczę Go twarzą w twarz
na życie wieczne. Zanim to jednak nastąpi, powinienem wciąż na nowo
uświadamiać sobie szczególnie fascynującą cechę Boga.
Otóż Bóg dla każdego z nas jest Kimś Absolutnie
Najbliższym. On kocha mnie bardziej niż ktokolwiek z moich
najbliższych, na moim dobru zależy Mu o wiele bardziej niż mnie samemu.
„Choćby mnie opuścili ojciec mój i matka, to
jednak Pan mnie przygarnie” (BT, Ps 27:10; por. Iz 49:15, Syr
4:10).
To właśnie Bóg uzdalnia nas do wzajemnej miłości, ponieważ z Niego płynie to, że dla różnych ludzi jestem kimś wartościowym, i czuję się głęboko związany z moimi najbliższymi. To On również pobudza we mnie pragnienie dobra. Ale niestety mój grzech jest przyczyną tego, że potrafię krzywdzić nawet najbliższych, a własnego dobra często szukam w sposób absurdalny, niszcząc siebie i innych. Zatem moja wierność łasce Bożej to mój wolny wybór, który dokonuje się dzięki tej łasce i w jej przestrzeni. Mimo iż jest to całkowicie mój własny wybór, to jednak w ostatecznym wymiarze --- jest on dziełem Bożym. Moja niewierność łasce również wynika z mojego wolnego wyboru. Jeśli realizuję go wbrew łasce, w ostatecznym wymiarze pozostaje on tylko moim własnym wyborem.
Z darem łaski jest podobnie jak z darem istnienia. Pan Bóg obdarzył mnie istnieniem nie tylko w tym sensie, że kiedyś powołał mnie do życia. On mnie nieustannie podtrzymuje w istnieniu tak, że całe moje życie dokonuje się w obrębie Bożego daru istnienia. Ja jestem rzeczywiście wolny, ale moja wolność realizuje się wewnątrz daru istnienia. Czyny spełniane przeze mnie są moimi czynami, ale zarazem ja je spełniam dzięki temu, że od Boga otrzymuję istnienie. A jeśli moje czyny otwierają mnie na życie wieczne, nadal są moimi czynami, ale spełnianymi wewnątrz Bożego daru łaski i dzięki niej.
Wiara jest darem Bożym. Dlatego jeśli nie postępuję tak, jak wierzę, zaczynam wierzyć tak, jak postępuję. Choć Bóg wszystkich powołuje do wiary, nie moją rzeczą jest sądzić konkretnych niewierzących. Mogę, a nawet powinienem cieszyć się jednak z tego dobra, które czynią niewierzący oraz szanować tych wszystkich, którzy uczciwie i w pocie czoła szukają prawdy. Zamiast sądzić niewierzących, muszę raczej postawić sobie niebanalne pytanie: Do jakiego stopnia ja sam --- swoim niezgodnym z wiarą postępowaniem, swoją duchową małością --- przyczyniam się do niewiary moich bliźnich? Ponadto muszę pamiętać, że „nie sądź” znaczy nie tylko: „nie potępiaj”, ale również „nie usprawiedliwiaj”, pozostawiając sąd Sprawiedliwemu Ojcu. Istotne światło na słowa: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” (BT, Mt 7:1) rzuca następująca po nich uwaga Jezusa, że bliźnich jesteśmy skłonni osądzać według innej miary niż samych siebie. U siebie bowiem nie zauważamy belki, podczas gdy u innych razi nas nawet źdźbło. Zatem Chrystusowe „nie sądźcie” oznacza: nie sądźcie drugiego człowieka bezdusznie. Kiedy więc wydaję sąd na temat bliźniego, muszę się postarać, abym uczynił to z taką wyrozumiałością i życzliwością, z jaką chciałbym być osądzany przez innych. Będzie to możliwe, gdy uda mi się uwzględnić dwie przestrogi. Po pierwsze, nie wchodź w wewnętrzne intencje osądzanego. Fakt, że ktoś w tramwaju nie skasował biletu, nie musi przecież oznaczać wyłudzenia darmowego przejazdu --- ten człowiek może mieć bilet miesięczny. Po wtóre, nie osądzaj człowieka, kiedy osądzasz jego czyn. Fakt, że twój mąż nie ma czasu dla ciebie, nie upoważnia cię do zarzutów, iż ty go w ogóle nie obchodzisz, i że on cię już nie kocha. Takimi oskarżeniami tylko go zranisz i utrudnisz mu zauważenie tego, o co ci naprawdę chodzi: że on po prostu cię zaniedbuje. Dzięki osądowi złego postępowania męża, a nie jego intencji lub osoby, on zrozumie, że, pracując „od świtu do nocy”, osiągniętym zyskiem materialnym nie zdoła zrekompensować strat poniesionych na gruncie własnego małżeństwa. Ileż niepotrzebnej krzywdy rodzą pochopnie wyciągane wnioski lub zbyt daleko idące osądy?
Prawdziwie
Sprawiedliwy jest tylko nasz Niebieski Ojciec! Im
więcej to sobie uświadamiam, tym więcej raduje mnie przykazanie, że
Boga muszę kochać z całej duszy, z całego serca, ze wszystkich sił i ze
wszystkich myśli. Odkrywa ono najistotniejszą prawdę nie tylko o Bogu,
ale także o mnie samym oraz o rzeczywistości, w której
Bóg mnie umieścił. Logikę tego przykazania najwyraźniej
można zobaczyć w świetle tego wydarzenia, które miało
miejsce dwa tysiące lat temu. Oto Jednorodzony Syn Boży, będący Jedno
ze swym Przedwiecznym Ojcem, dla mnie i dla ciebie zstąpił z nieba oraz
dał się ukrzyżować. Czyż trzeba bardziej przekonywującego dowodu, że
Ten, który chce, abyśmy Go kochali z całej duszy i ze
wszystkich sił, szuka bezinteresownie naszego dobra? My natomiast
często mitologizujemy prawdę o Wcieleniu, jeśli fakt
„zstąpienia” z nieba Syna Bożego interpretujemy
literalnie. W rzeczywistości przecież to Wszechmocny stał się
człowiekiem. Z miłości do nas przyjął nowy --- tak nikczemny (w
sensie staropolskim) sposób istnienia: przyjął ludzką naturę
wraz ze wszystkimi jej ograniczeniami (z wyjątkiem grzechu), żeby stać
się dosłownie jednym z nas. To jednocześnie straszne i wspaniałe:
Wszechmocny i Wszechobecny stał się jednym z nas! Choć jest wielu,
którzy, biorąc rzecz „racjonalnie”,
twierdzą, że to niemożliwe i wręcz absurdalne, Bóg naprawdę
stał się człowiekiem! Absolutnie transcendentny (przekraczający) wobec
wszelkiego stworzenia Syn Boga, którego Oblicza
„nie może oglądać żaden człowiek i pozostać przy
życiu” (patrz BT, Wj 33:20), naprawdę stał się jednym z nas.
To, co po ludzku było niemożliwe, możliwe było dla Boga. On w
Chrystusie pokazał nam swoje śmiercionośne Oblicze, ale śmiercionośne w
sposób błogosławiony. Skoro zatem Jezus jest
„Obrazem Boga Niewidzialnego” (patrz BT, Kol 1:15)
oraz „Odblaskiem chwały i Odbiciem istoty Jego”
(patrz BT, Hbr 1:3), widok Twarzy Boga zabija we mnie człowieka
grzechu, jeśli tylko staram się przed Obliczem Syna Bożego stawać w
wierze. Zaś w swojej istocie oglądanie Jego Twarzy jest dla mnie i dla
ciebie darem życiodajnym, obdarza nas życiem wiecznym,
którym przepełniony jest sam Bóg.
Oczywiście, że Oblicze Boże jest w Jezusie Chrystusie
osłonięte naszym człowieczeństwem, ale przecież nie po to, żeby było
dla nas niedostępne. Przeciwnie, Syn Boży osłonił swoje Boskie Oblicze
ludzką naturą właśnie po to, żebyśmy je potrafili zobaczyć. Podobnie
jak okulary przyciemniamy nie po to, żeby nie widzieć słońca, ale
właśnie po to, żeby je móc zobaczyć. Wszak sam Chrystus
mówił: „Kto Mnie widzi, widzi Tego,
który Mnie posłał” (BT, J 12:45); „Kto
Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz:
»Pokaż nam Ojca«?”
(BT, J 14:9). Po
prostu taka jest natura wiary chrześcijańskiej, że nieustannie pragnie
ona przekraczać granice między tym, co widzialne, a tym, co
niewidzialne. Wszystko to, co niewidzialne, chce wyrażać w
sposób widzialny, a tym, co widzialne, pragnie posługiwać
się w swojej drodze ku temu, co niewidzialne. Nie może być inaczej,
skoro chrześcijaństwo jest wiarą w Boga, który stał się
człowiekiem.
![]() |
II. W perspektywie wieczności | ![]() |
Celem wiary chrześcijańskiej jest Jezus Chrystus. To On --- dlatego, że jest Bogiem --- dokonał rzeczy po ludzku niemożliwej: Jego mocą mogę wyleczyć się z najcięższego nawet kalectwa, ba, mogę nawet odzyskać życie. A że ktoś umarł duchowo, łatwo poznać po tym, iż zjada go robak samolubstwa, nienawiści, nieczystości, pijaństwa, pychy, chciwości i tym podobne plugastwo, którego żerowiskiem są duchowe trupy. Chrystus Pan otworzył przed nami perspektywę zbawienia wiecznego. Czy kiedykolwiek zdołam zrozumieć przepastny sens tej prawdy?
Wszyscy jesteśmy grzesznikami i ja, i ty. Grzesznikami są nawet ci spośród nas, którzy rzetelnie pracują nad sobą i nie oszczędzają się w czynieniu dobra. Ale w sferze ducha obowiązuje analogiczne prawo jak w przyrodzie: tutaj nic nie ginie. Nasze dobro i zło przetrwa nawet nas samych, mianowicie w swoich nieodwracalnych skutkach. I oto Chrystus pragnie obdarzyć nas przewyższającym ludzką wyobraźnię pięknem duchowym. My jednak musimy dokonać jednoznacznego wyboru. Albo staniemy się nieskazitelnie czyści i przepełnieni dobrem, a wówczas nie będzie w nas nawet cienia duchowej choroby, kalectwa czy innej deformacji. Albo, mimo dokonanego przez Jezusa odkupienia ludzkości, wybierzemy zatracenie wieczne. Taka właśnie jest natura zła, że niszczy ono człowieka. Jeśli chory nie przyjmie Lekarza, który sam się do niego zaprosił, to czy ów Lekarz jest winien śmierci chorego na wieki, gdzie „robak nie umiera, a ogień nie gaśnie” (patrz BT, Mr 9:46)? Kto odważy się źle pomyśleć o Bogu, dlatego że przy końcu czasów powie do niektórych: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!” (BT, Mt 25:41). Czy rzeczywiście Źródło Życia jest właściwym miejscem dla duchowych trupów?
Wręcz przeciwnie, prawda o potępieniu wiecznym pomaga mi głębiej zachwycić się miłosierdziem Bożym. Popadamy przecież w zło, ciągle i wciąż od nowa, ulegając duchowej katastrofie. Zatem śmierć wieczna to sprawiedliwy los dla takich duchowych rozbitków i to bynajmniej nie na zasadzie odwetu (bo niegodziwością byłoby coś takiego przypisywać Bogu), ale z samej natury zła. I oto Bóg w swojej nieskończonej miłości dokonał rzeczy nieprawdopodobnej: Odwieczne Słowo stało się jednym z nas i w rodzinie ludzkiej zajaśniało Światło, mające moc, żeby przemieniać ludzkie serca, przywracać życie i leczyć z kalectwa. Dlatego być chrześcijaninem znaczy szukać bliskości z Chrystusem, który żyje, otwierać się na Jego światło i moc. Być chrześcijaninem-katolikiem znaczy szukać Chrystusa w Kościele, który, jak zakochana małżonka, wprowadza mnie i ciebie w głębię nauki swego Oblubieńca i Mistrza, umożliwia nam dotarcie do Jego potężnej miłości, a nawet bezpośrednie uczestnictwo w Jego Najświętszej Ofierze i karmienie się Jego Ciałem.
Żyjący Chrystus
jako Pan mojego codziennego życia jest
ostateczną odpowiedzią na różne pytania religijne, jakie
przede mną stają. Zatem przez wiarę w Chrystusa rozumiem
nie jakieś
subiektywne przeświadczenia o swojej z Nim bliskości, ale ciągłe
przybliżanie się do Syna Bożego, który żyje i daje się nam w
ustanowionym przez siebie Kościele.
![]() |
III. Życiem dziękować | ![]() |
Przybliżać się do Jezusa Chrystusa to naśladować Go, otwierając przed Nim drzwi własnego życia. To również umieć dziękować za dary, których najczęściej sobie nie uświadamiamy, a jest ich w nas i wokół nas mnóstwo. Modlitwa dziękczynna nie powinna jednak ograniczać się do słów, bo w takim przypadku staje się pseudomodlitwą, o której czytamy w Księdze Izajasza: „... ten lud [...] sławi Mnie tylko wargami”, a „[...] jego serce jest z dala ode Mnie” (29:13). Dziękczynienie jest tym pełniejsze, im prawdziwiej przyjmujemy dary, za które Bogu dziękujemy. Zatem to nam potrzebna jest nasza modlitwa dziękczynna. Z jej bowiem pomocą otwieramy się pełniej na bezinteresowną miłość Boga do nas i uczymy się przyjmować Jego dary zgodnie z zamysłem Dawcy. „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (BT, Mt 10:8). Ojcowie Kościoła odnosili te słowa Chrystusa Pana nie tylko do naszej powinności dzielenia się dobrami duchowymi. Kiedy pamiętam o tym, że również dobra materialne, nawet te, na które ciężko pracowałem, w ostatecznym wymiarze są darem Bożym, łatwiej mi dzielić się nimi z bardziej potrzebującymi ode mnie. Świadomość, że wszystko, czym jestem --- z wyjątkiem grzechu oraz innych ułomności --- zawdzięczam Panu Bogu, chroni mnie ponadto od wynoszenia się nad innych. „Niech nikt w swej pysze nie wynosi się nad drugiego” --- mówi Apostoł Paweł, zaś argumentuje to następująco: „Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał?” (BT, 1 Kor 4:6).
Jest jednak pewien dar Boży, którego
nie
potrzebowalibyśmy, gdybyśmy nie popadali w grzech. Chodzi, rzecz jasna,
o dar przebaczenia. Otóż jeśli będziemy pamiętać o tym, że
winniśmy nosić w sobie nieustanne dziękczynienie za ten dar, unikniemy
potępiania innych, nawet jeśli czyjeś grzechy w swoim zewnętrznym
wymiarze są większe od moich. Zapomniał o tym faryzeusz z przypowieści
o faryzeuszu i celniku. Toteż jego modlitwa dziękczynna obrażała Boga,
a jego samego utwierdzała w samozakłamaniu. „Boże, dziękuję
Ci --- modlił się bezczelnie --- że nie jestem jak inni
ludzie: zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten
celnik” (BT, Łk 18:11). Faryzeusz, co prawda, nie mylił się w
swoim osądzie, że celnik jest człowiekiem ciężko chorym duchowo. Nie
uświadamiał sobie jednak, że stan jego własnej duszy jest znacznie
groźniejszy, bo nie dostrzegając, jak wiele miłosierdzia jemu samemu
Bóg okazuje, już od dawna trwał w stanie duchowej
nieprzytomności.
Czy ja umiem dziękować Trójcy Przenajświętszej za otrzymane łaski? Wszak Pismo Święte wielokrotnie dotyka ludzkiej ułomności w tej dziedzinie, np. w ewangelicznym uzdrowieniu dziesięciu trędowatych. Ten, który wrócił do Jezusa i upadł przed Nim na twarz, aby podziękować za dar odzyskanego zdrowia, usłyszał słowa: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła” (BT, Łk 17:19). Co znaczą te słowa, skoro przecież Jezus oczyścił z trądu również tamtych dziewięciu niewdzięczników? Owszem, ale tylko wdzięczny Samarytanin rozpoznał, poprzez uzyskany dar uzdrowienia, kochającego Dawcę. Dlatego tylko on spośród wszystkich dziesięciu doznał ponadto uzdrowienia duszy. W przypadku tamtych dziewięciu dar Boży zamknął się na samym tylko uzdrowieniu ciała.
Modlitwa dziękczynna pomaga nam rozpoznać i pokochać Boga jako Tego, który jest Miłością. Jeśli Pan Bóg chce naszego dziękczynienia, to tylko dlatego, że nas kocha. Bo dopiero w postawie dziękczynienia potrafimy rozpoznać sens naszego życia, zrozumieć świat, w którym Stwórca nas umieścił oraz otworzyć się na nasze ostateczne przeznaczenie. Jeśli nie wypracujemy w sobie umiejętności dziękowania Bogu za te dary, które umiemy zauważyć już teraz, to jakżeż zrozumiemy kiedykolwiek, że tak naprawdę to cali bez reszty jesteśmy zanurzeni w darach Bożych? Przecież darem Bożym jest wszystko, czym jesteśmy, co nas otacza i czego używamy. Darem Bożym jest samo nasze istnienie oraz nasze przymioty fizyczne i psychiczne, intelektualne i duchowe. Darem Bożym są osoby najbliższe nam i najdalsze, które tworzą nasze ludzkie środowisko. Codziennie otrzymujemy od Boga mnóstwo darów, bardziej lub mniej niezbędnych do życia. A wszystkie te dary są nam dawane dlatego, że ostatecznie Bóg chce dać nam w darze samego siebie oraz pragnie, abyśmy z kolei my oddali się Jemu w darze miłości.
Wdzięczność za dar przebaczenia niegodziwości lub, jak kto woli, dar uzdrowienia duszy zobowiązuje nas nie tylko do naprawienia zła oraz do przemiany swojego postępowania, ale w ogóle do wyrozumiałości dla innych. Dobitnie zwrócił nam na to uwagę Pan Jezus w przypowieści o nielitościwym dłużniku. Sługi, któremu umorzono zawrotną sumę dziesięciu tysięcy talentów, nie było stać na to, żeby darować niewypłacalnemu dłużnikowi śmiesznych stu denarów. Oto jeszcze jeden wariant pouczenia, że postawa wdzięczności wobec Boga domaga się od nas świadczenia dobra naszym bliźnim.
Nowy Testament wielokrotnie wzywa do modlitwy dziękczynnej, np.: „W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was” (BT, 1 Tes 5:18, por. Ef 5:20). Czyżby należało dziękować Panu Bogu również wtedy, gdy przychodzi niepowodzenie czy choroba? Czy również wtedy, gdy spotyka nas nieszczęście albo krzywda? Otóż to się rozumie samo przez się, że wolno nam wówczas, a nawet powinniśmy błagać Boga o odsunięcie tego zła. Jednak zarazem starajmy się nie zagubić wówczas postawy dziękczynnej. Bo kiedy Bóg dopuszcza nawet coś złego, to jednocześnie udziela mocy do wyjścia z opresji. Czuwa bowiem, aby to zło nas nie zniszczyło, lecz przeciwnie --- żeby przyczyniło się do naszego dobra. Jeśli więc nie zaufamy Bogu, łatwo w chwili trudnego doświadczenia daru Bożego nie zauważyć lub nim wzgardzić, a wówczas zło, jakie na nas spadło, może nas rzeczywiście zniszczyć. Toteż Kościół praktycznie podczas każdej Mszy Świętej stara się odnawiać w nas świadomość, że „zaprawdę godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie Tobie składali dziękczynienie, Panie, Ojcze miłosierny, wszechmogący wieczny Boże”.
Być może komuś wydaje się, że ukształtowanie w sobie postawy dziękczynienia to sprawa jedynie odpowiedniej formacji duchowej i świadomej pracy nad sobą. Kto tak sądzi, niewiele wie o tym, jak ciężko zostaliśmy zranieni grzechem. Jeden tylko Chrystus mógł przejść przez swoje ludzkie życie w postawie idealnie dziękczynnej. Ale też okazało się wówczas, jak trudno na naszej ziemi, zamieszkałej przez grzeszników, w tej postawie wytrwać „zawsze i wszędzie”. Siły zła w pewnym momencie tak na Chrystusa Pana natarły, że wytrwanie w całkowitym oddaniu Ojcu kosztowało Go mękę w Ogrójcu, tortury w Ciemnicy i Drogę Krzyżową. Jednak im kto więcej oddany jest Przedwiecznemu Ojcu, tym prawdziwiej staje się darem dla innych ludzi. Człowiek Chrystus oddał się na Kalwarii swojemu Ojcu całą nieskończonością swojej Boskiej Osoby, toteż stał się nieskończonym Darem dla wszystkich ludzi. Przez swoją śmierć na Krzyżu stał się Źródłem pojednania nas wszystkich z Przedwiecznym Ojcem. I dopiero mocą Chrystusa zaczęło się istotne naprawianie naszej postawy dziękczynnej, tak że staje się ona naszym dojrzewaniem do życia wiecznego.
Jestem bardzo toporny duchowo, jeśli nie dostrzegam, że już na tej ziemi każde dobro jest wynagradzane, że już tutaj otrzymujemy nieustanne zadatki pomyślności wiecznej. Bo jeśli rzeczywiście udaje mi się czynić dobro, zyskuję najcenniejszą rzecz, jaką w tym życiu można osiągnąć, tj. pokój, którego świat dać nie może. Pokój Boży jest bowiem ponad wszystko: kłopoty, nieszczęścia, udręki duchowe itp. Dlatego Chrystus Pan nauczał: „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (BT, Mt 5:10). To niepojęte, ale nawet prześladowani bywają szczęśliwi. Można to poznać choćby po tym, że nigdy nie zamieniliby się miejscem ze swoimi prześladowcami.
To z pewnością nie przypadek,
że uobecnienie
Ofiary Chrystusa
Pana nazywa się Eucharystią. Eucharystia po grecku znaczy
dziękczynienie. My sami z siebie możemy tylko powierzchownie
przełamywać różne swoje postawy niewdzięczności wobec Boga i
Jego darów. Do radykalnej przemiany, tj. do takiej
wdzięczności, w której prawdziwie przyjmujemy samego Boga
dającego się nam w darze i z kolei sami oddajemy się Jemu w darze, może
nas uzdolnić tylko Chrystus. Zatem do ostatecznego, całoosobowego
dziękczynienia zdolni jesteśmy tylko w takim stopniu, w jakim
zjednoczymy się z Chrystusem. I właśnie dlatego najważniejszy sakrament
wiary chrześcijańskiej --- ten sakrament, w którym
najpełniej jednoczymy się z Chrystusem --- nazywa się
Eucharystią, czyli Dziękczynieniem.
Dlaczego jednak Bóg Ojciec zażądał od swego Syna tak krwawej ofiary? Niekiedy nasuwają mi się nawet myśli bluźniercze, że może to było żądanie okrutne. Czyżby Pan Bóg był aż tak małostkowy, że nie chciał dać się przebłagać zwykłym ludzkim prośbom, ale potrzebna Mu była krew własnego Syna? Jeśli zatem rozważając sens krwawej ofiary Chrystusa dochodzę do wniosku, że została złożona przez śmierć na Krzyżu, to w stwierdzeniu tym zawiera się jedynie ogólna prawda. Brakuje tu jednak głębszego odniesienia. Stwierdzenie to, choć słuszne, nie oddaje ducha Jego ofiary. Wszak oddanie życia było niejako materią ofiary Chrystusa. Zatem dopóki nie zagłębię się w jej warstwę duchową, będę pozostawał w stanie braku możliwości uchwycenia, na czym polegała jej moc przebłagalna oraz dlaczego przez nią zostaliśmy odkupieni. Otóż Syn Boży po to stał się człowiekiem, żeby jako pierwszy z ludzi oddać się całkowicie i bez reszty Ojcu Przedwiecznemu. Było to, niewątpliwie, wielkie dzieło miłości przekraczające możliwości zwykłego człowieka. Na skutek bowiem grzechu pierworodnego oraz wszystkich późniejszych naszych niegodziwości całkowite oddanie się Bogu zwykłego śmiertelnika stało się wręcz niemożliwe. Ponadto rodzaj ludzki ze względu na swą grzeszną naturę (odziedziczoną po pierwszych rodzicach) wciąż podlega złym skłonnościom i dlatego należy mieć świadomość ogromnego stopnia zatrucia grzechem nie tylko naszej mentalności czy obyczajowości, ale także struktury społecznej. Jak potężny może być nacisk zła z zewnątrz na moją i twoją postawę życiową --- o tym wie każdy, kto kiedykolwiek uległ negatywnym zjawiskom.
Syn Boży był oczywiście człowiekiem doskonale bezgrzesznym , jednakże żył w naszym środowisku, czyli w środowisku głęboko zatrutym grzechem. Przyszedł do nas, żeby dać tobie i mnie przykład całkowitego oddania Ojcu, ale w grzesznym świecie nie było to rzeczą łatwą. Co więcej: zbrodnia, jakiej dokonano na Kalwarii, polegała nie tylko na tym, że zabito tam Kogoś całkowicie niewinnego, ale starano się gorliwie, aby Go tej niewinności pozbawić lub przynajmniej ją nadszarpnąć. Na szczęście Jezus Chrystus był do końca, nawet w strasznych trzech godzinach agonii na Krzyżu, człowiekiem nieskazitelnie sprawiedliwym i bez reszty należącym do Ojca. I to jest podstawowym sensem Jego ofiary. Kiedy zatem stwierdzam, że Jezus złożył Ojcu ofiarę z samego siebie, znaczy to po prostu, że nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach, w tym przerażającym huraganie zła przetaczającym się przez wzgórze Golgoty, był bez reszty oddany Ojcu.
Oto pierwszy człowiek,
który na ziemi
zatrutej
grzechem zdołał przejść przez życie, ustrzegając się nawet
najmniejszego skażenia złem. Był doskonale posłuszny Ojcu „aż
do śmierci, i to śmierci krzyżowej” (BT, Flp 2:8). Taka
postawa przekracza możliwości zwykłego człowieka. Tak doskonałe oddanie
się Wszechmocnemu było możliwe tylko dlatego, że ten Człowiek był Synem
Bożym. Jego heroiczne oddanie Ojcu przyniosło wszystkim ludziom
odkupienie z grzechów. Co to znaczy? Otóż
podobnie jak złe czyny powiększają zatrucie naszego środowiska
duchowego, tak każdy dobry uczynek ma w sobie przedziwną moc
oczyszczającą. Moje i twoje dobre czyny niewątpliwie uzdrawiają duchową
atmosferę naszych środowisk i ułatwiają innym czynienie dobra. Dzieje
się tak, mimo iż nasze uczynki nieusuwalnie naznaczone są dwiema
niedoskonałościami. Po pierwsze: wszystkie są bardziej lub mniej
nadpsute ludzką grzesznością. Po wtóre: wszystkie mają
skończoną wartość, bo są dziełem istot skończonych.
Inaczej sprawa wygląda w przypadku Chrystusa Pana. Jego ofiara, którą złożył na Kalwarii, wolna jest od obu tych niedoskonałości. Jego wierność Ojcu nie tylko nie była skażona nawet najmniejszym złem, ale jej wartość jest nieskończona. Był to przecież --- wykonany w ludzkiej naturze --- czyn Syna Bożego, prawdziwego Boga równego Przedwiecznemu Ojcu. Toteż oczyszczająca moc, jaka płynie z Krzyża Chrystusa, jest nieskończona zarówno pod względem zakresu, jak intensywności. Ogarnia ludzi wszystkich pokoleń i zdolna jest całkowicie uwolnić nas od grzechu. To, co było absolutnie niemożliwe i wciąż przekracza nasze wątłe możliwości, stało się realne dzięki temu, że przez ziemię przeszedł Syn Boży. Dlatego proces przywracania naszej naturze jej pierwotnego piękna już się zaczął. Ponadto ziarno przebóstwienia już teraz wzrasta w każdym, kto otwiera się na światło Ducha Świętego.
Jeśli ja, grzeszny, więcej oddam się Bogu, zło będzie we mnie
zanikać, wzrośnie moja życzliwość do ludzi, oczyści się i ożywi moja
sprawność w czynieniu dobra. Nic w tym zatem dziwnego, że ja --- marny
człowiek --- mogę być świątynią Ducha
Świętego. Ufam, że kiedyś Syn Boży tak ściśle przygarnie mnie do Siebie
i napełni swoim Duchem Świętym, że będzie mógł mnie
przyprowadzić do Ojca, abym przebywał w Jego obecności twarzą
w twarz.
![]() |
IV. W blasku Dnia Ósmego | ![]() |
Przybliżać się do Jezusa Chrystusa to również naśladować Go w modlitwie wytrwałej, żarliwej, ufnej i systematycznej, tj. takiej, która otwiera nasze dusze na wolę Bożą i Jego nieskończone miłosierdzie. Czym jest zatem wielomówstwo na modlitwie, które zasłużyło sobie na potępienie przez Pana Jezusa? Dwa najważniejsze elementy odpowiedzi na to pytanie znajdują się w samym tekście Ewangelii. Jezus powiada: „Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani” (BT, Mt 6:7). Krótko mówiąc, ich modlitwa nie płynie z miłości, nie jest przepojona ufnością do Boga. Cechuje ich mentalność magiczna, jakieś niemądre przeświadczenie, że słowa modlitwy stanowią coś w rodzaju środka płatniczego, za pomocą którego można uzyskać od Pana Boga określone rzeczy. Co więcej, za taką modlitwą stoi fałszywe pojmowanie Boga, jakieś naiwne wyobrażenie, że trzeba Go poinformować o własnych potrzebach. Tymczasem --- powiada sam Chrystus Pan --- „wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie” (BT, Mt 6:8).
Z tych fałszywych wyobrażeń o Bogu szydził sobie prorok Eliasz, kiedy kapłani Baala usiłowali przymusić swojego bożka do tego, żeby ich wysłuchał: „Wołajcie głośniej, bo to bóg! Więc może zamyślony albo bardzo zajęty, albo udaje się w drogę. Może śpi, więc spróbujcie go obudzić!” (BT, 1 Krl 18:27). I rzeczywiście, kapłani Baala „wołali coraz głośniej i kaleczyli się według swojego zwyczaju mieczami oraz oszczepami, aż się pokrwawili. Ale nie było ani głosu, ani odpowiedzi, ani żadnego dowodu uwagi” (BT, 1 Krl 18:28).
Bóg prawdziwy jest zupełnie inny. Owszem, nie każda modlitwa dochodzi do Boga. Ale jeśli jakaś modlitwa do Niego nie dochodzi, to nie dlatego, że On jej nie słyszy i że trzeba wołać głośniej lub dłużej. Do Boga nie dochodzi modlitwa, która płynie z brudnego serca, zwłaszcza jeśli człowiek nawet nie tęskni za wewnętrzną przemianą. Bóg oczywiście słyszy taką modlitwę, ale się od niej odwraca: „Gdy wyciągniecie ręce, odwrócę od was me oczy. Choćbyście nawet mnożyli modlitwy, Ja nie wysłucham. Bo ręce wasze pełne są krwi. Obmyjcie się! Czyści bądźcie!” (BT, Iz 1:15). Toteż chrześcijanin często modli się do Boga: „A wołanie moje niech do Ciebie przyjdzie!” (BT, Ps 102:2). Modlitwa ta znaczy: „Panie, racz oczyszczać moje serce, racz mnie napełniać miłością do Ciebie, bo dopiero wówczas moja modlitwa może być przez Ciebie przyjęta”. Z tego też względu tak cenna w oczach Boga jest modlitwa wytrwała. Przecież Pan Bóg nie jest tyranem, którego bawi to, że ktoś jest od niego zależny, i który ociąga się z wysłuchaniem prośby, bo lubi być proszony długo. Modlitwa wytrwała i systematyczna potrzebna jest nam, a nie Panu Bogu. Podczas modlitwy człowiek otwiera się coraz więcej na miłość Bożą i otrzymuje zrozumienie Jego woli. W ogóle modlitwa przybliża do Boga --- nie automatycznie, rzecz jasna, ale zgodnie z prawami miłości. Jeśli więc się modlę, ale w gruncie rzeczy jestem na Boga i Jego świętą wolę zamknięty, trzeba czasu, ażeby modlitwa przebiła się przez moje serce i zaczęła być naprawdę modlitwą. Dlatego powinienem modlić się z wytrwałością, powinienem niejako naprzykrzać się Panu Bogu moją modlitwą (patrz BT, Łk 11:5-8). Do wypracowania takiej właśnie postawy namawia nas sam Jezus słowami Ewangelisty: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a będzie wam otworzone” (BT, Łk 11:9), „Powiedział im też przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać” (BT, Łk 18:1) oraz Apostoła Pawła: „Módlcie się bez ustanku” (BT, 1 Tes 5:17).
Modlitwa jest sprawą miłości, a nie kontraktu. Gdybym handlował z Panem Bogiem, mógłbym mieć pretensje o niewysłuchanie. Jeśli jednak staram się modlitwę zanosić w miłości, to również na niewysłuchanie powinienem reagować jak ktoś kochający. A w miłości pierwszą rzeczą, kiedy się czegoś nie rozumie, jest zaufać. Coś, o co prosiłem, znaczyło dla mnie wiele, a jednak Bóg mnie nie wysłuchał. Dlaczego? Zapewne dlatego, że On patrzy na moje dobro z perspektywy ostatecznej, ja natomiast oceniam je tylko z mojej małej perspektywy. Wiem, że modlitwa prawdziwa, modlitwa kochającego dziecka, jest zawsze wysłuchana. Wiem też, że Bóg czasem wysłuchuje mnie inaczej, niż to sobie zaplanowałem. Ale przecież udziela mi wówczas więcej, niż prosiłem. Tak jak ów żebrak przed świątynią prosił Apostołów o jałmużnę i nawet do głowy mu nie przyszło, aby prosić o coś innego. Jałmużny nie otrzymał, ale otrzymał dar bezcenny --- zdrowie.
Celem modlitwy nie jest uzyskanie określonych profitów zewnętrznych. Gdyby tak było, to w gruncie rzeczy w ogóle nie potrzebowalibyśmy się modlić. Bóg przecież i bez naszej modlitwy wie, czego nam potrzeba, a poza tym źle nam nie życzy. Zatem modlitwa jest dziełem miłości, a przez to szczególnie uprzywilejowanym sposobem łączności człowieka z Bogiem. Modlitwa wiąże nas z Bogiem coraz więcej, otwiera na mądrość Bożą, napełnia duchową mocą. A więc z natury rzeczy modlitwa musi być wytrwała. Do końca życia powinienem się modlić o miłość, o życie wieczne, o wytrwanie w dobrym, o pokorę, o moc przyszłego wieku. Nie bójmy się jednak modlitwy spontanicznej, w naszych sprawach powszednich. Nie tylko dlatego, że Bóg jest Ojcem całego człowieka, a Jego miłość do ciebie i do mnie nie ogranicza się wyłącznie do spraw ostatecznych. Módlmy się także o zdrowie i o zdanie egzaminu, bo dobra modlitwa pomoże nam również na sprawy przyziemne patrzeć okiem Bożym.
Duszą modlitwy jest miłość. Dlatego chociaż słowa są, ma się rozumieć, czymś bardzo ważnym --- w tym sensie, że nie jest obojętne, jak zwracam się do Boga --- to są w modlitwie elementy jeszcze ważniejsze. Jeśli zatem modlitwę rozumiem jako rozmowę stworzenia ze Stwórcą, niezbędne jest nawiązanie z Nim swoistej łączności, tj. być w obecności Boga jako ktoś kochający. Niekiedy bliskość kochającego Boga tak mnie zafrapuje, że nie potrzeba mi żadnych słów. Po prostu jestem w Jego Obecności i chciałbym tylko, żeby On raczył przeniknąć do końca każdą komórkę mojego ciała i mnie całego. Mimo że nie mówię wówczas do Boga ani jednego słowa, niewątpliwie modlę się prawdziwie i bogato. Jeśli przebywam z Tym, kogo kocham, to chciałoby się jednak z Nim porozmawiać. Otóż nawet w zwyczajnej rozmowie czymś ważniejszym jest słuchać niż mówić, a cóż dopiero w rozmowie z Bogiem! Nawet nie wypada stanąć w obecności Boga i od razu trajkotać to, co mam do powiedzenia. Może jednak Pan Bóg chciałby coś mi przekazać? Dlatego modlitwa potrzebuje odpowiedniego klimatu, wyciszenia się i otwarcia duchowych uszu. Skupić się to nie tylko zamknąć czasem oczy (choć to bardzo potrzebne), to przede wszystkim otworzyć oczy na bliźniego. Z drugiej jednak strony można mieć oczy i uszy, a nie widzieć i nie słyszeć, można patrzeć i słuchać, a nie dostrzegać i nie dosłyszeć. Tym prawdziwiej się widzi, słyszy i kocha, im jest się bogatszym wewnętrznie.
Wsłuchanie
się w głos Boży jest również prawdziwą
modlitwą, nawet jeśli ja ze swej strony nic jeszcze do Boga nie
mówię. Skoro modlitwa jest rozmową z Bogiem w miłości, to
chciałbym Mu przekazywać coś znacznie więcej niż słowa, w gruncie
rzeczy chciałbym przekazywać samego siebie, całego siebie. Jakże jestem
bezczelny, gdy staję przed Bogiem ze swoimi prośbami, a zarazem nie
chcę odwrócić się od swoich grzechów.
Cóż może być warta modlitwa człowieka pogrążonego w
pożądliwościach? --- pytam siebie za św. Jakubem. Jeżeli modlę
się o coś, na czym mi szczególnie zależy, zwykle przystępuję
do sakramentów, rewiduję swe życie, zwiększam wysiłki w
czynieniu dobra, jednam się z bliźnimi. „Kiedy stajecie do
modlitwy, przebaczcie, jeśli macie co przeciw komu, aby także Ojciec
wasz, który jest w niebie, przebaczył wam wykroczenia
wasze” (BT, Mk 11:25).
Bogu nie może być miła modlitwa kogoś, kto trwa w nienawiści, ona nie przybliża do Boga. Słowa są zatem cennym narzędziem modlitwy, ale powinienem się starać mówić do Boga również swoimi czynami, postawą życiową, a ostatecznie --- samym sobą, całym sobą. Dlatego krytykowana przez Pana Jezusa pogańska gadatliwość w modlitwie polega również na niedostrzeganiu tego wszystkiego, co w modlitwie jest głębsze i ważniejsze niż słowa.
Paradoksalną, ale przez to bodaj najwspanialszą, jest modlitwa różańcowa. Zanosi się w niej wiele słów, lecz jej niejako założeniem jest to, żeby nie mówić do Boga ani jednego słowa (w każdym razie nie od siebie). Święte słowa Modlitwy Pańskiej i Pozdrowienia Anielskiego mają mnie wyciszyć i stworzyć atmosferę sprzyjającą temu, żebym mógł głęboko usłyszeć to, co sam Bóg ma mi do powiedzenia. Przy czym podczas tej modlitwy staram się wsłuchiwać w rzeczy najważniejsze, jakie kiedykolwiek Bóg powiedział do całej ludzkości, a więc już nie tylko do mnie czy do ciebie, ale, do wszystkich jej pokoleń.
W
medytacji różańcowej staram się wsłuchać w ten
Boży Przekaz, który został nam podany nie tylko w naczyniu
ludzkich słów, ale w Słowie Jednorodzonym, przez: Jego
Wcielenie (całkowite osobowe zjednoczenie się człowieczeństwa z
Bóstwem w Chrystusie), zbawczą Mękę i Śmierć na Krzyżu, oraz
Zmartwychwstanie. Modlitwa różańcowa na tym bowiem polega,
że Zdrowaśki odmierzają czas i stanowią coś w rodzaju melodii duchowej,
która wycisza mój umysł i zmysły. Natomiast samym
centrum swojej duszy staram się wówczas otwierać na Syna
Bożego, mojego Zbawiciela, który przemawia do mnie już nie
tylko swoją nauką, ale tym wszystkim, czego dokonał dla naszego
zbawienia. Celem bowiem medytacji różańcowej jest
wchłanianie w siebie tych zbawczych wydarzeń, które stanowią
treść tajemnic: radosnych, światła, bolesnych i chwalebnych. Jeśli
pamiętam o tym, że Msza Święta jest więcej niż modlitwą (jest ona
bowiem rzeczywistym --- dokonanym mocą Ducha Świętego --- uobecnieniem
zbawczej Ofiary Chrystusa), to czy
chrześcijanin może sobie wyobrazić modlitwę wspanialszą niż
Różaniec?
Wspaniałość Różańca na tym się jednak nie kończy. Jest on modlitwą Maryjną. Polega to na tym, że modląc się na Różańcu, staram się dokonać rzeczy obiektywnie niemożliwej, tj. patrzeć na tajemnice naszego zbawienia tak, jak widziała je i przeżywała Matka Boża, i na Jej wzór staram się je przyjmować i nimi nasycać. Dorównanie Jej w miłowaniu Syna Człowieczego przekracza oczywiście moje możliwości. Ona była przecież całkowicie bezgrzeszna i pełna łaski, ja zaś jestem ułomny i jeśli nawet już ufam Bogu, a ciągle ufam zbyt słabo, to nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam zaufać Mu bez reszty. Sam z siebie, z pewnością, nigdy. Jednak już to, że staram się Ją wiernie naśladować --- jeśli tylko rzeczywiście się staram --- ogromnie mnie do Chrystusa przybliża.
Czemu służy owo zbliżanie się do Jezusa? Jeżeli już otworzyłem się Chrystusa Pana przemawiającego do mnie Miłością, którą okazał ludziom podczas swego ziemskiego życia, jeżeli w otwieraniu się na tę Miłość naśladuję Jego Matkę --- wolno mi dołączyć do Jezusa, który się wstawia za nami u Przedwiecznego Ojca. Wstawia się właśnie swoim Wcieleniem, Ukrzyżowaniem i Zmartwychwstaniem, które przenikają mnie coraz więcej w czasie medytacji różańcowej. W ten sposób mogę zanosić do Boga Słowo, do jakiego sam z siebie nigdy nie byłbym zdolny, Słowo zawsze skuteczne, mające moc, żeby doprowadzić mnie do życia wiecznego. A to dlatego, że zwycięstwo Jezusa Chrystusa zaczęło się na Krzyżu. On sam zapowiedział swoje ukrzyżowanie jako zwycięstwo. „Teraz odbywa się sąd nad tym światem --- mówił kiedyś o czekającej Go Golgocie. --- Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie” (BT, J 12:31).
Wyrok ukrzyżowania był czymś znacznie więcej niż skazaniem na okrutną, nieludzką śmierć. Ludziom, którzy skazywali jakiegoś człowieka na ukrzyżowanie chodziło nie tylko o to, żeby go zabić, ale by przed śmiercią zadać mu jak najwięcej cierpień. A Chrystus Pan był torturowany ze szczególnym okrucieństwem. Kiedy w nocy w Wielki Czwartek pojmano Go w Ogrodzie Oliwnym, Apostołowie przestraszyli się i wszyscy pouciekali. Dlatego źródła ewangeliczne nic nie wspominają o Torturach jakie wycierpiał Pan Jezus, przebywając w Ciemnicy. Pachołki, znając niechęć kapłanów i faryzeuszy do Jezusa, prześcigali się w zadawaniu mu wymyślnych cierpień, aby w ten sposób przypodobać się swoim mocodawcom. Jezus zdany był więc na łaskę i nie łaskę oprawców. „Nie wszystko jeszcze świat wie, co Jezus cierpiał --- czytamy w duchowym Dzienniczku Św. Faustyny. --- Towarzyszyłam Mu w Ogrójcu i w Ciemnicy, w badaniach sądowych, byłam z Nim w każdym rodzaju Męki Jego, nie uszły uwagi mojej ani jeden ruch, ani jedno spojrzenie Jego, poznałam całą wszechmoc miłości i miłosierdzia Jego ku duszom” (Dz. 1054).
„Ile
w Ciemnicy wycierpiałem jest tajemnicą, bo tam
nie miałem świadka --- mówił Jezus do służebnicy
Najświętszej Maryi Panny, siostry Nastałowej, która miała
wielkie nabożeństwo do Męki Pańskiej. --- Siepacze
wśród ciemności rozpoczęli straszną igraszkę: rzucali Mną z
całej siły, ciągnęli za ręce w przeciwne strony, wbijali w Moje Ciało
ostre igły i szydła, deptali w różny sposób,
ściskali sznurami, usiłowali wyłamywać Mi palce z rąk, zawiązali Mi
oczy i bili kułakami, uderzali moją głową o kamienny słup. Szatańska
wściekłość popychała ich do coraz to nowych okrucieństw. W Moim Sercu
jednak była dobroć i litość. Składałem te męczarnie w ofierze za
wszystkich ludzi, za cały świat”.
Kapucynka Bł. Maria Magdalena, żyjąca we Włoszech w wieku
XVIII, także miała wielkie nabożeństwo do Męki Pańskiej. Pragnęła
poznać Tortury jakie zadano Panu Jezusowi w nocy przed ukrzyżowaniem.
Oto fragment objawienia dotyczącego 15 ukrytych Tortur, jakie Jezus
wycierpiał w Ciemnicy: "Żydzi uważali Mnie za największego
złoczyńcę i znęcali się nade Mną w następujący sposób:
Na krzyżu miała się dokonać ostateczna kompromitacja skazańca oraz jego czynów lub jego idei. Wyrok ukrzyżowania nie kończył sądu nad nieszczęśnikiem, ale go zaledwie poprzedzał. Prawdziwy sąd odbywał się na krzyżu. Pogrążony w nieludzkich mękach, wystawiony na widok publiczny, nieszczęśnik albo przeklinał dzień swoich narodzin i wszystkie swoje idee, albo przepełniony był bezsilną nienawiścią i w ten sposób świadczył o zwycięstwie swoich wrogów.
Jezus Chrystus umierał zupełnie inaczej, On był zwycięzcą
nawet na Krzyżu. Mimo strasznych cierpień, które zadano Mu w
Ciemnicy, mimo cierniem ukoronowania i ubiczowania, do chwili śmierci
był taki, jakim był zawsze, a swoim zachowaniem dał świadectwo, że
nawet na Krzyżu możliwa jest miłość. Sposób Jego umierania
nie tylko nie skompromitował Jego nauki, ale ją potężnie uwierzytelnił.
Któż by się dziwił skazańcowi, gdyby podczas tortury
ukrzyżowania zapomniał o własnej matce? Chrystus Pan okazał miłość
nawet na Krzyżu i nie tylko swojej Matce. Skruszonemu łotrowi
przebaczył grzechy, pomagając mu przyjąć okropne męki ukrzyżowania z
godnością i w nadziei życia wiecznego. Nawet na własnych
oprawców potrafił spojrzeć nie tylko w perspektywie
straszliwej krzywdy, jaką mu wyrządzili. Umiał zauważyć, że ci
nieszczęśnicy „nie wiedzą, co czynią” (BT, Łk
23:34), i modlił się za nich, aby Ojciec Przedwieczny okazał im swoje
miłosierdzie.
Szatan
chciał dokonać sądu nad Chrystusem. Chciał
wykazać, że Jego nauka o miłości jest idealistyczną mrzonką,
która musi się załamać pod naporem tak zwanej twardej
rzeczywistości. Tymczasem stało się dokładnie odwrotnie: na Kalwarii
odbył się sąd zarówno nad tym światem, jak nad władcą tego
świata, czyli szatanem. Tym światem Chrystus Pan nazywa ową przestrzeń
międzyludzką, którą szatanowi udało się urządzić po swojemu,
gdzie miłość i prawda muszą ustępować kłamstwu i przemocy.
Otóż ten właśnie świat został osądzony na Kalwarii, ujawniła
się wówczas cała jego bezsiła i jałowość. Okazało się
bowiem, że cała potęga zła jest bezradna wobec człowieka,
który oburącz trzyma się Ojca Niebieskiego. Cała potęga zła
może co najwyżej zabić ciało, duszy jednak zaszkodzić nie jest zdolna.
Zło nie potrafi zniszczyć w człowieku postawy miłości, jeśli tylko człowiek trwa w Bogu, który jest źródłem wszelkiej miłości. I to zwycięstwo Syn Boży odniósł już na Krzyżu. Jego Zmartwychwstanie było uroczystym obwieszczeniem owego zwycięstwa. Obwieszczeniem tym radośniejszym, że przecież w obecnej naszej sytuacji grzeszników do pełnego zwycięstwa nad złem żaden człowiek nie jest zdolny. Jezus Chrystus, prawdziwy Człowiek, naprawdę jeden z nas, odniósł nad złem zwycięstwo druzgoczące: na naszej ziemi została spełniona krystaliczna miłość i to w warunkach tak skrajnie miłości nie sprzyjających. Swoim Zmartwychwstaniem dał nam świadectwo, że On --- prawdziwy Człowiek --- jest prawdziwie Synem Bożym i że wobec tego zwycięstwo, które odniósł na Kalwarii ma wymiar nieskończony. Może być więc ono dla każdego z nas źródłem zwycięskiej mocy przeciwko złu. Naprawdę jest się czym radować! Skoro Chrystus zmartwychwstał, to nie tylko korzenie zła zostały nieodwołalnie podcięte, ale moje i twoje istnienie nabrało sensu na życie wieczne.
Do radości z faktu Zmartwychwstania jesteśmy zdolni tylko w takim stopniu, w jakim umarł w nas człowiek, który odrzuca Chrystusa, a więc w jakim w nas samych zwycięża zmartwychwstały Mistrz. Nie możemy być chrześcijanami, jeśli nie wierzymy całym sercem, po pierwsze: w rzeczywiste Zmartwychwstanie Jezusa, po wtóre: w nasz realny udział w Jego Zmartwychwstaniu już teraz, dzięki udzielonej nam w Chrystusie łasce uświęcającej, po trzecie: w nasze zmartwychwstanie ostateczne. Dlaczego zatem tak często odrzucam mojego Zbawiciela? Jezusa Chrystusa nie ukrzyżowali przecież bandyci czy ludzie bez sumienia, ale zwykli śmiertelnicy nastawieni raczej na dobro niż na zło. Sędziemu, który wydał wyrok śmierci wręcz bardzo zależało na tym, żeby proces skończył się inaczej. Arcykapłanem Kajfaszem nie powodowała osobista nienawiść do Chrystusa tylko niepokój, ażeby Jego działalność nie sprowadziła na kraj legionów rzymskich. To prawda, że żołnierze uczynili sobie ze Skazańca przedmiot drwin, a tłum natarczywie domagał się ukrzyżowania. Ale czyż muszę naciągać rzeczywistość, ażeby rozpoznać w jednych i drugich ludzi sobie podobnych? Czy naprawdę nigdy nie bawiłem się cudzą dezorientacją, nieporadnością, odmiennością? Czy zupełnie obce mi jest poczucie rozrywki, jakiego potrafi człowiekowi dostarczyć cudze nieszczęście? Czy nie zdarzyło mi się, że ja --- człowiek w zasadzie uczciwy --- rzuciłem kamieniem w niewinnego, któremu, na domiar złego, coś zawdzięczam? Jeśli ktoś czuje się tak nieskazitelny, że nie rozpozna siebie w żadnym z czynnych uczestników mordu, jaki został dokonany na Chrystusie, to przecież nie wymówi się od duchowego pokrewieństwa z osobami, które były bezsilnie przeciwne ukrzyżowaniu. I żona Piłata, która bezskutecznie prosiła męża o wyrok uniewinniający, i litościwe Żydówki z Jerozolimy płaczące nad Skazańcem, i Piotr, który zapalczywie wyciągnął miecz w obronie Chrystusa, ale stracił cały swój rezon w momencie, kiedy lepiej zdał sobie sprawę z rozwoju sytuacji --- wszyscy oni stanowią integralną część świata, który ukrzyżował Syna Człowieczego. Jedna tylko Matka Najświętsza stanęła prawdziwie po Jego stronie i jest Ona pierwszą przedstawicielką ludzkości wolnej, poślubionej Bogu na życie wieczne.
Wiara w Zmartwychwstanie Chrystusa Pana generuje we mnie
radość, że ta nieprawdopodobna, lecz zbawienna nadzieja już się
urzeczywistnia. Już nie całkowicie należę do świata, który
odrzucił Chrystusa! Już jestem ochrzczony i noszę w sobie zalążek
nieśmiertelności! Już należę do tych, którzy zostali
opieczętowani znakiem Krzyża, stali się własnością Chrystusa, a więc
całe swoje życie winni umieszczać w przestrzeni Jego łaski! Już wzrasta
we mnie człowiek nowy, któremu przeznaczone jest życie
wieczne! Już teraz mogę porzucić ten przeklęty zdrowy rozsądek,
który każe mi szukać przestrzeni dla dobra poprzez
paktowanie ze złem! Już teraz zmartwychwstały Chrystus uwalnia moje
pragnienie dobra od bezsiły, która w ludzkiej perspektywie
była przecież nieuleczalna! Ponadto nieprzypadkowo Chrystus
zmartwychwstał właśnie w niedzielę. Niedziela jest pierwszym, a zarazem
ósmym dniem tygodnia. To, że światłość Zmartwychwstania
rozświetliła poranek pierwszego dnia tygodnia, unaocznia nam, iż swoim
powstaniem z martwych Chrystus Pan zapoczątkował nową epokę w ludzkiej
historii, epokę, która nigdy nie przeminie, bo jest wobec
historii transcendentna. Przez otwór w grobie
zmartwychwstałego Jezusa pada na naszą ziemię, i nigdy już padać nie
przestanie, światło przyszłego wieku. Ogarnia nas ono zwłaszcza
wówczas, kiedy gromadzimy się na sprawowaniu Eucharystii.
Tajemnica Eucharystii jest najbardziej królewską drogą
wprowadzającą nas coraz więcej w blask tego Dnia Ósmego,
który nie ma zachodu.
![]() |
V. Cudownie wielowarstwowi | ![]() |
Przybliżać się do Jezusa Chrystusa to również uświadomić sobie, że jest On nie tylko wspaniałym Mistrzem pokazującym nam drogę do Raju, ale przede wszystkim Bogiem prawdziwym, Jednorodzonym Synem Przedwiecznego Ojca. W nim Bóg pierwszy przystąpił do poszukiwania swoich zagubionych owiec. A uczynił to w sposób prawdziwie Boski: począwszy od żłóbka betlejemskiego, przez oddanie za nas swojego życia, aż do realnego oddania się nam w sakramencie Eucharystii. Gdyby Jezus Chrystus był jedynie genialnym przewodnikiem duchowym, wówczas niedzielne nabożeństwo byłoby dla mnie pożyteczną podporą życia religijnego. Korzystałbym z niej dla wewnętrznego umocnienia, ale porzucałbym tę podporę zawsze, ilekroć dochodziłbym do przekonania, że własnym sposobem potrafię modlić się bardziej intensywnie i z większą dla siebie satysfakcją. Po prostu szukałbym spotkania z Bogiem i Jego pomocy w taki sposób, jaki uznałbym za najlepszy. Jezus Chrystus jest jednak nie tylko Nauczycielem. On jest Synem Bożym, który sam „przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło” (BT, Łk 19:10). Wiara w Chrystusa byłaby czymś próżnym i jałowym, gdybyśmy zapominali o Jego Zmartwychwstaniu, przez które otworzył nam wszystkim drogę do życia wiecznego. Skoro więc w Niego wierzę, uznaję Jego prawo do inicjatywy w moich z Nim kontaktach. On wszak lepiej wie, czym i jak mnie obdarzyć na moim szlaku ziemskiej pielgrzymki. Toteż jest coś wspaniałego w tym, że On chce wyznaczać mi okoliczności, w których pragnie spotkać się ze mną szczególnie. Bo właśnie przez te konkretne spotkania On mnie szuka i zbawia!
Mój realny kontakt z Jezusem zaczął się przez chrzest. Nie był to tylko obrzęd symboliczny, włączający mnie do grona Jego wyznawców. Przez sakrament chrztu Chrystus rzeczywiście uczynił mnie (choć wówczas nie zdawałem sobie z tego sprawy) dzieckiem Bożym, uczestnikiem swojego Boskiego Synostwa, zanurzając mnie rzeczywiście w swojej Śmierci i Zmartwychwstaniu. To z Jego woli chrzest jest skutecznym znakiem moich i twoich narodzin dla Boga. To wprawdzie paradoks, ale tak właśnie jest: żeby dziś opowiedzieć się za wartościami absolutnymi, wcześniej trzeba już je posiadać.
Podobnie rozumiem sens Mszy Świętej, gdy widzę w
niej dzieła
Chrystusa oraz to, że jest ona szczególnie świętym
wydarzeniem ustanowionym przez Niego na nasze z Nim spotkania. Ze
Zbawicielem jednak spotykam się realnie, ilekroć w wierze słucham Jego
nauki, ilekroć w Jego imię okazuję pomoc potrzebującym, ilekroć szukam
Jego miłosierdzia w sakramencie pokuty. Msza Święta jest jednak
absolutnie najszczególniejszym czasem spotkania z
Chrystusem. Dlaczego? Bo wiąże się ona najwymowniej z tajemnicą Jego
męki, przez którą dokonuje się nasze pojednanie z Bogiem.
Ukrzyżowanie było przecież czymś nieskończenie więcej niż męczeństwem
niewinnie zabitego proroka. Na Kalwarii stała się rzecz niemożliwa.
Otóż z naszej zatrutej grzechem ziemi Jeden z nas okazał się
zdolny przejść całkowicie i bez reszty w ramiona Przedwiecznego
Kochającego Ojca. Ponieważ zaś Umęczony na Krzyżu to zarazem Syn Boży,
miłość, jaką był On wówczas napełniony, ma moc ogarnąć nas
wszystkich, bo miłość Syna Człowieczego jest przecież obiektywnie
nieskończona. Oto dlaczego Chrystus mógł o sobie powiedzieć:
„A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę
wszystkich do siebie” (BT, J 12:32).
We Mszy Świętej uobecnia się miłość, którą Chrystus Pan wypełnił na Krzyżu. Uobecnia się po to, żeby nas umacniać w tym, co dobre, chronić przed zniechęceniem i niewiernością, przemieniać coraz bardziej na podobieństwo Jezusa. A dzieje się tak, bo sam Chrystus ustanowił taką właśnie pamiątkę swojej Męki. „[...] to czyńcie na moją pamiątkę!” --- powiedział podczas Ostatniej Wieczerzy (patrz BT, Łk 22:19). „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” (BT, J 6:54) --- wyjaśniał sens największego Daru, jaki miał nam zostawić po swoim Zmartwychwstaniu.
Tymczasem prawda o trójjedyności Boga ogarnia mnie przede wszystkim poprzez spotkania z Bogiem Żywym, który jest przecież Bogiem w Trójcy Świętej jedynym. Ja, który mam szczęście zaledwie dotykać tej tajemnicy, rozpoznaję w Bogu Ojca Przedwiecznego, który całego Siebie bez reszty, całą nieskończoność Siebie, oddaje Synowi w swojej boskości. W Bogu rozpoznaję zatem nie tylko Ojca, ale i Jego Syna, którzy tak nieskończenie się miłują, którzy tak nieskończenie są sobie oddani, że To, co ich wzajemnie przenika, jest absolutnie i najdosłowniej nieskończone. To jest równym Im w bóstwie Duchem Świętym.
Zatem jeśli wiara w
Trójcę Świętą jest
dla mnie
czymś żywym, wiem bardzo dobrze, że nie wolno mi być egoistą. Egoizm
jest to bowiem niszczenie w sobie podobieństwa do Boga. Bóg
Prawdziwy --- Ojciec i Syn, i Duch Święty --- jest
bowiem wspólnotą Osób tak całkowicie i bez reszty
na siebie otwartych, że bluźnierstwem byłoby o Nich powiedzieć: trzej
bogowie. Trzy Osoby są jednym jedynym Bogiem. A ja, stworzony na obraz
Boży, tym więcej będę podobny do mojego Stwórcy, im więcej
będzie we mnie realnego otwarcia na moich bliźnich, im mniej będę
egoistą.
W Ojcu i Synu, i Duchu Świętym zostałem ochrzczony. Już wówczas Ojciec i Syn zesłali na mnie swojego Ducha Świętego, który jest jednym i nierozdzielnym Tchnieniem Ich Obu. Pocieszyciel Duch Święty uczy mnie wszystkiego, co On sam powiedział (por. BT, J 14:26), jeśli tylko --- rzecz jasna --- staram się być wiernym łasce chrztu.
Miłość jest duszą prawdy. Dlatego w prawdzie o trzech Osobach jedynego Boga odkrywam tajemnicę nieskończonej Miłości: w Trójcy Świętej dokonuje się całkowite i bez reszty udzielanie się jednej Osoby drugiej Osobie, tak dosłownie, że każda z Osób istnieje rzeczywiście i w całej nieskończoności swego Bóstwa w dwóch pozostałych Osobach. Ponieważ zaś Bóg jest naprawdę Miłością, w tym udzielaniu się Osoby Boskie w pełni zachowują swoją tożsamość. Ze zdumieniem wówczas stwierdzam, że warunkiem mojego całkowitego zjednoczenia z Bogiem jedynym, niepodzielnym, a istniejącym w trzech realnie odrębnych Osobach jest miłość. Nigdy jednak nie rozwikłam owej tajemnicy do tego stopnia, żebym nie potrzebował Ducha Świętego, który jest dla mnie Światłem Prawdy i Miłości.
Kształtowanie się mojej wspólnoty z Bogiem zależy nie tylko ode mnie, ale przede wszystkim od Niego. Wszak Bóg nie jest bezosobową głębią, do jakiej dociera się po zastosowaniu określonych technik duchowych. On jest Kimś absolutnie wolnym, suwerennym i osobowym. Toteż spotkam się z Nim tylko wtedy, kiedy i jeśli taka będzie Jego wola. Stąd o Jego miłość muszę zabiegać, przyjmując jednocześnie tę płaszczyznę spotkania, którą On sam mi proponuje. Nawet jeśli odbiega ona od moich oczekiwań. Czyż nie tak właśnie się postępuje, zabiegając o miłość drugiego człowieka? Otóż Bóg może zechcieć spotkania ze mną w przestrzeni wykraczającej poza moje zwyczajne, dotychczasowe doświadczenia duchowe. Może wyznaczyć mi płaszczyznę spotkania znajdującą się w zasięgu poznania zmysłowego --- tak jak niegdyś objawił się Mojżeszowi w znakach widzialnych. Czyni to rzadko, ale to Mu wolno --- jest przecież Bogiem i może mieć po temu swoje własne powody. Cóż z tego, że byłoby mi wygodniej i prościej bez samej nawet możliwości takich objawień? Nie musiałbym się wówczas kłopotać o autentyczność danego objawienia, nie posądzano by mnie o obskurantyzm lub łatwowierność, a ludzie obdarzeni takimi objawieniami nie musieliby pić kielicha goryczy, jaki zazwyczaj piją. Ale właśnie dlatego, że Bóg jest Bogiem, niemożliwym staje się to, żeby jakiekolwiek autentyczne objawienie --- Jego samego czy Jego przyjaciół i wysłanników --- wychodziło swoją treścią poza to jedyne Objawienie, w którym raz na zawsze dał się On nam w swoim Jednorodzonym Synu. „Gdybyśmy nawet my --- powiada Apostoł Paweł --- lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy --- niech będzie przeklęty!” (BT, Ga 1:8).
Tę prostą prawdę, że żadne cuda czy objawienia, które odwodzą od Boga nie mogą od Niego pochodzić, znano już w Starym Testamencie. Już w Pięcioksięgu znajduje się następująca przestroga: „Jeśli powstanie u ciebie prorok, lub wyjaśniacz snów, i zapowie znak lub cud, i spełni się znak albo cud, jak ci zapowiedział, a potem ci powie: »Chodźmy do bogów obcych --- których nie znałeś --- i służmy im«, nie usłuchasz słów tego proroka albo wyjaśniacza snów. Gdyż Pan, Bóg twój, doświadcza cię, chcąc poznać, czy miłujesz Pana, Boga swego, z całego swego serca i z całej duszy” (BT, Pwt 13:2-4). W takim właśnie duchu postępuje Kościół, kiedy odwraca się od wszelkich nadzwyczajnych wydarzeń, które mimo swoich treści religijnych odciągają ludzi od Boga: rodzą podziały, ośmieszają wiarę, zwracają uwagę religijną w kierunku niezdrowej sensacji itp. „Nie dowierzajcie każdemu duchowi --- uczy Ewangelista Jan --- ale badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie” (BT, 1 J 4:1).
Ostrożność jest zwyczajną postawą Kościoła nawet wobec objawień autentycznych. Jeżeli one naprawdę pochodzą od Boga, taki czyściec nieufności nie tylko im nie zaszkodzi, ale uczyni bardziej wiarygodnymi. Jaki jest jednak sens objawień uznanych przez autorytety Kościoła za autentyczne, skoro nie wychodzą one treścią poza Objawienie Boga w Jezusie Chrystusie? Weźmy dla przykładu objawienia w Fatimie. Główną ich treścią jest wezwanie do pokuty, a więc --- mogłoby się wydawać --- nic nowego: zwyczajne przypomnienie nauki zawartej w Ewangelii. Niemniej żadna encyklika papieska, żadne plany duszpasterskie nie zdołałyby ożywić religijnie tylu milionów ludzi, których przyprowadziła do Chrystusa Jego Matka przemawiająca w Fatimie. To samo można powiedzieć o objawieniach, które dały początek kultowi Najświętszego Serca Jezusa czy Miłosierdzia Bożego. Cała ich treść mieści się w Ewangelii. Czy więc bez świętych: Małgorzaty Marii Alacoque oraz Faustyny Kowalskiej katolicy nie wiedzieli o tym, że Chrystus jest nieskończenie miłosierny, że nasze grzechy Go obrażają, a Hostia Święta jest niezastąpionym pokarmem na życie wieczne? A jednak dzięki tym objawieniom dokonało się i dalej dokonuje pogłębienie wiary w całym Kościele.
Czy jednak należy poważnie liczyć się z tym, że dane objawienie jest autentyczne? Przypuśćmy, że we śnie nieżyjący już ojciec lub matka nakazuje komuś, np. porzucić złe życie i powrócić do praktyk religijnych. W ocenie takiego snu czymś naprawdę ważnym jest pytanie, czy otrzymany przekaz nie kłóci się z Ewangelią i czy jego realizacja przybliży mnie do Chrystusa. Gdyby bowiem ów przekaz zawierał treści przeczące wierze, nakazywał coś niezgodnego z Dekalogiem, lub gdyby dotyczył elementów duchowo nieistotnych, można by jednoznacznie stwierdzić, że nie warto się nim przejmować. Kiedy jednak zmarły rodzic wzywa do pojednania z Bogiem, niewątpliwie jest to wezwanie nadprzyrodzone, którego należy usłuchać, nawet jeśli sam sen da się całkowicie wytłumaczyć w sposób naturalny. W taki właśnie sposób mogły bowiem dotrzeć do świadomości człowieka pobudzane przez łaskę pragnienia zbliżenia się do Boga oraz, również pobudzona przez łaskę, troska jego rodziców --- kiedy jeszcze byli na tym świecie --- o dobro jego duszy.
Czysto naturalne wyjaśnienie takiego snu raziłoby
małodusznością. Przecież to niemożliwe, żeby po przejściu do wieczności
rodzicom stała się obca troska o duchowe dobro własnego dziecka. Nie
wydaje się zatem czymś lekkomyślnym przypisywać ten błogosławiony sen
tajemnicy obcowania świętych, która realizuje się pomimo
dzielącej nas granicy śmierci. Ponadto warto pamiętać, że tajemnice
łaski mogą doskonale się realizować również za pośrednictwem
najzupełniej naturalnych mechanizmów psychologicznych.
Innymi słowy --- wyjaśnienie nadprzyrodzone danego zjawiska nie
musi wykluczać interpretacji naturalnej. To przecież Bóg
stworzył człowieka istotą tak cudownie wielowarstwową.
![]() |
VI. Miara buntu | ![]() |
Przybliżanie się do Jezusa Chrystusa to również wprowadzanie Jego słów we własne codzienne postępowanie. Przecież Bogu-Człowiekowi zawsze zależało i nigdy nie przestanie zależeć na tym, abym zechciał ufnie przyjmować Jego naukę, aby Jego słowo docierało do mojego serca i w nim żyło oraz abym się umiał nim dzielić jak Dobrą Nowiną. Na tym m.in. polega tajemnica Kościoła, że ożywia nas jedno i to samo Słowo. Trudno przecież posądzić Pana Boga o to, że dał nam w Piśmie Świętym swoje nieomylne słowo, a zarazem nie potrafił lub nie chciał zatroszczyć się o to, aby trwało ono nieomylnie w założonym przez Niego Kościele. Gdyby tak nie było, znaczyłoby to, że bramy piekielne przemogły Kościół (patrz BT, Mt 16:18), że nie jest on już „filarem i podporą prawdy” (patrz BT, 1 Tm 3:15). Ponieważ zaś takiej ewentualności przyjąć nie mogę i wierzę głęboko, że słowo Boże nieomylnie trwa w Kościele --- zależy mi na tym, aby słuchać go w pełnej jedności z Kościołem. Zatem stwierdzenie: „Kto was słucha, Mnie słucha” (BT, Łk 10:16) zawiera obietnicę Bożą, że Duch Święty zachowa Kościół w istotnej wierności nauce Chrystusa, a zarazem wzywa nas, abyśmy --- zarówno wówczas, kiedy słuchamy słowa Bożego, jak i wówczas, kiedy dzielimy się nim z bliźnimi --- troszczyli się o jedność w wierze ze wszystkimi pokoleniami Kościoła.
Czy ta jedność w wierze nie ma w sobie czegoś podejrzanego? Czy nie osiąga się jej poprzez rezygnację z własnej aktywności i niezależności umysłowej? Czy zatem nie grozi mi, że uznam wygodnie, iż sama już przynależność do Kościoła i przyłączenie się do wyznawanych w Kościele przeświadczeń gwarantuje mi „dobre układy” z Panem Bogiem? Czy znaczenie, jakie przywiązuję do treści nauczania tych, którzy zostali ustanowieni pasterzami Kościoła, nie upodobnia mojej wiary do jednej z wielu ideologii, w których przecież tak bardzo liczy się czystość doktrynalna?
Na pytania te można odpowiedzieć zarówno w duchu wiary jak też niezależnie od niej. Badając jednak w swym sumieniu, czy przez wiarę w jedności z Kościołem nie wyzuwam się ze swojej wolności, staram się rozróżniać wolność autentyczną od fałszywego poczucia wolności. Wiele bowiem współczesnych poglądów na temat sztuki, polityki, moralności wypowiadamy niestety nie dlatego, że tak naprawdę myślimy, ale dlatego, że tak wypada myśleć i mówić. Ponadto człowiek często chlubi się wówczas oryginalnością i niezależnością swoich myśli, zwłaszcza jeśli te poglądy odbiegają od uznanych za tradycyjne. Postawa taka możliwa jest niestety również w dziedzinie wiary i dlatego zależy mi na tym, aby jej nie ulec.
Jak to zatem jest możliwe, że pełna wierność wyznawanym przez Kościół dogmatom nie ogranicza mojej wolności, a więc także mojej religijnej indywidualności? Otóż dogmaty wiary --- jeśli tylko nie wypaczam ich autentycznego sensu --- nie mają nic wspólnego z ideologią. Są to zdania określające właściwy kierunek poszukiwań Boga Żywego, który objawił się nam w Jezusie Chrystusie. Ostatecznym bowiem horyzontem dogmatów wiary jest jeden Bóg, lecz w Troistej Istocie Wszechmocny, Nieskończony i Niepojęty. Toteż rozumiem je dopiero w kontekście modlitwy i wierności Dekalogowi, zwłaszcza przykazaniu miłości.
Każdy z nas kieruje się w swym życiu jakimiś dogmatami,
niezależnie od tego, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie. Poza tym
dogmaty są dobre lub złe. Złe niszczą moją wolność, a dobre ją
ochraniają. Jeśli zatem noszę w sobie dogmaty głoszące, że
„tyle mojego, co użyję”, „za pieniądze
można kupić wszystko”, „po nas choćby
potop”, lub że „dobro jest względne” ---
jestem człowiekiem dogłębnie nieautentycznym, niewolnikiem
własnych przesądów i żądz. Istnieją jednak dogmaty
błogosławione, w klimacie których moja wolność się rozwija.
Takimi błogosławionymi dogmatami są zasady rodzące głębokie
przeświadczenie, że:
Na przykładzie tych pozornie świeckich dogmatów szczególnie wyraźnie widać, że dogmat to coś znacznie więcej niż jakieś niewzruszone przeświadczenie. To zasadnicze przeświadczenie egzystencjalne, które kształtuje moją postawę życiową i chcę czy nie, zawsze określone dogmaty kierują moim życiem.
Cóż byłoby warte życie bez zasad lub, co gorsza, w oparciu o zasady skażone złem? Wszak moją fundamentalną troską duchową powinno być rugowanie z własnego życia dogmatów fałszywych, zaś pielęgnowanie i umacnianie prawdziwych. Jeśli zatem jestem chrześcijaninem powinienem dbać o to, aby moimi dogmatami stawały się prawdy wyznawanej przeze mnie wiary. Stanie się to jednak dopiero wtedy, gdy rzeczywiście będą one kształtowały moje czyny i postawę. Już pierwszą prawdę wiary głoszącą, że „jest Bóg”, mogę wyznawać samym tylko przeświadczeniem umysłowym. Wówczas praktycznie niczym nie będę się różnił od ludzi niewierzących. Gdy jednak ta fundamentalna prawda otworzy moje serce na Boga Żywego, wówczas stanie się we mnie prawdziwym dogmatem, który potrafi przemienić całe moje życie. To samo dotyczy pozostałych prawd wiary chrześcijańskiej. Muszę dążyć do tego, aby zaistniały we mnie, objawiając swą nadprzyrodzoną, przemieniającą moc.
Czy jednak wyznawanie dogmatów nie ubliża mojemu rozumowi i czy nie domaga się ode mnie rezygnacji z umysłowej i duchowej samodzielności? Wątpliwości tego rodzaju mają swoje źródło w przesądzie, że dogmat jest to taka prawda religijna, którą należy przyjąć na ślepo i nie poddawać jej krytyce. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. Prawdy wiary podawane przez Kościół nigdy nie staną się we mnie dogmatem, jeśli nie będę ich w sobie zgłębiał, jeśli nie przyjmę ich w sposób rozumny i wolny, tj. taki, który umożliwi wzbogacenie mojej sfery intelektualnej oraz poczucia wolności.
Dziś rozpowszechniony jest jeszcze inny przesąd: jakoby prawda, którą wyznaję wspólnie z innymi, nie może być moją prawdą, a najpewniejszym kryterium mojej wolności i samodzielności w poszukiwaniu prawdy jest to, że potrafię odstąpić od zasad wyznawanych przez większość. Tak zwykle bywa w poszukiwaniach naukowych. Ich celem jednak jest poszerzenie i korekta naszej wiedzy o świecie. Badania naukowe zatem będą rozwijać naszą wiedzę, nawet wtedy, gdy wiele nowych hipotez okaże się niesłusznymi. Ich autorom nie przyniesie jednak ujmy to, że nie mieli racji. Co więcej, oni swymi nietrafnymi hipotezami realnie rozwijają naukę, ponieważ pobudzają zainteresowanie środowiska naukowego badanym problemem, w wyniku czego ogólna wiedza na dany temat rośnie.
Z dogmatami jest inaczej. Ich celem jest wprowadzenie człowieka na te tereny, gdzie można znaleźć szczególnie wiele prawdy. I to prawdy ostatecznej, tej prawdy, która wyzwala z grzechów i jednoczy z Bogiem. Dziwny to paradoks: Dopóki nie znajdę prawdy, właściwie tylko udaję, że jej szukam; tak na serio zaczynam szukać prawdy dopiero wtedy, kiedy ją znajduję. Dopiero teraz zaczęły się przede mną otwierać nieprzeczuwalne przedtem głębie na temat ludzkiego przeznaczenia, ludzkiej godności, transcendencji osoby ludzkiej wobec czasu i przestrzeni, wobec praw biologii czy socjologii, a nawet wobec świadomości i inteligencji. Prawdy te otwierają przede mną swój sens dopiero, gdy odkrywam je, jakby na nowo, stawiając swoją codzienność na ich fundamencie.
Celem dogmatów jest też jednoczesne pogłębienie i korekta człowieczeństwa osoby ludzkiej. Jeśli zatem będę budował swe życie na fałszywym dogmacie, on w końcu zniszczy mnie nieodwracalnie. Niestety zdarza się, że destrukcja dotyczy wówczas szerszych kręgów społecznych. Na przykład: gdy w jakiejś społeczności przenikniętej dogmatem mówiącym, że życie ludzkie jest święte, ktoś z tej grupy społecznej --- w imię swojej wolności i samodzielności w poszukiwaniu prawdy --- postanawia zerwać z tym dogmatem, głosząc moralną godziwość zabijania ludzi psychicznie chorych albo moralną godziwość eutanazji lub sztucznych poronień, to czyż można się dziwić, iż takie poglądy wkrótce wyrażą się w konkretnych działaniach przeciwko czyjemuś życiu?
Poszukiwanie
prawdy nie kończy się z chwilą uznania dogmatów, właściwie
dopiero wtedy tak naprawdę się zaczyna. I ---
rzecz jasna --- nie jest to zwykłe ludzkie poszukiwanie.
Człowiek wierzący wpatruje się w prawdy wiary w Duchu Świętym.
Otrzymaliśmy bowiem obietnicę: „On was wszystkiego nauczy i
przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem” (patrz BT, J
14:26). Metoda prób i błędów ---
znakomita w wielu dziedzinach ludzkiej działalności --- jest
niedopuszczalna tam, gdzie realizuje się sama istota naszego
człowieczeństwa, a to z prostego powodu: wiele rzeczy można robić na
próbę, ale nie da się na próbę żyć.
Czy zatem w Kościele, gdzie przywiązuje się dużą wagę do jedności w
wierze, jest miejsce na religijną indywidualność? Tak, bo
cóż warta jest wiara, która wypływa jedynie lub
przede wszystkim z mojej przynależności społecznej? Duch Święty ---
Sprawca jedności Kościoła w wierze --- działa
zarazem w każdym z nas poszczególnie i jest wystarczająco
nieskończony, aby uzdolnić nie tylko mnie i ciebie do wyznawania tej
samej wiary katolickiej w sposób niepowtarzalny. Zatem
mój ewentualny bunt przeciw autentycznej wierze Kościoła
jest możliwy tylko w takiej mierze, w jakiej lekceważę Ducha Świętego,
nie dopuszczając Go do swojego wnętrza.
![]() |
VII. Może i wy chcecie odejść? | ![]() |
Przybliżanie się do Jezusa Chrystusa to również czynne odpowiadanie Mu na Jego wezwanie nas do życia wiecznego. Otóż czymś fundamentalnym dla zrozumienia ostatecznego powołania człowieka jest uświadomienie sobie znaczenia słów, które powtarzamy w wyznaniu wiary o Chrystusie Synu Bożym, że jest On „zrodzony, a nie stworzony”. A więc istnieje nieskończona przepaść między Jezusem, którego Pismo Święte nazywa Jednorodzonym Synem Boga (BT, J 1:14, 1:18, 3:16, 3:18, 1 J 4:9) a wszelkimi osobami stworzonymi. Wszystkie bowiem stworzenia zostały --- wszechmocą i miłującą wolą Bożą --- powołane do bytu z nicości. Ale On nie jest stworzeniem, On jest Synem --- zrodzonym z Boga, a nie stworzonym z niczego --- nieskończonym Bogiem, równym i współwiecznym Temu, który w nieprzemijającej wieczności udziela Mu całej nieskończoności swego Bóstwa. I oto Nowy Testament głosi obietnicę, którą --- gdyby nie była słowem Bożym --- trzeba by uznać za absurd. Otóż również nas ludzi Ojciec Przedwieczny chce zrodzić z Siebie jako swoje dzieci!
Pierwszym moim odruchem wobec tej obietnicy jest bezradność intelektualna, która generuje wewnętrzną chęć niedosłyszenia słów Dobrej Nowiny. Kiedy jednak dociera do mnie, że to sam Chrystus obiecuje ostatecznie uzdrowić moje człowieczeństwo i że Jego mocą stanę się zdolny do miłości doskonałej, spontanicznie ogarnia mnie uczucie, że niczego więcej już mi nie potrzeba. Przecież samo bycie człowiekiem jest darem Bożym tak wielkim, że nie potrafię zgłębić całej jego wspaniałości! Czy zatem w ogóle jest możliwe, żeby Bóg dał mi dary jeszcze większe? Wszak Syn Boży prawdziwie jest Synem Jednorodzonym.
Po ludzku biorąc, niemożliwe jest, aby ktokolwiek inny --- oprócz Jezusa Chrystusa --- mógł się narodzić z Boga. Owszem, pamiętam, że Bóg jest naszym Ojcem, a my ludzie Jego dziećmi. Ale może chodzi tu tylko o ojcostwo i synostwo w sensie nie dosłownym? „Jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie --- powiada jasno Pan Jezus --- nie może ujrzeć królestwa Bożego” (BT, J 3:3). A zatem chodzi tu o moje i twoje narodzenie z Boga, ponieważ wszystkim, którzy przyjęli Słowo, udzieliło Ono moc, aby się stali dziećmi Bożymi --- tym, którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili (patrz BT, J 1:12-13). Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa „na nowo zrodził nas do żywej nadziei” (patrz BT, 1 P 1:3, por. Jk 1:18). Zatem jest i we mnie i w tobie --- jeśli tylko uwierzymy Chrystusowi i trwamy w Jego łasce --- już nie tylko życie ludzkie --- życie stworzone, ale także (aż strach pomyśleć!) życie samego Boga. I właśnie na tym polega nasz udział w Bożej naturze. Jako ludzie jesteśmy stworzeni przez Boga, ale jako należący do Chrystusa Pana jesteśmy z Boga zrodzeni. A więc już teraz zostało w nas złożone „nasienie Boże” (patrz BT, 1 J 3:9), które będzie w nas kiełkowało, aż dar przebóstwienia osiągnie w nas miarę wyznaczoną przez kochającego nas Ojca.
„Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest” (BT, 1 J 3:2). Dziś nie muszę znać konkretnych okoliczności, w jakich Bóg zamierza mnie obdarzyć życiem wiecznym (obym tylko zdołał na nie zasłużyć!). Dwie najistotniejsze prawdy, które zostały nam objawione na temat ostatecznej sytuacji zbawionych, i tak przekraczają moją wyobraźnię. Po pierwsze: Bóg obiecuje nam, że zbawieni będziemy w naszych ciałach i że zostaną one przemienione na wzór zmartwychwstałego Ciała Chrystusa --- „On przekształci nasze ciało poniżone na podobne do swego chwalebnego ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować” (BT, Flp 3:21, por. 1 Kor 15:49). Po wtóre: życie wieczne będzie polegało na nie dającej się wyobrazić bliskości z Bogiem --- „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz” (BT, 1 Kor 13:12, por 1 J 3:2, 2 Kor 3:18).
Patrząc na zmartwychwstałego Chrystusa, mogę się spodziewać, że będzie to sytuacja niepojętej dla mnie w tej chwili transcendencji wobec obecnych ograniczeń czasowych i przestrzennych. Ale to jakby mało ważne. Najważniejsze jest to, że będę bez reszty przepełniony obecnością kochającego Boga i sam będę Go kochać już naprawdę ze wszystkich sił i z całego serca.
Dziś, z oczywistych względów, dzieli mnie nieskończona przepaść od mego Stwórcy. Także fakt zrodzenia Syna Człowieczego nieskończenie przerasta nasze zrodzenie z Boga. Syn Jednorodzony jest Bogiem Prawdziwym, my nigdy nie przestaniemy być stworzeniami powołanymi do bytu z nicości. On jest Synem z natury, my --- synami adoptowanymi. Ale jakże cudowna to adopcja! Polega ona na tym, że miłość Boża czyni nas naprawdę jednym z Chrystusem. Otrzymaliśmy przecież tego samego Ducha Świętego, który „przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego” (patrz BT, 1 Kor 2:10). Gdy pomyślę, że ten sam Duch Święty przenika również mnie, wiem, że to dzięki Niemu mogę wołać: Abba, Ojcze! Na tym właśnie polega tajemnica Kościoła i dokonującego się w nim zbawienia, że coraz bardziej stajemy się jednym z Chrystusem i wszyscy razem zrastamy się w Jego Ciało. Jak wspaniale wyraził to sam Chrystus Pan: „Wytrwajcie we Mnie, a Ja [będę trwał] w was [...]. Ja jestem krzewem winnym, wy --- latoroślami [...]. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna” (BT, J 15:4, 5, 11).
Dziećmi Bożymi możemy być
tylko poprzez włączenie
w Jego
jedyne synostwo, On przecież jest Synem Jednorodzonym. Ale też
„jeżeli [...] jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami
Boga, a współdziedzicami Chrystusa” (BT, Rz 8:17).
Słowa te nie pozostawiają już we mnie żadnych wątpliwości. W Nim i wraz
z Nim odziedziczę (daj Boże!) samego Ojca Przedwiecznego,
który udziela Mu całego Siebie. Jeśli również
dobra stworzone będą wówczas naszą radością, to tylko
dlatego, że „nowe niebo i nowa ziemia” będą w
niepojętej dla nas pełni ogarnięte Jego Obecnością.
Co musi przeżywać Bóg, dla którego każdy z nas jest kimś niewyobrażalnie bliskim, kiedy widzi, że nawet rodzice przekazują swoim dzieciom własną duchową pustkę i moralną dezorientację, kiedy widzi wszystkie krzywdy i demoralizacje, jakie dzieją się na naszej ziemi, a zwłaszcza kiedy widzi, że ktoś odchodzi od Niego całkowicie i ostatecznie? Stojąc wobec tej niepojętej tajemnicy proszę Cię, Boże, strzeż mnie na życie wieczne! Wszak poza Tobą, który jesteś Źródłem dobra i szczęścia, znajduje się wyłącznie bezsens i męka.
Tajemnicę potępienia wiecznego należy zgłębiać przede wszystkim jako tajemnicę własnego przewrotnego wyboru, w wyniku którego człowiek, zamykając się na miłość Bożą, zamyka się na każdą inną autentyczną miłość. Człowiek staje się w ten sposób wewnętrznie pusty i niegodny miłości. Dopóki jednak nie przekroczy wrót śmierci, będąc nawet największym grzesznikiem, wciąż jeszcze może liczyć na miłosierną miłość Boga, wciąż jeszcze bramy życia wiecznego stoją przed nim otworem. Wszak Bóg Prawdziwy nie dzieli ludzi na swoich i obcych, kocha wszystkich ludzi i każdego bez wyjątku poszczególnego człowieka. „Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia --- czytamy w Księdze Mądrości (11:24) --- niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił”. Dlatego On „pragnie, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (patrz BT, 1 Tm 2:4). Udowodnił nam wystarczająco, jak bardzo tego pragnie: sam Jego Jednorodzony Syn przyszedł do nas, żeby nas ocalić! „Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (BT, J 3:17). My wciąż jednak traktujemy Boga nieufnie, podejrzewamy Go o bezduszność i niedostatek miłosierdzia, uważamy Go za kogoś obcego. W rzeczywistości zaś to nie Bóg jest nam obcy. On jest nieodmiennie naszym Najbliższym. To my, wskutek naszego egocentryzmu i niedojrzałości, wciąż jeszcze zachowujemy się wobec Boga jak obcy, tyle że uznający Jego władzę nad nami. A czasem nawet i to nie.
Jezus Chrystus przyszedł do nas z całym szacunkiem dla naszej ludzkiej godności. Przyszedł ocalić nas od śmierci, a więc ostatecznego bezsensu i nieszczęścia, ale nie ratuje nas w taki sposób, jak ratuje się rzeczy z płonącego domu. Jesteśmy bowiem osobami, nie rzeczami. On zaś chce uratować nawet najgorszą nierządnicę i najbardziej nieuczciwego celnika, ale nikogo nie chce ratować wbrew jego woli. „Stworzyłeś nas bez nas, ale nie zbawisz nas bez nas” --- pisał św. Augustyn. Stąd w Ewangelii tyle wezwań, abyśmy szukali Boga, nawracali się i otwierali na Jego moc. Stąd tyle radości w niebie z każdego grzesznika, który się nawraca. Jeśli zatem ktoś nie będzie zbawiony, to nie dlatego, że Bóg go potraktował jak obcego i poskąpił mu daru życia wiecznego, ale dlatego, że on sam nie chciał tego daru przyjąć. Wiedziano o tym już w Starym Testamencie: „Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego --- wyrocznia Pana Boga --- a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył? [...] Ja nie pragnę śmierci występnego, ale jedynie tego, aby występny zawrócił ze swej drogi i żył. Zawróćcie, zawróćcie z waszych złych dróg!” (BT, Ez 18:23, 33:11).
Kościół zatem, jako wspólnota wierzących w Chrystusa, cieszy się łaską Jego rzeczywistej, obdarzającej obecności. On jest z nami „przez wszystkie dni aż do skończenia świata” (patrz BT, Mt 28:20) i dokonuje w nas dzieła zbawienia poprzez swoje słowo i sakramenty. W dziejach Apostolskich Kościół wręcz został nazwany wspólnotą „tych, którzy dostępowali zbawienia” (2:47). Nic zatem dziwnego, że w miarę jak sam zacząłem cenić sobie duchowe dobra otrzymywane w Kościele, chciałbym zaprosić do Kościoła możliwie wszystkich ludzi.
Oczywiście, On jest Bogiem Prawdziwym, potrafi więc ogarnąć skutecznie swoją zbawczą miłością wszystkich, których kocha. Kocha zaś wszystkich. Zatem potrafi doprowadzić do zbawienia również tych, którzy o Nim nie słyszeli lub nie zostali zaproszeni do Kościoła dostatecznie przekonywująco. Dotyczy to również tych, którzy --- jeśli tylko czynią to z czystych przesłanek --- z Nim walczą. Zarazem jednak nie jest tak, żeby przynależność do Kościoła była czymś drugorzędnym. Wielka to bowiem szansa mieć dostęp do boskiej nauki Chrystusa Pana i Jego sakramentów! Tę nie dającą się przecenić rolę Kościoła w naszym dążeniu do zbawienia, a jednocześnie rzeczywistą powszechność zbawczej woli Bożej najkrócej wyraża formuła z Listu do Tymoteusza: Bóg Żywy „jest Zbawcą wszystkich ludzi, zwłaszcza wierzących” (patrz BT, 1 Tm 4:10). Rzecz tylko w tym, że ja, wierzący, słowa te powinienem rozumieć w duchu wdzięczności, z pełną gotowością na wzrastanie w Bogu, a nie w poczuciu samozadowolenia i pychy. Słysząc, że Bóg jest Zbawcą „zwłaszcza wierzących”, natychmiast powinienem sobie przypomnieć, iż „nie każdy, który Mi mówi: »Panie, Panie!« wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (BT, Mt 7:21). Co więcej, „sługa, który zna wolę swego pana i jej nie wypełnił otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma tylko małą chłostę” (BT, Łk 12:47). Zatem ten niewątpliwy przywilej, jakim jest moja przynależność do Kościoła, w żadnym razie nie powinien mnie pobudzać do wywyższania się nad innych, a tym bardziej do ich osądzania. Pismo Święte podaje bowiem trzy zasady, którymi należy się kierować w kształtowaniu swojego stosunku do postępowania innych. Po pierwsze: „kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” (patrz BT, Łk 18:14). Po wtóre, nie wydawajmy na innych swoich wyroków: „Czy myślisz, człowiecze, co osądzasz tych, którzy się dopuszczają takich czynów, a sam czynisz to samo, że ty unikniesz potępienia Bożego?” (BT, Rz 2:3) Po trzecie, starajmy się sami zwracać ku dobru oraz innym w tym pomagać, „bo kto nawrócił grzesznika z jego błędnej drogi, wybawi duszę jego od śmierci i zakryje liczne grzechy” (patrz BT, Jk 5:20). Pytam więc z niepokojem samego siebie: czy spełniam wszystko to, co do mnie należy? Całą zaś resztę zostawiam Bogu. On z pewnością nikogo nie skrzywdzi. Tylko ci nie dostąpią zbawienia, którzy sami nie zechcą go przyjąć.
Jeśli jestem człowiekiem naprawdę wierzącym, to przyjmuję
naukę Jezusa nie dlatego, że zgadza się ona z moimi odczuciami, ale
dlatego, że jest to Jego nauka. Po prostu ja Jemu wierzę i pragnę Mu
zawierzyć samego siebie na całą wieczność. Ponadto wierzę
również wówczas, kiedy jakiś wątek Jego nauki
idzie w poprzek moich odczuć. Przykład takiej wiary przedstawia
Ewangelia, kiedy opisuje obietnicę, że Chrystus da nam własne Ciało do
spożywania. Obietnica ta uraziła, a nawet oburzyła wielu
współczesnych Jezusowi słuchaczy. Ktoś, komu zależy przede
wszystkim na zdobyciu sobie zwolenników, wprowadziłby w
takiej sytuacji korektę do głoszonych poglądów i odpowiednio
dopasował słowa do oczekiwań audytorium. Chrystus Pan przyszedł jednak,
aby nas zbawić. Jakżeż więc mógł
„odwołać” swoją obietnicę --- i to tylko
dlatego, że przekracza ona nasze ludzkie wyobrażenia? Toteż na odejście
wielu zrażonych słuchaczy zareagował z największą prostotą. Mianowicie
zapytał swoich Dwunastu: „»Może i wy chcecie
odejść?« Odpowiedział Mu Szymon Piotr: »Panie, do
kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia
wiecznego!«” (BT, J 6:67). Ileż pokory zawierają
słowa płynące z ust Apostoła.
![]() |
VIII. Bez pobłażliwości | ![]() |
Przybliżać się do Chrystusa to także zachowywać przykazania, które otrzymaliśmy od Ojca Przedwiecznego. I nie chodzi tu bynajmniej o niewolniczy obowiązek przestrzegania prawa Bożego spisanego na kartach Pisma Świętego, ale o wypracowanie w sobie chrześcijańskiej postawy moralnej. Warto przestać traktować Dekalog jako prawo dla niewolników. Przecież jest to prawo wolności. Człowiek zachowujący Boże przykazania otrzymuje jakby nowe oczy, którymi dużo wyraźniej niż dotychczas widzi Pana Boga, staje się jakby bardziej przezroczysty na dobro i prawdę, czuje się jakby silniej zakorzeniony w rzeczywistości, jego życie nabiera jakby głębszego sensu.
Łączność z Chrystusem nie zwalnia od pracy moralnej. Przeciwnie, kto jest naprawdę otwarty na zbawcze światło Mesjasza, czuje się tym więcej wezwany do moralnego wysiłku. Jeśli moje czyny będę wykonywał w przestrzeni nauki Chrystusa, będą one przynosiły owoce na życie wieczne, bo dzięki nim będę autentycznie wzrastał w miłości Bożej i stawał się coraz czystszym człowiekiem. Będzie się to dokonywało nie mocą moich uczynków, ale mocą Jezusa, w którym je spełnię.
Bez uczynków nie istnieje łaska. Ona nigdy nie jest bezpłodna. Co najwyżej mogę ją odrzucić. Ale jeśli rzeczywiście jestem otwarty na łaskę Chrystusa, to uzdalnia mnie ona do pracy nad sobą, do dobrych uczynków, a nawet do ofiary, czyli oddania się Bogu i ludziom nawet w warunkach wysoce trudnych. Bo każde prawdziwe otwarcie się na łaskę rodzi dobre uczynki. Może istnieć co najwyżej wiara bez uczynków. Ale taka wiara --- jak powiada słowo Boże --- martwa jest. „Tak jak ciało bez ducha jest martwe, tak też jest martwa wiara bez uczynków” (BT, Jk 2:26).
Idea obowiązku jest dla moralności chrześcijańskiej czymś wtórnym. Jest jakby tarczą chroniącą przed moralnym chaosem tych, którzy nie zrozumieli jeszcze samej istoty tej moralności. Istotą chrześcijańskiej postawy moralnej jest zaufanie Bogu. Natomiast z obowiązkiem zachowywania Dekalogu jest trochę tak, jak z obowiązkiem rodzicielskim. Rzecz jasna, że rodzice powinni troszczyć się o swoje dzieci, ale czy --- poza rzadkimi przypadkami zwyrodnienia zmysłu rodzicielskiego --- trzeba im o tym przypominać? Wypełnianie obowiązków rodzicielskich wymaga niekiedy ofiar i samozaparcia, ale rodzice kochają przecież swoje dzieci i żadne okoliczności nie potrafią doprowadzić ich do zwątpienia w to, że ich trud ma wielki sens. Obowiązek zachowywania Bożych przykazań wychodzi zatem na plan pierwszy dopiero wtedy, gdy gaśnie w człowieku miłość albo gdy ona nie zdołała się w nim jeszcze dostatecznie rozwinąć. Jeśli więc kocham Boga lub jeśli kochać Go jest przynajmniej moim pragnieniem, to ogromnie mi zależy na tym, żeby postępować zgodnie z Jego wolą. Przecież przykazania On nam dał tylko dlatego, że Go obchodzimy, że nas kocha.
Przykazania to słowa miłości Boga do człowieka. Ich celem jest nasze dobro, i to nie jakieś dobro cząstkowe, ale nasze dobro całościowe, ostatecznie zaś --- życie wieczne. Jednakże pamięć o tym, że przykazania stoją na straży mojego dobra, jest czymś tak samo wtórnym, jak postrzeganie Dekalogu w kategoriach obowiązku. Chcę zachowywać przykazania, bo Ten, który mnie kocha i którego ja chcę kochać, tego ode mnie oczekuje! Zatem mój stosunek do Bożej Woli jest nieomylnym sprawdzianem, czy odwzajemniam Jego miłość. W moim stosunku do przykazań ujawnia się zarówno to, jak bardzo moja miłość do Boga jest wciąż wątła, jak i to, w jaki sposób mogę ją w sobie umacniać i pielęgnować. Wynika stąd, że wiara umożliwia dynamizowanie mojej wrażliwości co najmniej w dwóch kierunkach. Po pierwsze: chroni mnie przed dopasowywaniem prawdy o dobru i złu na miarę mojej ludzkiej ułomności, a więc pomaga mi przekraczać różne siły bezwładu, które utrudniają mi właściwe rozpoznanie tych wartości. Owe siły najchętniej podszywają się pod mój rozsądek. Dopóki jest on zdrowy, postrzegam go jako wspaniały dar Boży, który można nazwać zmysłem rzeczywistości chroniącym przed bujaniem w obłokach, przebijaniem głową muru oraz budowaniem zamków na piasku. Gdy jednak mój rozsądek zaczyna chorować, do głosu dochodzą liczne słabości lub złe skłonności. Wtedy zdrowym rozsądkiem lubię nazywać swą małoduszność, żeby w ten sposób usprawiedliwić brak wyobraźni, a nawet egoizm. Po wtóre: dzięki wierze --- rzecz jasna żywej wierze, mocą której docieram do samego Boga i do źródeł Jego łaski --- staję się zdolny do rzeczy, do jakich moje własne zdolności nie wystarczają. Co prawda chrześcijańska nauka moralna silnie akcentuje to, że wypełnienie powinności moralnej niekiedy przekracza ludzkie możliwości, ale nie jest tak, że Bóg nałożył na mnie obowiązki przekraczające moje siły. Chodzi raczej o fakt, że nawet niewielkie obowiązki mogą okazać się zbyt ciężkie, gdy będę moralnie chory. Jestem wówczas podobny do pijaka, który nie jest w stanie sprostać elementarnym powinnościom i to z własnej winy. Jakże ważna jest wówczas życzliwa pomoc bliźnich. Równie ważna jest jednak chęć przyjęcia owej pomocy. Jeśli bowiem nie wyjdę naprzeciw oczekiwaniom otoczenia i zamknę się w swojej niemocy, nigdy nie odzyskam swojej trzeźwości i godności.
Do niedawna wydawało mi się, że chrześcijańskie
wymogi
dotyczące etyki seksualnej są czymś ponad siły, choć w gruncie rzeczy
nie chodzi w nich o żadne nadzwyczajności. Postulat panowania nad sobą,
uszanowania w sobie i w innych tego wymiaru, w którym
poczyna się nowe życie osoby ludzkiej, respektu dla swojej i cudzej
podmiotowości, uznanie podmiotowości człowieka od chwili jego
zaistnienia --- cóż w tym takiego, co by wykraczało
poza przeciętne tęsknoty zdrowego ludzkiego sumienia? Jeżeli realizacja
tych zasad przekracza moje siły, to nie wynika stąd, że wymagania te są
ponadludzkie, ale tylko to, że jestem duchowo chory. Bóg
musiałby przestać mnie szanować, gdyby w takiej sytuacji zdyspensował
mnie od powinności przestrzegania zasad tak elementarnych. On woli
kierować się prawdziwą miłością, tj. oczekiwać ode mnie postępowania
stosownego do mojej ludzkiej godności. Ponieważ jednak czasem
przekracza to moje siły, gotów jest wspomagać mnie w tym, do
czego sam z siebie --- wskutek mojej ułomności --- nie
jestem zdolny.
Zapewne jeszcze niejeden raz wyjdzie ze mnie moja słabość, po wielokroć przekonam się, że grzech ogarnął mnie bardzo głęboko i nie zdołam wykorzenić go za pomocą najlepszych nawet postanowień. Zarazem do dwóch postaw będę się starał bezwzględnie w sobie nie dopuścić. Po pierwsze, nigdy nie będę sobie wmawiał, że egoizm jest dla człowieka czymś naturalnym. Po wtóre, moja słabość nigdy nie stanie się przyczyną ciężkiej krzywdy zadanej bliźniemu. Będzie natomiast moim nieustannym pragnieniem, żeby rosła we mnie bezinteresowna miłość do innych, żeby Bóg uzdolnił mnie do takiej miłości, która co najmniej dorówna instynktowi samozachowawczemu.
Gdyby całkowity porządek w sferze seksualnej był łatwy do osiągnięcia, prawo Boże obowiązujące w tej dziedzinie zapewne uznawano by powszechnie. Stawia ono bowiem cele, do których dusza ludzka dosłownie się wyrywa. Cóż piękniejszego, niż być w pełni panem samego siebie, popędy uczynić doskonale posłusznymi sługami miłości i uszanować w pełni ich fundamentalną celowość? Dopiero gdy okazuje się, że w realizacji tego programu trzeba pokonywać swoją grzeszność i zaznawać różnych goryczy, jakie wynikają z naszej słabości, wielu ludzi odrzuca prawo Boże i tłumaczy sobie, że przecież popęd seksualny stanowi cząstkę naszej natury, więc należy okazywać mu posłuszeństwo. A przecież popęd seksualny a jego nieuporządkowanie to naprawdę dwie gruntownie różne sprawy. Dlatego nikogo nie powinien dziwić fakt, że tajemnica skuteczności w realizowaniu wymogów etyki chrześcijańskiej leży w umiejętności dotarcia do źródeł mocy Bożej, jaka dociera do człowieka nie tylko podczas modlitwy czy wsłuchiwania się w słowo Boże, ale także z sakramentu pokuty oraz przez Eucharystię. Nie znaczy to jednak, że moc Boża spływa, na mnie lub na ciebie, automatycznie. Są to najbardziej uprzywilejowane przestrzenie, w których można się spotkać z Trójcą Przenajświętszą i uprosić, aby Wszechmogący raczył rozluźnić w nas owe egocentryczne skurcze, którymi zamykamy się na Jego moc. Wówczas z pełnym przekonaniem możemy mówić za Apostołem Pawłem: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (BT, Flp 4:13).
Pamiętając zatem o swojej grzeszności powinienem uwrażliwiać w sobie świętą bojaźń, która czasem powstrzymuje mnie przed przystąpieniem do Stołu Pańskiego. Chodzi jednak o to, żeby do komunii przystępować możliwie często, ale z bojaźnią: przecież ja jestem tak niegodny, taki leniwy w wypełnianiu woli Bożej, dopuszczam się tylu niewierności! Zatem tak rozumiana bojaźń nie powinna paraliżować mnie w drodze do Stołu Chrystusa, ona ma mnie mobilizować do duchowego wysiłku, aby do tego sakramentu przystępować z całą uczciwością.
Czy potrafię rozróżniać zdrowy, natchniony przez Ducha Świętego lęk przed komunią od lęku fałszywego? Rozważając w swym sercu ów problem dostrzegam, że jeśli wskutek owego lęku zaczynam coraz rzadziej przystępować do Uczty Eucharystycznej --- jest to lęk fałszywy. Słuszny lęk przed komunią tym się cechuje, że im więcej boję się bezcześcić swoją niegodnością Ciało Baranka, tym wyraźniej widzę, jak mi jest potrzebny ten duchowy pokarm i wówczas staram się przyjmować go jak najczęściej. Logika mojego postępowania opiera się na logice liturgii. Wszak mówimy: „Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie” --- nie po to, aby uciec od Komunii z Jezusem Chrystusem, ale właśnie żeby do niej przystąpić.
Moc Boża jest mi szczególnie niezbędna w chwilach próby, kiedy grozi zwątpienie w prawdziwość i potęgę dobra, w sens życia, a nawet w samego Boga. Jeśli nie zagubię wówczas tej świadomości, że przez całe życie jestem zanurzony w Bożej obecności --- z pewnością zdołam zachować nadzieję nawet wbrew nadziei. Otóż to wyjście ponad samego siebie i ponad swoją dramatyczną sytuację jest możliwe tylko dlatego, że Bóg, chociaż pozwala siłom ciemności dokonywać właściwych im niegodziwości, nie dopuści do tego, aby ten świat kiedykolwiek przestał być Jego światem, Bożą winnicą. Prawda ta znajduje odzwierciedlenie w różnych sformułowaniach zawartych w Piśmie Świętym. Raz --- że siły zła mogą bardzo człowiekowi zaszkodzić, mogą nawet pozbawić go życia, ale nie są w stanie, bez naszej zgody, zabić w nas duszy (por. BT, Mt 10:28). Innym razem --- że „wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (BT, 1 Kor 10:13).
To jest właśnie jedna z najbardziej charakterystycznych cech
etyki katolickiej: nie zwalnia ona człowieka z jego elementarnych
powinności, nawet jeśli stały się one ponad jego siły, ale z całym
szacunkiem dla niego i z wyrozumiałością (nie pobłażliwością!) dla jego
słabości wskazuje mu drogę powrotu do sił.
![]() |
IX. We wszechmocy Bożej | ![]() |
Przybliżanie się do Jezusa Chrystusa to również uczenie się pokory od Jego Matki. To właśnie Jej przykład podpowiada mi celowość przyjęcia pokornej postawy nie tylko w stosunku do Boga, ale samego siebie i względem bliźniego. Pokora jest czymś innym niż skromność. Jestem skromny, jeśli noszę w sobie głębokie przeświadczenie, że nie wolno mi wywyższać się ponad innych ludzi. Przewyższają mnie oni bowiem pod niejednym względem. Te zaś walory, w które ja jestem bogatszy, stawiają mnie ponad nimi tylko drugorzędnie. W ludzkiej godności jesteśmy przecież wszyscy sobie równi. Pokora jest zatem radosną świadomością, że Bóg jest nieskończenie większy ode mnie. Że w Nim --- a nie we mnie --- ma źródło prawda i dobro, wiara, i nadzieja, sprawiedliwość, miłosierdzie, i miłość. Że On --- a nie ja --- wart jest tego, żeby Go kochać całym sercem, całym umysłem, ze wszystkich sił i z całej duszy. Pokora to gorąca tęsknota, żeby Mu podlegać naprawdę we wszystkim, na wzór Niepokalanej. Stąd właśnie jej słowa: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!” (BT, Łk 1:38).
To naprawdę zdumiewające: nastolatka z jakiegoś palestyńskiego Garwolina podejmuje dialog z Bogiem, prawdopodobnie najważniejszy dialog dziejów i świata. Co więcej: nie tylko prowadzi ten dialog, ale także podejmuje decyzję i to jak niesłychanie doniosłą decyzję! Nie była to jednak zwykła nastolatka, lecz Dziewica Niepokalanie Poczęta, która od Ojca dla Syna w Duchu Świętym przyjęła Słowo stające się Ciałem w jej przeczystym łonie. Tylko bowiem Maryja, jako poczęta bez zmazy i obdarzona pełnią łask, mogła porodzić Chrystusa. „U Największej Dziewicy --- pisał św. Tomasz z Akwinu --- była potrójna doskonałość łaski. Pierwsza, otrzymana przy poczęciu, była jakby dyspozycją do Macierzyństwa; dzięki niej Maryja stała się godną Matką Syna Bożego. Druga wynikała z obecności Syna Bożego w Jej łonie; trzecia to ta, którą obecnie posiada w chwale niebiańskiej. Pierwsza wniosła skłonność do dobra; druga utrwaliła ją w dobrem; trzecia przez uwielbienie wprowadziła ją w posiadanie całkowitego dobra” [10].
W momencie Zwiastowania Maryja stała się nową Ewą. Św. Ireneusz z Lyonu twierdził, że tak jak grzech pierworodny dokonał się przez współpracę dwojga, tak samo Odkupienie stało się udziałem dwojga. Więcej: tak jak Ewa z Adamem działali na zgubę ludzkości, tak Maryja z Chrystusem na rzecz jej zbawienia. Ponadto węzeł zawiązany przez nieposłuszeństwo Ewy został rozwiązany przez posłuszeństwo Maryi, co Ewa dziewica spętała przez niewiarę, to Maryja Dziewica uwolniła przez wiarę. A więc tak jak Maryja mam zatem zasłuchać się w słowo Boże i rozważać je w swoim sercu. Tak jak Matka Pana całkowicie mam oddać się Chrystusowi i być Jego sługą. Tak jak Ona bez reszty mam się poświęcić sprawom Chrystusa i Jego Królestwa. Tak jak Miriam (po aramejsku Mariam, czyli Kropelka) z Nazaretu mam spieszyć z pomocą potrzebującym. Wpatrując się w Nią jako nowego człowieka, mam przemieniać się na Jej wzór. A powierzając się w Jej matczyną opiekę, pragnę to zrobić w Duchu Świętym przez zanurzenie swego ciała i duszy w jedynym prawdziwym poświęceniu --- poświęceniu się Chrystusa Ojcu Przedwiecznemu.
W historii zbawienia grzesznej ludzkości Maryja spełniła i nadal spełnia zamierzone przez Boga szczególne zadanie. Wybrana od wieków i powołana do godności Macierzyństwa Bożego, w chwili Zwiastowania, Maryja z pokorą i miłością, odpowiedziała na ten zbawczy plan Boga, stając się Matką Boga-Człowieka, Zbawiciela świata. Troszcząc się o rozwój i wychowanie swego Syna Jezusa w okresie Jego dzieciństwa, poprzez lata młodzieńcze, aż do osiągnięcia pełnoletności, Maryja wypełniała swe codzienne macierzyńskie obowiązki, zapewniając Jezusowi osiągnięcie dojrzałości osobowej jako człowiekowi. Stając się Matką Zbawiciela świata, Maryja w tajemniczy, mistyczny sposób została związana z całą odkupioną ludzkością. Odkupiony Krwią Chrystusa rodzaj ludzki stał się niejako Jego Mistycznym Ciałem, tworząc nadprzyrodzony organizm, którego On jest głową, a wszyscy zbawieni członkami. Zatem dobroć Matki to odbicie dobroci Syna. Ona jest znakiem i instrumentem Ducha Świętego. Ponadto przez macierzyństwo Maryi promieniuje ojcostwo i macierzyństwo Boże, przez Serce Matki --- Serce Zbawiciela, przez miłość Maryi --- bezmiar miłości Boga bogatego w miłosierdzie i niewyrażalną miłość naszego Odkupiciela. Przez Nią Bóg, nasz Ojciec, nasza Matka, nasz Oblubieniec, nasz Przyjaciel ... objawia nam macierzyńską twarz swej wielokształtnej miłości. Dlatego godność Macierzyństwa Maryi nie ogranicza się wyłącznie do porządku doczesnego życia, lecz obejmuje również wymiar życia nadprzyrodzonego.
Maryja,
będąc Matką Jezusa-Zbawiciela, jest również
Matką duchową wszystkich odkupionych. To duchowe Macierzyństwo Maryi ma
swoje źródło w Jej udziale w zbawczej Męce i śmierci Jezusa
na Krzyżu i Jego testamencie: „»Niewiasto, oto syn
Twój«. Następnie rzekł do ucznia: »Oto
Matka twoja«” (BT, J 19:26-27). Dostępując po swym
ziemskim życiu chwały Wniebowzięcia, Maryja nie przestała być i czuć
się Matką Kościoła pielgrzymującego do niebieskiej ojczyzny. Będąc
teraz tak blisko Boga i w ciągłej obecności swego Syna, Maryja bardziej
skutecznie troszczy się w niebie o swe przybrane dzieci zdążające do
domu Ojca niebieskiego wśród trudów ziemskiego
życia. Maryja jest zatem szczególnym narzędziem zbawczego
planu Bożego. Wniebowzięta i zasiadająca jak przystoi Jej godności i
chwale obok swojego Boskiego Syna, roztacza stamtąd swoją pieczę nad
Kościołem, troszczy się o nas i czule opiekuje. Jest przy tym szafarką
wszelkich łask, które za Jej wstawiennictwem spływają na
mnie i na ciebie. Można więc powiedzieć, że pośrednictwo Maryi posiada
swoiste dwa wektory. Jeden skierowany jest ku górze --- od
ludzi do Boga --- i wyznacza kierunek naszych
modlitw, próśb, hołdów itp. Drugi ---
zmierza ku dołowi, razem ze strumieniem łask, darów i
nadprzyrodzonej pomocy od Boga dla ludzi. W obu tych wzajemnie
przenikających się sferach Maryja ma czynny udział.
Wśród różnych tytułów i wezwań, pod jakimi Kościół czci Maryję, najtrafniej chyba wyraża całą głębię oraz tajemniczą więź naszych z Nią relacji to najbliższe sercu i najcieplejsze słowo: Matka. W ciągu wieków bowiem Maryja okazała swym dzieciom na ziemi niezliczone dowody macierzyńskiej troski i miłości, wypraszając im u Jezusa niezliczone łaski i dary nieba. Nic przeto dziwnego, że w tylu sanktuariach Maryjnych lud Boży wyraża swej niebieskiej Matce miłość i cześć. Lecz dzieci jak to dzieci, nie zawsze są grzeczne i dobre, i nie wszystkie odwzajemniają się Jej należną miłością i wdzięcznością. Wielu, obrażając Boga w Trójcy Jedynego, zasmuca Ją dogłębnie, raniąc boleśnie serce Niepokalanej. Toteż nie może Ona patrzeć pobłażliwie i obojętnie na takie postępowanie swych dzieci, które nie zdają sobie w pełni sprawy z następstw złych czynów, lub świadomie lekceważą ustanowiony przez Boga porządek moralny oraz związane z tym konsekwencje. Z tego właśnie powodu Maryja, prawdziwa Matka, niepokoi się o nasze życie wieczne i dlatego interweniuje z nieba. Przejawem tej interwencji, podyktowanej Matczyną troską i miłością o szczęśliwą wieczność swych dzieci, jest ogromna liczba objawień Maryjnych w całej historii Kościoła. W nich to właśnie Maryja upomina nas i nawołuje do poprawy, przypomina nam nasze wieczne przeznaczenie i wskazuje właściwą drogę do osiągnięcia pełni życia w szczęściu z Bogiem. Te napomnienia i przestrogi Najświętsza Panienka wypowiada często z płaczem, wylewając potoki łez i to nawet krwawych. Jeżeli matka wylewa łzy z powodu swych dzieci, to oznacza, że przeżywa głęboki dramat. I choćby wtedy nie wypowiadała swej skargi słowami, to same już łzy wyrażają powagę sytuacji, skłaniają do refleksji, bo są mową bez słów. Podobnie Maryja --- nasza kochająca Matka --- próbuje nakłonić mnie i ciebie do poprawy, a zdarza się to zdumiewająco często, zwłaszcza od czasu zakończenia II wojny światowej. A zatem, oddając cześć Maryi, czczę w Niej nie tylko Bożą Rodzicielkę, ale także moją Matkę i to w sensie jak najbardziej realnym, bowiem przez Nią otrzymałem życie Boże. Dając mnie i tobie Jezusa wraz z Nim dała nam samo Źródło łaski.
Kiedy
dowiedziałem się o fenomenie łez (także i krwawych)
wypływających z wizerunków niebieskiej Matki, nie mogłem
uniknąć narzucających się pytań: Dlaczego? Jaka jest przyczyna i
powód łez Matki Bożej? Pytania te są tym bardziej
natarczywe, gdy Najświętsza Panienka nic nie mówi, tylko
płacze, a wyraz Jej twarzy uwiecznionej, np. w kamiennej figurze w
obecności wielu świadków zmienia się, a z oczu płyną krwawe
łzy. Takie zdarzenie miało miejsce m.in. w 1583 roku w
boliwijskiej
Copacabanie. Czasami jednak osobom wybranym Maryja wyjawia powody
swoich łez. Wówczas słyszą oni słowa Jej bolesnej skargi
skierowanej do tych, którzy odwrócili się od
Boga, gardzą Jego miłością i jak syn marnotrawny szukają szczęścia poza
domem Ojca. Z tej drogi wiodącej na wieczną zgubę Maryja pragnie
zawrócić mnie i ciebie. Dlatego z płaczem apeluje do
rozsądku i opamiętania, wzywa do pokuty i nawrócenia w
nadziei, że błądzące lecz wrażliwe dzieci w porę zrozumieją wymowę łez
kochającej Matki i usłuchają jej przestróg.
Zgłębiając
tajemnicę udziału Maryi w Bożej ekonomii zbawienia
ludzkości nie sposób nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że
Jej Macierzyńska godność nie sprowadza się jedynie do zgody na
współpracę w misterium Wcielenia, ale urzeczywistnia się
również w przygotowaniu ludzkości na powtórne,
chwalebne przyjście Jezusa Chrystusa. Ukazując się siostrze Amalii
(Brazylia --- Campinas --- 1930 r.), Matka Boża uczyła ją i zachęcała
do
odmawiania Różańca Łez, szczególnie w intencji
nawrócenia grzeszników. Zamiast krzyżyka
różaniec ten ma medalik zdumiewający głębią duchowego
przekazu. Na jednej jego stronie znajduje się wizerunek Madonny
płaczącej z napisem: „Twoje Krwawe Łzy, o Matko Bolesna,
kruszą moc szatana”, na drugiej zaś Jezusa uwięzionego z
napisem: „O Jezu zakuty w kajdany, przez Twoją Boską
łagodność uchroń świat przed zagładą”. Zdania te zawierają
klucz do zrozumienia nie tylko owych fenomenów płaczących
obrazów i figur, ale także i licznych objawień Maryjnych.
Matka Boża, wylewając łzy bólu, nieustannie wstawia się za nami u swego Jednorodzonego Syna. Wspomina o tym w swych objawieniach, np. w Ziteil, La Salette, Medjugorje itp., skarżąc się, że nie może już udźwignąć ciężkiego ramienia Jezusa. Jednak ciągle błaga swego Syna, by okazał jeszcze cierpliwość i miłosierdzie, dając ludziom szansę do opamiętania się i poprawy. To Jej ustawiczne orędownictwo i wstawiennictwo u Chrystusa Pana jest jakby przedłużeniem i aktualizacją w dzisiejszych czasach Jej interwencji na weselu w Kanie Galilejskiej, gdzie wyprosiła u Jezusa cud przemiany. Dziś o ten cud przemiany grzesznego świata Maryja błaga ze łzami nie tylko swego Syna, ale także nas --- swoje dzieci, powtarzając na różnych miejscach i na różne sposoby to samo polecenie: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (BT, J 2:5). Żywię ufną nadzieję, że i tym razem Jej prośby wyrażane ze łzami odniosą spodziewany skutek i spowodują ten cud przemiany, nawet jeśli czekają mnie jeszcze trudne lub bolesne doświadczenia. „Ponieważ tych strasznych wypadków nie można już uniknąć --- mówiła Maryja, zapowiadając nieznane nam dziś jeszcze wydarzenia --- trzeba, by ludzie przygotowali się na nie. Nie powinni jednak ulegać strachowi i panice, ale oddać się całkowicie Opatrzności Bożej. Wszyscy muszą tak żyć jak gdyby mieli nagle umrzeć. A więc pełne nawrócenie i zawierzenie Bogu. Nawracajcie się, pokutujcie, póki jeszcze czas. Możecie wszystko opuścić i stracić prócz Boga i wiary”.
| Znaczenie tej zapowiedzi można pełniej zrozumieć w świetle słów, jakie wypowiedziała Maryja w Genui w 1980 roku, ukazując się z niewypowiedzianie dobrotliwym wyrazem twarzy. Oto fragment zapowiedzi tajemniczych wydarzeń: „W Fatimie tysiące ludzi widziało wielki apokaliptyczny znak słońca. Dwie wielkie wojny były niedwuznacznym znakiem prawdy tego orędzia, jakie wam przekazałam. Teraz przeżywacie czas, jaki poprzedza bezpośrednio tysiącletnie królestwo zapowiedziane przez św. Jana [...]. Wkrótce już nastanie nowy dzień [...], wasza trwoga przed smutnymi wydarzeniami, jakie was czekają przemieni się dla was w niepojętą rozkosz. Będziemy przy was wszystkich aż do wypełnienia się tych słów, a potem w nowej epoce uniwersalnej miłości”. |
Jakże głęboka prawda o Opatrzności Bożej płynie z serca Niepokalanej przez Jej usta: Nad dziejami świata, nad tobą i nade mną czuwa Bóg, który jest kochającym Ojcem. Nie musimy więc się lękać. Powinniśmy wręcz z niezmąconą ufnością patrzeć w nieznaną przyszłość, nawet jeśli rysuje się ona w ciemnych kolorach, bo wszystkie nasze włosy są policzone, bo ważniejsi jesteśmy niż ptaki niebieskie i lilie polne. Paradoksalnie jednak uwierzenie w kochającego Ojca i kochającemu Ojcu niczego doraźnie nie zmienia w naszej sytuacji. Nadal podlegamy nieszczęściom, niesprawiedliwościom, nieoczekiwanym utrapieniom. Niełatwo mi odkrywać, że owa paradoksalność Opatrzności jest świadectwem tajemnicy, która --- jeśli raz zacznie się ją dostrzegać --- staje się jednocześnie coraz bardziej zrozumiała i coraz więcej niezgłębiona. Jeśli jednak osobiście nie przeżywam prawdy o Opatrzności jako tajemniczego światła, które dotykam w miarę pogłębiania swojej duchowej pojętności, nie mogę się dziwić, że w pewnych sytuacjach bluźnierstwa same cisną się na usta: Gdzież jest ten kochający Bóg, jeśli nie broni nas przed niesprawiedliwością? Cóż mi z tego, że nawet moje włosy są u Niego policzone, jeśli ja po prostu cierpię?
Cierpienie
ma głęboki i tajemniczy sens. Pan Jezus,
który tak usilnie wzywał nas do ujmowania ludziom
cierpienia, nigdy nie obiecywał, że tym sposobem usuniemy cierpienie z
oblicza ziemi. Wręcz przeciwnie: wyraźnie mówił, że ludzkiej
biedy nigdy na tej ziemi nie zabraknie (patrz BT, Mt 26:11). Obiecywał
natomiast dwie rzeczy. Po pierwsze, że cierpienie nie zniszczy nikogo,
kto naprawdę będzie się Go trzymał i w Nim szukał źródła
mocy: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy
utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (BT, Mt
11:28). Po wtóre: Bóg nie tylko ma moc, ale chce
nasze cierpienia przemieniać w naszą szansę: „Ja jestem
prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym,
który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie
przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc,
oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy” (BT, J 15:1-2).
Cierpienie można bowiem (z Bożą pomocą) przemieniać w ofiarę. Wówczas nie tylko nie niszczy ono naszej duchowej natury, ale przyczynia się do jej rozwoju. „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam --- mówił Chrystus --- jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity” (BT, J 12:24). O ile powyższe słowa Jezusa są dla mnie oczywiste i nie budzą we mnie rozterki, o tyle postulat przemiany swojego cierpienia w krzyż przekracza obecnie moje możliwości percepcyjne. Właśnie dlatego, że to takie trudne, sam Chrystus pokazał nam swą Męką, jak należy to robić: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (BT, Mt 16:24). Trzeba naprawdę uważnie wpatrywać się w postawę duchową, w jakiej Jezus przeszedł przez swoją świętą Mękę, bo nierozpoznanie prawdy Golgoty lub jej fałszywe rozpoznanie czyni człowieka niezdolnym do naśladowania Go, do przemieniania swoich cierpień w ofiarę i życiodajny krzyż.
Wielka to dla mnie pociecha, gdy, analizując ewangeliczny opis cierpień Chrystusa, dostrzegam strach w Jego krwawym pocie. Wszak Jezus modlił się o oddalenie gorzkiego kielicha cierpień, które wkrótce miały się stać Jego udziałem. Zatem jeśli pragnę uniknąć jakiegoś cierpienia i aktywnie staram się o jego odsunięcie, nie zamyka to przede mną możliwości przemienienia go w krzyż, w razie gdy to cierpienie w końcu jednak mnie dosięgnie. Jednak bardzo błądzą ci wszyscy, którzy z modlitwy Jezusa w Ogrójcu wyciągają wniosek, że to przedwieczny Ojciec wysłał Go na śmierć, Jemu zaś nie pozostało już nic innego, jak podporządkować się woli Ojca. Myślenie takie jest nie tylko bluźniercze wobec naszego Niebieskiego Ojca, gdyż kryje w sobie oskarżenie o nieczułość i okrucieństwo wobec własnego Syna. Jest to myślenie zarówno niezgodne z wyraźnymi wypowiedziami Pana Jezusa na temat swojej Męki, jak utrudniające nam naśladowanie Go w Jego cierpieniu. Bo jakżeż naśladować to, o czym się ma wypaczone pojęcie? A przecież Chrystus wyraźnie mówił, że jest gotów na śmierć w poczuciu pełnej dobrowolności: „Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je [potem] znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca” (BT, J 10:17-18).
Gdyby tylko zewnętrzne posłuszeństwo skłoniło Syna Człowieczego do podjęcia Męki, nieprawdziwe byłyby słowa: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego” (BT, J 15:13-15); „Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką” (BT, Mt 12:50).
Bratem Syna Człowieczego może stać się ten, kto przyjmie wiarę. Jak jednak można stać się Jego matką? Otóż ten, kto przez wiarę staje się bratem i siostrą Jezusa, stanie się Jego matką, kiedy będzie Go głosił innym. Rodzi Chrystusa ten, kto wlewa Go w serce słuchającego. Staje się Jego matką, jeśli swoim przykładem rodzi miłość Pana w sercu bliźniego.
Czy kiedykolwiek mam szansę poznać ową prawdę, która kryje się przede mną w tajemniczych paradoksach wiary? Owszem, ale muszę ją najpierw przeżyć. Muszę uwierzyć Chrystusowi, że naprawdę Kochający Ojciec czuwa nad każdym moim krokiem. Wówczas mam szansę przekonać się namacalnie, że jest właśnie tak, a każdy dzień będzie przynosił kolejne dowody Bożej Opatrzności. Wówczas pewność miłosiernej opieki Boga nie opuści mnie nawet w chwilach nieszczęścia. Czasami może ulec zachwianiu, czasami jakiemuś oczyszczeniu, ale w sumie w takich momentach będę umiał, a może tylko się starał, jeszcze wyraźniej dostrzegać obecność Ojca. Co prawda zło przez to nie zniknie, nadal będzie realnie bolesne, ale nabiorę pewności (z pomocą Boga!), że jeśli On je dopuszcza, niewątpliwie ma to głęboki sens.
Im więcej czynię dobra, im bardziej panuję nad swoimi namiętnościami, tym wyraźniej dostrzegam ułomność i robaczywość mojej, pożal się Boże, uczciwości. Owszem, są ludzie bardzo zadowoleni z siebie, uważający się za nieskazitelnych. Ale w ich postawie da się bez trudu wyczuć coś nieprawdziwego. Niedopuszczanie do swej świadomości prawdy o tym, że nasza uczciwość jest ułomna lub dostrzeganie jej ułomności w mało ważnych drobiazgach --- taka postawa trąci pospolitym faryzeizmem. Może więc prawdziwą uczciwość zapewni człowiekowi zbawienie wieczne? Z pewnością tak, ale czy może być zbawiony ten, który nie zna tęsknoty, aby być lepszym, który nie dostrzega różnych mroków, jakie w sobie nosi? Jeśli więc, choćby intuicyjnie, wyczuwam tę prawdę o sobie, to wiem również, że zbawienie rozumiane jako osiągnięcie pełnego wyzwolenia duchowego, jest ludzkimi siłami nieosiągalne. Nie ma więc żadnej proporcji między uczciwością człowieka a jego zbawieniem. Zbawienie może być tylko darem Bożym. Nie jest ono bowiem nagrodą (w potocznym tego słowa znaczeniu) za nasze dobre czyny. Jest przekraczającym możliwości człowieka wyzwoleniem z wszelkiego duchowego paraliżu i darem przebóstwienia. O tyle tylko zbawienie jest nagrodą, o ile dobro do niego wiodące było spełniane w przestrzeni zbawczej mocy Chrystusa (w łasce uświęcającej).
W tym odwiecznym zmaganiu się dobra ze złem Objawienie Boże ukazuje nam Niewiastę, która ostatecznie odnosi triumf nad smokiem, miażdżąc głowę tego starodawnego węża. Na podstawie udziału Maryi w dziele odkupienia i testamentu Chrystusa jesteśmy Jej duchowym potomstwem. Żyjemy w czasach, w których odwieczny wróg Boga ze wzmożoną zaciekłością walczy z „resztą Jej potomstwa” (patrz BT, Ap 12:17), pochłaniając wiele ofiar, a równocześnie przyspieszając Jej zwycięstwo. Zatem moja i twoja pozytywna odpowiedź na apele i orędzia Madonny płaczącej będzie najlepszą gwarancją naszego udziału w triumfie Jej Niepokalanego Serca oraz Serca Jej Boskiego Syna Jezusa, które goreje nieustającą miłością.
Opatrzność Boża, jeśli pod jej sklepieniem pragnę pokornie umieścić swe życie, nakłania mnie również do pogłębiania mojej życzliwości dla innych ludzi. Wszak z natury jestem --- z pewnością nie tylko ja --- życzliwy dla innych, ale niestety jest to życzliwość egocentryczna. Obejmuje ona trzy kategorie ludzi: tych, którym coś zawdzięczam, tych, z którymi warto być związanym, i wreszcie tych, z którymi czuję się zjednoczony. Otóż Chrystus Pan żąda od nas, żebyśmy przekraczali swój egocentryzm, przekształcając naszą życzliwość w miłość. Każdy człowiek jest niewątpliwie wart miłości, bo każdy jest stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Więcej: każdego człowieka Bóg kocha, bo za każdego z nas umarł Jego Syn. Straszna to pycha sądzić, że ktoś, kogo kocha sam Bóg, nie jest wart miłości. Przecież sam fakt człowieczeństwa czyni istotę ludzką godną miłości.
Sprawdzianem, a zarazem przestrzenią szczególnego pogłębiania mojej miłości bliźniego jest mój stosunek do dwóch kategorii ludzi: do bezradnych, a więc potrzebujących mojego wsparcia, mimo iż nie mam względem nich żadnych społecznych zobowiązań oraz do krzywdzicieli i nieprzyjaciół. Tak jak bezinteresowne i pełne czci pochylanie się nad ludźmi słabymi, chorymi, samotnymi lub odsuniętymi na margines społeczny stanowi jeden z najbardziej charakterystycznych gestów Ewangelii, tak postulat Jezusa: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (BT, Mt 5:44) wyrasta na najbardziej klarowne streszczenie przykazania miłości.
W
ewangelicznym nakazie, aby nadstawić drugi policzek,
wyczuwam wezwanie do przezwyciężenia w sobie zwierzęcych
odruchów: odruchu zemsty oraz odruchu ucieczki za wszelką
cenę, choćby za cenę porzucenia dobra. Dopiero jeśli zdołam stanąć
ponad własnym zezwierzęceniem, napełniając się miłością, mam prawo
bronić się przed policzkiem, wymierzyć karę złoczyńcy (ale w duchu
poszanowania jego godności i pragnienia jego nawrócenia) lub
uciekać przed prześladowaniem. Miłość bowiem będzie wówczas
stała na straży, aby nie ucierpiało przy tym dobro. Biorąc dosłownie
pouczenie, że „jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw
mu i lewy”, zatracamy jego sens ewangeliczny. Przecież
nadstawienie drugiego policzka byłoby zachowaniem wysoce
pretensjonalnym i nieautentycznym. Sam Pan Jezus, kiedy rzeczywiście
został spoliczkowany, umiał jednocześnie uchronić swoją godność i
przemówić do sumienia człowiekowi, który
wyrządził Mu tę krzywdę: „Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij,
co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?”
(BT, J 18:23).
Czy jestem gotów odcierpieć drugie tyle, aby tylko w chwili próby nie odstąpić od dobra? Czy czasem swoim postępowaniem nie świadczę fałszywie, jakoby kłamstwo i przemoc były potężniejsze niż prawda i dobro? Powstrzymanie się od zemsty to sprawa podstawowa, ale nie ostateczna. Co prawda ważna jest umiejętność pilnowania zasad sprawiedliwości, ale jeszcze ważniejsze jest przyczynianie się do tego, aby krzywdziciel spostrzegł szansę na opamiętanie się i zejście z drogi zatracenia. Nawet w sytuacji, gdy jest mi zadawana krzywda, powinienem unikać zachowań egocentrycznych i mieć przed oczyma również dobro swojego wroga. Nie chodzi o to, abym spełniał niesprawiedliwe żądania agresora. Przeciwnie: moim obowiązkiem jest odrzucać zło w każdym jego przejawie. Muszę jednak pamiętać, że istnieje ogromna różnica między człowiekiem, który broni się przed krzywdą, a człowiekiem, któremu nawet w czasie zagrożenia zależy na dobru swojego krzywdziciela. Jeśli będzie we mnie takie nastawienie, to może częściej zobaczę, że ten, kto stawia mi jakieś niemiłe żądanie, nie jest wcale moim wrogiem, lecz skrzywdzonym, słusznie upominającym się o swoje.
Czy jednak rozmaite konflikty z innymi mogą stać się usuwalną cząstką mojego ziemskiego losu? Wszak bywają sytuacje, w których słuszniej jest wejść w spór, niż się od niego powstrzymać. Sam Jezus, na kartach Ewangelii, z całą stanowczością poucza nas, że na tej ziemi nie mogą się zdarzyć podziały między ludźmi tak głębokie, by mnie i ciebie oddzieliły całkowicie --- nawet jeśli dzieli nas jakaś wielka krzywda lub, co gorsza, subiektywne poczucie krzywdy. Często cenniejsze jest uznanie własnego błędu i użycie go jako przestrogi dla innych, niż bezmyślne trwanie w błędnym przekonaniu dla podtrzymania mitu o swojej nieomylności. „Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące!” (BT, Mt 5:40-41).
Czy umiem oddać dwa razy więcej, niż się ode mnie żąda? Czy potrafię nie patrzeć na ludzką złość i czynić dobro? Czy staram się pamiętać, że mój krzywdziciel jest też moim bliźnim, który może dlatego jest krzywdzicielem, że nie spotkał się z prawdziwą miłością? „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi --- uczył Jezus Chrystus --- aby widzieli wasze dobre czyny i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (BT, Mt 5:16).
Kiedy więc człowiek przez swoje postępowanie podoba się Bogu, byłoby czymś najbardziej prawidłowym, gdyby to zarazem podobało się ludziom. Toteż gdy czynię dobro, a przez to podobam się ludziom, jest w tym wyraźny znak bliskości Królestwa Bożego. „Bo królestwo Boże [...] to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym. A kto w taki sposób służy Chrystusowi, ten podoba się Bogu i ma uznanie u ludzi” (BT, Rz 14:17).
Podobanie się ludziom może towarzyszyć czynieniu dobra, ale nie może być jego celem, w każdym razie nie głównym celem. Pan Jezus akcentował tę prawdę, nauczając, żebyśmy dobro czynili w obliczu Ojca, „który widzi w ukryciu” (patrz BT, Mt 6:4, 6:6, 6:18). Natomiast nie tylko czymś podejrzanym, ale po prostu czymś zgubnym staje się chęć podobania ludziom, kiedy prowadzi mnie ona do zła. Lepiej narazić się nawet własnemu ojcu lub matce, niż stanąć po stronie niegodziwości. „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (BT, Mt 10:37). Ale też wielką odpowiedzialność bierze na siebie człowiek, który wymusza na drugim jakąś złą przysługę --- zwykle zresztą wykorzystując swoją nad nim przewagę. W ten sposób żona Potifara usiłowała sprawiedliwego Józefa wciągnąć do rozpusty i ciężko się na nim zemściła, kiedy ten wolał Bogu się podobać niż człowiekowi, choćby potężnemu. Podobną zasadzkę zastawili na niewinną i czystą Zuzannę dwaj rozpustni sędziowie. Zuzanna wiedziała jedno: że grzech jest czymś gorszym niż nawet utrata życia i postąpiła zgodnie z przestrogą: „Uciekaj od grzechu jak od węża, jeśli się bowiem zbliżysz, ukąsi cię” (BT, Syr 21:2).
Prawda nie ma kształtu kamienia, który zdoła zranić. Prawda może jedynie sprawić ból, jak lekarz usuwający zepsuty ząb. „Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie” (BT, Mt 5:29). Lepiej bowiem własnego oka się pozbyć, niż ulec kłamstwu, obłudzie, cynizmowi --- słowem złu. Wszak nie wolno nam swoim postępowaniem przyznawać złu nawet pozoru prawomocności. Jest ono na tym Bożym świecie bezprawne i choć panoszy się jak u siebie, człowiek nie powinien pod żadnym pozorem godzić się na jakiekolwiek z nim związki. Jeśli całkowite zerwanie ze złem będzie dla nas czymś bolesnym, nie bójmy się tego bólu. Przez ów ból odrywania się od grzechu na człowieka zawsze zstępuje Boże błogosławieństwo i oczyszczenie.
Czy zatem Bóg Wszechmogący będący Źródłem Prawdy może stworzyć kamień, którego nie zdołałby podnieść? Intuicyjnie wyczuwam, że wszechmoc Boga nie polega na możliwości robienia dosłownie wszystkiego. Istnieje bowiem wiele sytuacji, w których Wszechmocny czegoś nie może, np. nie może być kłamcą, nie może być niesprawiedliwy, nie może czynić zła. Czy to Go ogranicza? Wręcz przeciwnie! O ile brak doskonałości jest niedoskonałością, to brak braku doskonałości jest pojęciem czysto logicznym. Człowiek tworzy je sobie wskutek niedoboru wyobraźni, która częstokroć nie jest w stanie zrozumieć radykalnej różnicy między tym, co doskonałe i co niedoskonałe, między tym, co dobre i co złe. Ludzka wyobraźnia chciałaby dobro i zło traktować równoważnie, podczas gdy w rzeczywistości zło jest przecież okaleczonym lub zwyrodniałym dobrem, a niedoskonałość jest stanem nie osiągniętej jeszcze doskonałości.
Pamiętając o zasadzie bezkompromisowości wobec zła, trzeba porzucić egocentryczny ideał doskonałości: że oto ja, sam z siebie, mam być bezgrzeszny, a moje myśli mają być kryształowe. Zestawiając zatem swoją ludzką sytuację z sytuacją Boga widzę, że mogę mówić i czynić prawdę, ale mogę też kłamać --- Bóg nie może być kłamcą. Ja mogę być dawcą, ale i zaborcą --- Bóg jest wyłącznie Dawcą. Ja mogę kochać i mogę być obojętny --- Bóg nigdy nie był i będzie obojętny wobec nikogo. Czyżby więc Wszechmogący był jeszcze bardziej ograniczony w swoich możliwościach niż człowiek? Nie, ponieważ ludzka zdolność do czynienia zła jest chorobą, a przynajmniej niedoskonałością. Zatem zło nigdy nie będzie równoprawnym partnerem dobra, a sama możliwość czynienia zła świadczy o nie dość głębokim wszczepieniu w dobro. Dlatego moja lub twoja droga do doskonałości powinna polegać przede wszystkim na systematycznym traceniu zdolności do zła. I nie chodzi tu o stratę wynikającą z braku okazji czy zewnętrznego zakazu, ale z naszego coraz większego uczestnictwa w Dobru Absolutnym.
A w ogóle co to za Bóg, który podnosi kamienie? Przecież On nie jest istotą materialną, a więc nie jest materialnie zewnętrzny wobec swoich stworzeń. On przebywa w nich, podtrzymując w istnieniu ich byt. Bóg jest nieustannie źródłem wszystkiego, co istnieje. On jest obecny wszędzie: w tobie i we mnie, w każdym kamieniu i w każdym ziarnku piasku. Ale zarazem jest Kimś Absolutnie Innym, Absolutnie Odrębnym od swoich stworzeń. Bóg jest obecny w czasie i w przestrzeni, ale zarazem jest transcendentny wobec czasu i przestrzeni. Czas i przestrzeń nie są w stanie Go ogarnąć nawet częściowo, za to On ogarnia cały czas i całą przestrzeń. Jego stwórcze działanie nie ogranicza się bynajmniej do pierwszego momentu, w którym coś lub kogoś powołuje do istnienia. Wszechmocny i Wszechobecny jest nieustannym źródłem istnienia wszystkiego, co istnieje, a czego przed stworzeniem nie było. Wprawdzie świat jest w jakimś sensie autonomiczny, tzn. istnieje i rozwija się zgodnie ze swoją, otrzymaną od Boga naturą, ale zarazem dzieje się to w przestrzeni Bożej mocy stwórczej, która nieustannie obdarza wszystko istnieniem.
Słusznym jest o wszechmocy Boga nie myśleć abstrakcyjnie,
ponieważ On „wszechmoc swoją najbardziej objawia przez swe
miłosierdzie”, a zbawienie jednego grzesznika jest większym i
wspanialszym dziełem Bożym niż stworzenie całego kosmosu. Jeśli w ten
sposób patrzę na Bożą wszechmoc, prawda ta zaczyna realnie
dotyczyć mnie samego. Jeśli bowiem wszechmoc Boga polega na
niewyobrażalnie intensywnym dzieleniu się prawdą i dobrem, jeśli
Bóg przez to zwłaszcza jest wszechmocny, że kocha, przy czym
Jego miłość uzdrawia i jest twórcza --- to ja mogę,
a wręcz powinienem, Boga naśladować w Jego wszechmocy. Oby tylko owo
naśladownictwo nie stało się parodią. Co prawda mam moc budować siebie
i swoje otoczenie, ale mogę też --- jeśli rozmijam się z prawdą
i dobrem --- niszczyć. Moc wynaturzona jest zwykle hałaśliwa i
niesłychanie zaborcza. Pozostawia po sobie krzywdę, krew, niewolę, ale
nie jest i nie może być partnerem mocy duchowej --- ta przewyższa ją o
całe niebo, bo jest bezpośrednim uczestnictwem we wszechmocy Bożej.
![]() |
X. W atmosferze czystości | ![]() |
Przybliżać się do Chrystusa to także narodzić się podobnie jak On. Choć to po prostu przekracza ludzką wyobraźnię, każdy z nas jest wezwany do tego, aby narodzić się na wzór Jezusa. Każdy bowiem jest powołany do synostwa Bożego, a z Boga można się urodzić tylko w sposób dziewiczy. „Na świecie było [Słowo][...]. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego --- którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili” (BT, J 1:10-13); „Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć Królestwa Bożego” (BT, J 3:3).
Po raz pierwszy narodziliśmy się z naszych rodziców, Bóg jest więc naszym Stwórcą. Poprzez rodziców powołał mnie i ciebie do istnienia oraz nieustannie podtrzymuje nas w istnieniu. Ale Pan Bóg chce być dla nas więcej niż Stwórcą, chce być naszym Ojcem. Zatem chce, abyśmy byli podobni do Jego Jednorodzonego Syna, chce mnie i ciebie uczynić uczestnikiem swojej Boskiej natury. Powtórne nasze narodziny to narodziny z Boga. Do tych narodzin też potrzebna jest matka i, podobnie jak przy narodzeniu Chrystusa, musi to być matka dziewicza. Matką, która nas rodzi dla Boga, jest Kościół: „Mężowie, miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, [...] aby samemu stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” (BT, Ef 5:25-27).
Dziewicze macierzyństwo Kościoła jest rodzeniem z Boga i dla Boga. Kto zaś jest synem Bożym, tym więcej oczywiście będzie pożyteczny dla ludzi i tym głębiej będzie bratem wszystkich. Nic też dziwnego, że Kościół od samego początku bardzo się troszczył o to, żeby nie zabrakło zewnętrznego znaku jego dziewiczej płodności. Znakiem tym są chrześcijanie --- mężczyźni i kobiety --- którzy „dla Królestwa Niebieskiego stali się bezżenni” (patrz BT, Mt 19:12). „Tym zaś, którzy nie wstąpili w związki małżeńskie, oraz tym, którzy już owdowieli, mówię: dobrze będzie, jeśli pozostaną jak i ja” --- pisze Apostoł Paweł (BT, 1 Kor 7:8). Zaś Apostoł Jan: „To ci, którzy z kobietami się nie splamili: bo są dziewicami; ci, którzy Barankowi towarzyszą, dokądkolwiek idzie; ci spośród ludzi zostali wykupieni na pierwociny dla Boga i dla Baranka” (BT, Ap 14:4).
Dziewictwo wybranych członków Kościoła jest znakiem, że cały Kościół chce być bez reszty oddany Bogu. Wszak prawdziwe dziewictwo jest zawsze płodne, tyle że jest to płodność wyższa, ponadnaturalna, duchowa, płodność z Boga. W wymiarze duchowym wszyscy jesteśmy wezwani do dziewictwa, które ma polegać na spełnieniu naturalnej powinności oddania Bogu całego siebie. Nie wolno jednak zapominać o tym, że troszcząc się o całoosobowe oddanie się Bogu, powinniśmy starać się zachowywać czystość właściwą swojemu stanowi. Dlatego zwłaszcza małżonków Kościół o tym poucza.
Przez nich bowiem przychodzą na świat nowi ludzie. A przecież człowiek jest istotą godną tego, żeby okoliczności jego poczęcia były naprawdę ludzkie. Zatem wsłuchując się w tradycyjną naukę Kościoła czerpiącego z dorobku intelektualnego i duchowego m.in. św. Tomasza z Akwinu należy uświadomić sobie czym jest czystość, a czym powściągliwość. Czystość to porządek immanentnie panujący w dziedzinie płciowości człowieka. Natomiast powściągliwość jest cnotą pomocniczą, której zadaniem jest opanowanie tego wszystkiego, co w mojej płciowości wciąż jeszcze nie uporządkowane. Któż nie musi się uczyć takiego powściągania, które prowadzi nie do wzrostu nie rozładowanych napięć, tylko do wzrostu czystości?
Czystość polega nie na tym, żeby zniszczyć swoją płciowość, lecz żeby
ją podporządkować duchowi.
Do tego jednak jest niezbędna pomoc nadprzyrodzona. Dobrze jest, jeśli
człowiek nie zapomina o sprawie najbardziej elementarnej: że nasza
płciowość to tajemnicza, niepojęta zdolność przekazywania życia.
Ponieważ zaś tą drogą przychodzą na świat nowi ludzie i ponieważ są oni
tym, kim są --- istotami obdarzonymi niesłychaną godnością,
powołanymi do uczestnictwa w rzeczywistości duchowej oraz do miłowania
samego Boga --- więc ludzka płciowość jest i musi pozostawać
czymś
świętym. Nieuszanowanie jej świętości sprowadza na człowieka
szczególnie groźne spustoszenie.
Miłość ludzka wyraża się w różnych cząstkach
naszego
człowieczeństwa, a więc w sferze nie tylko seksualnej,
również
psychicznej, społecznej, ekonomicznej itp. Ale jest wobec wszystkich
tych sfer transcendentna. Również w wychowaniu dziecka
ludzkie
ojcostwo i macierzyństwo powinno być realizowane w atmosferze
czystości. Chodzi tu nie tylko o czystość w sensie ludzkiego ---
zgodnie z prawem Bożym --- przeżywania swojej płciowości, ale
również o tę czystość, która dotyczy nie
mieszania dobra
ze złem. Nic więc dziwnego, że dziewicze poczęcie Pana Jezusa nie jest
prawdą wyłącznie teoretyczną --- dogmat ten bardzo głęboko
dotyczy
mojego i twojego życia chrześcijańskiego.
![]() |
XI. Bądź wola Twoja | ![]() |
Przybliżanie się do Jezusa Chrystusa to
również kształtowanie w sobie umiejętności wypełniania woli
Ojca. Wszak pretensje do Pana Boga o swoje niepowodzenia
zdradzają, że wyobrażam Go sobie karykaturalnie, bo mając w
usposobieniu coś z handlarza, tego samego dopatruję się w Nim,
który handlarzem przecież nie jest. Chciałbym bowiem w
zamian za czynione dobro i swoją pobożność otrzymywać dobra tego
świata. Chciałbym też, żeby Bóg udzielał mi pomyślności w
zamian za to, że żyję według Jego przykazań. Jakże często wyobrażam
sobie, że zadaniem Pana Boga jest ingerować każdorazowo, kiedy
naruszana jest sprawiedliwość.
Mimo swoich ułomności muszę zrozumieć, że pomyślność doczesna związana
z moją bogobojnością nie ma mocy umowy handlarskiej. Skoro tego nie
pojmuję to znaczy, że jestem gruboskórny i małoduszny.
Przecież pomyślność doczesna to nie wyłącznie dostatek dóbr
materialnych. Ponadto Bożej Opatrzności nie wolno mi sprowadzać do
ingerencji szczegółowych wynikających z faktu nieustannego,
ojcowskiego czuwania nad światem i nad losem każdego z nas.
Również w tym zdradzam swoją duchową
gruboskórność, gdy trudno mi się pogodzić ze stylem
działania Boga. Wszak On działa dyskretnie, z szacunkiem dla
rzeczywistości, na ogół nie naruszając normalnego toku
wydarzeń.
Ponieważ Bóg działa bez hałaśliwości i nie lubi natrętnie
objawiać swej obecności, więc duchowy barbarzyńca wnioskuje stąd, że On
nie działa w ogóle. Zupełnie zaś wymyka się jego widzeniu
ten wspaniały fakt, że Bóg dopuszcza zło, bo szanuje do
końca poszczególne stworzenie, ale zarazem też umacnia
pokrzywdzonych, tak aby nawet zło owocowało dla ich dobra. Nieustanne,
ojcowskie czuwanie Boga nad światem w tym m.in. się objawia, że On na
nikogo nie dopuści krzywdy ostatecznej. Zatem nie rozumieć czegoś w
Bożym postępowaniu z nami ma prawo każdy z nas. Człowiek wierzący
powinien więc Jemu zaufać, uznać, że On jest od nas mądrzejszy i że
naprawdę nas kocha, bo bardziej pragnie naszego dobra, niż my sami.
Pretensje
do Pana Boga zdradzają brak zaufania.
Natomiast zaufanie Bogu w chwilach, kiedy trudno zrozumieć Jego
Opatrzność, można wyrażać różnorodnie. Choćby głębokim
przeświadczeniem, że nadeszła chwila próby, czas ognia, w
którym oddziela się złoto od blichtru. Jest
wówczas znamienne to, że kto w ten sposób
zawierzy woli Boga, otrzymuje od Niego łaskę głębszego widzenia i
pokój duchowy. Bóg nie byłby więc naszym
Stwórcą, gdyby swoją Opatrznością nie chciał pomagać nam,
aby nasze postawy były bardziej rozumne, wolne i odpowiedzialne.
Przecież nawet człowiek człowiekowi może pomóc w bardziej
rozumnym i odpowiedzialnym podejmowaniu życia. Cóż dopiero
Bóg! On nie tylko może i chce nam pomagać. On może, według
swojej Boskiej woli, nas uzdolnić do tego, że nawet sytuacje
bezsensowne i nierozumne będziemy przyjmowali w sposób
głęboko sensowny i rozumny.
Nierozumne i przepełnione bezsensem jest na przykład krzywdzenie
bliźniego. A przecież Bóg rozciąga swą Opatrzność
zarówno nad krzywdzicielem, jak i nad krzywdzonym.
Krzywdziciela Bóg wzywa do opamiętania i naprawienia krzywd
oraz obiecuje mu możliwość pokuty. Pokrzywdzonego zaś umacnia, aby nie
uległ nienawiści, ale zarazem aby nie dał się skrzywdzić w tym, co
najistotniejsze. I Bóg naprawdę skutecznie potrafi bronić
człowieka przed krzywdą najistotniejszą. Nie przeszkadzając
prześladowcom w zadawaniu tortur swoim ofiarom (On szanuje naszą
wolność nawet wtedy, gdy jej źle używamy), ogarnia
męczenników swoją Mocą, tak że wrogowie nie mają dostępu do
ich dusz. Ponadto tak ich umacnia, że swoją krzywdę przeżywają jako
czyn oczyszczający ducha w perspektywie życia wiecznego.
Męczeństwo to wielka praca ducha. Co prawda Opatrzność uzdalnia do jej
wykonania, ale to człowiek musi wykonać tę pracę, mimo iż jest tak
przerażająco ciężka. Gdy więc pokrzywdzonemu zabraknie wiary w głęboki
sens woli Bożej, wówczas zadawana krzywda osłabia go,
wypacza lub nawet łamie. Na szczęście jednak istnieje optymistyczna
alternatywa. Pokrzywdzony może stać się świadkiem wielkiej mocy Boga,
żywym dowodem, że nie ma takiej sytuacji, w której człowiek
musiałby zrezygnować ze swojej godności.
Czy potrafię odpłacić mojemu wrogowi dobrem za wyrządzone mi zło? To
brzmi paradoksalnie, ale jeśli świadczę dobro nieprzyjacielowi,
przyczyniam się do tego, że coraz bardziej ogarnia go błogosławiona,
oczyszczająca obecność Boża. Warto więc modlić się o "węgle ogniste" na
nasze głowy. Niech obecność Boża spala w nas to, co złe, oczyszcza, co
brudne, a uszlachetnia, co dobre. Za nieprzyjaciół warto
więc modlić się taką samą modlitwą jak za siebie.
![]() |
XII. Pozostanie radość | ![]() |
Wszystko, co Chrystus mówi nam na kartach Ewangelii, jest słowem miłości. Również jeśli grozi nam potępieniem wiecznym, to dlatego, że nas kocha. Miłość zna bowiem twarde słowa, a nawet słowa groźne. Jeśli nie ma innego sposobu, żeby doprowadzić do opamiętania tego, kogo się kocha. Serce ludzkie może bowiem obrosnąć tłuszczem grzechu albo wręcz zamienić się w kamień, tracąc wrażliwość do tego stopnia, że neguje nawet elementarne wartości moralne. Pan Jezus próbował dotrzeć nawet i do takich serc, mówiąc prosto w oczy, np. faryzeuszom, że są plemieniem żmijowym i grobami pobielanymi. Określenia te są jednak ponadczasowe i należy je odczytywać jako ostrzeżenie dla wszystkich pokoleń ludzkich, abyśmy nie przygotowali sobie ognia wiecznego. Taka jest bowiem wola Boga. Lecz bezsilny jest Wszechmogący Bóg wobec tych, którzy nie chcą Go kochać i świadomie wybierają zło. Ich dusze trawi wówczas ogień straszliwy, bardziej rzeczywisty niż zwykły ogień materialny. Drobną namiastkę tego ognia odczuwa człowiek wówczas, jeśli zdarza mu się wejść do przedsionka piekła poprzez wyłączenie się z krwiobiegu miłości i budowanie swego szczęścia wbrew prawdzie i dobru. Jest to ogień straszny, bo człowiek nosi go w sobie. I słusznie mówią mistycy, że choćby potępiony znalazł się w samym środku nieba, nadal pozostaje nieszczęśnikiem, bo po prostu do szczęścia jest niezdolny. Zło samo w sobie nosi karę, a dobro samo w sobie nosi nagrodę. Zatem ludzie czyniący zło są ukarani przez sam fakt, że je czynią. Ono ze swej natury niszczy człowieka, tak jak dobro człowieka buduje.
Nigdy nie myśl, że piekło jest alternatywą nieba. "Bóg bowiem nie posłał Swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, żeby świat został przez Niego zbawiony" (BT, J 3:17). Bóg nie przypatruje się obojętnie, którą drogę wybierze człowiek. On pragnie gorąco, abyśmy podążali drogą życia. Dlatego "cieszcie się i radujcie, bo wasze imiona zapisane są w niebie" (patrz BT, Łk 10:20). Trzeba tylko przylgnąć do Chrystusa i wypełniać Jego przykazania. A prawda o potępieniu wiecznym będzie wtedy dla nas tylko groźnym w wymowie ostrzeżeniem.
Dobrze jeśli droga na szczyt, zwłaszcza droga we mgle, zaopatrzona jest w kierunkowskazy i tablice, które ostrzegają przed przepaścią. Szatanowi bowiem udało się obecnie doprowadzić do tego, że wielu ludzi w niego nie wierzy. Jest to dla niego optymalny model postępowania z ludźmi, gdyż wówczas najłatwiej mu wciągnąć nas do swej służby. A nasze postępowanie? Znamy je wystarczająco dobrze, żeby odróżnić w nim dobro od zła. Zarazem jednak tak mało, że ciągle powinniśmy oczyszczać i pogłębiać naszą praktyczną wiedzę na temat dobra i zła. Tak łatwo bowiem zadomowić się w postawie faryzeusza, cynika lub człowieka bez wyższych nadziei.
Któż jest owym szydercą, który udaje, że zależy mu na pojednaniu z Bogiem, ale jednocześnie pojednać się nie chce? Mogę być nim również ja, jeśli wyznaję wzniosłe zasady, a zarazem je depczę. Jeśli moje życie jest zakłamane. Jeśli swoją drogę znaczę cudzą krzywdą. Jeśli hańbię swą ludzką godność. Co prawda miłosierdzie Boże jest nieskończone, ale nie jest absurdalne. Skoro swoją postawą życiową naigrywam się z miłosierdzia Bożego lub je sobie lekceważę --- jakże więc mogę dostąpić zbawienia? Wszak jestem wówczas w stanie dużo bardziej niebezpiecznym, niż największy grzesznik, jeśli ten zdaje sobie sprawę z istnienia wartości wyższych i tęskni za nimi. Taki bowiem jest na drodze do przebaczenia i zapewne dostąpi w końcu daru przyjaźni z Bogiem, tak jak udało się to dobremu łotrowi. Ale jeśli ktoś starannie w sobie pozamyka wszystkie wyjścia ponad doczesność, zagłuszy w sobie poczucie grzechu i potrzebę otwarcia się na miłosierdzie Boże? Taki w końcu utraci wszystko: nawet i to, co wydaje mu się, że posiada.
Poczucia grzechu nie wolno nam zatracać.
Niebanalną rolę odgrywa tu nasze sumienie, które wyrzuca nam
niejednokrotnie nasze błędy, nadgorliwości, zaniechania. Nie po to
jednak Pan Bóg dał nam sumienie, żeby nas dręczyło, ale po
to, żeby przestrzegało przed złem oraz żeby przynaglało nas do naprawy
(jeśli to tylko możliwe) zła już wyrządzonego. Sumienie ma swoją
naturalną celowość, jest skierowane ku życiu, bo chroni przed upadkiem
lub z niego dźwiga. Poza tym wzywa do wejścia na lepszą drogę i zachęca
do wytrwania na niej. Sumienie, które człowieka gnębi i
rozsnuwa czarne chmury nad jego życiem, jest sumieniem zbłąkanym,
pozbawionym swojej naturalnej celowości. Chodzi bowiem o to, żeby te
wszystkie, rozbrykane w różnych kierunkach siły człowiecze
---
cielesne, psychiczne, duchowe --- skupiać ku jednemu: na służbę dobru,
ludzkiej godności, jednym słowem --- w kierunku Boga. Wszak On jest
Źródłem tego wszystkiego, co naprawdę ma sens. Dlatego nie
należy cofać się nawet przed dużą ofiarą, nawet przed trudną walką,
jeśli alternatywą miałoby być paktowanie ze złem lub wręcz niewierność
dobru. Chodzi o to, żeby również w naszych ciałach wzrastały
te ziarna, które zasiał Prawdziwy Rolnik, żeby i moje ciało
nie było
ugorem, na którym działa siewca nocy. Wszak w zło człowiek
może być wplątany bardzo głęboko.
Do zła może nas skłaniać atmosfera środowiska, własna biografia,
rozmaite układy życiowe, ba, skłonność do zła może być wmontowana nawet
w nasz genotyp. Niemniej jednak żaden człowiek do zła nie jest
zdeterminowany. Czy zatem moje poczucie grzechu jest prawidłowe? Tak,
jeśli cechuje go nie tyle żal, że nie jestem taki, jaki powinienem być,
ale żal, że nie jestem taki, jakim chciałby mnie widzieć
Bóg. Tak, jeśli ignoruję to, że nie dorastam do mojego
idealnego "ja". Tak, jeśli tym, co naprawdę jest źródłem
mego bólu i niepokoju, jest to, że Bóg wciąż
jeszcze nie jest dla mnie wszystkim i że wciąż jeszcze bardzo mi do
tego daleko. Skoro więc Stwórca obdarował mnie i ciebie
m.in. wolną wolą i sumieniem, możemy skutecznie unikać, co najmniej
sześciu grzechów przeciw Duchowi Świętemu, tj.:
Są to grzechy, które nie będą odpuszczone ani w
tym, ani w przyszłym życiu. Dlatego należy się ich szczerze obawiać
wówczas, kiedy człowiekowi przychodzi ochota do złego czynu
lub kiedy trwa w grzechu. Warto zatem od czasu do czasu zadawać sobie
pytanie: Czy ja przypadkiem nie trwam w grzechu, a tak już do tego
przywykłem, że już nawet nie zdaję sobie z tego sprawy?
Biada człowiekowi, który naigrywa się z Bożego miłosierdzia
i zapomina o tym, że zbawienie winniśmy sprawować z bojaźnią i
drżeniem. Jeśli jednak grzech już mi się zdarzył --- choćby wielki i
choćby nawet miał jakieś zewnętrzne znamiona grzechu przeciw Duchowi
Świętemu --- ale ja pragnę się z niego wyzwolić i tęsknię za
pojednaniem
z Bogiem, należy po prostu pojednać się z Bogiem, odrzucić niepotrzebne
niepokoje i cieszyć się otrzymaną od Boga radością, bo świat takiej dać
nam nie może.
Nie ma jednak rozgrzeszenia bez żalu za grzechy, który ma
wyrażać miłość, jaką --- dzięki łasce nadprzyrodzonej --- penitent
stara
się wypowiedzieć Bogu i uświadomić sobie fakt, że przez grzech
sprzeniewierzył się tej miłości, która pochodzi od Boga. To
właśnie z tej miłości bierze się moc kruszenia skamieliny, jaka zalega
serce grzesznika. To również ta miłość jest
źródłem prawidłowego poczucia grzechu, które
niepokoi moje i twoje sumienie licznymi objawami rachityczności naszej
ludzkiej natury.
Podobne uczucia są udziałem małżonków żyjących w udanym
związku. Z jednej strony cieszy ich to, że im dłużej są z sobą, tym
więcej się kochają, ale z drugiej strony wciąż odkrywają w swojej
miłości jakąś nieprawdę i egoizm, i wciąż muszą je w sobie
przezwyciężać. Toteż tak naprawdę człowiek dopiero wówczas
zaczyna rozumieć, jak wielkim jest grzesznikiem, kiedy już w
ogóle mu się nie zdarzają grzechy ciężkie. Bo dopiero
wówczas jest w stanie dostrzec samą istotę grzeszności.
Poczucie winy ma każdy uczciwy człowiek, który widzi, że
mógłby i powinien być lepszym niż jest. Żeby jednak mieć
poczucie grzechu, trzeba już prawdziwie kochać Boga i tęsknić za tym,
żeby kochać Go naprawdę z całego serca. A jedno i drugie może w nas
sprawić tylko Duch Święty.
Tak jak poczucie grzechu jest czymś więcej niż poczucie winy, tak
odpuszczenie grzechu jest czymś więcej niż wybaczeniem krzywdy, przez
którą tego grzechu się dopuściłem. Krzywdę mogę naprawić, ty
możesz mi ją wybaczyć, jednak ani ja, ani ty nie jesteśmy w stanie
sprawić tego, żeby zrósł się moralny kręgosłup,
który sobie przetrąciłem, zadając ci krzywdę. Tego może
dokonać tylko Wszechmocny i tylko On może wybaczyć tę krzywdę,
którą Jemu wyrządziłem, postępując tak, jakbym nie był Jego
stworzeniem. Bóg może tego dokonać również
wówczas, kiedy mimo szczerego nawrócenia oraz
chęci godziwego zadośćuczynienia nie jestem w stanie uzyskać od ciebie
przebaczenia.
Bóg zatem w swoim miłosierdziu odpuszcza nam grzechy, mimo
że ich doczesne konsekwencje nie są w pełni usunięte i domagają się
przemieniającej pokuty. Idealną formą takiej pokuty jest modlitwa.
Jeśli tylko --- rzecz jasna --- staramy się modlić w taki
sposób, żeby to nas realnie zbliżało do Boga. Ponadto, za
pośrednictwem Kościoła, możemy korzystać ze wspaniałego,
nadprzyrodzonego "skarbca", który jednak nie ma nic
wspólnego ze zbiorem dóbr materialnych
gromadzonych przez wieki. Jest on nieskończoną i niewyczerpaną
wartością, jaką mają u Boga ekspiacje i zasługi Chrystusa Pana,
modlitwy i dobre czyny błogosławionej Dziewicy Maryi
i świętych,
którzy wstępując w ślady Chrystusa, dzięki Jego łasce,
uświęcili samych siebie i wykonali dzieło zlecone przez Ojca. W ten
sposób, sprawując własne zbawienie, przyczynili się w
jedności Mistycznego Ciała do zbawienia swoich braci.
W odpuście Kościół, korzystając ze swojej władzy służebnicy
Chrystusa, nie tylko się modli, ale odpowiednio przygotowanemu
chrześcijaninowi w sposób autorytatywny otwiera skarbiec
zadośćuczynień Chrystusa i świętych dla odpuszczenia kary doczesnej.
Wynika to wprost ze słów Jezusa: "I tobie dam klucze
królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie
związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w
niebie" (BT, Mt 16:19).
Warto jednak pamiętać, że odpustów nie można uzyskać bez
szczerej wewnętrznej przemiany i połączenia się z Bogiem. Obowiązuje tu
bowiem porządek miłości, w który wpisuje się odpuszczenie
kar przez skorzystanie ze skarbnicy Kościoła. Człowiek może wiele:
naprawić wyrządzone zło, starać się usuwać jego korzenie, usiłować
przeciąć jego konsekwencje, a także przebaczyć krzywdę. Ale już nic
więcej zrobić nie jest w stanie, bo nie zdoła przeskoczyć swojej
ludzkiej skończoności. Bóg natomiast, który
odpuszcza grzechy, jest Bogiem Nieskończonym i Wszechmocnym. Sam rdzeń
mojej osoby jest dla Niego nieporównywalnie łatwiej dostępny
niż dla mnie samego. Odpuszczenie grzechów polega na
uzdrowieniu właśnie tego centrum mojej osoby --- tego miejsca we mnie,
które samemu (a cóż dopiero tobie!) nie jest w
pełni dostępne. Jeśli będę wierny miłości, do której
zostałem przywrócony przez odpuszczenie grzechów,
duchowe zdrowie będzie stopniowo ogarniało mnie, aż zacznę nim
promieniować również na zewnątrz.
Życie wieczne to oczywiście coś dużo więcej niż stan wypełnienia całej
naszej potencjalności na dobro. To przede wszystkim dar
przebóstwienia: będziemy jakby bogami, synami Bożymi,
podobnymi swoją przebóstwioną naturą do Syna Jednorodzonego,
który jest Bogiem prawdziwym równym Ojcu. Poza
tym będziemy definitywnie wyleczeni z grzechu, a więc nasza natura
będzie dobra, po ludzku myśląc, aż do szpiku kości. Oczywiście, że
naszymi dobrymi czynami --- jeśli znajdziemy się w przestrzeni Bożej
łaski --- zasłużymy na niebo. Ale nie ma to nic wspólnego z
handlem. Po prostu przez czyn moralnie słuszny już tu, na ziemi,
stajemy się lepsi, a więc bliżsi zbawienia. Dobro i zło,
które rośnie w nas w ciągu całego naszego życia,
które teraz jest skrywane pod rozmaitymi zasłonami lub
maskami, tam ujawni się w całej swojej prawdzie. Ujawni się i dopełni
---
na tym prawdopodobnie będzie polegał sąd Boży, który
podzieli ludzi na zbawionych i potępionych, na wiernych i niewiernych
łasce Bożej.
Jednak ani niebo nie jest zewnętrzną nagrodą, ani piekło nie jest
zewnętrzną karą. Tak jak dobro samo w sobie jest nagrodą, tak kara Boża
zawiera się w grzechu, tyle że grzesznik nie zawsze od razu to
spostrzega. Zło bowiem czasem działa jak narkotyk i może dawać
człowiekowi nie tylko subiektywne poczucie spełnienia, ale także
chwilowego szczęścia. Obiektywnie jednak każdy grzech zmienia sytuację
człowieka na gorszą. Toteż najbardziej tragiczną i przeklętą karą za
grzech jest to, że otwiera on wrota do grzechów następnych.
"Twoja niegodziwość cię karze --- przypomina Bóg swojemu
grzesznemu ludowi --- a twoje niewierności cię osądzają. Wiedz zatem i
przekonaj się, jak przewrotne i pełne goryczy jest to, że opuściłaś
Pana, Boga swego, a nie odczuwałaś lęku przede Mną" (BT, Jr 2:19; por
6:19).
Już tu, na ziemi, człowiek nosi w sobie niebo lub piekło,
one się w
niego coraz bardziej wszczepiają. Człowiek wypełniony nienawiścią już
tutaj uczestniczy w losie potępionych. Ma bowiem zatrutą duszę i nie
jest zdolny do prawdziwej radości. Podobnie paniczny lęk przed śmiercią
lub takie patrzenie na śmierć, jakby była ona złem ostatecznym,
sprowadza na nas szereg innych wypaczeń moralnych. Jeśli zatem kręcę
się w kółko i nie wiem, po co żyję, to przecież piekło jest
we mnie, bo jestem wypełniony bezsensem. Gdy jednak żyję według Bożych
zasad, już teraz doświadczam Bożego pokoju, piękna i wspaniałości
Bożego świata, już teraz zaczynam stawać się obywatelem nieba.
Szczęście wieczne zależy zatem jakoś od szczęścia doczesnego, ale
poczucie szczęścia doczesnego bardziej zależy od tego, kim się jest,
niż od tego, co się posiada lub jakie przypadki nas ominęły. Co prawda
przestrzeń, w której człowiek funkcjonuje --- bliskie mu
osoby, warunki bytowania, klimat społeczny itp. --- jakoś go
współtworzy. Niemniej jednak istotne źródło
szczęścia leży w samym człowieku, a nie poza nim. Ode mnie więc zależy,
czy ewentualnie niekorzystne warunki zewnętrzne okażą się czymś poniżej
czy też powyżej minimum, które jest konieczne, aby moje
życie miało sens. Bo żyć szczęśliwie to żyć sensownie, mimo iż nasz los
nieodłącznie związany jest z różnymi utrapieniami. Przecież
nie muszą one osłabiać w nas poczucia, że warto żyć. Mogą nawet dodawać
--- choć nie należy tego brać zbyt dosłownie --- smaku naszemu życiu.
Życie prawdziwie chrześcijańskie polega na coraz bardziej gruntownym
uśmiercaniu w sobie człowieka grzechu po to, aby mógł w nas
żyć i ogarniać nas coraz pełniej
człowiek nowy, Boży. Byłoby idealnie, gdyby ten stary grzesznik umarł
we mnie ostatecznie w dniu mojego odejścia z tego świata.
Wówczas od razu dostąpiłbym szczęścia oglądania mojego Boga
twarzą
w twarz. Co jednak będzie, jeśli w momencie
śmierci zostanie we
mnie część owego starego grzesznika? Nie jest to pytanie abstrakcyjne,
bo czyż mojej wierności łasce Bożej nie deformują liczne braki?
Przecież gołym okiem widać, że wciąż muszę pracować nad całkowitym
wyzbyciem się swoich ułomności i grzechów.
Bóg jednak w swoim miłosierdziu zezwala wszystkim swoim
przyjaciołom, którzy nie zdążyli na tej ziemi dokończyć
swojego umierania dla grzechu, aby mogli to uczynić na tamtym świecie
---
w czyśćcu. Czyśćcem nazywamy proces ostatecznego oczyszczenia z
grzechów, jakiego Bóg dokonuje w tych wszystkich,
którzy zeszli z tego świata w stanie łaski uświęcającej i
jeszcze takiego oczyszczenia potrzebują oraz pragną. Pośmiertne
spotkanie z Bogiem człowiek może odczuwać jak zanurzenie w ogniu. Kiedy
człowiek jest prawdziwie oddany Bogu, ale zarazem nie jest
Mu oddany do końca, to niewyobrażalnie bliskie spotkanie z Bogiem,
jakie następuje po śmierci, odczuwa zapewne jako coś jednocześnie
przewspaniałego i bardzo bolesnego. Przewspaniałego --- bo to realne
spotkanie z Tym, który jest samą Miłością, spotkanie z
pewnością głębsze i pełniejsze niż to, jakie na tej ziemi jest udziałem
największych mistyków. Zarazem bardzo bolesne --- bo
człowiek
wówczas widzi, jak mała jest w nim pojemność na Boga w
porównaniu z tą, do której został stworzony.
Człowiek widzi również w sobie tę część, która
rozwinęła się w fałszywym kierunku i pragnie, aby to, co w nim niegodne
życia wiecznego zostało przez ten boski ogień spalone. Nie dająca się
wyobrazić fascynacja Bogiem budzi wówczas w człowieku
wielkie pragnienie wejścia w ten ogień, aby --- bez względu na ogromny
ból --- oczyścić się z tego, co Boga niegodne oraz
rozszerzyć
się jak najwięcej, wypełniając się Nim bez reszty. W miarę jednak jak
człowiek uzyskuje coraz pełniejsze podobieństwo do Boga, przebywanie w
tym ogniu napawa
człowieka rozkoszą, nie dającą się z niczym porównać.
Miłość Boża, z chwilą kiedy człowiek się w niej znajdzie, ogarnia go
podobnie jak ogień ogarnia drewno. Na wzór drewna,
które upodabnia się do ognia, człowiek upodabnia się do Boga
i zostaje cały przeniknięty Jego świętą obecnością. "Ogień materialny
---
pisze św. Jan od Krzyża --- ogarniając drewno, najpierw zaczyna je
osuszać, wyrzucając zeń wilgoć i sprawiając, że woda, która
się w nim znajduje, z sykiem wycieka. Następnie czyni je czarnym
i brzydkim oraz sprawia, że wydziela ono swąd. W miarę jednak osuszania
go, ogarnia je coraz bardziej płomieniem i usuwa z niego wszystkie
ciemne i brzydkie przypadłości, będące przeciwieństwem ognia. W końcu,
ogarnąwszy je zewnętrznie, rozpala je, zamienia w siebie i czyni tak
pięknym, jak sam ogień. Wtedy nie pozostaje już w drewnie żaden
przymiot ani jemu właściwe działanie oprócz ciężaru i
rozmiarów mniej subtelnych od ognia. Przejęło ono od ognia
wszystkie [jego właściwości i] czynności. Jest suche i osusza; jest
gorące i ogrzewa; jest jasne i oświeca; jest o wiele lżejsze, niż było
przedtem. Wszystkie te skutki i właściwości sprawił w drewnie ogień"
[9].
Oczywiście, jest to tylko porównanie, ale do takiego
wyobrażenia ognia czyśćcowego upoważniają nas doświadczenia licznych
mistyków. Według nich ogień nie zadawałby duszom żadnego
bólu, gdyby były one wolne od niedoskonałości. To właśnie
one są przyczyną cierpień. Niedoskonałości są bowiem materią,
której ima się boski ogień, kiedy zaś zanikną, ogień nie
będzie już palił duszy, skończy się jej utrapienie, a pozostanie radość.
![]() |
XIII. Dzban życia | ![]() |
Mądrość kiełkuje powoli. Zanim jedno źdźbło mądrości wyda dorodny kłos, głupota zakończy siódme żniwa. Ucząc się zatem mądrości życiowej, warto mieć jakiś układ odniesienia, który będzie człowieka inspirował w poszukiwaniu mądrości, a zarazem sprawdzał wartość mądrości już zdobytej. Dla chrześcijanina takim wzorcem, z którym powinno się nieustannie porównywać, jest oczywiście Ewangelia, a mówiąc głębiej --- Chrystus. Ewangelia to niewielka książeczka. Czytamy ją ciągle, przynajmniej raz na tydzień, a przecież nigdy do końca jej nie poznamy. Pod zasłoną słów i zdań jest w niej bowiem ukryta mądrość Boża. Ewangelia uczy nas, co robić, żeby nasze życie miało sens, żeby Mądrość brała nas coraz bardziej w swoje objęcia. Zasady Ewangelii są proste, a poznając je ciągle odkrywamy w nich coś nowego i wspaniałego. Niekiedy są trudne, ale jeśli ktoś raz się do nich przekonał, pociągają go jak wspinaczka wysokogórska.
Jest jednak w nas --- ludziach coś zdumiewającego: nawet człowiek, który gorąco się stara oddawać całe swoje serce Jezusowi, nagle może odkryć w sobie taką cząstkę, która nie zna Boga i nie chce Mu zaufać. Ten dualizm, jaki w sobie nosimy, istotnie obniża wartość naszej wiary. Już w Starym Testamencie pisano, że nie warto mówić o rzeczach wielkich ludziom, których one nic nie obchodzą: „Nie mów do uszu głupiego, bo wzgardzi mądrością twej mowy” (Prz 23:9). A trzeba wiedzieć, że „głupi” to w języku biblijnym ktoś, kogo nie interesują sprawy najistotniejsze. Stąd obdarzyć prawdą głupiego to --- w myśl dosadnych porównań Księgi Syracha (22:9) --- kleić skorupy rozbitego dzbana, to nauczać kogoś, kto usnął. Jeśli zatem ktoś twierdzi, że nie ma w nim nic z rozbitego dzbana i że prawda Boża zawsze do niego dociera ... no cóż, gratuluję mu dobrego samopoczucia.
Biedniejszy od głupca jest chyba tylko szyderca, czyli ten, który wyśmiewa się z tego, co najistotniejsze. Nie jest jednak tak, że ludzie dzielą się na mądrych i głupich, na bogobojnych i szyderców. Niestety, postawa głupoty i bezbożności może na dłuższy lub krótszy czas ogarnąć każdego z nas, mnie również. Wtedy staję się niezdolny do usłyszenia prawdy, a nawet zaczynam zachowywać się agresywnie wobec tych, którzy ją głoszą lub o niej świadczą. Czyż nie do mnie wówczas odnoszą się słowa: „Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały” (BT, Mt 7:6)? „Kto poucza szydercę, ściąga na siebie wzgardę --- czytamy w Księdze Przysłów (9:7). --- Nie strofuj szydercy, by cię nie znienawidził”.
Paradoks polega na tym, że w różnych sytuacjach życiowych możemy być raz tymi, którzy pouczają kogoś, innym razem możemy występować w roli owego szydercy. Przecież często tak bywa, że prawda w oczy kole. Nie tylko prawda o jakimś wstydliwym epizodzie z mojego życia, ale również jakaś ogólna prawda zawarta, np. w Dekalogu. Dlatego różne próby, przez jakie nasza wiara musi przechodzić, są dla niej szansą. Są jak ogień, w którym może się w nas wypalać to wszystko w naszych poglądach i postawach, co nie jest przeniknięte wiarą.
„Pierwszy krok przez ogień czyśćcowy ---
według szwajcarskiej mistyczki, żyjącej w XX wieku, Adrienne von Speyr
--- zgoła najboleśniejszy, to poznanie własnych
grzechów. Nic tu nikomu nie zostaje oszczędzone, poznanie
musi być całkowite, dopiero potem na jego miejsce zjawia się modlitwa,
a wreszcie ulega ono wymazaniu za sprawą modlitwy wysłuchanej; poznanie
wprawdzie zostaje, ale już nie boli. [...] To jedno pozostaje w ogniu
czyśćcowym --- a może dopiero w nim się rodzi: modlitwa. I
kiedy modlitwa już tylko powstaje przeciwko grzechowi ---
grzechowi w ogóle, nie tylko własnemu, gdyż grzech
ucieleśnia cierpienia Chrystusa --- zostaje wysłuchana,
przyjęta i staje się wyzwoleniem --- nie tylko z grzechu, ale i
ze wszystkich jego pęt, i jest to zarazem koniec czyśćca. Droga może
wprawdzie jeszcze długa, ale drzwi tylko jedne. Modlitwa,
która przed chwilą była jeszcze błaganiem, zmienia się w
pieśń uwielbienia, towarzyszy duszy --- oczyszczonej w ogniu --- w
drodze z czyśćca do nieba. Do Chrystusa żadna dusza nie
dotrze inaczej niż w rozmodleniu”.
![]() |
XIV. Pytania ostateczne | ![]() |
Przybliżać się
prawdziwie do Jezusa Chrystusa to przybliżać się w Duchu Świętym do
Trójjedynego Boga jako do naszego Stwórcy,
Kochającego Ojca oraz Miłosiernego i Sprawiedliwego Sędziego.
Jeśli wciąż nurtuje cię pytanie: Dlaczego powinniśmy to robić? ---
zapytaj siebie również:
Żyjący Chrystus jako Pan mojego codziennego życia jest najpełniejszą odpowiedzią na wszystkie pytania ostateczne, jakie przede mną stają.
![]() |
Bibliografia | ![]() |
|
|
![]() |
Źródła internetowe | ![]() |
|
|
![]() |
Prawa
autorskie ![]() |
![]() |
| Drukuj bieżącą stronę... |
| Do góry |
| Pomoc techniczna |