e 
_PEWNA STRONA INTERNETU_

Jesteś tutaj: Profanum IIIW stanie nieustannej ofiary
„O Jezu!
Niech moje serce będzie prawdziwie ołtarzem Twej Miłości
i niech mój język zawsze głosi Twoje Miłosierdzie!
Zechciej, błagam, uświęcić wszystkie moje słowa, wszystkie moje czyny,
wszystkie moje intencje, wszystkie moje pragnienia!
Bądź prawdziwie Skarbem dla mojej duszy i jej Wszystkim.
Tobie ją daję i powierzam. Amen”.
Marta Robin
Marta Robin

Wstęp

Najświętsza Maryja Panna — A co tam wystaje spod nogi Matce Boskiej?
Malutka Marta zadarła nosek w górę. Stanęliśmy pod figurą otoczoną ślicznymi, kolorowymi kwiatami. Marta obiegła ją dokoła.
— Ooo, widzę, widzę, to wąż! Tu ma głowę, a tu pupę. A dlaczego Matka Boska go przygniata?
— Maryja depcze głowę węża. Pokora nie pozwala pysze unieść zbyt wysoko łba.

W Polsce Marta Robin (czyt.: Robę) nie jest tak znana jak Św. Ojciec Pio, Św. Franciszek z Asyżu czy Św. Siostra Faustyna Kowalska. Co wcale nie umniejsza tej niezwykłej postaci. Przeciwnie, ktoś kiedyś powiedział, że Marta Robin należy do grona największych kobiet XX wieku. Cierpiąc, składała Bogu coraz pełniejszą ofiarę z samej siebie, gdy najpierw straciła władzę w nogach, potem w ramionach, aż wreszcie i w dłoniach. Poza tym nie jadła ani nie piła przez 50 lat. Niemal w każdą noc stygmatyczka wylewała krwawe łzy, a w każdy piątek aż po kres swego ziemskiego życia przeżywała Mękę Chrystusa. Marta — podobnie jak ojciec Pio i inni mistycy — nie opuszczając swego pokoju była obecna, w tym samym czasie, w innych miejscach, pomagając ludziom w trudnościach fizycznych i/lub duchowych, odwodząc wiele osób od popełnienia samobójstwa. Miała też dar zgadywania, co zawiera list, jaki otrzymała, zanim jeszcze go otwarto i przeczytano. Potrafiła też od razu rozpoznać osobę, która czekała w przedpokoju, a przyszła jedynie z ciekawości. Prosiła, aby ją odesłać. Kiedyś powiedziała pewnemu kapłanowi na pożegnanie: „Do zobaczenia, księże, w Niebie!" Ksiądz myślał z pewnością, że Marta mówi o swej bliskiej śmierci. Tymczasem to on zginął w wypadku samochodowym.
Chociaż Marta Robin zmarła już ponad dwadzieścia lat temu, to jednak we Francji „pełno jej” wszędzie: w ruchach chrześcijańskiej odnowy, w nowopowstałych wspólnotach zakonnych, w książkach, artykułach itp. Za życia bowiem przez jej dom przewinęło się ponad sto tysięcy ludzi, a dla każdej z tych osób spotkanie z Martą stało się źródłem nowej mocy, nowego spojrzenia na życie, a niejednokrotnie początkiem prawdziwego nawrócenia.
W opublikowanych świadectwach ludzi na temat tych spotkań nieustannie przewija się jeden wątek: każdy przeżył swego rodzaju szok czy wewnętrzne poruszenie (mniejsza o słowo) z powodu uderzającego „paradoksu”. Otóż każdy, kto pochylał się nad łóżkiem Marty, mniej lub bardziej uzmysławiał sobie rozmiar jej cierpienia. Powszechnie było wiadomo, że prócz cierpienia, związanego z całkowitym paraliżem, Marta uczestniczyła w męce Jezusa. Od czwartku do niedzieli była „nieobecna” dla otoczenia, przeżywając mistycznie, lecz realnie, krwawo, poszczególne etapy Męki. W ciągu pozostałych dni tygodnia na jej czole pozostawały nieraz ślady zaschniętej krwi. W jej drobnym ciele koncentrował się bezmiar cierpienia, wobec którego stawało się jak przed głębokim misterium. Lecz — właśnie „paradoksalnie” dla logiki tego świata — z głębi tego cierpienia wydobywały się nie rozgoryczenie i bunt, lecz przedziwny pokój i pogoda. Spotkanie z Martą, trwające przeciętnie kilka minut, szybko i niepostrzeżenie przechodziło w duchowe porozumienie. Potrafiła w ciągu chwili „pojąć” cały ciężar życia, z jakim się do niej przychodziło, wziąć go niejako na siebie i przepoić światłem swej niezwykłej ufności.
Z pośród wielu świadectw na ten temat przytoczmy jedno, którego autorem jest obecny redaktor naczelny chrześcijańskiego tygodnika L`Homme Nouveau (Nowy Człowiek).
"Wiadomo, że Marta była sparaliżowana od 1928 roku i niewidoma od 1939, ja stykałem się z nią w latach 1946-1981, to znaczy przez okres trzydziestu pięciu lat. Nigdy nie liczyłem, ale sądzę, że w latach 1954-68 odwiedziłem ją przynajmniej ze sto razy. W ciągu tego okresu patrzyłem na głowę Marty, położoną zawsze na tym samym miejscu, na boku. Spoglądałem na jej kołdrę, która z grubsza rysowała sylwetkę jej ciała. Było oczywiste to, że jej nogi nie były wyciągnięte, lecz zgięte w kolanach (leżała na nich). Sparaliżowana, leżała całkowicie nieruchomo. Niewidoma, przebywała stale w półmroku, ponieważ najmniejszy promień światła zadawał jej ból nie do zniesienia (...). Tym, co w moim przekonaniu stanowi o największym świadectwie jej życia, to jej pokój, radość i niewzruszona ufność. Zastanawiałem się nieraz, jak ja zachowałbym się w podobnej sytuacji (...). Cierpiała, lecz w sercach wszystkich tych, którzy opuszczali jej pokój, zamieszkiwała nowa radość, której dotąd nie zaznali. Ileż to razy sam wchodziłem do niej, pełen problemów, a niekiedy i ciężkich zmartwień. Ona brała to wszystko na siebie, porozmawiała i — nie wiadomo jak — przywracała ufność i wewnętrzną radość. Moc zmartwychwstawania, która wypływa z wysokości Krzyża, tworzyła nieustanny rytm wszystkich spotkań i rozmów z Martą".

1. Dziecko Boga

Dom rodzinny Marty Robin Marta Robin, niektórzy słusznie nazywają ją „Marta od męki Pańskiej”, przyszła na świat 13 marca 1902 roku w niewielkiej wiosce Châteauneuf-de-Galaure (czyt.: Szatonef de Galor) 60 km na południe od Lyonu we Francji. Sakrament Chrztu Świętego przyjęła w Wielką Sobotę 5 kwietnia 1902 roku w kościele Saint Bonet-de-Galaure. Jej rodzice — biedni chłopi gospodarujący na niewielkiej farmie — z trudem zapewniali byt licznej rodzinie. Marta — najmłodsza spośród sześciorga rodzeństwa — została zapamiętana przez otoczenie jako pogodne, wesołe dziecko, lubiące modlić się, tańczyć, śmiać się i żartować, choć była wątłego zdrowia. Uczęszczała na katechizację i chodziła do szkoły podstawowej w Châteauneuf wraz z innymi dziećmi tej wioski. Z powodów zdrowotnych nie mogła jednak otrzymać świadectwa ukończenia szkoły. Bierzmowana w wieku lat 9, do swej Pierwszej Komunii Św. przystąpiła w Châteauneuf 15 sierpnia 1912 roku, a uroczystą Komunię Św. przyjęła 21 maja 1914 roku w święto Wniebowstąpienia.
Lubiła pomagać rodzicom w gospodarstwie. Gdy szła paść krowy zawsze brała z sobą Różaniec. Była nad wyraz pobożna i miała szczególne nabożeństwo do Najświętszej Panienki, nazywała Ją pieszczotliwie „moja Mama”. W prosty sposób wspominała swoje dzieciństwo, zwierzając się w następujących słowach: „Zawsze ogromnie kochałam Dobrego Boga i modliłam się do Maryi, a szczególnie lubiłam z Nią rozmawiać”.
W wieku 2 lat Marta zapada na tyfus. Gdy miała 5 lat, jej ojciec Józef Robin zawiesił na drzwiach drewniany Krzyż, lecz bez figury Chrystusa. Na ten widok Marta zapytała:
— A gdzie jest Pan Jezus?
Tato odpowiedział:
— Tam Go nie ma.
Na to Marta:
— W takim razie my tam będziemy.

Czy już wtedy, mówiąc te słowa, mogła przypuszczać, jakie będzie jej dalsze życie?
Niestety rok 1918 zapowiadał się pesymistycznie. Wówczas 16-letnia Marta zaczęła wyraźnie podupadać na zdrowiu. Miewała silne bóle głowy, nie rzadko połączone z utratą przytomności. Lekarze jednak nie potrafili postawić jednoznacznej diagnozy, byli bezradni.
Pod koniec listopada Marta upadła w kuchni i wkrótce okazało się, że to paraliż nóg. Stan jej zdrowia raz pogarszał się, raz polepszał. Jednak 2 grudnia musiała na kilka miesięcy położyć się do łóżka, a lekarze, nie mogąc nic zaradzić, rozkładali ręce.
Zadziwiającym jest niezwykłe zdarzenie z 1921 roku, kiedy to odwiedził ją ksiądz proboszcz. Marta podczas rozmowy straciła przytomność. Obudziła się dopiero po miesiącu. To wszystko było już przygotowaniem do tego, co miało wkrótce nastąpić.
☙❤❧


2. Pierwsze Objawienie i jego owoce

Dnia 20 maja 1921 roku doszło do niezwykłego wydarzenia. Otóż Alicja, śpiąca w izbie obok chorej siostry Marty, obudziła się, widząc intensywne światło w pokoju, i spytała Martę:
— Co to za światło?
Odpowiedź była zaskakująca:
— Tak, to piękne światło, ale ja widziałam też Najświętszą Dziewicę.

To było pierwsze z licznych Objawień, jakie Marta miała w swoim długim 79-letnim życiu.
Po tej wizji nastąpiła czasowa poprawa jej stanu zdrowia do tego stopnia, że udała się z pielgrzymką w okolice Châteauneuf-de-Galaure. Marta sądziła, że została całkowicie uzdrowiona i nawet nosiła się z zamiarem wstąpienia do Karmelu tak jak jej ideał św. Tereska z Lisieux. Jednak pod koniec listopada powróciły bóle nóg i paraliż dolnych kończyn. Tym razem choroba definitywnie zmogła jej młode ciało.
Marta Robin
LuxDei.pl
Leżąc w łóżku, modliła się na Różańcu, haftowała, czytała Ewangelię, książki przeważnie z dziedziny życia mistycznego, żywoty świętych. Notowała myśli, które ją szczególnie uderzały: „Miłość niczego nie potrzebuje, jedynie tego, by nie napotykać na opór”; „Trzeba, abyś była w stanie nieustannej ofiary”. Pewnego dnia po odłożeniu książki usłyszała wewnętrzny głos: „Dla ciebie to będzie cierpienie”.
Otwierając ponownie książkę uderzyło ją inne zdanie: „Bogu trzeba oddać wszystko”.
Choć myśli te stopniowo wnikały do samej głębi jej duszy, Marta wciąż rozumowała jak przeciętna dziewczyna, bała się cierpień, uciekała od nich, a kiedyś nawet powiedziała: „Biłam się z Bogiem”. Gdy jednak przeczytała kiedyś w swoim modlitewniku: „Dlaczego szukasz pokoju, kiedy stworzona jesteś do walki, dlaczego szukasz przyjemności, kiedy stworzona jesteś do cierpienia”, poczuła wyraźnie, że słowa te są skierowane do niej. Długo się z nimi zmagała.
W listopadzie 1923 roku z jej parafii wyruszała pielgrzymka do Lourdes. Marta pokładała w tym wydarzeniu ostatnią nadzieję na wyzdrowienie. Gdy jednak dowiedziała się, że jedna z chorych parafianek bardzo pragnie tam pojechać, ustąpiła jej miejsca. Choć dla Marty była to ostatnia szansa na odzyskanie sił, nie pojechać do Lourdes znaczyło zrezygnować z nadziei na uzdrowienie.
Marta jednak nie upadła na duchu. Stojąc wobec pytania o sens swojego powołania, powoli zaczęła odkrywać, że jest wezwana do tego, by jako osoba świecka czynić nieustannie swe życie ofiarą dla Kościoła i świata w zjednoczeniu z Jezusem Ukrzyżowanym.
Marta Robin Przełom w jej życiu duchowym dokonał się podczas misji parafialnych w 1928 roku: „Najświętsze Serce Jezusa na Krzyżu wybrałam jako wzór do naśladowania w życiu”. Odtąd postanowiła być małą hostią Jezusa składaną nieustannie na ołtarzu, ofiarując cierpienia za potrzebujących, grzeszników i cały świat: „Chcę wykupić dusze nie złotem lub srebrem, ale monetą mojego cierpienia w zjednoczeniu z Chrystusem i Maryją”.
W roku 1926 jej ogólny stan zdrowia pogorszył się do tego stopnia, że już oczekiwała nieuchronnej śmierci. Marta nawet zapadła w śpiączkę która trwała 3 tygodnie. Gdy się obudziła powiedziała: „Sądzę, że nie umrę”, potem dodała: „Widziałam świętą Teresę”. Później jeszcze raz przyszła do niej św. Teresa od Dzieciątka Jezus, umożliwiając dokonanie wyboru: Marta mogła od razu pójść do nieba albo przyjąć cierpienie w intencji odrodzenia Kościoła i życia chrześcijańskiego we Francji. Postanowiła złożyć ofiarę ze swego cierpienia.
15 października 1925 roku, w święto św. Teresy z Awila Marta napisała: „Akt ofiarowania się Bogu: Panie, mój Boże, o wszystko poprosiłeś swą małą służebnicę, weź więc i przyjmij wszystko. W dniu dzisiejszym oddaje się Tobie bez reszty, o umiłowany mojej duszy! To jedynie Ciebie pragnę i dla Twojej miłości wyrzekam się wszystkiego. Kocham Cię, błogosławię Cię, uwielbiam Cię, całkowicie oddaje się Tobie, w Tobie się chronię. Ukryj mnie w Sobie, gdyż moja natura drży pod brzemieniem okrutnych doświadczeń, jakie zewsząd mnie przygniatają i dlatego, że ciągle jestem sama. Mój umiłowany, pomóż mi, zabierz mnie ze Sobą. To jedynie w Tobie pragnę żyć i jedynie w Tobie umrzeć. Pomóż mi!”
☙❤❧


3. Ogrom Łaski i cierpienia

Marta Robin W 1927 roku cierpienia Marty nasiliły się jeszcze bardziej. Teraz obejmowały bóle głowy, nóg, ramion i pleców, a w 1928 roku dotknęła ją całkowita blokada krążenia w kończynach, co oznaczało, że odtąd po kres swojego życia będzie leżeć w łóżku. Jakby tego było mało Marta postanowiła odtąd leżeć na zgiętych kolanach. Tak niewygodną pozycję można jakoś znieść przez godzinę, ale trudno wyobrazić sobie, że ktoś tak przeleżał 47 lat. Już same leżenie w łóżku w całkowitej bezczynności jest bardzo dużym cierpieniem, a przecież Marta nie mogła przechylić się nawet na bok, każdy dotyk sprawiał jej ból. Tak więc ta kobieta przeleżała 47 lat w jednej pozycji, na plecach, ze zgiętymi kolanami, z głową przechyloną w lewą stronę.
Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie ogrom tych cierpień? Marta Robin cierpiała dodatkowo na wiele innych sposobów. Najbardziej w tym wszystkim zadziwiający jest fakt, że w ogóle nie spała, nie jadła i nie piła, kompletnie! A przecież nie została podłączona do kroplówki i nikt jej nie przemycał pożywienia. Ponadto była obserwowana przez sceptyków. Jakiekolwiek więc podjadanie zostało całkowicie wykluczone! Marta nie mogła nic pić. Mimo iż wlewano jej wodę do ust, woda spływała na tackę, tak więc Marta nic nie piła, bo nie była w stanie. Wiadomo, że przeciętny człowiek bez pożywienia przeżyje około 40 dni, bez wody znacznie krócej, gdy odbierze mu się sen nie jest w stanie przeżyć tygodnia, ale jak można kompletnie nic nie jeść, nic nie pić, nie spać i przeżyć w tym stanie 52 lata. Nikt nie miał i do tej pory nie ma naukowego wytłumaczenia tego fenomenu.
Marta nie była w stanie nic przełknąć, a jednak jakimś cudem wchłaniała konsekrowaną Hostię. To był jej jedyny Pokarm przez 52 lata. Jak to wytłumaczyć? W każdy czwartek o. Finet przynosił jej Ciało Jezusa ukrytego w Hostii. Marta mogła przełknąć tylko ten jedyny Pokarm. Kiedyś ktoś napisał, że Marta Robin była w stanie postu eucharystycznego, lecz to nie jest prawdą! Post człowiek sobie wybiera, natomiast Marta choćby nawet nie wiem jak chciała, nie była w stanie zacząć jeść. To było dla niej bardziej Przeznaczenie niż post.
Hostia w monstrancji
LuxDei.pl
Kolejnym zadziwiającym zjawiskiem było to, że Hostia sama wędrowała do ust Marty. Wystarczy, że kapłan zbliżył Ciało Chrystusa do jej ust, a Ono samo, jakimś cudem, wyrywało się mu z palców i wędrowało prosto do ust chorej. Nieraz Hostia przemierzała odległość nawet 20 cm zanim trafiła do ust Marty. To wszystko niezbicie dowodzi, że Jezus Chrystus Zbawiciel wszechświata jest rzeczywiście obecny Ciałem i Krwią w opłatku konsekrowanej Hostii.
Warto również zapamiętać zadziwiający fragment wspomnień ks. Marzioux. Otóż w lutym 1939 roku, gdy rozmawiał z Martą, w pewnym momencie chora powiedziała ożywionym głosem: „Jezus już przyszedł”. Choć nie było słychać szczekania psa zapowiadającego przybycie wieczornego gościa, po chwili do pokoju wszedł ks. Finet, przynosząc Komunię Świętą.
Całe życie Marty to ciągłe udowadnianie, że Bóg istnieje, że jest realnie, a nie symbolicznie obecny w opłatku konsekrowanej Hostii, że Jezus Chrystus umarł za nas na Krzyżu dla naszego zbawienia. Bóg w swojej wszechmocy jest niepojęty dla naszego ludzkiego rozumowania, a cudów, które miały miejsce w życiu tej kobiety nie da się inaczej wytłumaczyć jak interwencją samego Boga. Oczywiście, że dla ciebie i dla mnie 2+2 zawsze da oczywisty wynik cztery, ale u Boga jest inaczej. My ludzie żyjemy oczywistymi dla nas regułami, lecz Bóg łamie wszelkie możliwe bariery i zasady — tak naprawdę to, co niemożliwe staje się wówczas możliwe!
☙❤❧


4. «Czy chcesz być jak Ja?»

Dnia 2 lutego 1929 roku Marta straciła władzę w ramionach i odtąd nie będzie mogła już haftować. Natomiast w czerwcu paraliż zaatakował jej dłonie, co uniemożliwiło przesuwanie paciorków Różańca. Stan zdrowia Marty bardzo pogarszał się i rodzina przeczuwała jej rychłą śmierć. Jednak opatrzność Boża czuwała na nią jeszcze 50 lat, bardzo płodnych lat, podczas których Marta wyrwała szatanowi niezliczoną ilość dusz.
We wrześniu 1930 rok, ukazał się jej Jezus i zapytał: „Czy chcesz być jak Ja?” Co prawda Marta już wcześniej wyraziła w „Akcie ofiarowania” swoje całkowite oddanie Bogu, ale i tym razem pokornie i z ufnością powiedziała: „Tak”. Tu widzimy bardzo wyraźnie, że Bóg nie jest tyranem i nie robi nic wbrew ludzkiej woli. Maryja Dziewica też kiedyś wyraziła swoje „fiat”, bez czego nie stałaby się Matką Zbawiciela. A więc Dobry i Miłosierny Bóg zawsze liczy się z wolą człowieka.
Marta Robin Jezus, zwracając się do Marty — „Moja córeczko ukrzyżowana z miłości”, obdarzył ją niezwykłą Łaską: odtąd Marta zaczęła wpadać w stany mistyczne. Działo się to w każdy czwartek, po przyjęciu Jezusa Eucharystycznego. Wtedy to, aż do niedzieli, była całkowicie wyłączona dla otoczenia. Trudno dziś cokolwiek powiedzieć na temat tych mistycznych stanów. Marta bowiem nie zwierzała się z tego nikomu. Wiadomo tylko, że przeżywała wówczas Mękę, tak jakby była na Golgocie. Z jej oczu spływała krew, na czole miała ślady po koronie cierniowej, a na swoim ciele ślady stygmatyzacji. Marta każdego czwartku wieczorem bardzo drżała ze strachu. Wszystko wskazywało na to, że przeżywała fizycznie i psychicznie, w sposób realny, Mękę Jezusa, począwszy od Ogrójca, aż po śmierć na Golgocie. Pewnego dnia Marcie ukazał się Jezus mówiąc: „To ciebie wybrałem, abyś przeżywała moją Mękę w sposób najpełniejszy od czasu mojej Matki i nikt po tobie nie będzie jej przeżywał w Kościele w takiej pełni. Abyś mogła przeżywać ją całkowicie, nigdy nie zaśniesz, coraz bardziej postępując w cierpieniu. Spać znaczyłoby porzucić cierpienie. Będziesz cierpieć coraz bardziej”.
Cóż działo się w ciągu tysięcy nieprzespanych nocy? Spełniało się jej pragnienie, jakie wyraziła w swym akcie całkowitego zawierzenia woli Bożej: "Najdroższy mój Zbawicielu! Przyjmij moją ofiarę całopalną, jaką nieustannie składam Ci w ciszy. Zechciej przemienić ją w dobra duchowe dla tylu milionów serc, które Ciebie nie kochają; przyjmij ją dla nawrócenia grzeszników, powrotu błądzących i niewiernych, i dla uświęcenia Twych najdroższych kapłanów [...]". Podczas, gdy wielu spoglądało na nią z politowaniem, sama Marta doświadczała niepojętego dla świata szczęścia, płynącego z zacieśniania swych więzów z Bogiem. Jakże czymś wspaniałym jest Wiara: wierzyć wtedy, gdy się nie widzi, wiedząc tylko to, że "Bóg powiedział". Wiedza bez widzenia zapala w duszy światło, którego promienie pozwalają nam odkryć wielki świat, jaki nosimy w sobie, a którego istnienia nawet nie przeczuwaliśmy. Marta nie mogła przełknąć nawet kropli wody, a jednak przyjmowała Komunię Świętą. Był to jej jedyny pokarm przez ponad pół wieku. Jakiekolwiek oszustwo w tym względzie zostało wykluczone przez wielu lekarzy, którzy z wielką skrupulatnością czuwali nad nią i badali jej zachowanie.
Proboszcz tutejszej parafii nakazał zachować absolutne milczenie w sprawie wydarzeń, jakie miały miejsce w Châteauneuf-de-Galaure. Wieści jednak rozchodziły się po całej okolicy. Do domu Robinów zaczęli przybywać ludzie, jedni żeby się pomodlić, inni z czystej ciekawości. Znamiennym stał się fakt, gdy kiedyś odwiedziło Martę troje młodych ateistów, jeden mężczyzna i dwie kobiety. Przyszli tylko po to, aby ją wyśmiać. Marta przywitała ich słowami: „Tak to prawda, jestem śmiechu godna”. To był początek rozmów, których owocem było nawrócenie ateistów i to, że cała trójka wstąpiła do surowych zakonów. Mężczyzna wstąpił do Trapistów, dwie kobiety do Karmelu.
Marta miała wiele darów, wiedziała, co zawiera list, zanim go otworzono, potrafiła przewidywać przyszłość, posiadała dar bilokacji i proroctwa. Dzięki ofierze Marty zarówno mieszkańcy Châteauneuf-de-Galaure jak i całego regionu Drome zaczęli się stopniowo nawracać. Trzeba podkreślić, że w tamtych czasach w całej okolicy panował stan ogólnej niewiary. Martę zaczęto nazywać „świętą”.
Gdy w roku 1939 wojska hitlerowskie przekroczyły granicę francuską, Marta uczyniła kolejną ofiarę z siebie — oddała Bogu swój wzrok w intencji ocalenia Francji. Jej prośba została wysłuchana i Marta przestała widzieć. Od 1939 roku aż do śmierci w 1981 roku (42 lata) Marta przebywała stale w półmroku, jej pokój został zaciemniony, okiennice zamknięte, nawet ściany pomalowano na brązowo. Najmniejszy promień światła zadawał jej ból nie do zniesienia. Z tego okresu nie ma ani jednego zdjęcia Marty, dopiero po jej śmierci wykonano kilka.
W 1951 roku (8 sierpnia) Erni — rodzony brat Marty — przy użyciu swojej myśliwskiej strzelby popełnił samobójstwo. Trudno jednoznacznie ustalić, co było przyczyną tak desperackiego czynu. Wiadomo, że Erni cierpiał na silne bóle nerwu twarzowego. Marta swoimi cierpieniami znacznie przewyższała dolegliwości swojego brata, a mimo to trwała w Przeznaczeniu do końca, prosząc Pana o nowe cierpienia.
Cała sprawa z Martą Robin z ludzkiego punktu widzenia wyglądała (i wciąż wygląda) paradoksalnie. Marta, mimo potwornych cierpień, była szczęśliwa, choć trudno to zrozumieć przeciętnemu człowiekowi. To szczęście wypływało nie skądinąd jak ze świadomości złączenia z Bogiem. Marta pragnęła cierpieć, ponieważ wiedziała, że cierpienie będzie postępem w miłości. Pragnęła obarczać się nowymi cierpieniami, bo widziała w tym wszystkim głęboki, wymowny sens, w którym my przeciętni (letni) chrześcijanie nie widzimy nic, poza „niepotrzebnym kolejnym cierpieniem”. Dla Marty cierpieć oznaczało bardziej służyć Bogu, jeszcze mocniej Go kochać. Obarczała się więc cierpieniami innych, zwłaszcza zatwardziałych grzeszników. Żyła miłością najtrudniejszą, czyli najbardziej bezinteresowną, nie lękającą się ponieść ofiary za innych. Należy przy tym pamiętać, że Marta była tylko słabym człowiekiem, ale całkowicie oddanym Bogu. Cierpienia przeżywała na swój sposób, płacząc, i wielokrotnie popadając w stany załamania, ale bez utraty Wiary, Nadziei i Miłości.
Po jednej z luźnych rozmów o życiu mistycznym zmęczona powiedziała Jeanowi Guittonowi: „Jakże jesteśmy do siebie podobni! Pan przykuty jest do swoich myśli, jak ja do cierpienia. No, ale trzeba spróbować się poodkuwać, trochę się rozerwać”. Jej głos załamał się: „Która godzina? Dla mnie jest zawsze noc, zawsze ból”.
W 1927 roku odwiedziła ją pewna młoda dziewczyna. Oto jej relacja: „Powiedziałam jej o tym, że mam zamiar wstąpić do zakonu, wtedy w Marcie obudziłam rozdzierający żal. Marta siedziała na brzegu łóżka, płakała i trzymała mnie w ramionach. Byłyśmy wtedy same w domu, wszyscy poszli w pole, Marta bała się zostawać sama, powtarzała z rozpaczą: »Nie nadaję się do niczego!«”.
Jeden z najtrudniejszych okresów wystąpił w latach 1978-81. Największą miłością jest to, gdy ktoś swoje życie oddaje za innych, nie mniejszą miłością jest to, gdy ktoś dobrowolnie (Marta dała przyzwolenie) poświęca się w skrajnych przeszło półwiecznych cierpieniach.
☙❤❧


5. Swąd szatana

Szatan nigdy nie lubił świętości, ofiary, tego, że mu się zabiera dusze. Marta jak wielu mistyków czy świętych nie była wolna od jego działań. Zły duch nawiedzał ją, dręczył i maltretował duchowo i fizycznie.
Swąd szatana Marta ciągle odczuwała pragnienie picia, lecz niestety nie była w stanie przełknąć nawet kropli, co potęgowało jej i tak bardzo duży ogrom cierpień. Ponadto szatan dręczył ją, odkręcając kran. Marta słyszała plusk płynącej wody i było to dla niej ciężką torturą. Nie spała, a przecież sen dla chorego jest skuteczną ucieczką od przykrej rzeczywistości, jest wybawieniem. Szatan wielokrotnie poddawał w wątpliwość jej ofiarę, sugerował jej, że to wszystko nie ma sensu, że te wszystkie dusze i tak zostaną potępione, że jej ojciec duchowy o. Finet nie chce mieć z nią nic wspólnego. U Marty to wszystko potęgowało cierpienie. Często pytała ojca Fineta czy to prawda?
Szatan obchodził się z Martą bardzo brutalnie, uderzał ją fizycznie. Nie rzadko bywało tak, że o. Finet, gdy przychodził do domu Marty, zastawał ją leżącą na podłodze, pobitą i posiniaczoną. A przecież Marta była całkowicie sparaliżowana, nie mogła się nawet obrócić na bok leżąc w łóżku. Zdarzało się nieraz, że szatan uderzał jej głową o ścianę. Nikt inny nie mógł tego uczynić, gdyż tylko o. Finet miał klucze do jej domu. Często bywało, że o. Finet przychodził z kimś do Marty, już przed drzwiami było słyszeć jakieś odgłosy, jakby walki. Na fotografiach pokoju Marty można zauważyć leżący na podłodze przy łóżku gruby materac. Położono go po to, aby ograniczyć moc, z jaką szatan rzucał ją o podłogę. Zdarzało się też, że ataki następowały w obecności o. Fineta i osób przybyłych. Świadkowie tych zdarzeń byli zbulwersowani tym, co się działo. Szatan tak ją mocno i na różne sposoby maltretował, że aż pewnego dnia skręcił jej kark. Ból był przerażający.
O jej zmaganiach z szatanem opowiadali liczni świadkowie. Kanonik Berardier, proboszcz z parafii św. Ludwika w Saint-Etienne, uczestniczył w takiej „walce” w sierpniu 1942 roku, w towarzystwie ojca Fineta i dr. Ricarda. Marta jęczała cicho, ale boleśnie. Kiedy zebrani zaczęli odmawiać Różaniec, jej ciało zostało gwałtownie ciśnięte najpierw w prawo, a potem w lewo. Marta uderzyła głową o mebel znajdujący się między jej łóżkiem a ścianą. A przecież była sparaliżowana. Jak to możliwe, żeby odzyskiwała władzę w ciele w czasie stanów nieświadomości? Wydawało się oczywiste, że to zły duch.
Doktor Ricard znalazł kiedyś wyraźne ślady duszenia. Następnego dnia usłyszano, jak Marta wydawała charczące dźwięki, jak ktoś, kogo ściskają za gardło i kto się dusi. Wiele razy mówiła swojemu kierownikowi duchowemu, że to demony, które krążą wokół niej i próbują ją udusić, i że jest ich legion.
Innym razem, w czasie rozmowy z dr. Alanem Assaillym, specjalistą od stanów mistycznych, i ojcem Finetem, Marta nagle bardzo mocno uderzyła głową o mały mebel ustawiony po lewej stronie łóżka. Powtarzało się to z zadziwiającą prędkością. Doktor próbował złagodzić uderzenia, przytrzymując Martę za ramiona. Z przerażeniem poczuł, że to wątłe ciało było miotane niczym całkowicie bierna, żałosna, rozwalająca się kukła. Twierdził potem, że ruchy te w niczym nie przypominały drgawek histerycznych, które wielokrotnie oglądał w swojej długiej praktyce lekarskiej.
Pasja (reż. Mel Gibson) Dnia 2 listopada 1928 roku Marta Robin została przyjęta do III Zakonu św. Franciszka, a następnej nocy szatan uderzył ją z wściekłości pięścią tak mocno, że wybił jej dwa zęby. Władca ciemności nienawidzi bowiem tych, którzy składają siebie w ofierze za ocalenie dusz.
Marta Robin zakończyła swe życie bardzo zagadkową śmiercią. Nie umarła ze starości. Był to jeden z niewielu bardzo rzadkich zgonów, w których Bóg dopuścił, aby szatan odebrał człowiekowi życie. Było to 6 lutego 1981 roku. Gdy o godz. 17:00 o. Finet wszedł do pokoju przeraził się. Marta leżała na podłodze, wokół niej były porozrzucane różne przedmioty. Chwycił Martę podniósł, lecz ona już nie żyła. Do końca toczyła dobrą walkę dla Chrystusa. Ojciec Finet nie mógł się powstrzymać od płaczu także i na pogrzebie, który odbył się 12 lutego. Martę pochowano w Saint-Bonnet-de-Galaure obok rodziców, brata i sióstr.
W uroczystościach pogrzebowych w Ognisku w Châteauneuf uczestniczyli ojcowie i świeccy członkowie Ognisk z całego świata, pięciu biskupów, ponad dwustu kapłanów i osiem tysięcy wiernych przybyłych z całego świata. Marchand, biskup Palence, który przewodniczył koncelebrze, komentował słowa świętego Jana: „»Jeśli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeśli umrze, przynosi plon obfity« (J 12,24). Marta była owym ziarnem pszenicy, a jej pełne ofiary życie zanurzeniem w cierpieniu, tak jak to jest teraz w jej śmierci. Ale to zanurzenie było także radością daru i radością spotkania. Każdy powinien zająć swoje miejsce w Kościele: każdy ze swymi darami. Marta dobrze odnalazła swoje miejsce. Możemy jej oddać cześć za jej wyczucie Kościoła i za jej miłość do Kościoła diecezjalnego i powszechnego. Świadcząc o absolucie Boga, zawsze chciała być córką Kościoła. Chciała to jednak przeżywać w dyskrecji i pokorze.
[…] Owoc jaki ona przynosi, jest owocem na chwałę Ojca. Tak więc zgłębiając coraz bardziej to, co przeżyła Marta i jednocząc się z tym ciągle żywym źródłem, Ogniska powinny przyjmować nieustannie to, do czego są powołane. Znajdujemy tam inspirację, która je ożywia i jednoczy pomimo wszystkich ich zewnętrznych różnic. Tworzy ona specyficzne powołanie Ognisk Światła i Miłości, istniejących w Kościele dla odnowy świata, w promieniowaniu Maryi w Jezusie Chrystusie na chwałę Ojca”
.
☙❤❧


6. Wielkie Dzieło Miłości

10 lutego 1936 roku, w wigilię święta Najświętszej Maryi Panny z Lourdes, Marta spotkała księdza Georges Finet, kapłana, którego Bóg wybrał, aby wraz z nią służył „Wielkiemu Dziełu Jego Miłości” — tj. Ogniskom Światła i Miłości.
Ojciec Finet został poproszony, aby zaniósł obraz Maryi Wszechpośredniczki Łask do szkoły w Châteuneuf, albowiem takie było życzenie Marty. (Marta prosiła proboszcza, księdza Faure, aby założył tę szkołę w 1933 roku). Z tej okazji ksiądz Georges Finet został zaproszony przez ks. Faule, aby poznał Martę. Ta rozmowa między Martą a księdzem Finet była decydująca. W pierwszej godzinie rozmowy Marta opowiadała mu o Najświętszej Maryi Pannie w słowach, które go bulwersowały. W drugiej godzinie rozmowy Marta zapowiedziała odnowienie Kościoła, który w przyszłości odnajdzie na nowo swój kształt i specyfikę z pierwszych wieków poprzez rozkwit apostolstwa świeckich. Świeccy byliby formowani w rozlicznych ośrodkach, a mianowicie Ogniskach Światła i Miłości. Podczas trzeciej godziny rozmowy Marta odsłoniła księdzu Finet zadanie, które muszą podjąć razem dla Dzieła powierzonego jej przez Pana. O tym spotkaniu i prośbie ojciec Finet powiadomi swego arcybiskupa w Lyonie oraz swoich przełożonych.
Oto jak Marta relacjonowała powierzone jej przez Pana wielkie Dzieło Jego Miłości: „Jezus powiedział mi o wspaniałym Dziele, które chce tutaj zrealizować dla chwały swego Ojca, dla rozszerzenia Jego Królestwa w całym Kościele i dla odrodzenia całego świata poprzez religijne nauczania, które by się tutaj dokonywało, a którego nadprzyrodzone i Boże działanie rozciągałoby się na cały świat. Dziełu temu powinnam się oddać w sposób szczególny, zachowując Jego polecenie i Jego boskie wskazówki. Miałam to robić pod przewodnictwem kapłana, którego według swego zamysłu uprzednio wybrał w swoim Sercu dla jego zbudowania i, któremu dałby pewnego dnia wiernych, i oddanych współpracowników, aby go wspomagali w odpuszczaniu grzechów, w nauczaniu i karmieniu dusz oraz w prowadzeniu ich do Jego Miłości […].
Moja Najświętsza Matka, która będzie Królową chwalebnie miłowaną i słuchaną w tym Ognisku mojej Miłości, i które Ona sama poprowadzi dzięki swej macierzyńskiej obecności, dozna tam prawdziwego triumfu, który rozszerzy się daleko i będzie znany w najodleglejszych zakątkach ziemi.
Potem Jezus mówił mi powtórnie o swoim dziele: jego powstanie będzie schronieniem dla wielu ludzi udręczonych, którzy przybędą, aby czerpać tam pocieszenie i nadzieję […]. Chcę, aby to Dzieło było wspaniałym Ogniskiem Światła i Miłości, domem Mojego Serca otwartym dla wszystkich”
.
Sama Marta postrzegała Ogniska jako wpisane w „Nową Pięćdziesiątnicę Miłości”, która będzie odnowieniem całego Kościoła i będzie służyła odrodzeniu całego świata.
Ognisko zaczęło realnie istnieć od momentu, kiedy Jezus posłał do Marty kapłana, którego przygotował do tego Dzieła swojej Miłości, w głębokim zjednoczeniu pomiędzy nimi dla chwały Boga i zbawienia świata. Jezus podkreślał siłę tej więzi: „On nie będzie mógł nigdy nic zrobić bez ciebie […]. Podobnie i ty nie będziesz mogła nigdy niczego zrobić bez niego”.
Za zgodą swoich przełożonych, ksiądz Georges Finet zaczął w poniedziałek 7 września 1936 roku w szkole w Châteauneuf pierwsze rekolekcje trwające pełne pięć dni, w całkowitym milczeniu. 8 września, w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, wieczorem pierwszego dnia rekolekcji, ksiądz Finet, którego Marta prosiła o udzielenie jej Komunii Św., zgodził się, że będzie nazwany „ojcem”.
Dostrzegając oddziaływanie i owoce przeprowadzonych rekolekcji, arcybiskup Lyonu przeznaczył ojca Finet do tego Dzieła. W czasie wojny zostało zbudowane Ognisko w Châteauneuf — miejsce przyjmowania rekolektantów.
☙❤❧


7. Kontynuacja Odkupienia

Różaniec Tą schorowaną kobietę w ciągu jej życia odwiedziło przeszło 100 tysięcy osób, dla każdego z nich spotkanie z Marta było nową nadzieją, inspiracją do lepszego życia. Każdy, kto opuszczał jej pokój wychodził już inny, odmieniony. Ze znanych Polaków Martę odwiedzili dominikanin o. Jan Góra i jezuita o. Henryk Dziadosz.
Marta Robin pozostawiła po sobie wspólnoty „Ogniska Światła i Miłości”, które założyła przy pomocy swojego ojca duchowego ks. Fineta w 1936 roku. Są to katolickie wspólnoty ochrzczonych kobiet i mężczyzn, których zadaniem jest organizowanie pięciodniowych rekolekcji oraz dni skupienia. Na całym Świecie jest ponad 70 takich wspólnot, w tym w Polsce dwie.
Wciąż wielu z nas nurtuje pytanie, dlaczego Marta Robin, mimo swojego bezwzględnego heroizmu, poświęcenia i świętości życia, nie jest jeszcze ogłoszoną świętą? Marta Robin bezsprzecznie zostanie ogłoszoną świętą, ale w takich przypadkach Stolica Apostolska nigdy się nie spieszy. Obecnie są nadal studiowane zapiski Marty. Marta zostanie ogłoszoną świętą nie prędzej jak w 2031 roku. Taki jest przepis watykański. Musi bowiem upłynąć pół wieku od śmierci osoby, o której istnieje opinia świętości. Tu widzimy jak dalece dyskretnie i powściągliwie działa Watykan, który od samego początku jest zainteresowany beatyfikacją Marty Robin. Kościół Katolicki odnosił się do Marty bardzo przychylnie, czemu wyraz dał papież Jan Paweł II mówiąc: „Dla dzisiejszego świata Marta Robin jest kontynuacją Odkupienia”. Musimy po prostu cierpliwie czekać i modlić się o beatyfikację i kanonizację.
☙❤❧


8. Słodka praca

Jak wyglądał zwykły dzień Marty? Leżała w łóżku zawsze w tej samej pozycji, na plecach, nigdy na boku, zawsze z podkurczonymi nogami, co sprawiało jej ból. Ręce i nogi miała sparaliżowane, ale ich bezwład nie oznaczał braku czucia. Przeciwnie, nie można było jej nawet dotknąć bez spowodowania u niej ogromnego bólu. Bolały ją różne części ciała. Marta żyła w półmroku, każdy nawet najmniejszy promień światła powodował u niej ból nie do zniesienia. Przez przeszło pół wieku nie wychodziła z domu, nie opuszczała swojego pokoju. Tak naprawdę to ta kobieta miała zdrowy tylko mózg, reszta jej ciała była w opłakanym stanie. Nie mogła nic pić, bo nie była w stanie, a przecież odczuwała silne pragnienie. Nie spała, a przecież sen oznaczałby dla niej kilkugodzinną ucieczkę od tej strasznej rzeczywistości, byłby dla niej prawdziwym wybawieniem. Poza tym Martę nawiedzał szatan, który bił ją fizycznie. Marta nie była w stanie się poruszyć, a szatan rzucał nią po pokoju, uderzając jej głową o ścianę lub o podłogę. Tak ją maltretował, że aż pewnego dnia skręcił jej kark. Miała uszkodzone kręgi szyjne. To się powtarzało. Do tego wszystkiego dochodziły jeszcze cierpienia natury duchowej. Szatan ciągle jej sugerował, że i tak ta cała ofiara jest na darmo, że cierpi niepotrzebnie. Wmawiał jej również, że ojciec Finet wyśmiewa stan i poświęcenie chorej. Ciągle pytała o. Fineta, czy to prawda.
Marta miała prawdziwe noce duchowe, dosięgała samego dna tych nocy. To jest tylko pobieżne, obrazowe stwierdzenie. Trudno bowiem precyzyjnie powiedzieć, co ta kobieta czuła. Trzeba by choć przez dłuższą chwilę tego doświadczyć, aby mieć jasny obraz jej odczuć. Marta nigdy nie nosiła się z zamiarem samobójczym. Ilu z nas, letnich chrześcijan popełniłoby samobójstwo w obliczu takich cierpień?
Ktoś mógłby nawet zapytać, czy Marta była symulantką? Nie, nie była! Nie da się bowiem grać jednej i tej samej roli — takiej Roli — przez pół wieku. Można śmiało, bez ryzyka, powiedzieć, że Marta Robin była jedną z najbardziej kochających, największych, najszlachetniejszych kobiet, która kiedyś powiedziała: „Jedna rzecz pozostaje zawsze, i jest ona dostępna dla każdego: radość innych. Dać im trochę więcej spokoju, otuchy, nadziei, wywołać uśmiech, to wszystko jest słodka praca i nie trzeba do tego koniecznie stać na nogach, ani mieć dobrego zdrowia. Wręcz przeciwnie. Nikt inny nie zrozumie tego lepiej jak ten, kto wiele przecierpiał”.
☙❤❧


9. Marta Robin o Komunii Świętej i modlitwie

Kiedy Jean Guitton (ceniony filozof i pisarz) ośmielił się zapytać, Marta mu odpowiedziała:
— To jest całe moje pożywienie. Zwilżają mi usta, ale nie mogę przełykać. Hostia przenika we mnie, nie wiem jak. I wtedy doznaję wrażenia, którego nie potrafię panu opisać. Nie jest to zwyczajny pokarm, to coś innego. Jakby moim ciałem zawładnęło nowe życie. Całkowicie wypełnia je Jezus, jakbym zmartwychwstała. A później tracę kontrolę. Odrywam się od ciała, uwalniam się od niego.
— Poza czasem?
— Powtarzam panu, że tracę kontrolę.
Po chwili ciszy dodała:
— Komunia Święta to coś więcej niż zjednoczenie. To stopienie się w jedno z Chrystusem.
Niektórzy z mistyków umieli rozpoznać, czy przyniesiona im Hostia była konsekrowana. Nie wiadomo, czy Marta to potrafiła. Ale jedna z założycielek Ogniska [Miłości] w Chateaunuef, Helena Fagot, opowiedziała kiedyś następującą dziwną historię. W jakiś środowy wieczór, kiedy ojciec Finet nie mógł osobiście przynieść Komunii Świętej, poproszono o to księdza towarzyszącego pani Favre — jednej z odwiedzających. Udali się więc do domu Marty. Wchodząc do jej pokoju, usłyszeli z ust Marty:
Kustodia — Tutaj nie ma Pana.
— Jak to Marto? Jest, w kustodii — powiedział zbity z tropu ksiądz. Marta jednak powtórzyła:
— Pana nie ma.
Ksiądz otworzył kustodię, która okazała się pusta!
W Ognisku zapomnieli włożyć konsekrowaną Hostię. Natychmiast samochód wrócił do Ogniska. Dalej Helena Fagot konkludowała:
— Niepotrzebne były Marcie oczy, aby zauważyć obecność swojego Ukochanego.
Po Komunii Świętej Marta odmawiała swój Akt wdzięczności, w którym każde słowo ma niebanalne znaczenie: „Panie, mój Boże, ogarnięta Twoją Boskością kocham, szukam jedynie Ciebie. Niech stanę się całkiem Twoja, wypełniona jedynie przez Ciebie, jak dziecko złączona z Niepokalanym Sercem mojej ukochanej Mamy”. Później zanurzała się w modlitwie.
Marta: "Jeśliby mnie zapytano, co lepsze: modlitwa czy Komunia Święta, odpowiedziałabym, że modlitwa. »Módlcie się, módlcie się nieustannie!« Jednak trudno o dobrą modlitwę i w dodatku nieustanną, jeśli serca nie wypełniają dobre myśli, owoc medytacji. Więcej ich potrzeba do modlitwy niż Komunii Świętej. Komunia jest aktem zewnętrznym, radością dla duszy, modlitwa sekretnym dialogiem Boga z duszą. Komunia nie zawsze wymaga cnoty, można przyjmować Komunię i grzeszyć. Codzienna modlitwa nie oznacza, że człowiek jest cnotliwy, dowodzi, że stara się, aby nim zostać. Można spotkać chrześcijan, którzy przystępują codziennie do Komunii i trwają w grzechu śmiertelnym. Ale nie ma duszy, która by się codziennie modliła i pozostawała w grzechu".
„Modlitwa niezbędna jest do tego
— stwierdza Marta z przerażającym poczuciem realizmu — aby nie być i nie stać się pobożną nicością, z której szydzą demony”.
Kiedyś Marta wyznała: „Mam ochotę wołać do tych, którzy ciągle mnie pytają, czy na prawdę nie jem, że ja jem więcej niż oni, ponieważ karmię się eucharystycznym Ciałem i Krwią Jezusa. Chciałabym im powiedzieć, że to oni sami powstrzymują w sobie efekty tego pokarmu [...]”.
Co myśleć na temat wymykających się z rąk kapłana hostii, spożywanych przez Martę bez połykania? Wbrew pozorom dziwaczności, zjawisko to potrafi wiele powiedzieć na temat wzajemnej relacji Marty i Chrystusa. Weźmy pod uwagę fakt, że Jezus pozostał w Eucharystii ze swego nieskończonego pragnienia zjednoczenia się z człowiekiem w Miłości. Dla każdego, kto rozpoznaje w Hostii żywą obecność Boga, przychodzącego jedynie z miłości — moment, poprzedzający przyjęcie Komunii Świętej jest momentem gorącej tęsknoty. Otóż, jest to tęsknota dwóch osób i dwóch serc: Serca Bożego i serca ludzkiego, które nawzajem ku sobie się wyrywają. Hostia, wyrywająca się z rąk kapłana, to przecież sam Chrystus, dążący w pośpiechu na spotkanie ze stworzeniem, które umiłowało Go ponad wszystko i oczekuje na Niego z wielką tęsknotą. Radość człowieka z przyjmowania Komunii Świętej wypływa stąd, że jest to najpierw radość samego Boga. Dusza wie o tym, że Bóg niezmiernie się raduje, mogąc w niej zamieszkać. Skoro Bóg jest nieskończony, więc i Jego radość jest bez granic. Skoro Bóg nieskończenie raduje się we mnie — jak wielka powinna być więc moja radość?!
W ostateczności, duchowe szczęście Marty wynikało z jej doświadczenia Boga, jako Boga niezmiernie szczęśliwego w jej duszy. To jest jedyny rodzaj szczęścia, o które nie potrzeba się bać, że się je utraci. Gwarancją jego trwałości jest nieodwołalna miłość Boga i Jego niegasnące pragnienie uszczęśliwienia swych stworzeń. Jedyna przeszkoda istnieje po stronie człowieka, a tkwi ona w wygasaniu wiary, które prowadzi do zaniku miłości, a w ostateczności — do grzechu. Skoro więc początkiem prawdziwej radości jest radość Boga, który zamieszkuje w kochającej Go duszy, nie trudno pojąć, dlaczego jedynym staraniem Marty było wzrastanie w prawdziwej miłości. Jeśli potrafiła znosić swoje cierpienie bez buntu i zgorzknienia, to tylko dlatego, że w przeróżnych cierpieniach widziała największą szansę na postęp w Miłości. Co więcej, pragnąc obarczyć się cierpieniami innych, a zwłaszcza grzeszników, pragnęła żyć Miłością doskonałą. Taka miłość właśnie najbardziej upodobniła Martę do Chrystusa, czego wyrazem były stygmaty Męki, jakie na sobie nosiła.
Marta — egoistka, szukająca za wszelką cenę szczęścia? Masochistka — ponieważ heroicznie podejmowała cierpienia innych? Jeśli tak, to jak wówczas wytłumaczyć fakt, że ta sama Marta zapalała w innych iskrę radości i szczęścia?
Żyć przez 50 lat o samej Komunii Świętej — to niewątpliwy cud. Ale skłania on do refleksji na temat cudu zupełnie niewypowiedzianego, jakim jest nowe życie, które rodzi się w nas dzięki Eucharystii. Okaże się ono w całej pełni przy Zmartwychwstaniu, gdy spełni się obietnica Jezusa: „Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, nie umrze, lecz będzie żył na wieki”. Aż do tego czasu, skarb życia wiecznego, poczętego z Eucharystii, będziemy przeżywali w samej wierze. Lecz wygląda na to, że poprzez „znak” Marty Jezus pragnie wzmocnić naszą wiarę. W znaku tym niejako „zmysłowo” dotykamy prawdy, że Eucharystia, że sam Bóg jest jedynym i wystarczającym źródłem ludzkiego istnienia. Nie potrzeba wam innego pokarmu, kiedy Ja sam was karmię moim Ciałem — zdaje się On mówić. W istocie rzeczy, z eucharystycznych przeżyć Marty wydobywa się orędzie samego Jezusa: Abyście wierzyli, że nie ziemski pokarm i napój, lecz tylko moje Ciało i Krew dadzą wam prawdziwe Życie. Któż wzgardziłby tym szczególnym zaproszeniem do Wiary? Któż nie potrzebowałby jej wzmocnienia w atmosferze powszechnego „szaleństwa” na punkcie materialnej troski o ciało?
☙❤❧


10. Informacja Francuskiej Komisji Diecezjalnej ws procesu kanonizacyjnego Marty

Wiele osób zadaje pytania w sprawie przypadku Marty Robin. Zawsze zachowywaliśmy pewną dyskrecję w sprawie postępów tej pracy, nie chcąc, żeby kult publiczny był oddawany Marcie przed orzeczeniem Kościoła. Jednakże obecnie nowy etap, w jaki weszła ta sprawa daje okazję, żeby to uczynić.
Zaraz po śmierci Marty, 6 lutego 1981 roku, zostało podjęte gromadzenie dokumentacji dotyczącej jej osoby. Kilka lat wcześniej Marta przekazała ojcu Finet swe osobiste pisma. Zostały one uporządkowane. Potem, po upływie 5 lat, wymaganych przez Prawo Kanoniczne, biskup Valence, J. E. Marchand na prośbę Ognisk Miłości zainicjował proces beatyfikacyjny Marty. Obecnie każdy proces beatyfikacyjny składa się z dwóch etapów realizowanych w:
  • miejscu wydarzeń,
  • Stolicy Piotrowej.
Za prawidłowy przebieg procedury lokalnej odpowiada miejscowy biskup, który działa w łączności z Rzymem. Ten etap, w przypadku Marty, trwał od 1986 do 1996 roku. Rozpoczęto od ukonstytuowania trybunału, któremu przewodniczył emerytowany biskup Autun, J. E. Bourgeois. Trybunał wezwał i przesłuchał pod przysięgą 100 świadków. Postulatorem (adwokatem) był o. Jacques Ravanel, a wice-postulatorem o. Bernard Peyrous. Towarzyszyli im członkowie Ogniska z Châteauneuf-de-Galaure. W tym samym czasie mianowano ekspertów (teologów, historyków, lekarzy), którzy rozważali sprawę Marty: wszystkie jej pisma, wszystkie możliwe świadectwa, wszystkie archiwalne materiały. Ten ogrom pracy zakończył się sformułowaniem raportu określającego powagę i możliwość uznania jej przypadku za wyjątkowy. Zatem procedura, którą miał wykonać Kościół we Francji, została zakończona w Uroczystość Zesłania Ducha Świętego 27 maja 1996 roku w obecności członków komisji. Po czym odwieziono do Rzymu 25 ważnych raportów.
Obecnie trwa rzymska część procesu beatyfikacyjnego, która najprawdopodobniej zakończy się sformułowaniem doniesienia o heroiczności cnót Marty Robin. Do tej części procesu Ogniska Miłości wyznaczyły postulatora — członka Wspólnoty Emmanuel oraz wice-postulatorkę — Marię Teresę Gille, stojącą na czele Szkoły Dziewcząt w Châteauneuf. Jeśli zatem uzna się, że Służebnica Boża żyła w obecności i pod natchnieniem Ducha Świętego, wtedy procedura będzie kontynuowana. Dla ogłoszenia Marty Błogosławioną będzie potrzebny dowiedziony cud, dokonany za jej wstawiennictwem. Wtedy dopiero, jeśli Bóg zechce, proces będzie zakończony.
Procedura może wydawać się powolna, lecz sprawa beatyfikacji jest przedsięwzięciem bardzo poważnym, prowadzonym bardzo dokładnie i Rzym nie czyni tu nigdy żadnych ustępstw. Nie ma więc powodów sądzić, że dla Marty powinien zostać uczyniony wyjątek.
Wszystkie świadectwa mogą oczywiście dopomóc w przyśpieszeniu procesu (informacje o łaskach, uzdrowieniach, a nawet cudach lub świadectwa o osobistych spotkaniach osób, które ją znały). Ważne bowiem jest dowiedzenie, iż w ludzie Bożym utrzymuje się opinia świętości tej osoby.

Adres do korespondencji:
Foyer de Charité
B.P. 17 26330 Châteauneuf-de-Galaure
z dopiskiem: „Cause de Marthe Robin”
☙❤❧


Źródła internetowe

Opracowanie ukończyłem 21-03-2005 roku. Autor [mr]

☙❤❧


Lektura uzupełniająca


Od 13 lutego 2013 roku działa oficjalna strona Marty Robin - POLECAM.
Polecam również "Leksykon Świętych". Tutaj możesz bezpłatnie pobrać plik PDF.

Prawa autorskie
Prawa autorskie
LuxDei.pl

• GŁÓWNAMAPAe-KONTAKTe-KSIĘGADOWNLOADWWWMEANDRYOSOBLIWOŚCIZADUMASBM
REFLEKSJEZAMYŚLENIAMODLITWASUPLEMENTMEDYTACJETRYPTYKDARYSTROFYAFORYZMYMYŚLIRADOŚĆINSPIRACJE
PROCES IHSKONTEMPLACJEADORACJA NSADORACJA KRZYŻAADORACJA GPNMPFASCYNUJĄCYJAKBY W ZWIERCIADLE
GUADALUPENAJUMARTA ROBINZEITUNNIEZNISZCZALNIWOLNI OSTATECZNIE
WARTO PRZECZYTAĆ, POSŁUCHAĆ, OBEJRZEĆFILMOTEKA IFILMOTEKA IIVIDEOTEKAFOTOKSIĄŻECZKA
TIMETE DEUMSZKOŁA PIĘKNEJ MODLITWYTAJEMNICA MSZY ŚWIĘTEJEUCHARYSTIA PRZEDSMAKIEM NIEBATAK NAM DOPOMÓŻ BÓG
SYNKRETOLOGIZMY NIEPORADNIK INTELEKTUALNO-DUCHOWY PROKLAMACJA «LuxDei.StudiumSacrum»


U nas, tj. na LuxDei.pl pliki cookies wykorzystywane są jedynie w celu tworzenia statystyk związanych z liczbą odwiedzin niniejszej witryny.
Odwiedzając nas akceptujesz ten fakt. Tutaj znajdziesz więcej informacji na temat cookies.
© 2007-17 Created & developed by J@cek Lewicki (under the inspiration of the Holy Spirit)

A.D. MMXVII