| • Życie jest szlakiem pielgrzyma |
| • Epizod I: 1994 - Adwentowy cud |
| • Epizod II: 1996 - Matka Boska Fatimska |
| • Epizod III: 1996 - Siostra Natanaela |
| • Epizod IV: 1999 - Brama Niebios |
| • Epizod V: 2000 - Święte Schody |
| • Epizod VI: 2000 - Jezus |
| • Epizod VII: 2001 - Różaniec Łez |
| • Epizod VIII: 2002 - Cud uzdrowienia |
| Prawa autorskie |
![]() |
Życie jest szlakiem pielgrzyma | ![]() |
|
”Życie jest
Błogosławieństwem - przyjmij je |
![]() |
W życiu każdego człowieka przychodzi moment, w którym dokonuje on swoistego bilansu. Nie chodzi tu o jakiś banalny rachunek zysków i strat, lecz o refleksję dotyczącą całokształtu doświadczeń życiowych, które determinują rozwój duchowej warstwy jego człowieczeństwa. Jedni czynią tak pod wpływem jakiegoś wstrząsającego przeżycia, np. utraty osoby bliskiej --- wówczas ich duchowa metamorfoza może dokonać się gwałtownie. Inni zadają sobie fundamentalne pytania stopniowo, tj. w miarę rozwoju własnej osobowości i na miarę swoich bieżących możliwości percepcyjnych. W moim przypadku proces odnajdywania słusznych drogowskazów trwa od lat, a w swych poszukiwaniach nie jestem sam. Dziś wiem już dokąd prowadzi ta droga, choć nie widzę jeszcze jej kresu. Oto kilka epizodów stanowiących jedyne w swoim rodzaju kamienie milowe na szlaku, którym podążam.
![]() |
Epizod I: 1994 - Adwentowy cud | ![]() |
Była
późna jesień 1994 roku. Choć z kalendarza
wynikało inaczej, na dworze panowała już sroga zima. Drogi zasypane
śniegiem i kilkunastostopniowy mróz nie mogły być jednak
wystarczającym powodem, aby tym razem zrezygnować z wyjazdu do
pobliskiego Płocka. Moim celem była bowiem Spowiedź, bez
której nie wyobrażałem sobie godnego przygotowania do
zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Dziwnym zbiegiem okoliczności
nie skorzystałem z Parafialnych Rekolekcji Adwentowych i czułem, że
jest to ostatnia szansa na przedświąteczne pojednanie się z Bogiem.
Razem z Żoną postanowiliśmy wybrać się na wieczorną Mszę Adwentową
odprawianą u Księży Salezjanów, na Stanisławówce.
Musieliśmy jednak zostawić w domu naszą kilkuletnią córkę,
ponieważ zauważyliśmy u niej pierwsze objawy przeziębienia.
Wytłumaczyliśmy małej Marcie, że nie będzie nas około dwóch
godzin i poprosiliśmy, żeby grzecznie się bawiła, czekając na nasz
powrót. Córka chętnie przystała na naszą
propozycję tym bardziej, że pozwoliliśmy, aby do domu, na czas naszej
nieobecności, weszła Kora --- czworonożna towarzyszka dziecięcych zabaw
Marty. Widząc radość w oczach dziecka i suki, udaliśmy się w
podróż naszym wysłużonym samochodem.
Wyjeżdżając z domu, zastanawiałem się, czy akumulator będzie w stanie
uruchomić silnik po godzinnym postoju samochodu na siarczystym mrozie,
ale o tym mogłem się przekonać dopiero za kilkadziesiąt minut.
Tymczasem walczyłem z zamarzniętymi szybami, które wbrew
moim staraniom wciąż na nowo pokrywały się cienką warstwą lodowych
ornamentów. Tak właśnie się dzieje, gdy w przenikliwym
zimnie ktoś oddycha wewnątrz nierozgrzanego jeszcze samochodu.
Po przejechaniu kilkunastu kilometrów okazało się, że ledwie
zniknął problem złej widoczności, już pojawiła się następna poważna
przeszkoda --- utknęliśmy w długim korku. Odliczając szybko upływające
minuty, włączyłem na chwilę radio i jakby na zamówienie
spiker przekazał informację z ostatniej chwili:
--- ... właśnie trwają
prace mające na celu ściągnięcie samochodu ciężarowego,
który, nie mogąc podjechać z ładunkiem pod mocno oblodzony
nasyp mostowy, zatarasował drogę...
Gdy
po kilkunastominutowym postoju z monotonnie pracującym
silnikiem i na włączonych światłach zauważyłem niepokojące wskazania
kontrolek znajdujących się na desce rozdzielczej naszego Fiata 126p,
uświadomiłem sobie, że mamy kolejny problem. Prawdopodobnie prądnica
przestała działać i jedynym źródłem prądu dla samochodu był
teraz akumulator. Musiałem podjąć decyzję: albo niezwłocznie wracamy do
domu albo, podejmując ryzyko wystąpienia oczywistych trudności,
kontynuujemy podróż.
Rozważałem różne warianty, a moim myślom towarzyszyły słowa,
które w dzieciństwie słyszałem kilka razy z ust mojej Matki
i Babci Ireny. Mawiały One, że jeśli człowiek gorąco pragnie spotkania
z Bogiem we Mszy Świętej, to choćby piętrzyły się różne
przeszkody, zawsze udaje się osiągnąć ten cel.
Po chwili zastanowienia zdecydowałem --- Sakrament Pokuty jest w tej
chwili na pierwszym planie.
Gdy wjeżdżaliśmy na parking przed Stanisławówką zauważyłem, że światła mojego samochodu ledwie świecą. W ułamku sekundy uświadomiłem sobie powagę sytuacji. Stało się jasne, że gdy teraz wyłączę silnik, to tylko cud będzie mógł pomóc w jego ponownym uruchomieniu. Nie wypowiadając głośno swoich obaw, wyjąłem kluczyk ze stacyjki. Żona rozumiała nasze położenie, a jej matczyne serce było teraz przy Córce. Milcząc weszliśmy do świątyni i zajęliśmy miejsca w jednej z ostatnich ławek, lecz w mojej głowie wciąż narastało kłębowisko myśli. Nie tracąc poczucia miejsca i czasu, skrępowany więzami bezradności oraz miotany wątpliwościami kwestionującymi sensowność własnej decyzji, popadłem w dziwny, bolesny stan, którego nigdy przedtem i nigdy potem nie doznałem. Po prostu kłóciłem się z Panem Bogiem.
Gdy jednak po kilku minutach uświadomiłem sobie, że to nie tędy droga, że jedynym rozsądnym krokiem powinno być całkowite zawierzenie siebie i tej sprawy Najwyższemu, ogarnęło mnie uczucie wstydu, a po chwili ogromnej ulgi. Nagle uświadomiłem sobie bliskość Wszechmocnego i to, że w Jego ręku spoczywają losy każdego człowieka. To było jak olśnienie, jak dzwonek oznajmiający początek Mszy Świętej. Dziś już nie pamiętam co usłyszałem, klęcząc przy kratce konfesjonału. Wiem tylko, że słowa Zakonnika były wtedy jak balsam dla mojej duszy, w której zapanował tego wieczora błogi spokój.
Jakież było moje zdziwienie, gdy po zakończeniu Mszy Świętej
silnik uruchomiłem zaledwie jednym „trąceniem”
rozrusznika.
--- To wręcz
niemożliwe. To jest jawne zaprzeczenie praw fizyki --- powiedziałem do
siedzącej obok Żony. Zaskoczenie moje było
jeszcze większe, gdy włączyłem światła.
W blasku reflektorów wesoło tańczyły drobne płatki śniegu.
Wracaliśmy do domu, a ja wciąż nie mogłem znaleźć racjonalnego uzasadnienia dla sytuacji, która właśnie rozgrywała się na moich oczach. Gdy wjeżdżaliśmy na przydomowy parking, ścianę budynku, w którym mieszkaliśmy rozświetliła charakterystyczna dla świateł mijania, jasna smuga. Wciąż niedowierzając własnym oczom, włączyłem, jakby na próbę, światła drogowe. To było nieprawdopodobne.
Przepełnieni radością ze szczęśliwego powrotu do domu i
zarazem zatroskani o naszą Córeczkę wysiedliśmy z samochodu,
nie podejrzewając nawet, że to jeszcze nie koniec silnych wrażeń tego
wieczoru.
Gdy tylko otworzyliśmy drzwi, w nasze ramiona rzuciła się Marta,
która powstrzymując łzy radości powiedziała:
--- Jak dobrze,
że już jesteście. Tak mocno się o was martwiłam.
Widząc, że wszystko jest w porządku,
postanowiłem wprowadzić samochód do garażu. Wyszedłem więc z
domu, a przede mną wybiegła Kora, jak zwykle chętna do
harców w głębokim śniegu.
Jakież było moje zdziwienie gdy, próbując uruchomić silnik
samochodu, usłyszałem zaledwie krótkie
„jęknięcie” rozrusznika. Ten odgłos wyjaśniał
wszystko --- akumulator był całkowicie rozładowany. Potwierdziły to
również wskaźniki w prostowniku, do którego
podłączyłem baterię.
Gdy
przed
snem opowiadałem Córce to niecodzienne
zdarzenie, Marta słuchała moich słów z dużą uwagą, jakby to
była najpiękniejsza baśń. Nagle powiedziała:
--- Długo
czekałam na wasz powrót. Żeby nie płakać wzięłam
Różaniec do ręki i zaczęłam głośno odmawiać
»Zdrowaś Maryjo ...«, i gdy tak się modliłam zaraz
nadjechaliście.
Jej słowa wprawiły mnie w osłupienie.
Ucałowałem ją na dobranoc i wkrótce usnęła.
Do dziś nie znajduję racjonalnego wytłumaczenia zjawiska, które miało miejsce owego mroźnego, grudniowego wieczora. Tym bardziej, że przez kilka najbliższych lat eksploatacji samochodu nie wystąpiły żadne problemy z jego instalacją elektryczną. Jedynym sensownym w tej sytuacji określeniem wciąż pozostaje słowo "cud".
![]() |
Epizod II: 1996 - Matka Boska Fatimska | ![]() |
Pewnej czerwcowej niedzieli 1996 roku, podczas Mszy Świętej Ks. Proboszcz [...] ogłosił, że za kilka dni do naszego Dekanatu zawita kopia figury Matki Boskiej Fatimskiej. Miejscem nawiedzenia będzie pobliski Gąbin, a z naszej parafii zostanie wybrana m.in. grupa czterech mężczyzn, którzy przeniosą figurę na wyznaczone miejsce celebry. O szczegółach uroczystości delegaci wkrótce mieli być powiadomieni osobiście przez Ks. Proboszcza.
Gdy dowiedziałem się, że wybrano mnie do tej zaszczytnej funkcji --- moja radość była wielka. Czułem się wyróżniony i szczęśliwy. Słowa uzasadnienia, jakie usłyszałem od mojego Duszpasterza były dla mnie miłym zaskoczeniem. Nie sądziłem bowiem, że cieszę się u niego tak dobrą opinią.
--- Skoro więc będę w orszaku Maryji --- pomyślałem --- muszę się do tego odpowiednio przygotować. To przecież niepowtarzalna okazja zbliżenia się do Tej, która w całym świecie zasłynęła z niezliczonych cudów. I nie koncentrowałem się na figurze jako symbolicznym wizerunku Matki wszystkich ludzi, lecz na Niej samej, która otwiera przed nami drogę do swego Syna. Wiedziałem, co prawda, czego chcę, ale nie byłem pewien, czy zdołam zaspokoić własne pragnienia w tej, nie do końca przeze mnie poznanej jeszcze, duchowej dziedzinie. Czułem, że zbliża się wyjątkowa chwila w moim życiu i pragnąłem przeżyć ją jak najpełniej. Żeby to było możliwe chciałem się wyspowiadać, ale nie tak zwyczajnie, pospolicie, z racji poczucia obowiązku lub dla zadośćuczynienia czyimś doraźnym oczekiwaniom. Zapragnąłem Spowiedzi niezwykłej, spontanicznej, otwierającej nowe horyzonty, a jednocześnie będącej hołdem wdzięczności Maryji za tę łaskę, która wkrótce miała się stać moim udziałem.
Skrywając w sercu swe gorące pragnienie, nie wiedziałem, do którego z płockich kościołów skierować swe kroki. Właściwie było mi to obojętne. Liczył się tylko dobry Spowiednik, którego miałem nadzieję spotkać na swej drodze. Pogrążony w zadumie zaglądałem kolejno do kilku kościołów na Starym Mieście. Najpierw Górki, Katedra, potem Fara i Kościół Poreformacki. Nigdzie o tej porze dnia nie dyżurował żaden Spowiednik. Gdy jednak wróciłem na Górki, spełniło się moje pragnienie. W prawie pustym kościele spotkałem Księdza, dzięki któremu mogłem przystąpić do Sakramentu Pokuty. Była to Spowiedź niezwykła, pierwsza w moim życiu dojrzała rozmowa z Bogiem za pośrednictwem Jego Namiestnika, w obecności i pod czułą opieką Najświętszej Panienki. Dziś nie umiem znaleźć odpowiednich słów, które mogłyby oddać stan mojego ducha po odejściu tego dnia od konfesjonału. Po prostu czułem, że przeżywam coś wyjątkowego, a serce, przepełnione radością, chce wyskoczyć mi z piersi. To było wspaniałe uczucie, które, towarzysząc mi jeszcze przez kilka następnych tygodni, radykalnie odmieniło moje życie wewnętrzne. Uświadamiając sobie fakt rozpoczętej właśnie przemiany duchowej odbierałem to w kategoriach niezwykłego daru, który otrzymałem jako swoiste zadanie na całą moją przyszłość. Dlatego postanowiłem poddać się temu procesowi, nie zważając na trudności z niego wypływające.
[...] Niosąc figurę
Matki Boskiej Fatimskiej
wiedziałem, że
dostąpiłem wielkiej łaski, bo oto na mojej drodze życia stanęła Ta,
która jeszcze do niedawna była tak daleka, choć nie obca,
tak nierealna, choć obecna, tak mocno kochająca, choć nie do końca
ukochana.
To była dla mnie niezwykle ważna i bardzo wzruszająca chwila. Trzymając na ramionach ciężką figurę, patrzyłem prosto w oczy Najczulszej z Matek, a Ona z troską zaglądała wprost do mojej duszy. Nie mogłem uwierzyć, że to właśnie mi przypadł w udziale ten wielki zaszczyt i czułem jak moje serce zalewa potok Jej miłości. Przepełniała mnie ogromna radość i chciałem, aby stan ten trwał wiecznie. Wtedy, Maryjo, zrozumiałem, że moje serce na zawsze bije dla Ciebie. Uczucia, jakich doznałem podczas tego uroczystego spotkania z Królową Świata żyją we mnie do dziś. Wtedy były jak żywy ogień rozświetlający zakamarki mojej duszy, a przez lata stały się dla mnie niewyczerpanym źródłem siły duchowej. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że jeszcze kiedykolwiek dane mi będzie przeżyć podobne wzruszenie. [...]
![]() |
Epizod III: 1996 - Siostra Natanaela | ![]() |
Nastało ciepłe sierpniowe przedpołudnie 1996 roku. Właśnie
dobiegło końca niedzielne Nabożeństwo. Razem z Żoną udałem się do
zakrystii naszego [...] kościoła, aby zamówić Mszę Świętą w
kolejną rocznicę śmierci mojej Teściowej. Wokół Księdza
krzątali się ministranci, a opodal stała młoda Zakonnica i kilka
starszych pań czekających na załatwienie z Proboszczem bieżących spraw.
Gdy, wchodząc wypowiedzieliśmy słowa staropolskiego pozdrowienia:
--- Niech będzie
pochwalony Jezus Chrystus --- wszyscy
odpowiedzieli:
--- Na
wieki wieków. Amen --- a Zakonnica
obdarzyła nas życzliwym uśmiechem. Basia podeszła do rozmawiających z
Księdzem kobiet. Po krótkiej wymianie zdań Proboszcz notował
coś w kalendarzu, a staruszki kolejno wychodziły z zakrystii.
Tymczasem rozmowa skupiła się na osobie młodej Zakonnicy, która chciała gdzieś jechać i potrzebowała roweru. Nie znając jeszcze szczegółów zaproponowałem swą pomoc. Siostra wyjaśniła mi, że przyjechała na plener malarski i z grupą studentów zamieszkała w pobliskim hotelu. Nie dysponując żadnym środkiem lokomocji, postanowiła pożyczyć od kogoś z miejscowych rower, którym mogłaby codziennie dojeżdżać do sąsiedniej wsi na poranną Mszę Świętą. Jej słowa były dla mnie jak wyznanie wiary. W ułamku sekundy zrozumiałem, że jest to osoba niezwykła i poczułem, że nieprzypadkowo krzyżują się nasze drogi. Dalsze wyjaśnienia były zbyteczne. Z podziwem patrzyłem na młodą dziewczynę w czarnym, zakonnym habicie, która o potrzebie uczestnictwa w codziennej Mszy Świętej mówiła tak zwyczajnie, mimo iż wymagało to określonego poświęcenia z jej strony. Dojazd rowerem na godzinę siódmą do kościoła oddalonego o około 5 km, bez względu na pogodę, dla mnie był wówczas nie lada wyczynem. Bez namysłu zaoferowałem jej swą pomoc w postaci niezbyt wygodnego samochodu i siebie w charakterze kierowcy. Wiedziałem jednak, że nie łatwo mi będzie pokonać własną słabość, tj. wstawać wcześnie rano przez cały wakacyjny tydzień. Z nieukrywaną radością przyjęła moją ofertę. Uzgadniając czas i miejsce naszych porannych spotkań wyszliśmy na zewnątrz w towarzystwie Księdza Proboszcza i mojej Żony. Wówczas nie przypuszczałem, jak wielki plon przyniesie duchowe ziarno rzucone przez Siostrę Natanaelę w moją duszę.
Spotykaliśmy
się przez kilka kolejnych poranków, a
nasze zbyt krótkie podróże do kościoła
parafialnego upływały na niezwykle interesujących rozmowach. Były to
głównie opowieści z życia młodej Zakonnicy: o tym jak
odkrywała w sobie powołanie, jak wybrała swoje imię zakonne lub jak
wyglądają dziś jej spotkania z Bogiem.
Fascynująca była jej umiejętność słuchania oraz interpretacji nieśmiało
nakreślanych przeze mnie problemów. Nie ciągnęła przydługich
wywodów. Potrafiła w kilku zdaniach zawrzeć ogrom treści,
obnażając małość człowieka względem nieskończonej miłości Boga. Była
skromna, a zarazem otwarta na otaczających ją ludzi. Była energiczna i
pogodna, a jednocześnie potrafiła zanurzać się w głębokiej modlitwie.
Obserwowałem ją i słuchałem z zadziwieniem. W różnych
sytuacjach tworzyła wokół siebie aurę przyjaznej
życzliwości. Czy to na śniadaniu u Proboszcza, czy podczas zrywania
śliwek u moich przyjaciół z Antoninowa --- zawsze tryskała
sympatycznym humorem, ciesząc się pięknem otaczającego świata.
Jej postawa i słowa stały się dla mnie niedościgłym wzorcem.
Siostra Natanaela pokazała mi, jak ważna jest równowaga między materialnym i duchowym bytem człowieka. Dziś wiem, że nie przypadkowo na mojej drodze życia pojawiły się takie osoby jak: Natanaela, [...]. To Oni zainspirowali mnie do szukania odpowiedzi na niełatwe pytania, np. poprzez lekturę wybranych wydawnictw katolickich takich jak: „Dzienniczek Siostry Faustyny Kowalskiej”, „Szatan naprawdę istnieje”, „Madonna płacząca”, „Modlitwy na każdy dzień” itp. Z tego właśnie okresu pochodzi moje ogromne marzenie --- zdobycie Różańca Łez, które udało mi się zrealizować dopiero po kilku latach poszukiwań.
![]() |
Epizod IV: 1999 - Brama Niebios | ![]() |
Kilka lat temu, pewnej wiosennej nocy miałem sen obfitujący w zagadkowe symbole, niecodzienne wrażenia i tajemnicze spotkania. Mój opis będzie zaledwie nieudolną próbą oddania rzeczywistości odzwierciedlającej sens drogi, którą podążam do dziś.
1. Podróż dyliżansem przez nieznaną krainę
Upał.
Uczucie pragnienia, dokuczliwej suchości w ustach.
Wszechobecny pył i uciążliwy skwar potęgowany przez suchy, gorący wiatr.
Wszędzie resztki wyschniętej trawy.
Gdzieniegdzie bezlistne krzewy i kikuty uschniętych drzew.
Wokół spalona słońcem ziemia.
Szeroka brunatna równina.
Pustka jak okiem sięgnąć.
W oddali góry.
Nigdzie nie widać zwierząt, ptaków, ludzi, zabudowań ---
pustka.
W dyliżansie kilkoro nieznajomych podróżnych w strojach z
czasów Dzikiego Zachodu.
Jakaś elegancka kobieta, kilku mężczyzn --- wszyscy z trudem znoszą
niewygodną podróż.
Od czasu do czasu słychać okrzyki woźnicy przerywające monotonne
odgłosy kół i kopyt końskich, które wzbijają
tumany kurzu.
2. Postój
Nagle dyliżans zwolnił, przejeżdżając wśród
ponurych, dawno opuszczonych zabudowań.
Widok budynków był przygnębiający --- odrapane ściany,
powybijane szyby, połamane płoty, zaśmiecone posesje,
spróchniałe schody, wyszczerbione balustrady i pokryte
brunatnym pyłem werandy.
Zatrzymaliśmy się przed jedynym w miasteczku zamieszkałym domem.
To był jakiś zajazd z mocno wyblakłym szyldem, skrzypiącymi okiennicami
i osmolonym, krzywo sterczącym kominem.
Wszedłem do środka przez szeroko otwarte drzwi.
Może tu będą mieli coś do picia --- pomyślałem.
Wewnątrz panował półmrok i przyjemny chłód.
Po kilku krokach zatrzymałem się, chcąc lepiej przyjrzeć się otoczeniu.
Wzrok powoli przyzwyczajał się do słabo oświetlonego wnętrza.
Przy barze, w głębi niezbyt rozległej sali zauważyłem łagodne,
pomarańczowe światło, ale w zajeździe nikogo nie było.
Po chwili zacząłem dostrzegać coraz więcej
szczegółów: rzędy stolików otoczonych
czwórkami krzeseł, kinkiety na ścianach i żyrandole wiszące
nad stolikami.
Na barze rzędy szklanych naczyń, na półkach butelki z
kolorowymi trunkami.
Wokół wszystko było uporządkowane i przygotowane na
przyjęcie niespodziewanych gości.
Moją uwagę przykuł stolik pod ścianą, przykryty białym
obrusem, na
którym stał duży wazon z kwiatami.
Podchodząc do niego zauważyłem, że są to żywe, czerwone
róże, które ze względu na swoją zaskakującą
świeżość musiały być ścięte niedawno.
Zbliżyłem
się, chcąc zobaczyć, czy w wazonie jest woda i nagle
spostrzegłem leżącą na drewnianej podłodze Czarną Różę. Bez
namysłu schyliłem się, aby Ją podnieść i włożyć do wazonu, ale Ona
samoczynnie odsunęła się od mojej dłoni.
Była piękna w swej czerni i bardzo tajemnicza. Częściowo rozchylone
płatki tworzyły aksamitny kielich, a połyskujące liście i kolce były
przytwierdzone do smukłej łodygi.
Zaskoczony nie tylko Jej niezwykłą urodą, ale także
„zachowaniem” wykonałem jeszcze jeden krok. I
znów Czarna Róża umknęła przed moim uściskiem,
odpływając teraz powoli w kierunku drzwi.
Zaciekawiony tym niezwykłym zjawiskiem, uświadomiłem sobie, że powinienem za Nią podążać, bo Ona najwyraźniej chce mnie gdzieś zaprowadzić. I nie myliłem się. Idąc za moją Czarną Przewodniczką, wyszedłem na zewnątrz. Uderzony falą suchego i gorącego powietrza skierowałem się w prawo, na ścieżkę prowadzącą za dom.
3. W ogrodzie
Ogród, w którym się znalazłem był miejscem wręcz irracjonalnym. Dookoła popękana od słońca ziemia, wyschnięte krzewy różane, poskręcane łodygi różnych roślin, drzewka pozbawione liści, pergole oplecione pajęczyną suchych bluszczy, alejki i klomby pokryte plątaniną chrzęszczących pod stopami powoi. Tuż przy ścieżce prowadzącej w głąb ogrodu była cembrowana studnia z charakterystycznym zadaszeniem, które pokrywał gont. Przy studni stali nieznajomi z dyliżansu i rozmawiali z kimś, kto z wyglądu przypominał Ogrodnika. Pamiętam, że byłem zaskoczony ich obojętnością na widok umierającego ogrodu. Chciałem coś zrobić, aby odwrócić zagładę, która dotknęła całą okolicę. Próbowałem nakłonić nieznajomych do działania. Tłumaczyłem im, że warto spróbować, że może uda się uratować chociaż krzewy różane --- wystarczy przecież zaczerpnąć wody ze studni i obficie podlać rośliny. Ogrodnik jednak spokojnym i stanowczym głosem stwierdził, iż jedyna nadzieja w zaćmieniu Słońca, które wkrótce miało się rozpocząć.
Tymczasem
w grupie ludzi stojących przy studni zauważyłem
swojego Ojca, który próbował nakłonić
nieznajomych, aby pomogli mu przesunąć duży ciężar. Nie wiedziałem o co
mu chodzi, ale gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem szeroki grobowiec,
przykryty ciężką kamienną płytą. Obaj otworzyliśmy ów
grobowiec, odsuwając płytę do połowy. W płytkiej komorze, tuż pod
pokrywą grobowca stały dwie czarne, zakurzone trumny. Gdy Ojciec zdjął
ich wieka, zobaczyłem, że w środku leżą ubrane w białe suknie ciała
moich Babć: Ireny i Sabiny. Ku mojemu zaskoczeniu obie staruszki żyły.
Odniosłem wrażenie, jakby właśnie przebudziły się, czekając do tej pory
na jakieś wyjątkowo ważne wydarzenie. Gdy pomagaliśmy im wyjść z
trumien, obie milcząc, patrzyły w niebo.
Gdy
stanęły na ziemi, ciągle wpatrzone w słońce, powiedziały:
--- Zobaczcie..., zobaczcie... --- pokazując wyciągniętymi w
górę rękami. Wszyscy spojrzeliśmy w niebo, a widok, jaki
ujrzałem, zapadł mi głęboko w pamięci.
Oto wszechobecna dotąd jasność zaczęła tracić na intensywności, powoli
ustępując miejsca ciemności. Tarcza słoneczna chowała się pod czarny
owal Księżyca, który został obleczony w świetlistą koronę.
Na błękit nieba stopniowo wylewał się atrament nocy, ale żadna z gwiazd
nie pojawiła się podczas tego fascynującego spektaklu światła. To było
całkowite zaćmienie Słońca. Takie zjawisko można obserwować tylko w
strefie międzyzwrotnikowej. Wydawało się, że zaraz wszystko
wróci do stanu poprzedniego, ale zaćmienie Słońca nie
przemijało. Przeciwnie, zamiast tego Księżyc zaczął się otwierać jak
gigantyczny skarbiec, odsłaniając powoli Bramę Niebios,
która była dotąd ukryta w jego wnętrzu. Niebo zmieniło teraz
swój kolor na grafitowy, a nad Bramą rozbłysła złocista
poświata.
Nagle poczułem, że unoszę się do góry w kierunku uchylonych Wrót Niebieskich, przez które wydostawała się jasna wstęga światła padająca w ich pobliżu. Wokół panował półmrok, z którego powoli wynurzały się monumentalne kształty Bramy Niebios.
4. Przed Bramą Niebios
Brama Niebios to jedyna w swoim rodzaju budowla, niepodobna do żadnego obiektu wzniesionego ręką ludzką, o urodzie wynikającej z gustownego połączenia wielkości, prostoty i kunsztu architektonicznego. Patrząc na ten, cieszący oko licznymi rzeźbami i płaskorzeźbami, kamienny monument, odniosłem wrażenie, że oto podziwiam dzieło wzniesione w dalekiej przeszłości, lecz zachowane do obecnej chwili w stanie nienaruszonym. To tak jakby Stary Mistrz wykonał dawno temu coś, co oparło się upływowi czasu i wciąż zachwyca swoim pięknem oraz dostojeństwem w kształcie i formie.
Wokół
panowała cisza, w którą powoli
wlewały się odgłosy kroków zbliżających się do Bramy ludzi.
Zewsząd nadciągały liczne grupy pielgrzymów idących
czwórkami w niezbyt długich kolumnach. W oddali widziałem
tajemnicze postacie przewyższające wzrostem przybyszów z
ziemi. Tłum gromadził się na przestronnym dziedzińcu przed Bramą,
który wyłożony był granatowym i grafitowym marmurem.
Wokół panowała atmosfera podniosłego oczekiwania. Czasem
tylko docierały do moich uszu drobne fragmenty rozmów w
różnych językach.
Idąc obok Ojca, przewodziłem kilkunastoosobowej grupie
nieznajomych, którzy w skupieniu podążali za mną. Gdy
znalazłem się w odległości około 100 metrów od Bramy,
przystanąłem, aby przepuścić nadchodzącą z lewej strony grupę
skośnookich wędrowców w strojach ludowych, którą
prowadził energiczny starzec.
Wtem rozległ się donośny, lecz przyjemny dla uszu dźwięk trąb i wszyscy
przybysze zatrzymali się. W naszą stronę zaczął zbliżać się orszak
dostojnych postaci, które wzrostem przewyższały
pielgrzymów co najmniej o dwie głowy.
Wtem usłyszałem szepty:
--- To idzie
Landshtröp ze swoją świtą.
Na czele
szedł wysoki, wyprostowany mężczyzna w czarnym uniformie. Jego
stosunkowo szczupłe ramiona okrywała czarna, błyszcząca peleryna, a na
nogach połyskiwały czarne, długie buty. Starannie wymodelowana fryzura
z czarnych, gęstych włosów przypominała czepiec, jaki nosili
niegdyś dostojnicy na dworach szlacheckich. Jego dokładnie ogolona,
dojrzała twarz o przyjaznym wyrazie wydawała mi się dziwnie znajoma,
ale w tej chwili było to zupełnie nieistotne, ponieważ moja uwaga
skupiła się na pozostałych członkach orszaku. To byli Aniołowie ---
postacie dorównujące wzrostem swojemu przewodnikowi, lecz
ubrani w lśniące złotem i srebrem, powiewne szaty. Ich młode,
rozpromienione twarze były bardzo do siebie podobne nie tylko pod
względem rysów, ale także wyrazu oczu, z których
emanowała radość i miłość. Wszyscy Oni mieli blond włosy, średniej
długości i chyba również dlatego nie mogłem jednoznacznie
określić ich płci. Wyglądali jak młodzieńcy o nader dziewczęcej urodzie.
Była tam jeszcze jedna postać trzymająca się wprawdzie nieco na uboczu, ale cały czas podążająca w naszą stronę. Jej ciemny (prawdopodobnie brązowy), długi do stóp i skrywający głowę w obszernym kapturze habit zrobił na mnie trudne do opisania wrażenie. Barczyste ramiona, ręce splecione w szerokich rękawach, biodra przepasane białym, plecionym sznurem oraz lekko przygarbiona sylwetka dodawały tej postaci niezwykłej tajemniczości. To była Śmierć.
Choć
nie widziałem jeszcze jej twarzy, byłem pewien, że zaraz
wyjawi mi cel naszego spotkania. I tak się stało.
Zbliżyła się do mnie o dwa kroki. Powoli prostując wcześniej pochylone
plecy, zsunęła do tyłu kaptur, który odsłonił jej twarz i
część pozbawionej włosów głowy. Teraz mogłem dokładnie
przyjrzeć się jej z bliska.
To był widok, jakiego nie zapomina się nigdy.
Skóra gładka, błyszcząca, koloru niebieskiego opinała jej
spokojną i poważną twarz. Zastanawiałem się jakiej płci jest postać,
której się przyglądam, ale niestety nie umiałem znaleźć
jednoznacznej odpowiedzi. Oczy pozbawione rzęs i brwi zaglądały wprost
do wnętrza mojej duszy. Wąskie jak u kota źrenice przenikliwie badały
moje myśli. Białe u człowieka gałki oczne, u niej miały barwę niebieską.
Nie wypowiadając słów, Śmierć zaczęła odpowiadać na liczne pytania, które przez lata nagromadziły się w mojej świadomości i czekały na rozstrzygnięcie. Podczas tego niezwykłego, telepatycznego przekazu czułem się bardzo bezpieczny, spokojny, a nawet zadowolony. Uległem bowiem dziwnemu wyzwoleniu intelektualnemu. Krępująca mnie dotąd granica poznania i rozumienia stała się elastyczna, a myśli-słowa płynące od mojej rozmówczyni szybko i chronologicznie uzupełniały brakujące elementy misternej układanki mentalnej.
Widok Śmierci nie wzbudzał we mnie żadnych negatywnych doznań. W ułamku sekundy zrozumiałem, że lęk, jaki odczuwa wielu ludzi, często już na samą myśl o Niej, jest stanem zupełnie nieuzasadnionym. To nie Śmierć jest straszna, lecz stan ducha w jakim ludzie się z Nią spotykają. Ona zaś nikogo nie chce skrzywdzić, nastraszyć czy ubezwłasnowolnić. Po prostu wypełnia misję, do której została zobowiązana, a będąc na służbie nie może uczynić nic wbrew Woli Najwyższego. To właśnie On --- Bóg Wszelkiego Stworzenia jest Panem Życia i Śmierci. Od Niego bowiem pochodzi cała rzeczywistość i nieskończoność.
Gdy Śmierć
rozwiała już wszystkie nurtujące mnie
wówczas problemy, wątpliwości i dylematy zamknęła szeroko
dotąd otwarte, niebieskie oczy i opuściła głowę. Pochyliwszy się, jakby
w geście pożegnania, skryła swą twarz wewnątrz głębokiego kaptura i
odeszła.
Tymczasem Landshtröp, podnosząc prawą dłoń w jednoznacznym
geście, powiedział do ludzi przybyłych ze mną:
--- Europejczycy,
nie tym razem. Proszę przepuścić Azjatów.
Zawróciliśmy więc posłusznie, ustępując miejsca
innym grupom podążającym w kierunku Bramy Niebios.
Obudziłem się przepełniony radością i poczuciem, że dane mi było przeżyć coś wyjątkowego. Zdawałem sobie sprawę z tego, że wielu symboli jeszcze nie rozumiem, ale to głównie ode mnie teraz będzie zależało, jakie owoce w przyszłości przyniesie ów sen. Najbardziej zagadkowym elementem w tej fascynującej historii była Czarna Róża. Kogo symbolizował kwiat? To uświadomiłem sobie dopiero po latach. Dziś, mimo upływu czasu wciąż pamiętam te niezwykłe obrazy i uczucia jakich doznałem. Wiele zrozumiałem, wiele doświadczyłem, ale nie doszedłem jeszcze do kresu swej drogi.
![]() |
Epizod V: 2000 - Święte Schody | ![]() |
Wiosną
2000 roku
pojechałem z najbliższymi do
Rzymu na
uroczystość Kanonizacji Błogosławionej Siostry Faustyny Kowalskiej ze
Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Italia urzekła
mnie przepięknymi krajobrazami, łagodnym klimatem, bogatą historią i
wspaniałymi zabytkami. Ale nie to było dla mnie najcenniejsze.
Najgłębszym przeżyciem tej milenijnej pielgrzymki okazało się wejście
po Świętych Schodach, które kiedyś znajdowały się przed
pałacem Piłata w Jerozolimie, a obecnie są w Rzymie, obok Bazyliki
Świętego Jana na Lateranie.
Kamienne stopnie, po których 2000 lat temu szedł Chrystus, niosąc na swych ramionach Krzyż Zbawienia, dziś przykrywają mocno zniszczone deski. Nie uda się więc obejrzeć śladów Krwi Jezusa, które upamiętniają Jego bolesną Mękę. Można jednak osobiście przebyć fragment Drogi Krzyżowej Tego, który oddał swe życie za nas wszystkich. Po Świętych Schodach wchodzi się na kolanach, ale dla tych, którzy nie chcą lub nie mogą tego zrobić wybudowano obok zwykłe schody.
To było dla mnie niezapomniane przeżycie. Tłum ludzi w modlitewnym skupieniu powoli pokonywał kolejne stopnie, a moje myśli stopniowo wypełniały się biblijnymi obrazami z życia Jezusa. To było jak film, w którym wszystko koncentrowało się na Męce i Śmierci krzyżowej Chrystusa.
... Panie dziękuję Ci, że przywiodłeś mnie na to Święte Miejsce i, że mogę podążać Twoimi śladami. Trud, z jakim pokonuję kolejne stopnie jest wielki, ale czy mogę go porównywać z Twoim dla mnie poświęceniem. Ty oddałeś mi siebie, zgadzając się na ubiczowanie, cierniem ukoronowanie, przybicie do Krzyża ..., a ja tak często nie pamiętam o Twojej miłości. Naucz mnie Panie życiem dziękować Ci za Twe odkupienie.
![]() |
Epizod VI: 2000 - Jezus | ![]() |
W kilka miesięcy po tym przełomowym dla mnie wydarzeniu, jakim była pielgrzymka do Rzymu, znów miałem fascynujący sen. Tym razem miejscem, w którym rozgrywały się te niezapomniane sceny była płocka Katedra.
Właśnie skończyłem krótką modlitwę w towarzystwie
mojej Babci Ireny i postanowiłem wyjść na zewnątrz świątyni, aby tam
zaczekać na nią, ciesząc się pięknym, ciepłym dniem.
Było tuż po deszczu.
Jasno świeciło słońce.
W powietrzu unosił się świeży zapach kwitnących drzew i
krzewów.
Wokół słychać było śpiew ptaków.
Gdy spojrzałem w górę, na pobliską wieżę zegarową Zamku
Książąt Mazowieckich, zauważyłem nieskazitelnie czyste, błękitne niebo.
Wtem w drzwiach Katedry stanęła Babcia i wykonując energiczne
ruchy, zaczęła mnie wołać:
--- Wnuczku, choć
prędko!
Szybkim krokiem zbliżyłem się do odświętnie ubranej staruszki,
która, kiwając ręką w charakterystycznym geście,
mówiła głosem pełnym podekscytowania:
--- Choć, bo czeka na nas
Pan.
Zdziwiony jej słowami zapytałem:
--- Jaki Pan? Gdzie?
A ona, chwyciwszy mnie mocno za rękę, z nieskrywaną radością w głosie
odpowiedziała:
--- Choć, przyszedł do nas
sam Jezus.
Pospiesznie weszliśmy do świątyni i uklękliśmy obok siebie, tuż za progiem szeroko otwartych Drzwi Płockich. Wnętrze Katedry było rozświetlone tysiącami świec ustawionych na bocznych ołtarzach i wzdłuż ścian. Żyrandole i kinkiety jak złote girlandy mieniły się fontannami świetlistych refleksów, a przez różnokolorowe witraże wlewały się do środka wstęgi światła, w których freski, kolumny i rzeźby nabierały wręcz nieprawdopodobnego, połyskliwego szlifu. W kościele nie było żadnych ludzi. Ołtarz główny utonął w miłej dla oczu jasności, a mnie wydawało się, że źródłem tego ciepłego blasku było otwarte tabernakulum lub monstrancja z Najświętszym Sakramentem. Światło, które wypełniało całe wnętrze świątyni, było bardzo jasne, ale nie oślepiało nas i szeroko otwartymi oczyma mogliśmy sycić się tym jedynym w swoim rodzaju widokiem.
Nagle usłyszałem słowa Babci:
--- Zobacz wnuczku, sam
Jezus idzie do nas.
Spojrzałem na Babcię jakby dla upewnienia się, w
którą stronę ma zwrócony wzrok.
Patrzyła w sam środek jasności.
Jej rozpromienioną twarz zdobił niewinny, subtelny uśmiech.
Milczałem urzeczony atmosferą tego Świętego Miejsca.
Po chwili z
wnętrza jasności powoli zaczęła
wynurzać się jakaś
postać --- najpierw zauważyłem kontur głowy i ramion, potem ledwo
widoczny w świetle obrys całego ciała.
To był Jezus Chrystus, Syn Boży w Koronie Cierniowej.
Szedł w naszą stronę równym, spokojnym krokiem, a im
bardziej się do nas zbliżał, tym dokładniej mogłem się Jemu przyjrzeć.
Wyraźnie widziałem Jego długie do ramion, lekko falujące włosy oraz
śnieżnobiałą tunikę sięgającą do samych stóp.
Jego pogodną twarz zdobiła broda i wąsy, a na dłoniach i stopach
widziałem ślady po gwoździach.
Jezus podszedł do Babci i ujął jej obie dłonie. Stojąc tuż przed klęczącą staruszką, patrzył w jej oczy i zrozumiałem, że nawiązali rozmowę bez słów. Postać Jezusa jaśniała blaskiem trudnym do opisania. Patrząc w Jego Boskie oblicze, czułem, że moje serce coraz mniej należy do mnie, a coraz bardziej staje się darem, który z największą radością składa się kochanej osobie. Klęczałem tuż obok i nie mogłem opanować wzruszenia. Po pewnym czasie Jezus spojrzał na mnie życzliwie i powoli zdjął ze swej głowy Koronę Cierniową, która w kształcie przypominała czepiec wykonany z wielu splecionych ze sobą kolczastych gałązek. Trzymając ją przez chwilę w obu dłoniach wyciągnął do mnie ręce w charakterystycznym geście. Nieco zakłopotany drogocennym darem delikatnie ująłem Koronę, zastanawiając się co mam z nią zrobić. Gdy po chwili zdecydowałem, że powinienem ją założyć na swoją głowę, Jezus, nie wypowiadając słów, skarcił mnie. Myśl, która pochodziła od Niego uświadomiła mi bowiem, że nie jestem godny takiego zaszczytu i wtedy poczułem wstyd. Opuściłem głowę i wpatrywałem się teraz w misternie poplątane ciernie. Gdy ponownie spojrzałem na Jezusa, On wskazał na dużą kamienną misę z wodą święconą, a właściwie na jej podstawę. Naczynie to stało z prawej strony, opodal miejsca, w którym klęczałem. W mgnieniu oka zrozumiałem, że tam właśnie mam położyć Koronę i gdy to uczyniłem, Jezus zniknął. Korony Cierniowej też po chwili nie było.
Pomogłem więc wstać Babci i razem wyszliśmy ze świątyni, a
nasza radość była wielka.
Stojąc na schodach Katedry śmieliśmy się szczerze, obejmując się w
mocnych uściskach.
--- Widziałeś?
To był sam Jezus Chrystus.
--- Tak. To był On
--- potwierdziłem.
Obudziłem się szczęśliwy i długo jeszcze moje serce było
ogarnięte euforią.
Dziś, mimo upływu czasu, te uczucia są wciąż żywe. Ciągle mam przed
oczyma postać Chrystusa w Koronie Cierniowej, który wszedł w
moje życie rozświetlając je blaskiem swej miłości.
![]() |
Epizod VII: 2001 - Różaniec Łez | ![]() |
Było piękne, majowe, niedzielne przedpołudnie 2001 roku. Razem z Martą, Basią i naszymi znajomymi [...] --- Alą i Wieśkiem wybrałem się do Niepokalanowa i Żelazowej Woli. Chcieliśmy najpierw odwiedzić Sanktuarium NMP Niepokalanej Pośredniczki Łask i Muzeum Świętego Maksymiliana Kolbego w Niepokalanowie, a potem, w drodze powrotnej, zatrzymać się w dworku Fryderyka Chopina w Żelazowej Woli.
Gdy po Sumie wyszliśmy na zewnątrz świątyni, zauważyłem grupę
turystów
wchodzących do przykościelnego sklepu z pamiątkami. Wówczas
nie
podejrzewałem, że właśnie nadszedł czas spełnienia mojego cichego
marzenia.
Powoli chodziliśmy wzdłuż długiej lady, oglądając płyty, kasety,
książki, obrazy i inne dewocjonalia. W pewnej chwili mój
wzrok
zatrzymał się na ekspozycji z Różańcami.
--- A może tu
--- pomyślałem --- uda
mi się wreszcie kupić Różaniec
Łez. Co
prawda dotychczasowe próby w takich miejscach jak
Częstochowa, Licheń,
Skępe czy Płock spaliły na panewce, ale spróbować warto. Jak
dotąd
pytanie o Różaniec Łez wywoływało zdziwienie u
sprzedających. Może tu,
w Niepokalanowie, będę miał więcej szczęścia.
Za ladą stała młoda kobieta, życzliwie obsługująca klientów.
Na moje
pytanie zareagowała krótkim zamyśleniem, po czym
odpowiedziała:
--- Ja
dokładnie nie wiem, ale proszę zapytać o to Siostrę.
Tu wskazała ręką na sędziwą Zakonnicę w szarym habicie z
białymi
wypustkami, która obsługiwała klientów przy
sąsiedniej ekspozycji. Gdy
nadeszła moja kolej, zapytałem:
--- Siostro, od dłuższego
czasu
poszukuję
Różańca Łez. Czy Siostra może mi w tej sprawie
pomóc?
Spoglądając na mnie badawczym wzrokiem odrzekła:
--- Tak. Ale
skąd pan zna
taki Różaniec?
--- Właściwie to
nie znam --- odpowiedziałem --- nie wiem, jak
wygląda i nie
wiem, jak Go się odmawia. Czytałem, że ma wielką moc i chciałbym
nauczyć się tej modlitwy.
Zakonnica uważnie
słuchała moich słów i bacznie przyglądała
mi się zza
swoich dużych okularów w złotych oprawkach.
--- W wielu miastach pytałem o taki Różaniec, ale
na próżno. Czy w
ogóle bywa On w sprzedaży?
--- Raczej nie --- odpowiedziała --- ponieważ ludzie świeccy bardzo
rzadko
praktykują tę modlitwę. Co innego osoby zakonne. Ja sama od wielu lat,
codziennie odmawiam Różaniec Łez i z całą pewnością mogę
potwierdzić
pana słowa --- ta modlitwa ma niezwykłą moc.
Wyznanie Zakonnicy mocno poruszyło moje serce.
--- Niestety nie mam swojego Różańca przy sobie i
nie mogę Go panu
pokazać. Ale znam Zakonnika, który może dla pana wykonać
taki Różaniec.
Musiałby pan przyjść tu za kilka dni.
Zawiesiwszy głos, uśmiechnęła się, czekając na moją reakcję.
Po chwili zastanowienia odpowiedziałem:
--- To raczej będzie
trudne. W
Niepokalanowie jestem przejazdem, ale gdy nie będzie innego
rozwiązania,
to jestem gotów przyjechać tu za tydzień.
Do rozmowy włączyła się Basia, mówiąc:
--- A czy
mogła by Siostra wysłać
ten Różaniec razem z tekstem modlitwy na nasz adres domowy?
Zostawimy
pieniądze i wizytówkę.
Stojąca za mną Ala dopowiedziała:
--- Ja też chciałabym jeden
Różaniec
Łez.
Wyraźnie zadowolona Zakonnica rzekła:
--- Dobrze. Niech tak
będzie. Jutro
zamówię dwa Różańce. Myślę, że za kilka dni
powinniście otrzymać moją
przesyłkę.
I rzeczywiście Siostra Innocenta dotrzymała
obietnicy, a ja
rozpocząłem żmudną edukację różańcową.
Niepokalanów
to niezwykłe miejsce, niepodobne do
innych, wykraczające poza pojęcie typowego Sanktuarium. Nie ma w nim
cudownej figury, chociaż dzieje Niepokalanowa zaczęły się od skromnej
figurki Matki Bożej, którą wystawił Święty Maksymilian jako
znak oddania Jej na własność zakładanego klasztoru. Nie ma relikwi
Świętego, gdyż jego ciało spalono w obozowym krematorium, a prochy
rozsypano po ziemi. Nie ma w Niepokalanowie źródełka
uzdrawiającej wody, ale można tu zaczerpnąć ducha ożywiającego
franciszkańską wspólnotę i czcicieli Matki Bożej
Niepokalanej. Dla mnie Niepokalanów zostanie już na zawsze
miejscem szczególnym i to nie tylko ze względu na
młodzieńcze wspomnienia z 18 czerwca 1983 roku związane z pielgrzymką
Jana Pawła II, ale także dlatego, że mogłem tam przeżyć wyjątkowe
katechezy w figurkowych teatrach: „Panorama
Tysiąclecia” i „Misterium Męki Pańskiej”.
![]() |
Epizod VIII: 2002 - Cud uzdrowienia | ![]() |
To spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Chociaż nie dawałem po sobie poznać głębokiego przejęcia, ta wiadomość poruszyła mnie jak żadna dotąd i sprawiła, że nagle w moich myślach pojawiły się sytuacje, których każdy z nas na pewno chciałby uniknąć, a przynajmniej odsunąć je w jak najdalszą przyszłość. Basia ze łzami w oczach powtórzyła mi diagnozę, jaką usłyszała przed chwilą w gabinecie lekarskim --- guz w jamie brzusznej o średnicy 5 cm. O pomyłce nie mogło być mowy. Badanie USG było wykonane trzykrotnie przez wziętego lekarza specjalistę i znanego ze swej wieloletniej praktyki medycznej Ordynatora Oddziału Ginekologicznego jednego ze szpitali w Płocku. Tak więc stało się jasne, że operacja jest nieunikniona. Pan doktor wyznaczył nawet termin przyjęcia Żony na swój oddział, a miało to nastąpić za 2 tygodnie, zaraz po jego powrocie z urlopu.
Nastały trudne dni oczekiwania. Mimo iż w moim sercu zagościł
smutek, gdzieś tam głęboko tliła się iskierka nadziei, że wszystko
zakończy się dobrze i wciąż starałem się pocieszać Basię:
--- ... przecież operacja to jeszcze nie koniec świata; guz zostanie
usunięty i wkrótce zapomnimy o całym zmartwieniu ...
Żona jednak była daleka od optymizmu. Jej myśli i słowa układały się w
najczarniejszy z możliwych scenariuszy. To nie łatwe zmagać się z
własną małością i bezradnością. Aby jednak nie ulegać rozpaczy,
postanowiłem nasze cierpienie powierzyć Miłosiernemu Bogu:
--- ... Panie, jeśli taka jest Twoja wola, niech się stanie według
słowa Twego.
Odtąd udział w codziennych Mszach Świętych w płockim Sanktuarium Miłosierdzia Bożego i przyjmowanie Ciała Jezusa Chrystusa w Komunii Świętej nabrały dla mnie nowego wymiaru i znaczenia. Także codzienny Różaniec Łez odmawiany indywidualnie przed obrazem Jezusa Miłosiernego i figurą Matki Bożej Królowej Świata, stał się dla mnie nowym doświadczeniem: ucieczką, pociechą i źródłem siły duchowej. Z wielkim nabożeństwem prosiłem Jezusa o cud, a Maryję --- Matkę Boga i moją Matkę, o wstawiennictwo u swego ukochanego Syna. Wiedziałem, że Ona i tym razem nie zawiedzie, ale to, co wkrótce się wydarzyło, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Pewnego wieczora
odwiedzili nas Ala i Wiesiek.
Szybko
uświadomiłem sobie, że zarówno ich wizyta, jak i przebieg
rozmowy przy herbacie, nie był kwestią czystego przypadku. Wtedy po raz
pierwszy usłyszałem o Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach,
Szkaplerzu z sukna, Ojcu Piotrze i celebrowanym przez niego sobotnim
Wieczerniku, który kończy się błogosławieństwem chorych.
Tego wieczora zapadła decyzja o wspólnym wyjeździe do
Obór w najbliższą sobotę.
Matce
Boskiej Bolesnej pokłoniliśmy się rano 27
lipca. Trudno
jest oddać słowami głębię przeżyć jakie towarzyszyły nam podczas tej
rodzinnej pielgrzymki. Wiem jednak, że udział w uroczystym Wieczerniku
przyniósł nam Błogosławione Owoce. Z chwilą nałożenia przez
Ojca Piotra Szkaplerza Świętego w sposób
szczególny uświadomiłem sobie bliskość Matki Bożej,
która ofiarując mi skrawek brązowej szaty karmelitańskiej,
okryła mnie płaszczem swej opiekuńczej miłości. To wielka radość poczuć
się wybranym i uhonorowanym przez Najświętszą Panienkę ---
Królową Karmelu.
Tylko w czułych objęciach Najtroskliwszej z Matek człowiek jest szczęśliwy, bo czuje bliskość Boga i jego niezmierzoną dobroć. A przecież to pod ciężarem moich grzechów Jezus trzykrotnie upadał na swej drodze krzyżowej. To moje grzechy przybiły do drzewa krzyża Jego Przenajświętsze Ręce i Stopy. Ty, Panie, z miłości do mnie pozwoliłeś włócznią otworzyć swój bok, a ja wciąż ranię Twoje Miłosierne Serce, popadając w grzech. Mimo to, kochasz mnie bezgranicznie i znów pierwszy wyciągasz do mnie swoją wszechmocną prawicę. To dzięki cierpieniu, którym mnie doświadczasz, mam szansę stać się lepszym, poznać ogrom Twej miłości, nauczyć się naśladować Ciebie. Czy jednak będę zdolny unieść ten ciężar? Bez Ciebie, Dobry Pasterzu, jestem nikim. Zechciej Panie wesprzeć mnie swą łaską i prowadź mnie po wszystkich drogach mojego życia. Matko Bolesna, zjednocz moje prośby ze swoimi prośbami, aby Twój Boski Syn, Jezus, wysłuchał mnie, a za Twoją przyczyną udzielił łaski zdrowia mojej Żonie. Nie zważaj na moje grzechy lecz na wiarę, nadzieję i miłość, która przywiodła mnie przed Twoje Święte Oblicze.
Gdy podczas błogosławieństwa
chorych Czcigodny
Ojciec Piotr
położył swe ręce na głowie mojej Żony stałem tuż za nią. Słysząc
kilkukrotnie powtórzone przez Ojca Piotra imię Jezus,
zrozumiałem, że Pan wysłuchał moje modlitwy i choć niewidzialny, jest
tu obecny. Radość wypełniła moją duszę. Chciałem
wykrzyknąć: Jezusie, Synu Boga Najwyższego,
niech będzie pochwalone Święte Imię Twoje, lecz gardło
ściśnięte wzruszeniem nie było w stanie uwolnić żadnego słowa. Serce
waliło mi w piersi z niespotykaną siłą. Łzy radości napłynęły do oczu.
Żona ogarnięta błogością przeżywała bliskie spotkanie z Jedynym Dawcą
Życia. Widząc na jej twarzy subtelny uśmiech, byłem o nią całkowicie
spokojny. Jej ciało zanurzyło się w łasce Pana, a ja uświadomiłem
sobie, że oto jestem świadkiem cudu uzdrowienia. W ciszy i pokorze, bez
zgiełku reklam, świateł estrad, z dala od hałasu cywilizacji przyszedł
do nas sam Jezus. Stanął tak blisko, jak to tylko On potrafi i, litując
się nad swymi dziećmi, pobłogosławił nasze ciała i dusze.
Panie
Jezu
Chryste, Tobie cześć i chwała na wieki...
Klęcząc przed figurką Maryji modliłem się:
... Matko Boska Bolesna
dziękuję Ci za Twój dar --- Szkaplerz Święty,
który
od dziś będzie moim orężem i drogowskazem. Nie mam nic, co
mógłbym Tobie Pani dać. Dlatego ofiaruję Ci swoje serce. Weź
je Matko na wieczne posiadanie, a gdy nadejdzie kres mojej ziemskiej
pielgrzymki, zaprowadź mnie przed Boski Majestat Twego Syna i poleć
mnie Jego Miłosierdziu....
I nagle uświadomiłem sobie, że klęczę przed figurą Matki Boskiej
Fatimskiej, taką samą jak ta, którą kiedyś w Gąbinie niosłem
w uroczystej procesji. Nie ma słów, które mogłyby
oddać radość ze spotkania z ukochaną Matką.
... Matko moja i Matko
Boga prowadź mnie po wszystkich drogach mojego życia.
W kilka dni po powrocie z Obór Żona zaproponowała mi wyjazd do Łodzi, do znanego profesora nauk medycznych, który na co dzień praktykuje w Centrum Zdrowia Matki Polki. Wiedziałem, że ta wizyta, w gruncie rzeczy jest zbędna, ale nie oponowałem, gdyż Basia potrzebowała potwierdzenia obecnego stanu zdrowia.
Wkrótce okazało się, że guz już nie istnieje. Fakt uzdrowienia Basi został zatem jednoznacznie potwierdzony. Zaraz po wyjściu z gabinetu lekarskiego przepełnieni radością, skierowaliśmy się do pobliskiej Katedry, aby raz jeszcze podziękować Bogu. Gdy przekroczyliśmy próg świątyni, właśnie rozpoczynała się Msza Święta. Nagle uświadomiliśmy sobie, że jest to dzień niezwykły --- Święto Przemienienia Pańskiego.
Panie Boże Wszechmogący, dla Ciebie nie ma rzeczy niemożliwych. Ty jesteś Panem Życia i Śmierci. Stworzyłeś nas na swój obraz i podobieństwo. Z miłości dałeś nam swego Jednorodzonego Syna, który na Krzyżu odkupił świat. Przemień Panie nasze serca według serca swego. W Twoje ręce powierzamy siebie, naszych bliskich i wszystkie nasze sprawy: teraźniejsze i przyszłe. Amen.
![]() |
Prawa
autorskie ![]() |
![]() |
| Drukuj bieżącą stronę... |
| Do góry |
| Pomoc techniczna |