Życie jest szlakiem pielgrzyma

”Życie jest Błogosławieństwem - przyjmij je
Życie jest szansą - korzystaj z niej
Życie jest pięknem - podziwiaj je
Życie jest laurem - osiągnij go
Życie jest szczęściem - skosztuj go
Życie jest snem - uczyń z niego rzeczywistość
Życie jest wyzwaniem - sprostaj mu
Życie jest walką - podejmij ją
Życie jest przygodą - ośmiel się na nią
Życie jest zadaniem - wypełnij je
Życie jest grą - zabaw się nią
Życie jest drogocenne - strzeż go
Życie jest miłością - ciesz się nią
Życie jest smutkiem - pokonaj go
Życie jest hymnem - śpiewaj go
Życie jest tajemnicą - przeniknij ją
Życie jest obietnicą - wypełnij ją
Życie jest bogactwem - zachowaj je
Życie jest życiem - obroń je”.

bł. Matka Teresa z Kalkuty

Bł. Matka Teresa z Kalkuty

W życiu każdego człowieka przychodzi moment, w którym dokonuje on swoistego bilansu. Nie chodzi tu o jakiś banalny rachunek zysków i strat, lecz o refleksję dotyczącą całokształtu doświadczeń życiowych, które determinują rozwój duchowej warstwy jego człowieczeństwa. Jedni czynią tak pod wpływem jakiegoś wstrząsającego przeżycia, np. utraty osoby bliskiej --- wówczas ich duchowa metamorfoza może dokonać się gwałtownie. Inni zadają sobie fundamentalne pytania stopniowo, tj. w miarę rozwoju własnej osobowości i na miarę swoich bieżących możliwości percepcyjnych. W moim przypadku proces odnajdywania słusznych drogowskazów trwa od lat, a w swych poszukiwaniach nie jestem sam. Dziś wiem już dokąd prowadzi ta droga, choć nie widzę jeszcze jej kresu. Oto kilka epizodów stanowiących jedyne w swoim rodzaju kamienie milowe na szlaku, którym podążam.


Epizod I: 1994 - Adwentowy cud

AdwentByła późna jesień 1994 roku. Choć z kalendarza wynikało inaczej, na dworze panowała już sroga zima. Drogi zasypane śniegiem i kilkunastostopniowy mróz nie mogły być jednak wystarczającym powodem, aby tym razem zrezygnować z wyjazdu do pobliskiego Płocka. Moim celem była bowiem Spowiedź, bez której nie wyobrażałem sobie godnego przygotowania do zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Dziwnym zbiegiem okoliczności nie skorzystałem z Parafialnych Rekolekcji Adwentowych i czułem, że jest to ostatnia szansa na przedświąteczne pojednanie się z Bogiem. Razem z Żoną postanowiliśmy wybrać się na wieczorną Mszę Adwentową odprawianą u Księży Salezjanów, na Stanisławówce. Musieliśmy jednak zostawić w domu naszą kilkuletnią córkę, ponieważ zauważyliśmy u niej pierwsze objawy przeziębienia. Wytłumaczyliśmy małej Marcie, że nie będzie nas około dwóch godzin i poprosiliśmy, żeby grzecznie się bawiła, czekając na nasz powrót. Córka chętnie przystała na naszą propozycję tym bardziej, że pozwoliliśmy, aby do domu, na czas naszej nieobecności, weszła Kora --- czworonożna towarzyszka dziecięcych zabaw Marty. Widząc radość w oczach dziecka i suki, udaliśmy się w podróż naszym wysłużonym samochodem. Wyjeżdżając z domu, zastanawiałem się, czy akumulator będzie w stanie uruchomić silnik po godzinnym postoju samochodu na siarczystym mrozie, ale o tym mogłem się przekonać dopiero za kilkadziesiąt minut. Tymczasem walczyłem z zamarzniętymi szybami, które wbrew moim staraniom wciąż na nowo pokrywały się cienką warstwą lodowych ornamentów. Tak właśnie się dzieje, gdy w przenikliwym zimnie ktoś oddycha wewnątrz nierozgrzanego jeszcze samochodu. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów okazało się, że ledwie zniknął problem złej widoczności, już pojawiła się następna poważna przeszkoda --- utknęliśmy w długim korku. Odliczając szybko upływające minuty, włączyłem na chwilę radio i jakby na zamówienie spiker przekazał informację z ostatniej chwili:
--- ... właśnie trwają prace mające na celu ściągnięcie samochodu ciężarowego, który, nie mogąc podjechać z ładunkiem pod mocno oblodzony nasyp mostowy, zatarasował drogę...

Adwentowy cudGdy po kilkunastominutowym postoju z monotonnie pracującym silnikiem i na włączonych światłach zauważyłem niepokojące wskazania kontrolek znajdujących się na desce rozdzielczej naszego Fiata 126p, uświadomiłem sobie, że mamy kolejny problem. Prawdopodobnie prądnica przestała działać i jedynym źródłem prądu dla samochodu był teraz akumulator. Musiałem podjąć decyzję: albo niezwłocznie wracamy do domu albo, podejmując ryzyko wystąpienia oczywistych trudności, kontynuujemy podróż. Rozważałem różne warianty, a moim myślom towarzyszyły słowa, które w dzieciństwie słyszałem kilka razy z ust mojej Matki i Babci Ireny. Mawiały One, że jeśli człowiek gorąco pragnie spotkania z Bogiem we Mszy Świętej, to choćby piętrzyły się różne przeszkody, zawsze udaje się osiągnąć ten cel. Po chwili zastanowienia zdecydowałem --- Sakrament Pokuty jest w tej chwili na pierwszym planie.

Gdy wjeżdżaliśmy na parking przed Stanisławówką zauważyłem, że światła mojego samochodu ledwie świecą. W ułamku sekundy uświadomiłem sobie powagę sytuacji. Stało się jasne, że gdy teraz wyłączę silnik, to tylko cud będzie mógł pomóc w jego ponownym uruchomieniu. Nie wypowiadając głośno swoich obaw, wyjąłem kluczyk ze stacyjki. Żona rozumiała nasze położenie, a jej matczyne serce było teraz przy Córce. Milcząc weszliśmy do świątyni i zajęliśmy miejsca w jednej z ostatnich ławek, lecz w mojej głowie wciąż narastało kłębowisko myśli. Nie tracąc poczucia miejsca i czasu, skrępowany więzami bezradności oraz miotany wątpliwościami kwestionującymi sensowność własnej decyzji, popadłem w dziwny, bolesny stan, którego nigdy przedtem i nigdy potem nie doznałem. Po prostu kłóciłem się z Panem Bogiem.

Gdy jednak po kilku minutach uświadomiłem sobie, że to nie tędy droga, że jedynym rozsądnym krokiem powinno być całkowite zawierzenie siebie i tej sprawy Najwyższemu, ogarnęło mnie uczucie wstydu, a po chwili ogromnej ulgi. Nagle uświadomiłem sobie bliskość Wszechmocnego i to, że w Jego ręku spoczywają losy każdego człowieka. To było jak olśnienie, jak dzwonek oznajmiający początek Mszy Świętej. Dziś już nie pamiętam co usłyszałem, klęcząc przy kratce konfesjonału. Wiem tylko, że słowa Zakonnika były wtedy jak balsam dla mojej duszy, w której zapanował tego wieczora błogi spokój.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po zakończeniu Mszy Świętej silnik uruchomiłem zaledwie jednym „trąceniem” rozrusznika. 
--- To wręcz niemożliwe. To jest jawne zaprzeczenie praw fizyki --- powiedziałem do siedzącej obok Żony. Zaskoczenie moje było jeszcze większe, gdy włączyłem światła. W blasku reflektorów wesoło tańczyły drobne płatki śniegu.

Wracaliśmy do domu, a ja wciąż nie mogłem znaleźć racjonalnego uzasadnienia dla sytuacji, która właśnie rozgrywała się na moich oczach. Gdy wjeżdżaliśmy na przydomowy parking, ścianę budynku, w którym mieszkaliśmy rozświetliła charakterystyczna dla świateł mijania, jasna smuga. Wciąż niedowierzając własnym oczom, włączyłem, jakby na próbę, światła drogowe. To było nieprawdopodobne.

Przepełnieni radością ze szczęśliwego powrotu do domu i zarazem zatroskani o naszą Córeczkę wysiedliśmy z samochodu, nie podejrzewając nawet, że to jeszcze nie koniec silnych wrażeń tego wieczoru. Gdy tylko otworzyliśmy drzwi, w nasze ramiona rzuciła się Marta, która powstrzymując łzy radości powiedziała:
--- Jak dobrze, że już jesteście. Tak mocno się o was martwiłam. 
Widząc, że wszystko jest w porządku, postanowiłem wprowadzić samochód do garażu. Wyszedłem więc z domu, a przede mną wybiegła Kora, jak zwykle chętna do harców w głębokim śniegu. Jakież było moje zdziwienie gdy, próbując uruchomić silnik samochodu, usłyszałem zaledwie krótkie „jęknięcie” rozrusznika. Ten odgłos wyjaśniał wszystko --- akumulator był całkowicie rozładowany. Potwierdziły to również wskaźniki w prostowniku, do którego podłączyłem baterię.

Modlitwa dzieckaGdy przed snem opowiadałem Córce to niecodzienne zdarzenie, Marta słuchała moich słów z dużą uwagą, jakby to była najpiękniejsza baśń. Nagle powiedziała:
--- Długo czekałam na wasz powrót. Żeby nie płakać wzięłam Różaniec do ręki i zaczęłam głośno odmawiać »Zdrowaś Maryjo ...«, i gdy tak się modliłam zaraz nadjechaliście.
Jej słowa wprawiły mnie w osłupienie. Ucałowałem ją na dobranoc i wkrótce usnęła.

Do dziś nie znajduję racjonalnego wytłumaczenia zjawiska, które miało miejsce owego mroźnego, grudniowego wieczora. Tym bardziej, że przez kilka najbliższych lat eksploatacji samochodu nie wystąpiły żadne problemy z jego instalacją elektryczną. Jedynym sensownym w tej sytuacji określeniem wciąż pozostaje słowo "cud".


Epizod II: 1996 - Matka Boska Fatimska

Pewnej czerwcowej niedzieli 1996 roku, podczas Mszy Świętej Ks. Proboszcz [...] ogłosił, że za kilka dni do naszego Dekanatu zawita kopia figury Matki Boskiej Fatimskiej. Miejscem nawiedzenia będzie pobliski Gąbin, a z naszej parafii zostanie wybrana m.in. grupa czterech mężczyzn, którzy przeniosą figurę na wyznaczone miejsce celebry. O szczegółach uroczystości delegaci wkrótce mieli być powiadomieni osobiście przez Ks. Proboszcza.

Gdy dowiedziałem się, że wybrano mnie do tej zaszczytnej funkcji --- moja radość była wielka. Czułem się wyróżniony i szczęśliwy. Słowa uzasadnienia, jakie usłyszałem od mojego Duszpasterza były dla mnie miłym zaskoczeniem. Nie sądziłem bowiem, że cieszę się u niego tak dobrą opinią.

--- Skoro więc będę w orszaku Maryji --- pomyślałem --- muszę się do tego odpowiednio przygotować. To przecież niepowtarzalna okazja zbliżenia się do Tej, która w całym świecie zasłynęła z niezliczonych cudów. I nie koncentrowałem się na figurze jako symbolicznym wizerunku Matki wszystkich ludzi, lecz na Niej samej, która otwiera przed nami drogę do swego Syna. Wiedziałem, co prawda, czego chcę, ale nie byłem pewien, czy zdołam zaspokoić własne pragnienia w tej, nie do końca przeze mnie poznanej jeszcze, duchowej dziedzinie. Czułem, że zbliża się wyjątkowa chwila w moim życiu i pragnąłem przeżyć ją jak najpełniej. Żeby to było możliwe chciałem się wyspowiadać, ale nie tak zwyczajnie, pospolicie, z racji poczucia obowiązku lub dla zadośćuczynienia czyimś doraźnym oczekiwaniom. Zapragnąłem Spowiedzi niezwykłej, spontanicznej, otwierającej nowe horyzonty, a jednocześnie będącej hołdem wdzięczności Maryji za tę łaskę, która wkrótce miała się stać moim udziałem.

Skrywając w sercu swe gorące pragnienie, nie wiedziałem, do którego z płockich kościołów skierować swe kroki. Właściwie było mi to obojętne. Liczył się tylko dobry Spowiednik, którego miałem nadzieję spotkać na swej drodze. Pogrążony w zadumie zaglądałem kolejno do kilku kościołów na Starym Mieście. Najpierw Górki, Katedra, potem Fara i Kościół Poreformacki. Nigdzie o tej porze dnia nie dyżurował żaden Spowiednik. Gdy jednak wróciłem na Górki, spełniło się moje pragnienie. W prawie pustym kościele spotkałem Księdza, dzięki któremu mogłem przystąpić do Sakramentu Pokuty. Była to Spowiedź niezwykła, pierwsza w moim życiu dojrzała rozmowa z Bogiem za pośrednictwem Jego Namiestnika, w obecności i pod czułą opieką Najświętszej Panienki. Dziś nie umiem znaleźć odpowiednich słów, które mogłyby oddać stan mojego ducha po odejściu tego dnia od konfesjonału. Po prostu czułem, że przeżywam coś wyjątkowego, a serce, przepełnione radością, chce wyskoczyć mi z piersi. To było wspaniałe uczucie, które, towarzysząc mi jeszcze przez kilka następnych tygodni, radykalnie odmieniło moje życie wewnętrzne. Uświadamiając sobie fakt rozpoczętej właśnie przemiany duchowej odbierałem to w kategoriach niezwykłego daru, który otrzymałem jako swoiste zadanie na całą moją przyszłość. Dlatego postanowiłem poddać się temu procesowi, nie zważając na trudności z niego wypływające.

Matka Boska Fatimska[...] Niosąc figurę Matki Boskiej Fatimskiej wiedziałem, że dostąpiłem wielkiej łaski, bo oto na mojej drodze życia stanęła Ta, która jeszcze do niedawna była tak daleka, choć nie obca, tak nierealna, choć obecna, tak mocno kochająca, choć nie do końca ukochana.

To była dla mnie niezwykle ważna i bardzo wzruszająca chwila. Trzymając na ramionach ciężką figurę, patrzyłem prosto w oczy Najczulszej z Matek, a Ona z troską zaglądała wprost do mojej duszy. Nie mogłem uwierzyć, że to właśnie mi przypadł w udziale ten wielki zaszczyt i czułem jak moje serce zalewa potok Jej miłości. Przepełniała mnie ogromna radość i chciałem, aby stan ten trwał wiecznie. Wtedy, Maryjo, zrozumiałem, że moje serce na zawsze bije dla Ciebie. Uczucia, jakich doznałem podczas tego uroczystego spotkania z Królową Świata żyją we mnie do dziś. Wtedy były jak żywy ogień rozświetlający zakamarki mojej duszy, a przez lata stały się dla mnie niewyczerpanym źródłem siły duchowej. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że jeszcze kiedykolwiek dane mi będzie przeżyć podobne wzruszenie. [...]


Epizod III: 1996 - Siostra Natanaela

Nastało ciepłe sierpniowe przedpołudnie 1996 roku. Właśnie dobiegło końca niedzielne Nabożeństwo. Razem z Żoną udałem się do zakrystii naszego [...] kościoła, aby zamówić Mszę Świętą w kolejną rocznicę śmierci mojej Teściowej. Wokół Księdza krzątali się ministranci, a opodal stała młoda Zakonnica i kilka starszych pań czekających na załatwienie z Proboszczem bieżących spraw. Gdy, wchodząc wypowiedzieliśmy słowa staropolskiego pozdrowienia:
--- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus --- wszyscy odpowiedzieli:
--- Na wieki wieków. Amen --- a Zakonnica obdarzyła nas życzliwym uśmiechem. Basia podeszła do rozmawiających z Księdzem kobiet. Po krótkiej wymianie zdań Proboszcz notował coś w kalendarzu, a staruszki kolejno wychodziły z zakrystii.

Tymczasem rozmowa skupiła się na osobie młodej Zakonnicy, która chciała gdzieś jechać i potrzebowała roweru. Nie znając jeszcze szczegółów zaproponowałem swą pomoc. Siostra wyjaśniła mi, że przyjechała na plener malarski i z grupą studentów zamieszkała w pobliskim hotelu. Nie dysponując żadnym środkiem lokomocji, postanowiła pożyczyć od kogoś z miejscowych rower, którym mogłaby codziennie dojeżdżać do sąsiedniej wsi na poranną Mszę Świętą. Jej słowa były dla mnie jak wyznanie wiary. W ułamku sekundy zrozumiałem, że jest to osoba niezwykła i poczułem, że nieprzypadkowo krzyżują się nasze drogi. Dalsze wyjaśnienia były zbyteczne. Z podziwem patrzyłem na młodą dziewczynę w czarnym, zakonnym habicie, która o potrzebie uczestnictwa w codziennej Mszy Świętej mówiła tak zwyczajnie, mimo iż wymagało to określonego poświęcenia z jej strony. Dojazd rowerem na godzinę siódmą do kościoła oddalonego o około 5 km, bez względu na pogodę, dla mnie był wówczas nie lada wyczynem. Bez namysłu zaoferowałem jej swą pomoc w postaci niezbyt wygodnego samochodu i siebie w charakterze kierowcy. Wiedziałem jednak, że nie łatwo mi będzie pokonać własną słabość, tj. wstawać wcześnie rano przez cały wakacyjny tydzień. Z nieukrywaną radością przyjęła moją ofertę. Uzgadniając czas i miejsce naszych porannych spotkań wyszliśmy na zewnątrz w towarzystwie Księdza Proboszcza i mojej Żony. Wówczas nie przypuszczałem, jak wielki plon przyniesie duchowe ziarno rzucone przez Siostrę Natanaelę w moją duszę.

NatanaelaSpotykaliśmy się przez kilka kolejnych poranków, a nasze zbyt krótkie podróże do kościoła parafialnego upływały na niezwykle interesujących rozmowach. Były to głównie opowieści z życia młodej Zakonnicy: o tym jak odkrywała w sobie powołanie, jak wybrała swoje imię zakonne lub jak wyglądają dziś jej spotkania z Bogiem. Fascynująca była jej umiejętność słuchania oraz interpretacji nieśmiało nakreślanych przeze mnie problemów. Nie ciągnęła przydługich wywodów. Potrafiła w kilku zdaniach zawrzeć ogrom treści, obnażając małość człowieka względem nieskończonej miłości Boga. Była skromna, a zarazem otwarta na otaczających ją ludzi. Była energiczna i pogodna, a jednocześnie potrafiła zanurzać się w głębokiej modlitwie. Obserwowałem ją i słuchałem z zadziwieniem. W różnych sytuacjach tworzyła wokół siebie aurę przyjaznej życzliwości. Czy to na śniadaniu u Proboszcza, czy podczas zrywania śliwek u moich przyjaciół z Antoninowa --- zawsze tryskała sympatycznym humorem, ciesząc się pięknem otaczającego świata. Jej postawa i słowa stały się dla mnie niedościgłym wzorcem.

Siostra Natanaela pokazała mi, jak ważna jest równowaga między materialnym i duchowym bytem człowieka. Dziś wiem, że nie przypadkowo na mojej drodze życia pojawiły się takie osoby jak: Natanaela, [...]. To Oni zainspirowali mnie do szukania odpowiedzi na niełatwe pytania, np. poprzez lekturę wybranych wydawnictw katolickich takich jak: „Dzienniczek Siostry Faustyny Kowalskiej”, „Szatan naprawdę istnieje”, „Madonna płacząca”, „Modlitwy na każdy dzień” itp. Z tego właśnie okresu pochodzi moje ogromne marzenie --- zdobycie Różańca Łez, które udało mi się zrealizować dopiero po kilku latach poszukiwań.


Epizod IV: 1999 - Brama Niebios

Kilka lat temu, pewnej wiosennej nocy miałem sen obfitujący w zagadkowe symbole, niecodzienne wrażenia i tajemnicze spotkania. Mój opis będzie zaledwie nieudolną próbą oddania rzeczywistości odzwierciedlającej sens drogi, którą podążam do dziś.

1. Podróż dyliżansem przez nieznaną krainę

Nieznana krainaUpał.
Uczucie pragnienia, dokuczliwej suchości w ustach.
Wszechobecny pył i uciążliwy skwar potęgowany przez suchy, gorący wiatr.
Wszędzie resztki wyschniętej trawy.
Gdzieniegdzie bezlistne krzewy i kikuty uschniętych drzew.
Wokół spalona słońcem ziemia.
Szeroka brunatna równina.
Pustka jak okiem sięgnąć.
W oddali góry. Nigdzie nie widać zwierząt, ptaków, ludzi, zabudowań --- pustka.
W dyliżansie kilkoro nieznajomych podróżnych w strojach z czasów Dzikiego Zachodu.
Jakaś elegancka kobieta, kilku mężczyzn --- wszyscy z trudem znoszą niewygodną podróż.
Od czasu do czasu słychać okrzyki woźnicy przerywające monotonne odgłosy kół i kopyt końskich, które wzbijają tumany kurzu.

2. Postój

Nagle dyliżans zwolnił, przejeżdżając wśród ponurych, dawno opuszczonych zabudowań.
Widok budynków był przygnębiający --- odrapane ściany, powybijane szyby, połamane płoty, zaśmiecone posesje, spróchniałe schody, wyszczerbione balustrady i pokryte brunatnym pyłem werandy.
Zatrzymaliśmy się przed jedynym w miasteczku zamieszkałym domem.
To był jakiś zajazd z mocno wyblakłym szyldem, skrzypiącymi okiennicami i osmolonym, krzywo sterczącym kominem.
Wszedłem do środka przez szeroko otwarte drzwi.
Może tu będą mieli coś do picia --- pomyślałem.
Wewnątrz panował półmrok i przyjemny chłód.
Po kilku krokach zatrzymałem się, chcąc lepiej przyjrzeć się otoczeniu.
Wzrok powoli przyzwyczajał się do słabo oświetlonego wnętrza.
Przy barze, w głębi niezbyt rozległej sali zauważyłem łagodne, pomarańczowe światło, ale w zajeździe nikogo nie było.
Po chwili zacząłem dostrzegać coraz więcej szczegółów: rzędy stolików otoczonych czwórkami krzeseł, kinkiety na ścianach i żyrandole wiszące nad stolikami.
Na barze rzędy szklanych naczyń, na półkach butelki z kolorowymi trunkami.
Wokół wszystko było uporządkowane i przygotowane na przyjęcie niespodziewanych gości.
 Moją uwagę przykuł stolik pod ścianą, przykryty białym obrusem, na którym stał duży wazon z kwiatami.
Podchodząc do niego zauważyłem, że są to żywe, czerwone róże, które ze względu na swoją zaskakującą świeżość musiały być ścięte niedawno.

RóżeCzarna RóżaZbliżyłem się, chcąc zobaczyć, czy w wazonie jest woda i nagle spostrzegłem leżącą na drewnianej podłodze Czarną Różę. Bez namysłu schyliłem się, aby Ją podnieść i włożyć do wazonu, ale Ona samoczynnie odsunęła się od mojej dłoni. Była piękna w swej czerni i bardzo tajemnicza. Częściowo rozchylone płatki tworzyły aksamitny kielich, a połyskujące liście i kolce były przytwierdzone do smukłej łodygi. Zaskoczony nie tylko Jej niezwykłą urodą, ale także „zachowaniem” wykonałem jeszcze jeden krok. I znów Czarna Róża umknęła przed moim uściskiem, odpływając teraz powoli w kierunku drzwi.

Zaciekawiony tym niezwykłym zjawiskiem, uświadomiłem sobie, że powinienem za Nią podążać, bo Ona najwyraźniej chce mnie gdzieś zaprowadzić. I nie myliłem się. Idąc za moją Czarną Przewodniczką, wyszedłem na zewnątrz. Uderzony falą suchego i gorącego powietrza skierowałem się w prawo, na ścieżkę prowadzącą za dom.

3. W ogrodzie

Ogród, w którym się znalazłem był miejscem wręcz irracjonalnym. Dookoła popękana od słońca ziemia, wyschnięte krzewy różane, poskręcane łodygi różnych roślin, drzewka pozbawione liści, pergole oplecione pajęczyną suchych bluszczy, alejki i klomby pokryte plątaniną chrzęszczących pod stopami powoi. Tuż przy ścieżce prowadzącej w głąb ogrodu była cembrowana studnia z charakterystycznym zadaszeniem, które pokrywał gont. Przy studni stali nieznajomi z dyliżansu i rozmawiali z kimś, kto z wyglądu przypominał Ogrodnika. Pamiętam, że byłem zaskoczony ich obojętnością na widok umierającego ogrodu. Chciałem coś zrobić, aby odwrócić zagładę, która dotknęła całą okolicę. Próbowałem nakłonić nieznajomych do działania. Tłumaczyłem im, że warto spróbować, że może uda się uratować chociaż krzewy różane --- wystarczy przecież zaczerpnąć wody ze studni i obficie podlać rośliny. Ogrodnik jednak spokojnym i stanowczym głosem stwierdził, iż jedyna nadzieja w zaćmieniu Słońca, które wkrótce miało się rozpocząć.

NieboTymczasem w grupie ludzi stojących przy studni zauważyłem swojego Ojca, który próbował nakłonić nieznajomych, aby pomogli mu przesunąć duży ciężar. Nie wiedziałem o co mu chodzi, ale gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem szeroki grobowiec, przykryty ciężką kamienną płytą. Obaj otworzyliśmy ów grobowiec, odsuwając płytę do połowy. W płytkiej komorze, tuż pod pokrywą grobowca stały dwie czarne, zakurzone trumny. Gdy Ojciec zdjął ich wieka, zobaczyłem, że w środku leżą ubrane w białe suknie ciała moich Babć: Ireny i Sabiny. Ku mojemu zaskoczeniu obie staruszki żyły. Odniosłem wrażenie, jakby właśnie przebudziły się, czekając do tej pory na jakieś wyjątkowo ważne wydarzenie. Gdy pomagaliśmy im wyjść z trumien, obie milcząc, patrzyły w niebo.

ZaćmienieGdy stanęły na ziemi, ciągle wpatrzone w słońce, powiedziały:
 --- Zobaczcie..., zobaczcie... --- pokazując wyciągniętymi w górę rękami. Wszyscy spojrzeliśmy w niebo, a widok, jaki ujrzałem, zapadł mi głęboko w pamięci. Oto wszechobecna dotąd jasność zaczęła tracić na intensywności, powoli ustępując miejsca ciemności. Tarcza słoneczna chowała się pod czarny owal Księżyca, który został obleczony w świetlistą koronę. Na błękit nieba stopniowo wylewał się atrament nocy, ale żadna z gwiazd nie pojawiła się podczas tego fascynującego spektaklu światła. To było całkowite zaćmienie Słońca. Takie zjawisko można obserwować tylko w strefie międzyzwrotnikowej. Wydawało się, że zaraz wszystko wróci do stanu poprzedniego, ale zaćmienie Słońca nie przemijało. Przeciwnie, zamiast tego Księżyc zaczął się otwierać jak gigantyczny skarbiec, odsłaniając powoli Bramę Niebios, która była dotąd ukryta w jego wnętrzu. Niebo zmieniło teraz swój kolor na grafitowy, a nad Bramą rozbłysła złocista poświata.

Nagle poczułem, że unoszę się do góry w kierunku uchylonych Wrót Niebieskich, przez które wydostawała się jasna wstęga światła padająca w ich pobliżu. Wokół panował półmrok, z którego powoli wynurzały się monumentalne kształty Bramy Niebios.

4. Przed Bramą Niebios

Brama Niebios to jedyna w swoim rodzaju budowla, niepodobna do żadnego obiektu wzniesionego ręką ludzką, o urodzie wynikającej z gustownego połączenia wielkości, prostoty i kunsztu architektonicznego. Patrząc na ten, cieszący oko licznymi rzeźbami i płaskorzeźbami, kamienny monument, odniosłem wrażenie, że oto podziwiam dzieło wzniesione w dalekiej przeszłości, lecz zachowane do obecnej chwili w stanie nienaruszonym. To tak jakby Stary Mistrz wykonał dawno temu coś, co oparło się upływowi czasu i wciąż zachwyca swoim pięknem oraz dostojeństwem w kształcie i formie.

Wokół panowała cisza, w którą powoli wlewały się odgłosy kroków zbliżających się do Bramy ludzi. Zewsząd nadciągały liczne grupy pielgrzymów idących czwórkami w niezbyt długich kolumnach. W oddali widziałem tajemnicze postacie przewyższające wzrostem przybyszów z ziemi. Tłum gromadził się na przestronnym dziedzińcu przed Bramą, który wyłożony był granatowym i grafitowym marmurem. Wokół panowała atmosfera podniosłego oczekiwania. Czasem tylko docierały do moich uszu drobne fragmenty rozmów w różnych językach.

Idąc obok Ojca, przewodziłem kilkunastoosobowej grupie nieznajomych, którzy w skupieniu podążali za mną. Gdy znalazłem się w odległości około 100 metrów od Bramy, przystanąłem, aby przepuścić nadchodzącą z lewej strony grupę skośnookich wędrowców w strojach ludowych, którą prowadził energiczny starzec. Wtem rozległ się donośny, lecz przyjemny dla uszu dźwięk trąb i wszyscy przybysze zatrzymali się. W naszą stronę zaczął zbliżać się orszak dostojnych postaci, które wzrostem przewyższały pielgrzymów co najmniej o dwie głowy. Wtem usłyszałem szepty:
--- To idzie Landshtröp ze swoją świtą. 
Na czele szedł wysoki, wyprostowany mężczyzna w czarnym uniformie. Jego stosunkowo szczupłe ramiona okrywała czarna, błyszcząca peleryna, a na nogach połyskiwały czarne, długie buty. Starannie wymodelowana fryzura z czarnych, gęstych włosów przypominała czepiec, jaki nosili niegdyś dostojnicy na dworach szlacheckich. Jego dokładnie ogolona, dojrzała twarz o przyjaznym wyrazie wydawała mi się dziwnie znajoma, ale w tej chwili było to zupełnie nieistotne, ponieważ moja uwaga skupiła się na pozostałych członkach orszaku. To byli Aniołowie --- postacie dorównujące wzrostem swojemu przewodnikowi, lecz ubrani w lśniące złotem i srebrem, powiewne szaty. Ich młode, rozpromienione twarze były bardzo do siebie podobne nie tylko pod względem rysów, ale także wyrazu oczu, z których emanowała radość i miłość. Wszyscy Oni mieli blond włosy, średniej długości i chyba również dlatego nie mogłem jednoznacznie określić ich płci. Wyglądali jak młodzieńcy o nader dziewczęcej urodzie.

Była tam jeszcze jedna postać trzymająca się wprawdzie nieco na uboczu, ale cały czas podążająca w naszą stronę. Jej ciemny (prawdopodobnie brązowy), długi do stóp i skrywający głowę w obszernym kapturze habit zrobił na mnie trudne do opisania wrażenie. Barczyste ramiona, ręce splecione w szerokich rękawach, biodra przepasane białym, plecionym sznurem oraz lekko przygarbiona sylwetka dodawały tej postaci niezwykłej tajemniczości. To była Śmierć.

Choć nie widziałem jeszcze jej twarzy, byłem pewien, że zaraz wyjawi mi cel naszego spotkania. I tak się stało. Zbliżyła się do mnie o dwa kroki. Powoli prostując wcześniej pochylone plecy, zsunęła do tyłu kaptur, który odsłonił jej twarz i część pozbawionej włosów głowy. Teraz mogłem dokładnie przyjrzeć się jej z bliska. To był widok, jakiego nie zapomina się nigdy. Skóra gładka, błyszcząca, koloru niebieskiego opinała jej spokojną i poważną twarz. Zastanawiałem się jakiej płci jest postać, której się przyglądam, ale niestety nie umiałem znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Oczy pozbawione rzęs i brwi zaglądały wprost do wnętrza mojej duszy. Wąskie jak u kota źrenice przenikliwie badały moje myśli. Białe u człowieka gałki oczne, u niej miały barwę niebieską.

Nie wypowiadając słów, Śmierć zaczęła odpowiadać na liczne pytania, które przez lata nagromadziły się w mojej świadomości i czekały na rozstrzygnięcie. Podczas tego niezwykłego, telepatycznego przekazu czułem się bardzo bezpieczny, spokojny, a nawet zadowolony. Uległem bowiem dziwnemu wyzwoleniu intelektualnemu. Krępująca mnie dotąd granica poznania i rozumienia stała się elastyczna, a myśli-słowa płynące od mojej rozmówczyni szybko i chronologicznie uzupełniały brakujące elementy misternej układanki mentalnej.

Widok Śmierci nie wzbudzał we mnie żadnych negatywnych doznań. W ułamku sekundy zrozumiałem, że lęk, jaki odczuwa wielu ludzi, często już na samą myśl o Niej, jest stanem zupełnie nieuzasadnionym. To nie Śmierć jest straszna, lecz stan ducha w jakim ludzie się z Nią spotykają. Ona zaś nikogo nie chce skrzywdzić, nastraszyć czy ubezwłasnowolnić. Po prostu wypełnia misję, do której została zobowiązana, a będąc na służbie nie może uczynić nic wbrew Woli Najwyższego. To właśnie On --- Bóg Wszelkiego Stworzenia jest Panem Życia i Śmierci. Od Niego bowiem pochodzi cała rzeczywistość i nieskończoność.

Gdy Śmierć rozwiała już wszystkie nurtujące mnie wówczas problemy, wątpliwości i dylematy zamknęła szeroko dotąd otwarte, niebieskie oczy i opuściła głowę. Pochyliwszy się, jakby w geście pożegnania, skryła swą twarz wewnątrz głębokiego kaptura i odeszła. Tymczasem Landshtröp, podnosząc prawą dłoń w jednoznacznym geście, powiedział do ludzi przybyłych ze mną:
--- Europejczycy, nie tym razem. Proszę przepuścić Azjatów.
Zawróciliśmy więc posłusznie, ustępując miejsca innym grupom podążającym w kierunku Bramy Niebios.

Obudziłem się przepełniony radością i poczuciem, że dane mi było przeżyć coś wyjątkowego. Zdawałem sobie sprawę z tego, że wielu symboli jeszcze nie rozumiem, ale to głównie ode mnie teraz będzie zależało, jakie owoce w przyszłości przyniesie ów sen. Najbardziej zagadkowym elementem w tej fascynującej historii była Czarna Róża. Kogo symbolizował kwiat? To uświadomiłem sobie dopiero po latach. Dziś, mimo upływu czasu wciąż pamiętam te niezwykłe obrazy i uczucia jakich doznałem. Wiele zrozumiałem, wiele doświadczyłem, ale nie doszedłem jeszcze do kresu swej drogi.


Epizod V: 2000 - Święte Schody

Święte SchodyWiosną 2000 roku pojechałem z najbliższymi do Rzymu na uroczystość Kanonizacji Błogosławionej Siostry Faustyny Kowalskiej ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Italia urzekła mnie przepięknymi krajobrazami, łagodnym klimatem, bogatą historią i wspaniałymi zabytkami. Ale nie to było dla mnie najcenniejsze. Najgłębszym przeżyciem tej milenijnej pielgrzymki okazało się wejście po Świętych Schodach, które kiedyś znajdowały się przed pałacem Piłata w Jerozolimie, a obecnie są w Rzymie, obok Bazyliki Świętego Jana na Lateranie.

Kamienne stopnie, po których 2000 lat temu szedł Chrystus, niosąc na swych ramionach Krzyż Zbawienia, dziś przykrywają mocno zniszczone deski. Nie uda się więc obejrzeć śladów Krwi Jezusa, które upamiętniają Jego bolesną Mękę. Można jednak osobiście przebyć fragment Drogi Krzyżowej Tego, który oddał swe życie za nas wszystkich. Po Świętych Schodach wchodzi się na kolanach, ale dla tych, którzy nie chcą lub nie mogą tego zrobić wybudowano obok zwykłe schody.

To było dla mnie niezapomniane przeżycie. Tłum ludzi w modlitewnym skupieniu powoli pokonywał kolejne stopnie, a moje myśli stopniowo wypełniały się biblijnymi obrazami z życia Jezusa. To było jak film, w którym wszystko koncentrowało się na Męce i Śmierci krzyżowej Chrystusa.

... Panie dziękuję Ci, że przywiodłeś mnie na to Święte Miejsce i, że mogę podążać Twoimi śladami. Trud, z jakim pokonuję kolejne stopnie jest wielki, ale czy mogę go porównywać z Twoim dla mnie poświęceniem. Ty oddałeś mi siebie, zgadzając się na ubiczowanie, cierniem ukoronowanie, przybicie do Krzyża ..., a ja tak często nie pamiętam o Twojej miłości. Naucz mnie Panie życiem dziękować Ci za Twe odkupienie.


Epizod VI: 2000 - Jezus

W kilka miesięcy po tym przełomowym dla mnie wydarzeniu, jakim była pielgrzymka do Rzymu, znów miałem fascynujący sen. Tym razem miejscem, w którym rozgrywały się te niezapomniane sceny była płocka Katedra.

Właśnie skończyłem krótką modlitwę w towarzystwie mojej Babci Ireny i postanowiłem wyjść na zewnątrz świątyni, aby tam zaczekać na nią, ciesząc się pięknym, ciepłym dniem.
Było tuż po deszczu.
Jasno świeciło słońce.
W powietrzu unosił się świeży zapach kwitnących drzew i krzewów.
Wokół słychać było śpiew ptaków.
Gdy spojrzałem w górę, na pobliską wieżę zegarową Zamku Książąt Mazowieckich, zauważyłem nieskazitelnie czyste, błękitne niebo.

Wtem w drzwiach Katedry stanęła Babcia i wykonując energiczne ruchy, zaczęła mnie wołać:
--- Wnuczku, choć prędko!
Szybkim krokiem zbliżyłem się do odświętnie ubranej staruszki, która, kiwając ręką w charakterystycznym geście, mówiła głosem pełnym podekscytowania:
--- Choć, bo czeka na nas Pan.
Zdziwiony jej słowami zapytałem:
--- Jaki Pan? Gdzie?
A ona, chwyciwszy mnie mocno za rękę, z nieskrywaną radością w głosie odpowiedziała:
--- Choć, przyszedł do nas sam Jezus. 

Pospiesznie weszliśmy do świątyni i uklękliśmy obok siebie, tuż za progiem szeroko otwartych Drzwi Płockich. Wnętrze Katedry było rozświetlone tysiącami świec ustawionych na bocznych ołtarzach i wzdłuż ścian. Żyrandole i kinkiety jak złote girlandy mieniły się fontannami świetlistych refleksów, a przez różnokolorowe witraże wlewały się do środka wstęgi światła, w których freski, kolumny i rzeźby nabierały wręcz nieprawdopodobnego, połyskliwego szlifu. W kościele nie było żadnych ludzi. Ołtarz główny utonął w miłej dla oczu jasności, a mnie wydawało się, że źródłem tego ciepłego blasku było otwarte tabernakulum lub monstrancja z Najświętszym Sakramentem. Światło, które wypełniało całe wnętrze świątyni, było bardzo jasne, ale nie oślepiało nas i szeroko otwartymi oczyma mogliśmy sycić się tym jedynym w swoim rodzaju widokiem.

Nagle usłyszałem słowa Babci:
--- Zobacz wnuczku, sam Jezus idzie do nas.  Spojrzałem na Babcię jakby dla upewnienia się, w którą stronę ma zwrócony wzrok. Patrzyła w sam środek jasności. Jej rozpromienioną twarz zdobił niewinny, subtelny uśmiech. Milczałem urzeczony atmosferą tego Świętego Miejsca.

Jezus ChrystusPo chwili z wnętrza jasności powoli zaczęła wynurzać się jakaś postać --- najpierw zauważyłem kontur głowy i ramion, potem ledwo widoczny w świetle obrys całego ciała. To był Jezus Chrystus, Syn Boży w Koronie Cierniowej. Szedł w naszą stronę równym, spokojnym krokiem, a im bardziej się do nas zbliżał, tym dokładniej mogłem się Jemu przyjrzeć. Wyraźnie widziałem Jego długie do ramion, lekko falujące włosy oraz śnieżnobiałą tunikę sięgającą do samych stóp. Jego pogodną twarz zdobiła broda i wąsy, a na dłoniach i stopach widziałem ślady po gwoździach.

Jezus podszedł do Babci i ujął jej obie dłonie. Stojąc tuż przed klęczącą staruszką, patrzył w jej oczy i zrozumiałem, że nawiązali rozmowę bez słów. Postać Jezusa jaśniała blaskiem trudnym do opisania. Patrząc w Jego Boskie oblicze, czułem, że moje serce coraz mniej należy do mnie, a coraz bardziej staje się darem, który z największą radością składa się kochanej osobie. Klęczałem tuż obok i nie mogłem opanować wzruszenia. Po pewnym czasie Jezus spojrzał na mnie życzliwie i powoli zdjął ze swej głowy Koronę Cierniową, która w kształcie przypominała czepiec wykonany z wielu splecionych ze sobą kolczastych gałązek. Trzymając ją przez chwilę w obu dłoniach wyciągnął do mnie ręce w charakterystycznym geście. Nieco zakłopotany drogocennym darem delikatnie ująłem Koronę, zastanawiając się co mam z nią zrobić. Gdy po chwili zdecydowałem, że powinienem ją założyć na swoją głowę, Jezus, nie wypowiadając słów, skarcił mnie. Myśl, która pochodziła od Niego uświadomiła mi bowiem, że nie jestem godny takiego zaszczytu i wtedy poczułem wstyd. Opuściłem głowę i wpatrywałem się teraz w misternie poplątane ciernie. Gdy ponownie spojrzałem na Jezusa, On wskazał na dużą kamienną misę z wodą święconą, a właściwie na jej podstawę. Naczynie to stało z prawej strony, opodal miejsca, w którym klęczałem. W mgnieniu oka zrozumiałem, że tam właśnie mam położyć Koronę i gdy to uczyniłem, Jezus zniknął. Korony Cierniowej też po chwili nie było.

Pomogłem więc wstać Babci i razem wyszliśmy ze świątyni, a nasza radość była wielka. Stojąc na schodach Katedry śmieliśmy się szczerze, obejmując się w mocnych uściskach. 
--- Widziałeś?  To był sam Jezus Chrystus.
--- Tak. To był On  --- potwierdziłem.

Obudziłem się szczęśliwy i długo jeszcze moje serce było ogarnięte euforią.
Dziś, mimo upływu czasu, te uczucia są wciąż żywe. Ciągle mam przed oczyma postać Chrystusa w Koronie Cierniowej, który wszedł w moje życie rozświetlając je blaskiem swej miłości.


Epizod VII: 2001 - Różaniec Łez

Było piękne, majowe, niedzielne przedpołudnie 2001 roku. Razem z Martą, Basią i naszymi znajomymi [...] --- Alą i Wieśkiem wybrałem się do Niepokalanowa i Żelazowej Woli. Chcieliśmy najpierw odwiedzić Sanktuarium NMP Niepokalanej Pośredniczki Łask i Muzeum Świętego Maksymiliana Kolbego w Niepokalanowie, a potem, w drodze powrotnej, zatrzymać się w dworku Fryderyka Chopina w Żelazowej Woli.

Gdy po Sumie wyszliśmy na zewnątrz świątyni, zauważyłem grupę turystów wchodzących do przykościelnego sklepu z pamiątkami. Wówczas nie podejrzewałem, że właśnie nadszedł czas spełnienia mojego cichego marzenia. Powoli chodziliśmy wzdłuż długiej lady, oglądając płyty, kasety, książki, obrazy i inne dewocjonalia. W pewnej chwili mój wzrok zatrzymał się na ekspozycji z Różańcami.
--- A może tu --- pomyślałem --- uda mi się wreszcie kupić Różaniec Łez.  Co prawda dotychczasowe próby w takich miejscach jak Częstochowa, Licheń, Skępe czy Płock spaliły na panewce, ale spróbować warto. Jak dotąd pytanie o Różaniec Łez wywoływało zdziwienie u sprzedających. Może tu, w Niepokalanowie, będę miał więcej szczęścia.
Za ladą stała młoda kobieta, życzliwie obsługująca klientów. Na moje pytanie zareagowała krótkim zamyśleniem, po czym odpowiedziała:
--- Ja dokładnie nie wiem, ale proszę zapytać o to Siostrę.
Tu wskazała ręką na sędziwą Zakonnicę w szarym habicie z białymi wypustkami, która obsługiwała klientów przy sąsiedniej ekspozycji. Gdy nadeszła moja kolej, zapytałem:
--- Siostro, od dłuższego czasu poszukuję Różańca Łez. Czy Siostra może mi w tej sprawie pomóc?
Spoglądając na mnie badawczym wzrokiem odrzekła:
--- Tak. Ale skąd pan zna taki Różaniec?
--- Właściwie to nie znam --- odpowiedziałem --- nie wiem, jak wygląda i nie wiem, jak Go się odmawia. Czytałem, że ma wielką moc i chciałbym nauczyć się tej modlitwy.
Zakonnica uważnie słuchała moich słów i bacznie przyglądała mi się zza swoich dużych okularów w złotych oprawkach.
--- W wielu miastach pytałem o taki Różaniec, ale na próżno. Czy w ogóle bywa On w sprzedaży?
--- Raczej nie --- odpowiedziała --- ponieważ ludzie świeccy bardzo rzadko praktykują tę modlitwę. Co innego osoby zakonne. Ja sama od wielu lat, codziennie odmawiam Różaniec Łez i z całą pewnością mogę potwierdzić pana słowa --- ta modlitwa ma niezwykłą moc.
Wyznanie Zakonnicy mocno poruszyło moje serce.
--- Niestety nie mam swojego Różańca przy sobie i nie mogę Go panu pokazać. Ale znam Zakonnika, który może dla pana wykonać taki Różaniec. Musiałby pan przyjść tu za kilka dni.
Różaniec Zawiesiwszy głos, uśmiechnęła się, czekając na moją reakcję. Po chwili zastanowienia odpowiedziałem:
--- To raczej będzie trudne. W Niepokalanowie jestem przejazdem, ale gdy nie będzie innego rozwiązania, to jestem gotów przyjechać tu za tydzień.
Do rozmowy włączyła się Basia, mówiąc:
--- A czy mogła by Siostra wysłać ten Różaniec razem z tekstem modlitwy na nasz adres domowy? Zostawimy pieniądze i wizytówkę.
Stojąca za mną Ala dopowiedziała:
--- Ja też chciałabym jeden Różaniec Łez.
Wyraźnie zadowolona Zakonnica rzekła:
--- Dobrze. Niech tak będzie. Jutro zamówię dwa Różańce. Myślę, że za kilka dni powinniście otrzymać moją przesyłkę.
I rzeczywiście Siostra Innocenta dotrzymała obietnicy, a ja rozpocząłem żmudną edukację różańcową.

NiepokalanówNiepokalanów to niezwykłe miejsce, niepodobne do innych, wykraczające poza pojęcie typowego Sanktuarium. Nie ma w nim cudownej figury, chociaż dzieje Niepokalanowa zaczęły się od skromnej figurki Matki Bożej, którą wystawił Święty Maksymilian jako znak oddania Jej na własność zakładanego klasztoru. Nie ma relikwi Świętego, gdyż jego ciało spalono w obozowym krematorium, a prochy rozsypano po ziemi. Nie ma w Niepokalanowie źródełka uzdrawiającej wody, ale można tu zaczerpnąć ducha ożywiającego franciszkańską wspólnotę i czcicieli Matki Bożej Niepokalanej. Dla mnie Niepokalanów zostanie już na zawsze miejscem szczególnym i to nie tylko ze względu na młodzieńcze wspomnienia z 18 czerwca 1983 roku związane z pielgrzymką Jana Pawła II, ale także dlatego, że mogłem tam przeżyć wyjątkowe katechezy w figurkowych teatrach: „Panorama Tysiąclecia” i „Misterium Męki Pańskiej”.


Epizod VIII: 2002 - Cud uzdrowienia

To spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Chociaż nie dawałem po sobie poznać głębokiego przejęcia, ta wiadomość poruszyła mnie jak żadna dotąd i sprawiła, że nagle w moich myślach pojawiły się sytuacje, których każdy z nas na pewno chciałby uniknąć, a przynajmniej odsunąć je w jak najdalszą przyszłość. Basia ze łzami w oczach powtórzyła mi diagnozę, jaką usłyszała przed chwilą w gabinecie lekarskim --- guz w jamie brzusznej o średnicy 5 cm. O pomyłce nie mogło być mowy. Badanie USG było wykonane trzykrotnie przez wziętego lekarza specjalistę i znanego ze swej wieloletniej praktyki medycznej Ordynatora Oddziału Ginekologicznego jednego ze szpitali w Płocku. Tak więc stało się jasne, że operacja jest nieunikniona. Pan doktor wyznaczył nawet termin przyjęcia Żony na swój oddział, a miało to nastąpić za 2 tygodnie, zaraz po jego powrocie z urlopu.

Nastały trudne dni oczekiwania. Mimo iż w moim sercu zagościł smutek, gdzieś tam głęboko tliła się iskierka nadziei, że wszystko zakończy się dobrze i wciąż starałem się pocieszać Basię:
--- ... przecież operacja to jeszcze nie koniec świata; guz zostanie usunięty i wkrótce zapomnimy o całym zmartwieniu ...
Żona jednak była daleka od optymizmu. Jej myśli i słowa układały się w najczarniejszy z możliwych scenariuszy. To nie łatwe zmagać się z własną małością i bezradnością. Aby jednak nie ulegać rozpaczy, postanowiłem nasze cierpienie powierzyć Miłosiernemu Bogu:
--- ... Panie, jeśli taka jest Twoja wola, niech się stanie według słowa Twego.

Odtąd udział w codziennych Mszach Świętych w płockim Sanktuarium Miłosierdzia Bożego i przyjmowanie Ciała Jezusa Chrystusa w Komunii Świętej nabrały dla mnie nowego wymiaru i znaczenia. Także codzienny Różaniec Łez odmawiany indywidualnie przed obrazem Jezusa Miłosiernego i figurą Matki Bożej Królowej Świata, stał się dla mnie nowym doświadczeniem: ucieczką, pociechą i źródłem siły duchowej. Z wielkim nabożeństwem prosiłem Jezusa o cud, a Maryję --- Matkę Boga i moją Matkę, o wstawiennictwo u swego ukochanego Syna. Wiedziałem, że Ona i tym razem nie zawiedzie, ale to, co wkrótce się wydarzyło, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

OboryPewnego wieczora odwiedzili nas Ala i Wiesiek. Szybko uświadomiłem sobie, że zarówno ich wizyta, jak i przebieg rozmowy przy herbacie, nie był kwestią czystego przypadku. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach, Szkaplerzu z sukna, Ojcu Piotrze i celebrowanym przez niego sobotnim Wieczerniku, który kończy się błogosławieństwem chorych. Tego wieczora zapadła decyzja o wspólnym wyjeździe do Obór w najbliższą sobotę.

Matce Boskiej Bolesnej pokłoniliśmy się rano 27 lipca. Trudno jest oddać słowami głębię przeżyć jakie towarzyszyły nam podczas tej rodzinnej pielgrzymki. Wiem jednak, że udział w uroczystym Wieczerniku przyniósł nam Błogosławione Owoce. Z chwilą nałożenia przez Ojca Piotra Szkaplerza Świętego w sposób szczególny uświadomiłem sobie bliskość Matki Bożej, która ofiarując mi skrawek brązowej szaty karmelitańskiej, okryła mnie płaszczem swej opiekuńczej miłości. To wielka radość poczuć się wybranym i uhonorowanym przez Najświętszą Panienkę --- Królową Karmelu.

Tylko w czułych objęciach Najtroskliwszej z Matek człowiek jest szczęśliwy, bo czuje bliskość Boga i jego niezmierzoną dobroć. A przecież to pod ciężarem moich grzechów Jezus trzykrotnie upadał na swej drodze krzyżowej. To moje grzechy przybiły do drzewa krzyża Jego Przenajświętsze Ręce i Stopy. Ty, Panie, z miłości do mnie pozwoliłeś włócznią otworzyć swój bok, a ja wciąż ranię Twoje Miłosierne Serce, popadając w grzech. Mimo to, kochasz mnie bezgranicznie i znów pierwszy wyciągasz do mnie swoją wszechmocną prawicę. To dzięki cierpieniu, którym mnie doświadczasz, mam szansę stać się lepszym, poznać ogrom Twej miłości, nauczyć się naśladować Ciebie. Czy jednak będę zdolny unieść ten ciężar? Bez Ciebie, Dobry Pasterzu, jestem nikim. Zechciej Panie wesprzeć mnie swą łaską i prowadź mnie po wszystkich drogach mojego życia. Matko Bolesna, zjednocz moje prośby ze swoimi prośbami, aby Twój Boski Syn, Jezus, wysłuchał mnie, a za Twoją przyczyną udzielił łaski zdrowia mojej Żonie. Nie zważaj na moje grzechy lecz na wiarę, nadzieję i miłość, która przywiodła mnie przed Twoje Święte Oblicze.

Jezus uzdrawiający choregoGdy podczas błogosławieństwa chorych Czcigodny Ojciec Piotr położył swe ręce na głowie mojej Żony stałem tuż za nią. Słysząc kilkukrotnie powtórzone przez Ojca Piotra imię Jezus, zrozumiałem, że Pan wysłuchał moje modlitwy i choć niewidzialny, jest tu obecny. Radość wypełniła moją duszę. Chciałem wykrzyknąć: Jezusie, Synu Boga Najwyższego, niech będzie pochwalone Święte Imię Twoje, lecz gardło ściśnięte wzruszeniem nie było w stanie uwolnić żadnego słowa. Serce waliło mi w piersi z niespotykaną siłą. Łzy radości napłynęły do oczu. Żona ogarnięta błogością przeżywała bliskie spotkanie z Jedynym Dawcą Życia. Widząc na jej twarzy subtelny uśmiech, byłem o nią całkowicie spokojny. Jej ciało zanurzyło się w łasce Pana, a ja uświadomiłem sobie, że oto jestem świadkiem cudu uzdrowienia. W ciszy i pokorze, bez zgiełku reklam, świateł estrad, z dala od hałasu cywilizacji przyszedł do nas sam Jezus. Stanął tak blisko, jak to tylko On potrafi i, litując się nad swymi dziećmi, pobłogosławił nasze ciała i dusze.

Panie Jezu Chryste, Tobie cześć i chwała na wieki...
Klęcząc przed figurką Maryji modliłem się:
... Matko Boska Bolesna dziękuję Ci za Twój dar --- Szkaplerz Święty, który od dziś będzie moim orężem i drogowskazem. Nie mam nic, co mógłbym Tobie Pani dać. Dlatego ofiaruję Ci swoje serce. Weź je Matko na wieczne posiadanie, a gdy nadejdzie kres mojej ziemskiej pielgrzymki, zaprowadź mnie przed Boski Majestat Twego Syna i poleć mnie Jego Miłosierdziu.... 
I nagle uświadomiłem sobie, że klęczę przed figurą Matki Boskiej Fatimskiej, taką samą jak ta, którą kiedyś w Gąbinie niosłem w uroczystej procesji. Nie ma słów, które mogłyby oddać radość ze spotkania z ukochaną Matką.
... Matko moja i Matko Boga prowadź mnie po wszystkich drogach mojego życia.

W kilka dni po powrocie z Obór Żona zaproponowała mi wyjazd do Łodzi, do znanego profesora nauk medycznych, który na co dzień praktykuje w Centrum Zdrowia Matki Polki. Wiedziałem, że ta wizyta, w gruncie rzeczy jest zbędna, ale nie oponowałem, gdyż Basia potrzebowała potwierdzenia obecnego stanu zdrowia.

Wkrótce okazało się, że guz już nie istnieje. Fakt uzdrowienia Basi został zatem jednoznacznie potwierdzony. Zaraz po wyjściu z gabinetu lekarskiego przepełnieni radością, skierowaliśmy się do pobliskiej Katedry, aby raz jeszcze podziękować Bogu. Gdy przekroczyliśmy próg świątyni, właśnie rozpoczynała się Msza Święta. Nagle uświadomiliśmy sobie, że jest to dzień niezwykły --- Święto Przemienienia Pańskiego.

Panie Boże Wszechmogący, dla Ciebie nie ma rzeczy niemożliwych. Ty jesteś Panem Życia i Śmierci. Stworzyłeś nas na swój obraz i podobieństwo. Z miłości dałeś nam swego Jednorodzonego Syna, który na Krzyżu odkupił świat. Przemień Panie nasze serca według serca swego. W Twoje ręce powierzamy siebie, naszych bliskich i wszystkie nasze sprawy: teraźniejsze i przyszłe. Amen.

Opracowanie popełniłem 24 grudnia 2002 roku [mr]


Prawa autorskie