e 
_PEWNA STRONA INTERNETU_

Jesteś tutaj: Profanum I Refleksje inspirowane (wstęp) O Boskich paradoksach


O Boskich paradoksach

"Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek mógł stać się Bogiem".
św. Atanazy Aleksandryjski Wielki
Św. Atanazy Aleksandryjski Wielki (295-373)

Każdy, kto wnikliwie patrzy na świat przyrody, zauważa istniejącą w nim harmonię, sens i logikę. Zarówno w życiu flory jak i fauny wszystko jest misternie poukładane, a wzajemne zależności występujące między wieloma gatunkami są wręcz genialne. Wszystko działa bez zarzutu, a każdy element ma określoną nie tylko funkcję szczegółową, ale i znaczenie dla całości. Na tym tle zastanawiające jest jednak to, czego doświadczamy w świecie ludzkim. Tu, na najwyższym poziomie stworzenia, gdzie pojawia się rozum i wolna wola, paradoksalnie panuje frustracja, poczucie bezsensu i odwieczne pytanie „po co żyję?”. W rezultacie mało kto może stwierdzić z pełną odpowiedzialnością, że szczęście dopisało mu w życiu.
Czy zatem Bóg zawiódł, stwarzając najdoskonalsze stworzenie — człowieka? Jeśli nie, to dlaczego „wypuścił” nas takimi ze swojej ręki? Odpowiedzi na ten odwieczny dylemat poszukajmy w trzech pierwszych rozdziałach Księgi Rodzaju. To właśnie tam Bóg mówi, jaki był Jego plan względem człowieka. Jednak opisu tego dziś nie możemy brać dosłownie. Jest on bowiem tylko zewnętrznym symbolem wewnętrznego szczęścia, w jakim Bóg stworzył człowieka, oraz darów, którymi obsypał go podczas i bezpośrednio po stworzeniu. Ta głęboka treść (ukryta w naiwnych, na pozór, opisach) jest prawdziwa. Ona wyraża przedwieczny zamysł Boga dotyczący człowieka. Jeśli zatem wierzymy, że Pismo św. jest natchnione, bez trudu uznajemy, że nosi ono w sobie gwarancję prawdziwości zarówno treści o samym Bogu, jak i o Jego przedwiecznych planach względem człowieka.
W Biblii człowiek ukazany jest jako korona stworzenia, istota najdoskonalsza. Psalm 8 jest kontemplacją człowieka poprzez pryzmat pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju. Czytamy w nim m.in.: „Uczyniłeś go (człowieka) niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś” (Ps 8:6). Bóg zatem „wypuścił” człowieka ze swej ręki doskonałym i zharmonizowanym, choć — paradoksalnie — ulepił go z prochu. Surowiec materialny nie był, bo nie musiał być, najszlachetniejszy, ale z pewnością najszlachetniejsze, bo Boskie, było tchnienie Stwórcy powołujące człowieka do życia. Była to więc najbardziej udana istota spośród stworzonych przez Boga istot — Jego obraz i podobieństwo (oczywiście rozumiane na tle ówczesnych pojęć). W okresie powstawania tych rozdziałów Pisma św. o królach mezopotamskich mówiono, że są obrazem Boga na ziemi, że przez króla Bóg sprawuje rządy nad światem. Biblia zatem stwierdza, że człowiek w stosunku do pozostałego stworzenia reprezentuje Boga, a więc sprawuje władzę królewską.

Raj
LuxDei.pl

Pierwszego człowieka cechowała wręcz zażyłość ze swym Stwórcą. I nie ma w tym nic dziwnego, bo potwierdzają to przechadzki Boga po ogrodzie, w którym przebywał Adam. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy: „nie samym tylko chlebem żyje człowiek, ale człowiek żyje wszystkim, co pochodzi z ust Pana” (Pwt 8:3). Obraz z Księgi Rodzaju ma zatem w tle stwierdzenie, że człowiek do swego życia potrzebuje kontaktu z Bogiem, z Jego słowem, które nie tylko wzbudza w nim wartości intelektualne, lecz posiada również aspekt intymności. Słowo (w ujęciu semickim) zawiera głębokie związki z miłością i z życiem. Jest dla Semitów tym, czym dla niemowlęcia słowa matki: chociaż nie rozumie ich znaczenia, jednak są one dla niego nośnikiem miłości i wyrażają swoisty dynamizm życia. Tym samym słowo Boże chce być dla każdego człowieka. Człowiek został stworzony jako istota zakorzeniona w Bogu, w Jego miłości. A więc „wyszliśmy” z ręki Stwórcy jako ukochane dzieło Wszechmocnego, które ma w Nim wszelkie zabezpieczenie, a jednocześnie posiada wolną wolę. To trochę tak, jak w relacjach międzyludzkich, gdy wyobrazimy sobie wpływowego przyjaciela, który wszystko może załatwić, przed którym wszystkie drzwi stoją otworem, który jest bogaty, ma władzę, a przy tym nas kocha i szanuje naszą wolność. Wówczas jesteśmy przy nim bezpieczni i pewni jego sympatii. W podobnej sytuacji żył kiedyś pierwszy człowiek, z tą jednak różnicą, że tym możnym Przyjacielem był sam Bóg, byt najpotężniejszy, absolutny i transcendentny, który jest samą Miłością i, który nas stworzył, kierując się bezinteresowną miłością. Stąd właśnie spłynęło w najgłębsze pokłady duszy człowieka życie i szczęście. Dlatego człowiek czuł się zharmonizowany, był panem i królem stworzenia.
Św. Paweł ukazywał, jak Chrystus odbudowuje tę pierwotną relację człowieka do Boga, dając w najrozmaitszy sposób wyraz temu, że w sercu chrześcijan pojawia się znowu świadectwo Ducha Świętego, wywołujące w nim okrzyk miłości: „Abba, Ojcze” (Ga 4:6). Wówczas człowiek, z Boga czerpie swoje życie i szczęście. Wchodzi w życie z innym bogactwem, z innym wymiarem. Cóż mogła mu zaszkodzić choroba? Nie z tego życia czerpał swoje dobre samopoczucie, lecz z głębin swego ducha, gdzie mieszka Bóg. Była więc w pierwszym człowieku rozległa toń spokoju, której nic nie mąciło, sprawiająca, że wszystkie przypadki były relatywnie dobre, bo skojarzone zarówno z pozytywnymi przesłankami, jak i skutkami. Wartości miały właściwą hierarchię i nigdy nie wysuwały się przed Boga — początek wszystkiego. W takich okolicznościach nie ma tragedii, gdy nawet czegoś brakuje, skoro Bóg jest wszystkim i zawsze, w każdej sytuacji człowieka — teraz i na wieczność. To była treść życia wiecznego i jego sens, czyli zakorzenienie się w Bogu — źródle niewyobrażalnego, bo nieskończonego dobra i piękna.

Eden
LuxDei.pl

Takiego oto człowieka „wypuścił” Bóg ze swoich rąk, aby żył, rozmnażał się i zaludniał świat. Co się jednak stało, skoro teraz jest zupełnie inaczej? Pismo św. daje nam wiele światła do zrozumienia tego dramatu. Aby go w pełni pojąć, trzeba najpierw uświadomić sobie, jaki drzemiący w nas mechanizm został uruchomiony i przez kogo. Szczęście człowieka zmącił bowiem ktoś, kto w nasz zharmonizowany świat został wprowadzony z zewnątrz pod symbolem węża. Księga Rodzaju mówi: „A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył” (Rdz 3:1). Pismo św. identyfikuje tego węża z szatanem. To on zmącił szczęście człowieka przez zawiść. „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” (Rdz 3:1). W rzeczywistości człowiek otrzymał jeden, jedyny zakaz symbolizujący całe Prawo zapisane w jego sercu. Ono nie było zewnętrzne, dlatego św. Paweł w Liście do Rzymian, opisując od strony historycznej tragedię człowieka powie: „Kiedyś i ja prowadziłem życie bez prawa” (Rz 7:9). Dotyczy to oczywiście całego rodzaju ludzkiego, który przed upadkiem żył bez Prawa, bo człowiek Prawo Miłości Boga i bliźniego miał zapisane w sercu i odczuwał je jako coś zupełnie naturalnego. Bóg bowiem dał człowiekowi jedno prawo „Miłość” zapisane w sercu, które nie było ciężarem, a więc nie sprawiało mu żadnych trudności. Zewnętrznym symbolem tego stanu w Biblii jest owo drzewo dobra i zła. Oznacza ono, że człowiekowi nie wolno samowolnie stanowić, co jest dla niego dobre, a co złe. Człowiek nie może być dla siebie normą postępowania moralnego, nie może decydować, co jest grzechem, a co nim nie jest. Ten fakt wynika, niejako, z natury rzeczy: człowiek jest tylko stworzeniem ograniczonym i skończonym. Prawodawcą jest Bóg, a stworzenia są w pełni szczęśliwe, gdy godzą się być tym, czym są. Człowiek jest szczęśliwy, akceptując fakt, że jest stworzeniem, a nie Bogiem. To miało mu przypominać Prawo — Dekalog.
Wąż-kusiciel Tymczasem przychodzi kusiciel z pytaniem: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” (Rdz 3:1). W tym, na pozór niewinnym, pytaniu jest bardzo podstępne sformułowanie: „ze wszystkich drzew”. Mimo iż tylko jedno drzewo było przedmiotem Boskiego zakazu, szatan jednak mówił o wszystkich drzewach, gdyż chciał przez to nasunąć człowiekowi myśl, że jeśli podlega choć jednemu zakazowi, to naprawdę nie jest wolny, że nie da się tego pogodzić z ludzką godnością. Ewa odpowiedziała na to zgodnie z prawdą, że owoce z ogrodu jeść mogą, tylko o owocach z drzewa rosnącego w środku ogrodu Bóg powiedział: „Nie wolno wam z niego jeść, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli” (Rdz 3:3). Bóg zabronił człowiekowi autonomii moralnej, ponieważ wiedział, że to sprowadziłoby na człowieka śmierć. Grzech jest dlatego zabroniony, bo człowiekowi szkodzi, z natury rzeczy przynosi śmierć jak wypita trucizna. Zaś kochający Bóg nie chce śmierci swego stworzenia. Tymczasem kłamstwo, które szatan wmówił człowiekowi, do dziś tkwi w nas głęboko, zakorzenione jak ciernisty krzak. Wielu nadal uważa grzech za coś miłego, przyjemnego, rozwijającego człowieka. Najlepiej to widać w dziedzinie seksualności, gdzie ludzie absolutnie nie potrafią zrozumieć, dlaczego Pan Bóg czegoś tu zakazuje. I tak — paradoksalnie — człowiek dźwiga to Prawo jako zniewalające go jarzmo pańszczyźniane, pielęgnując tym samym w swej duszy krzaczaste ciernie grzechu.
Na odpowiedź Ewy szatan mówi: „Na pewno nie umrzecie!” (Rz 3:4). W grzechu nie ma śmierci, lecz życie, jeszcze wspanialsze niż to, które masz. Tego życia chce cię Bóg pozbawić. Bóg wie, że „gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3:5). Będziecie jak bogowie, przerośniecie siebie i będziecie sami decydować o wszystkim, jak się wam spodoba. Tymczasem Bóg — zazdrośnik i tyran — nie chce się z wami podzielić szczęściem, chce was trzymać w zależności, w zniewoleniu...
To straszliwe kłamstwo człowiek przyjął jako prawdę. Paradoks?! Człowiek zamiast Bogu uwierzył diabłu. Istotą katechezy szatana było: Bóg nie jest miłością. A przecież Miłość stanowi Jego najgłębszą istotę. Od tej chwili drzewo, dotąd nie będące nawet przedmiotem zainteresowania człowieka, zaczyna być interesujące, intrygujące, inspirujące. Ile czasu trwało w sercu Ewy, to pierwsze (jak się później okazało brzemienne w skutki) zmaganie dobra z zawoalowanym złem, tego nie wiemy. Faktem jest, że Ewa spostrzega, iż: „drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy” (Rdz 3:6), wiedzy zastrzeżonej dotąd tylko dla Boga. Następnie Ewa robi wyznanie wiary w katechezę szatana. Wyznaje — nie tyle słowem, co czynem — że szatan ma rację. Daje Adamowi owoc, który on spożywa. Tak zaczyna się tragedia człowieka. Człowiek — dotąd żyjący jak drzewo zakorzenione w Bogu, czerpiąc szczęście z faktu, że On go kocha — teraz stawia miłość Boga pod znakiem zapytania, wątpi w nią i odrzuca. Staje się tym samym jak drzewo wykorzenione z życiodajnej gleby.
Człowiek zmienia swój wymiar. Wewnętrzne porozumienie z Bogiem zostało zerwane. Bóg jednak nadal (paradoksalnie) kocha człowieka, lecz człowiek już nie jest zdolny odbierać fal Boskiej miłości, przeżywa jakby spadanie w kosmiczną ciemność, wypędzenie z raju. Niczego nie rozumie, bo przestał wiedzieć, kim jest. Drugi człowiek (obok niego) staje się potencjalnym wrogiem, a jeśli nie wrogiem, to w najlepszym przypadku konkurentem, rywalem, intruzem. To jest „śmierć” w sercu (w duszy) człowieka, zerwanie najintymniejszej nici łączącej go z Bogiem. Człowiek zostaje sam ze swoją pychą. Gdyby w tej chwili Bóg odstąpił od człowieka, ten stan zamieniłby się dla niego w śmierć wiekuistą, wieczne potępienie bez możliwości odwrotu. Jedyna wartość jaka mu pozostała, to kruche życie, ale niestety z drastycznie wypaczoną hierarchią znaczeń. Teraz to, co złudne, ulotne, przemijające staje się wartością, a właściwie pseudowartością, celem samym w sobie. Teraz to, co niesie moralne zagrożenie jest wyznacznikiem ludzkich działań i ich usprawiedliwieniem. Ponieważ zagubiony człowiek nie czerpie już z Boga poczucia bezpieczeństwa, szuka (często kosztem innych) bogactwa, dąży (często za wszelką cenę) do posiadania władzy, znaczenia, prestiżu...
Człowiek wyznawszy, że Bóg nie jest miłością, zanegował Jego rzeczywisty obraz. Odtąd wszystkie religie ziemi mają wypaczony obraz Boga. Bóg jest Istotą, której należy się bać, gdyż tylko czyha na nasze potknięcie. Ten wypaczony w myślach i w sercu człowieka obraz Boga ciągnie się przez wieki i pokolenia. Właśnie to wypaczenie sprawiło, że Bóg ponownie przyszedł na ziemię w osobie Jezusa Chrystusa, a człowiek w imię tego fałszywego obrazu zabił Boga. Zrobił to człowiek grzechu pod wpływem wypaczenia wlokącego się za nim od chwili opuszczenia raju.
Wszystkie religie, choć nadal w pewien sposób dobre, są skażone grzechem egoizmu wyznawców. W ich centrum stoi teraz człowiek, którego uformowała katecheza szatana. Ten człowiek chce, żeby Bóg pomagał mu w realizacji własnych, nie liczących się z Bogiem, planów. Wszyscy jesteśmy nastawieni na to, że życia nie tworzy nam Bóg, lecz my sami nim kierujemy. I w ten sposób całe życie spędzamy na frustracjach, pretensjach, negacji prawdziwych wartości oraz pogoni za ulotnymi namiastkami szczęścia.
Człowiek nie może być jak wyrwane drzewo. Musi czerpać „soki”, by żyć (choćby pozorem życia). Ale jeśli nie z Boga, to z czego? Z bożków. Nawet, gdy są (o zgrozo!) źródłem soków trujących. Współczesnym „złotym cielcem” może być niemal wszystko, każda pseudowartość: od złota jako takiego, do… absolutyzowanych idei, filozofii. Człowiek potrafi ubóstwić m.in.: pracę (pracoholizm), seks (seksizm), Internet (infoholizm, chatomania), zakupy (kupnoholizm), hazard, władzę. Najczęściej jednak szuka zabezpieczenia w pieniądzach. Czuje się niepewnie, gdy ich nie ma dostatecznie dużo. A gdy tylko ma możność pozyskania ich więcej, natychmiast wyzwala się w nim mechanizm chciwości. Prócz tego człowiek szuka szczęścia w ludzkim poważaniu, uznaniu. Chce być zauważony i doceniony. Jak polip czepia się ludzkich przyjaźni, miłości. Jeśli zaś te związki zawodzą, jest niepocieszony, ulega zniechęceniu, apatii, popada w depresję lub szuka okazji do „wyrównania rachunków”. A przecież gdyby Bóg był dla nas „wszystkim”, nie mielibyśmy poczucia ustawicznej frustracji. Ona jest znakiem, że grzech mocno w nas działa. Taka jest obecnie nasza sytuacja. Paradoks?!
Powróćmy do biblijnego obrazu raju. Bóg przechadza się po ogrodzie i co się dalej dzieje? Gdy woła Adama, ten nie przychodzi, ukrył się przed Bogiem. Bóg wie, dlaczego Adam tak się zachowuje. Grzech wychodzi na jaw. Adam zrzuca winę na Ewę, ta zaś na szatana. Winnych nie ma. Paradoks?! Skąd my to znamy? Dziś jest przecież tak samo: wszyscy dookoła są winni mojego nieszczęścia, tylko nie ja sam. Człowiek staje się ślepy, przestaje rozumieć siebie. Nie wie, co się z nim stało, dlaczego czuje się niezadowolony. Za niespełnione nadzieje wini innych. Nie widzi źródła winy w sobie, lecz tylko wokół siebie.
Ten opis z Księgi Rodzaju jest bardzo mądry. Dopiero w jego świetle stają się zrozumiałe nasze sprawy, zachowania, reakcje. Tłumaczy nam, jakimi teraz jesteśmy i co się z nami stało.
W Liście do Hebrajczyków czytamy: „Ponieważ zaś dzieci (rodzaj ludzki) uczestniczą we krwi i ciele, dlatego i On (Jezus) także bez żadnej różnicy stał się ich uczestnikiem, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie, przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli” (Hbr 2:14-15). Sytuacja człowieka w świetle tego tekstu jest następująca: Człowiek (stworzony z miłości na obraz Boga-Miłości) czuje się przeznaczony do kochania i dlatego, kiedy robi coś bezinteresownie, czuje się najszczęśliwszy. Natomiast po dramacie grzechu człowiek zaczyna stawiać granice miłości. Paradoksalnie wydaje mu się, że wymaga ona od niego zbyt wiele, że straci wolność, a nawet życie, jeśli pójdzie dalej w stronę miłości; że inny człowiek go zabije swoją agresją, innością, wymaganiami itp. Zaczyna się więc bronić na różne sposoby: odpowiada złem na zło, ratuje się ucieczką, obojętnością. Dochodzi do punktu, gdzie dalsze kochanie oznacza dla niego śmierć. Wycofuje się więc i zamyka w kręgu swego egoizmu. Jeśli pojawi się sytuacja niekorzystna, wydarzenie niepomyślne, człowiek przeżywa je jako „śmierć”, ponieważ sam w sobie nosi śmierć wewnętrzną. Kończy się miłość, zaczyna się walka — walka o przetrwanie (nawet kosztem innych), walka o własne życie. Ale to już nie jest życie, to jest jego toksyczny substytut.
Na domiar złego ludzie wokół są do nas podobni: zniewoleni barierami własnych gustów, upodobań, wychowania, odziedziczonych skłonności do lęku przed „śmiercią”. A my chcemy, żeby ci inni ludzie byli na miarę naszych wyobrażeń. Jeśli mamy ku temu możliwości, staramy się narzucić im swą wolę, często apodyktycznie i agresywnie. Boimy się jedni drugich. W tę sytuację wpędził nas grzech. O tym naszym położeniu św. Paweł mówi, że Bóg zamknął nas pod władzą grzechu (por. Rz 3:9). Nie poradzi tu dobra wola, postanowienie poprawy, własny wysiłek. Gdyby ktoś z tej sytuacji chciał wyjść tylko o własnych siłach, oszaleje. Z niej wyprowadza tylko Chrystus i wiara w Jego bezwarunkową Miłość. Wówczas człowiek będzie mógł owocnie pracować nad sobą. Lecz my o tym zapominamy, żyjemy jakby nie było w nas tej ciemnej bazy, piekielnego swądu szatana, a grzech drzemie w nas nawet pod przykrywką duchowości kapłańskiej czy zakonnej. Budowanie duchowości bez rozwiązania tego problemu (na własnym podwórku) staje się tragikomedią.
Pismo św. przygotowuje człowieka do uznania prawdy o naturze skażonej grzechem: „Kiedy zaś Pan widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe, żałował, że stworzył ludzi na ziemi, i zasmucił się. Wreszcie Pan rzekł: Zgładzę ludzi, których stworzyłem, z powierzchni ziemi: ludzi, bydło, zwierzęta pełzające i ptaki powietrzne, bo żal mi, że ich stworzyłem” (Rdz 6:5-7).
Człowiek przeniknięty katechezą szatana, pragnący być „jako bóg”, paradoksalnie staje się jego niewolnikiem. Szatan, wykorzystując ludzki egoizm, trzyma nas na uwięzi, podsycając go, pcha nas do ciągłej walki o „życie”. Tymczasem zamiast zyskiwać, coraz dotkliwiej tracimy i to na różnych płaszczyznach, szamocąc się w konwulsjach grzechu, zmierzając ku rozpaczy.
Księgi: Jozuego, Sędziów, 1 i 2 Samuela oraz 1 i 2 Królewska, ukazują historię Izraela pod kątem permanentnej niewierności i wiarołomstwa człowieka wobec Boga. Widać, że żyje on w niewoli grzechu, nie umiejąc postępować uczciwie. To samo stwierdzają prorocy: Ozeasz, Izajasz i Jeremiasz. Dopiero w świetle niewoli babilońskiej Izrael zrozumie tę gorzką prawdę i przyjmie ją ze łzami (patrz Lamentacje Jeremiasza).
dekalog Jest w nas dynamizm ku złu, mocniejszy niż my sami. Jesteśmy istotami tęskniącymi za dobrem, lecz (o zgrozo!) niezdolnymi własną mocą do dobra (por. Rz 7:12-25), stąd cały świat musi się uznać winnym wobec Boga. Z samych uczynków Prawa żaden człowiek nie może dostąpić usprawiedliwienia w oczach Bożych. Przez Prawo bowiem jest możliwa tylko większa znajomość grzechu (por. Rz 3:20). Co prawda — dowiedzieć się o chorobie, to cenne, jednak niewystarczające, aby cieszyć się dobrym zdrowiem. Trzeba jeszcze wybrać i zastosować uzdrawiającą terapię. Prawo w zamiarach Bożych miało być jedynie termometrem wskazującym gorączkę chorego na duszy człowieka. Ono mu mówiło: nie szukaj zbawienia w sobie samym. Teraz ważne jest, byśmy się odnaleźli w sytuacji ludzkości po upadku. Dopiero to pozwoli na przyjęcie Dobrej Nowiny, która nas z tej sytuacji wyprowadza i daje nam nadzieję — życie.
Nie jest dobrze, gdy przeżywamy chrześcijaństwo tylko jako wielki perfekcjonizm albo moralizm. Przez moralizm należy rozumieć wzajemne nawoływanie do działania: starajmy się, róbmy coś, budujmy mosty pomiędzy sobą. Wówczas Jezus byłby dla nas tylko nowym prawodawcą. Kimś, kto przyniósł ludzkości etykę na miarę istoty Boga, którą teraz należy zachować. W ten sposób (paradoksalnie) zrobilibyśmy z Jezusa nowego Mojżesza, a przecież już o tym pierwszym Prawie, które ludzkość znała przed Chrystusem Paweł powiedział, że nikt nie był w stanie go wypełnić (por. Rz 5:20). Czyżby więc Jezus przyszedł do nas po to, by prawo stało się jeszcze cięższe? Mówiło się dawniej „Nie zabijaj”, co znaczyło „nie wbijaj noża w serce brata”, a teraz kto powie bratu: „głupcze” winien jest ognia piekielnego. Grzech cudzołóstwa można popełnić już nie tylko czynem, ale nawet spojrzeniem (por. Mt 5:21-28). Czyżby więc Jezus przyszedł dołożyć nam jeszcze paragrafów, ugiąć nas pod ich ciężarem? Bynajmniej! To my sami (o zgrozo!) coś takiego robimy z chrześcijaństwa.
Tymczasem pierwsi wyznawcy chrześcijaństwa nie przeżywali go w takich wymiarach. Dla nich Ewangelia była Ewangelią, czyli Dobrą Nowiną, a Dobra Nowina nie jest moralizowaniem, lecz przepowiadaniem człowiekowi dobrej wieści, na którą czeka. Ona działa sama z siebie, zmieniając życie człowieka z podłego na dobre i z dobrego na lepsze, pełniejsze, bezpieczniejsze. Sytuacja zamkniętego kręgu śmierci została przezwyciężona, jest z niej wyjście dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. On jeden przekroczył ten krąg. Wszedł z miłością w „śmierć” złych ludzi, przed czym każdy z nas ucieka nie wierząc, że gdy wejdzie się w ruinę swego szczęścia, swych marzeń, przyzwyczajeń, mimo wszystko znajdzie się tam Boga. A jedynie Bóg daje prawdziwe (bo wieczne) szczęście, nie jego doczesne substytuty: pieniądze, powodzenie, sławę itp.
Dobra Nowina, żeby mogła być przyjęta jako dobra, musi padać na teren udręki płynącej z doświadczenia zła. Jedynie Jezus wszedł w zło w duchu pokuty i tam znalazł Życie, co pokazał ludzkości swoim zmartwychwstaniem. On nam udowodnił, że śmierć, której się tak boimy, to papierowy tygrys. Pokazał, że również w niej jest Bóg, a spotkanie z Nim to wejście w nowy wymiar życia. Widać to w Misterium Paschalnym. Słońcem tego Misterium żył Kościół pierwszych wieków, a ono dawało życie.
A jak to wygląda dzisiaj? Misterium Paschalne nadal jest słońcem, ale jakby zaciągniętym chmurami. Światło nadal dochodzi i dzięki temu Kościół trwa. Ale na to światło został nałożony jakby filtr, który osłabia jego moc grzewczą, rozjaśniającą, pobudzającą nas do nowego chrześcijańskiego życia. Czym są te zwały chmur? To teologiczna interpretacja Odkupienia, która przedstawia sprawę w następujący sposób:

  • u zarania dziejów człowiek popełnił grzech pierworodny, który obraził Boga tak, że Bóg zamknął bramy nieba;
  • człowiek znalazł się w pułapce, z której nie mógł wyjść samodzielnie;
  • ponieważ grzech dotyczył nieskończonej obrazy Boga, wszelkie ludzkie wysiłki na nic się nie zdadzą, gdyż mają skończony wymiar, a Bóg jest istotą nieskończoną;
  • człowiek sam z siebie nie jest zdolny przebłagać Boga i wyrównać zaciągnięty dług;
  • dlatego człowiek jest bezpowrotnie skazany na stan, w który wepchnął go grzech pierworodny;
  • Bóg nie pozostawił człowieka bez nadziei, lecz w swej wielkiej miłości przysłał nam Swego Syna Jezusa Chrystusa, który, będąc prawdziwym Bogiem, stał się również prawdziwym Człowiekiem;
  • od tej chwili nasza sytuacja się poprawiła, bo Jezus jako prawdziwy Bóg-Człowiek mógł złożyć Ojcu prawdziwe zadośćuczynienie, które miało nieskończoną wartość i wyrównało grzech;
  • Jezus Chrystus swymi czynami, zwłaszcza swoją męką, przeprosił Boga i otworzył nam bramy nieba.

I tu się kończy Dobra Nowina. Jezus zrobił swoje, niebo jest otwarte. Każdy może tam wejść, byleby tylko chciał i się postarał. Od tej chwili nawołuje się ludzi do tego, aby robili wszystko ze swej strony, by osiągnąć niebo.
W taki sposób ten filtr nałożony na Misterium Paschalne przesłania pełnię prawdy. Zamiast z pełnią chrześcijaństwa, mamy tu do czynienia ze swoistym moralizmem chrześcijańskim. W owej interpretacji jest bowiem tylko część prawdy, podobnie jakby ktoś, patrząc na wodę morską w butelce, twierdził, że to jest całe morze. Misterium Paschalne jest czymś o wiele piękniejszym, wspanialszym, szerszym i głębszym. Czego brakuje w tej teorii? Otóż, zbawienie rozgrywa się w niej tylko na planie jurydycznym:

  • grzech jest sprawą nieskończonej obrazy Boga (prawda!),
  • Chrystus przychodzi spłacić nieuiszczony dług (prawda!),
  • niebo zostaje otwarte (prawda!), a sprawa zamknięta (sic!).
Tak interpretowane dzieło Chrystusa nie zmienia naszego wnętrza, nie uzdalnia nas do nowego życia. Człowiek nadal pozostaje w zamkniętym kręgu „śmierci” grzechu i do takiego człowieka woła się „wyjdź!”. Ludzką mocą to „wyjście z ciemności ku światłu” jest przecież niemożliwe, tak samo jak niemożliwe jest zbawienie obiektywne. Dopiero śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, sięga w głąb naszej istoty, naszego dramatu grzechu. Zmartwychwstały Chrystus wchodzi w sytuację (wydawałoby się beznadziejną), otwiera zamknięty dotąd krąg przyczynowo-skutkowy i umożliwia nam wyjście z niego. Jak to się dzieje? Paradoksalnie tak samo jak zrobił to Łazarz zawołany donośnym głosem Jezusa: „wyjdź na zewnątrz!” (patrz Jn 11:43). Łazarz szedł chwiejnym krokiem, bo krępowały go płótna, w które został zawinięty, ale moc pochodziła od Chrystusa.
Tak więc niebo zostało otwarte, ale i kwestia naszego doń dorastania nie powinna być automatycznie zamknięta. Warto bowiem uświadomić sobie, że oto czeka do przejścia określona droga — droga ciasna i kręta, kamienista i ciernista, droga rozwoju duchowego, wzrostu wiary, nadziei i miłości. Od czego trzeba zacząć? Pierwsza sprawa to uwierzyć w kerygmat, jaki św. Piotr ogłosił w dniu Pięćdziesiątnicy: „tego Męża, który z woli, postanowienia i przewidzenia Bożego został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście. Lecz Bóg wskrzesił Go...” (Dz 2:23-24). To oznacza, że trzeba dać się osądzić przez krzyż. Krzyż ma dokonać sądu nad moim życiem, ukazać mi całą prawdę o mnie i udowodnić, że jestem grzesznikiem, nie kochając jak On. Pasja, reż. M. Gibson Ponad głowami przechodzi nam to, że „zabijamy” Go dziś każdym naszym grzechem. Fakt, że Jezus fizycznie został zabity rękami Żydów, był jedynie typiczną katechezą o rodzaju ludzkim po grzechu. W tym celu Bóg wybrał sobie naród, nad którym pracował tysiące lat. Związał się z nim Przymierzem, dał mu światło Pisma św. Starego Testamentu. Lecz to wszystko nie wystarczyło. Ten naród (o zgrozo!) wydał Boga na śmierć. A dokonała tego żydowska elita intelektualna: kapłani, faryzeusze, pisarze — czyli specjaliści od Prawa, liturgii, ksiąg natchnionych. Paradoksalnie — ci, którzy się najlepiej na Bogu znali. To oni najgłośniej krzyczeli: „winien jest śmierci” i wymusili na Piłacie ukrzyżowanie (por. Mt 26:66; Mr 14:64). Jeśli oni tak postąpili, to co powiedzieć o reszcie ludzkości, o mnie i o tobie?
Bóg po to zesłał swego Syna, żeby na przykładzie Izraela pokazać, do jakiego stopnia ludzkość oddaliła się od Boga, żyjąc w ignorancji i zakłamaniu. Kiedy więc Bóg Stwórca wszedł między ludzi, oni z „szacunku dla Boga” odrzucili Go i ukrzyżowali. Zatem Krzyż Jezusa jest sądem nad naszą mądrością, inteligencją oraz znajomością prawd Bożych.
Pasja
LuxDei.pl
Chcesz wiedzieć, jakie spustoszenie grzech wywołuje w twoim sercu, jak cię deformuje, zatruwa pychą i egoizmem, spójrz na Krzyż. Bardzo ważne jest to, żeby się dać osądzić przez ten znak zbawienia. W nas nie ma takiej miłości. Bazujemy jedynie na tym, aby sumienie nic grzesznego nam nie wyrzucało. Jak dziś dążymy do osiągnięcia spokoju sumienia? Pierwsi chrześcijanie czynili to zgoła inaczej. To miłosierdzie Chrystusa Zmartwychwstałego uzdalniało ich do miłości z krzyża. Szatan nam, grzesznikom, ukazuje tylko dwa wyjścia: albo faryzeizm, albo rozpacz... Nakłania nas do cynizmu. Chrześcijanin zaś zdaje sobie sprawę z grzechu, nie retuszuje swojej sytuacji wewnętrznej, wiedząc, że Bóg kocha go takiego, jakim jest i ma moc go uzdrowić. To doświadczenie miłości, a nie liberalizm wobec zła, dźwiga i leczy człowieka. Misterium Paschalne Jezusa mówi nam, że był On jedynym, który wszedł z miłością w śmierć i w ten sposób dokonał sądu nad ludzkością. Fotos z filmu pt. "Pasja" - reż. M. Gibson W świetle Krzyża wszyscy jesteśmy równi. Nie ma lepszych i gorszych. Wszyscy przez grzech skazaliśmy się na potępienie. Nasze straszliwe grzechy poraniły Jego Człowieczeństwo, co tak dobrze widać na Całunie Turyńskim. To (mój!) grzech zmiażdżył ciało Syna Bożego, niewinnego, jedynego Sprawiedliwego, który przeszedł przez świat, dobrze czyniąc (por. Dz 10:38). Jeśli jednak Bóg wskrzesił Go do nowego życia, to tym faktem daje nam do zrozumienia, że nasze grzechy są odpuszczone. Sąd potępienia zmienił się w amnestię.
Zesłanie Ducha Świętego Apostołowie w zmartwychwstaniu Jezusa obwieszczają odpuszczenie naszych grzechów. Jeżeli do grzechów pcha nas dynamizm grzechu pierworodnego, to w tajemnicy Zmartwychwstania Chrystusa Bóg proponuje nam nową zasadę życia. Przebywanie apostołów z Jezusem zmartwychwstałym nic w nich jeszcze nie zmienia. Boją się Jezusa, niewiele rozumieją. Dopiero w dzień Zielonych Świąt, gdy Zmartwychwstały posyła do ich serc Ducha Świętego, dokonuje się nowe wydarzenie, które zmienia ich życie. Spełnia się obietnica: „Ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała” (Ez 36:26). Duch Święty wypisuje Prawo Boże na ich sercach. Sprawia, że jest ono możliwe do zachowania. Zaczynają mieć udział w naturze Bożej. Zepsuty w raju odbiornik znów zaczyna działać, odbiera fale Miłości Bożej.
Duch (a nie my sami!) przez posługę apostołów (Kościoła) świadczy w nas, że jesteśmy dziećmi Boga i wołamy „Abba, Ojcze” (Gal 4:5). Duch Święty (a nie my sami!) daje nam nowe doświadczenie Boga. Zbawienie wrasta w tkankę naszego serca i tam dokonuje nowych narodzin, nowego stworzenia, odrodzenia. Przywraca człowiekowi Boży wymiar utracony przez grzech. To oznacza odpuszczenie grzechów. Jeżeli Jezus udziela komuś tego daru — a cały Kościół powołany jest do tego, by w tym darze uczestniczyć — staje się Ciałem Mistycznym Chrystusa, miejscem na ziemi, gdzie żyje zmartwychwstały Pan. Ze zmartwychwstania Chrystusa wypływa miłość, która burzy wszelkie bariery między ludźmi: z racji wieku, doświadczenia, wykształcenia, pozycji materialnej. Rodzi się wspólnota — Kościół. Jezus objawia się nie tyle w jednostkach, co w społeczności braci i sióstr, w ich wzajemnej miłości. W ich miłości i świadomości „umiera” lęk przed „śmiercią”. Paradoks?! „Doskonała miłość usuwa lęk” (1J 4:18). Zmartwychwstały i Eucharystyczny Chrystus jest z nami i dla nas. Daje nam moc przezwyciężania lęku przed śmiercią, znoszenia ciężkich sytuacji, pełnych „śmierci”, po ludzku bez wyjścia.
Ziarno chrztu nie może leżeć w nas nierozwinięte. Jeżeli człowiek o tym zapomni, mogą dziać się dziwne rzeczy. Gdy zabierze się gwałtownie do pracy nad sobą, może zacząć żyć fałszem i wyuczyć się jedynie bycia „na poziomie”. Chcąc wyjść z wewnętrznej „śmierci” o własnych siłach można zwichnąć się psychicznie, wchodząc w jedno wielkie zakłamanie, pozę, koszmar, co nie jest wykluczone nawet w zakonie.
Żeby Dobra Nowina spełniła się w naszym życiu, droga wyjścia musi prowadzić nie poprzez nasze wysiłki, lecz przede wszystkim przez wiarę w Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego. Przez uczynki Prawa nie będzie zbawiony żaden człowiek. Tę właśnie sytuację ukazuje 1 i 2 rozdział Listu do Rzymian: tylko wiara usprawiedliwia. „Czy więc przez wiarę obalamy Prawo? Żadną miarą! Tylko Prawo właściwie ustawiamy.” (Rz 3:31). Żywa wiara uczyni je nam możliwym do udźwignięcia. Wierzyć — to wiedzieć, że krzyż mnie sądzi, że jestem grzesznikiem, skoro nie kocham tak jak Chrystus w Krzyżu. Ale także zaufać Jezusowi Zmartwychwstałemu, że On ma moc wejść w moje życie, że nie jest On dla mnie tylko niedościgłym wzorcem, lecz Zbawicielem. Nie postępuje wobec mnie jak lekarz, który tylko stawia diagnozę, a nie leczy. On ma władzę nad moim sercem, nad głębokimi problemami, które mnie męczą i frustrują. On może mnie w nich dotknąć i dać mi odczuć, że mnie kocha w tych pokładach, złogach mojego „ja”, których sam nie chcę jeszcze zaakceptować, bo są zbyt straszne, zbyt bolesne. Wtedy dopiero wiara zaczyna być żywa, wzrasta w prawdzie o mnie samym, rozkwita, staje się zdolna okazywać swą moc w moich uczynkach miłosierdzia.
Św. Paweł w 1 Liście do Koryntian referuje, że zbawienie ludzkości w Krzyżu Chrystusa i poprzez krzyż jego wyznawców, było dla Żydów zgorszeniem graniczącym z bluźnierstwem, a dla mądrych Greków — wyjątkową głupotą. A czym jest dla mnie, żyjącego tu i teraz, ponad 2 tys. lat po Chrystusie?
Jestem chrześcijaninem i dla mnie każdy „krzyż życiowy”, choć bolesny, jest, niewątpliwie, przeniknięty chwałą, a więc jest krzyżem chwalebnym, nie zaś narzędziem zniszczenia, które miażdży i przed którym należy uciekać. Dla chrześcijanina krzyż w życiu jest (a jeśli jeszcze nie jest, to powinien stać się) faktem i to nie tylko akceptowalnym, ale również (a może raczej przede wszystkim) przyjętym z miłością. Nie ma w nim bezsensownego balastu, który druzgoce psychikę człowieka. W krzyżu swego życia chrześcijanin, jak w tyglu miłości, doświadcza obecności chwały Chrystusa, doświadcza mocy Jego zmartwychwstania. Czuje, że On go prowadzi, sprawiając, że „płomienie” życia go nie palą. Chrześcijanie bowiem są jak owi młodzieńcy w piecu ognistym z Księgi Daniela. To metafora współczesnego Kościoła. Jest „ogień”, który pali wszystkich ludzi na tym świecie, tj.: rozmaite nieszczęścia, wypadki, choroby, ból zadany rodzicom przez dzieci, pokrzyżowane plany itd. Chrześcijanie nie są od tego wolni. Los ich nie oszczędza, lecz oni inaczej to przyjmują. „I chodzili wśród płomieni, wysławiając Boga i błogosławiąc Pana” (Dn 3:24). Choć było ich tylko trzech, nękanych przez nieprzyjazne otoczenie, wytrwali, przyjmując z godnością wyrok skazujący na spalenie żywcem. Dzięki niezłomnej wierze nie spłonęli, bo nie pozostali sami, pojawił się ktoś czwarty. Tym kimś (dla nas) jest Jezus Zmartwychwstały, który wspólnie dźwiga nasz krzyż, czyniąc go chwalebnym i zbawczym. Zmartwychwstały Chrystus sprawia, że płomienie, wśród których chodzimy, nie niszczą nas. I to jest świadectwo, które chrześcijanin winien dawać światu. Nie wystarczy wmawianie sobie, że kocham Jezusa, że On we mnie żyje. Jeśli nie żyję Bogiem naprawdę, to prędzej czy później nastanie czas próby, męki, krzyża, który mnie „spali”. Paradoksalnie krzyż jest próbą ogniową wskazującą czy jest w nas życie Boże, czy go nie ma.
Ukrzyżowana Miłość
LuxDei.pl
W 1 Liście św. Jana czytamy: „Nowina, którą usłyszeliśmy od Niego i którą wam głosimy, jest taka: Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności” (1J 1:5). Światło Boga zawiera w sobie Jego nieskończoną doskonałość wyrażającą się w transcendentnej relacji do wszystkiego, co z Woli Trójjedynej Miłości nas otacza, a co powstało z niczego. Duch i materia. Wszystkość i nicość. Jakże ułomnym jest język człowieka, którym przypadło nam opisywać blask, jasność, piękno, ogień, majestat, sławę i... chwałę Boga, czyli Lux Dei. Co zatem to znaczy, że Bóg jest światłością? To wyrażenie stanowi klucz do pism janowych. To oznacza, że Bóg jest miłością do grzesznika, że go kocha. Takie określenie stanowi treść wręcz rewolucyjną. Kto z nas kocha grzesznika? Tego, który nas obraża, depcze, nic sobą nie reprezentuje. Takich się przecież nie kocha. A czy tak powinno być? Sami tego doświadczamy, że lubią nas wtedy, gdy przedstawiamy sobą jakąś wartość: dajemy ciepło, poczucie bezpieczeństwa, możemy w czymś pomóc. Podobnych wartości również i my oczekujemy od innych. Ale z chwilą, gdy przestajemy być użyteczni (w sensie dosłownym): jako pomoc w pracy, jako atrakcyjny partner w przyjaźni itp., wówczas tracimy w oczach otoczenia, przyjaciele nas opuszczają, nikt nas nie akceptuje, wszyscy przestają nas kochać. Wszyscy? I tu warto uświadomić sobie jeden z największych Boskich paradoksów — paradoks Miłości. Wszak Bóg, będący światłością, akceptuje nas tam, gdzie nikt nas nie lubi. Tam, gdzie sami do siebie mamy pretensje. Właśnie tam sięga miłość Boga.
Ludzie chcą być kochani. Starają się więc, by to osiągnąć. Tylko, że te starania często są źle ukierunkowane. Zamiast ćwiczenia się w dobru, wiele energii zużywamy na kamuflowanie zła. Dlatego wysilamy się na piękne fasady, retuszujemy swój obraz, starając się (niczym olbrzymim kamieniem) zasłonić przed innymi sytuację naszego wnętrza, podobną do leżącego w grobie i cuchnącego ciała Łazarza. Bo któż nas może autentycznie pokochać w naszej prawdzie, gorzkiej prawdzie, wstydliwej prawdzie? Za tę grę pozorów płacimy olbrzymią cenę. Ileż to czasem wymaga wysiłku, aby utrzymać się na powierzchni, na wysokości zadania, dorównując określonym wymaganiom, modom, trendom, żyjąc w ustawicznym zakłamaniu. Czasem jednak psychika nie wytrzymuje takiego obciążenia i wówczas następuje krach: rozpacz, załamanie, depresja, próba samobójcza. Na szczęście miłość do grzesznika objawia się w krzyżu Jezusa Chrystusa i tam jaśnieje pełnym blaskiem. W krzyżu spotyka się największa ludzka podłość z największą Boską miłością. Stąd przychodzi przebaczenie. Zło wszystkich ludzi przybiło Jezusa do Krzyża-szubienicy. Jego odpowiedzią na to było przebaczenie i zrozumienie. Jako Zmartwychwstały ma dla nas ofertę nowego życia. Dzięki zmartwychwstaniu krzyż stał się Światłem. Światłością naszego życia. Ale dla kogo z nas Ukrzyżowany jest źródłem Światła? Ludzie twierdzą, że dla nich światłem jest kultura, dobre wychowanie, wykształcenie itp. Zgodnie z tym ustanawiają prawa, a kto się im nie podporządkowuje, musi iść precz, bo dezorganizuje życie społeczne. Paradoksalnie dla grzeszników nie ma miejsca na tej grzesznej ziemi! Skruszony grzesznik jest bowiem deptany przez grzeszników zatwardziałych. Takie postawy również w nas mogą być mniej lub bardziej utajone. Tak łatwo przekreślamy ludzi trudnych, spychamy ich na margines. W tym kontekście nie trudno się domyśleć, jaki los czekałby wszystkie „jawnogrzesznice” pochwycone na gorącym uczynku przez (pożal się Boże) prawych obywateli świata, gdyby nie bezwarunkowa Miłość Jezusa (por. Jn 8:4-11).
Jedyne światło, jakie nam Bóg zapalił, to Jezus Chrystus na Krzyżu, przebaczający grzesznikom i kochający wszystkich. „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1J 1:8). Jeśli uważam, że nie mam grzechu, to nigdy nie doświadczę Jego miłości, a Jego światłość nie wejdzie w moje życie. Żeby to światło weszło i trwało we mnie, muszę odważnie widzieć swój grzech, konfrontować siebie z Ewangelią, wierząc, że Bóg wciąż mnie kocha. Wówczas to światło uzdolni mnie do miłości w takim samym wymiarze. Inaczej będę wobec innych małym tyranem. Wszystkich ustawię pod jeden sznurek i będę wytykać im ich wady. A jeśli otrzymam władzę, będę bezwzględnym despotą.
W czasie procesu Jezus stanął przed Piłatem, który chciał Go uwolnić, chcąc tym posunięciem, prawdopodobnie, upokorzyć Żydów i zrobić im na przekór. Piłat lubił swoją pozycję i dbał o nią. Tym razem jego chytrość okazała się jednak zbyt krucha w zderzeniu z nienawiścią i misternie uknutą intrygą faryzejską. Zaimprowizował konfrontację Jezusa z Barabaszem. Dla Piłata Barabasz był pospolitym złoczyńcą, ale nie dla Żydów. Dla nich był bohaterem walczącym o słuszne prawa narodu do niepodległości. W tej sytuacji Barabasz reprezentuje sprawiedliwość świata, w imię której słusznych praw należy dochodzić siłą, bo dobrocią i perswazją nic się nie wskóra. Czego nie wyrwiesz siłą, tego nie będziesz miał. To jest ta szeroka droga, którą wszyscy idą. Jednak poczucie sprawiedliwości jest słuszne i należy oburzać się na bezprawie.
Podobnie reaguje Dawid na przypowieść Natana, lecz nie dostrzega, że on sam jest jej bohaterem (patrz 2 Sm 12:1-6). Diabeł doskonale gra na urażonym w człowieku poczuciu sprawiedliwości, co niejednokrotnie prowadzi do wykolejenia nie tylko konkretnych jednostek, ale i całych grup. Iluż to narkomanów, alkoholików, pokrzywdzonych w dzieciństwie stoczyło się na margines właśnie z tego powodu. Kiedyś na doznawaną niesprawiedliwość zaczęli odpowiadać tym samym, aż wpadli w spiralę odwetu i bezradności, staczając się na samo dno. Gdy panuje w nas sytuacja zamkniętego, diabelskiego kręgu, to szatan, bazując na naszym poczuciu krzywdy, wygrywa masę potyczek z nami, pchając nas do strasznych rzeczy. Demon podpowiada nam: „Wszyscy są świniami wobec ciebie, pluń im w twarz, masz do tego prawo”. A jego cyniczny podszept znajduje u nas posłuch. Chore poczucie sprawiedliwości może prowadzić do wypaczeń, chęci zemsty. Tą drogą idzie cały świat. Tę drogę reprezentuje Barabasz. Na tej drodze ludzie starają się dochodzić respektowania swoich praw przemocą i gwałtem. A obok idzie Jezus i napomina z miłością, byśmy nie sprzeciwiali się złu, mając za oręż zło, nie bronili się przed krzywdą, wyrządzając krzywdę, umieli stracić swoje życie, pozwalając się ukrzyżować, gdy spadnie na nas niesprawiedliwość.
Św. Piotr w swoim liście poleca pisząc: „Niewolnicy! Z całą bojaźnią bądźcie poddanymi panom nie tylko dobrym i łagodnym, ale również surowym. To się bowiem podoba Bogu, jeżeli ktoś ze względu na sumienie uległe Bogu znosi smutki i cierpi niesprawiedliwie” (1P 2:18–19). A św. Paweł mówiąc o procesach wśród chrześcijan napomina Koryntian: „Już samo to jest godne potępienia, że w ogóle zdarzają się wśród was sądowe sprawy. Czemuż nie znosicie raczej niesprawiedliwości? Czemuż nie ponosicie raczej szkody?” (1Kor 6:7). Żeby nosić znamiona takiej miłości, trzeba być dojrzałym chrześcijaninem. Jeśli takiej postawy brak, jest to jeszcze niemowlęctwo w Chrystusie (por. 1Kor 3:1).
Kościół pierwotny na serio traktował Kazanie na Górze (patrz Mt 5:1-48). Praktykował je w życiu i zapewniał, że tymi wartościami da się żyć i żyje się szczęśliwie. W apokryficznej ewangelii pierwszych wieków można przeczytać: „W dniu, w którym poczujesz w swoim sercu miłość do nieprzyjaciela — zabij cielca, sproś przyjaciół i ciesz się i raduj, boś jest w Królestwie Bożym”. To są cechy paradoksalnej duchowości chrześcijańskiej. Paradoksalnej, bo generującej w nas (nie wiedzieć dlaczego?) tajemniczy, wewnętrzny skurcz przed jej organicznym przyswojeniem, wcieleniem we własne życie, wpisanie do własnego systemu wartości.
Misja Kościoła współczesnego polega na tym, by powtarzała się w nim historia Jezusa, by On w nas mógł się narodzić, w nas umierać za świat i w nas powstawać z martwych. Oto przekaz Chrystusa! Sprawiedliwość bez miłosierdzia prowadzi do okrucieństwa. Dlatego, kochając potrafi cierpieć i, cierpiąc potrafi kochać. Miarą Jego miłości jest Miłość bez miary. Dlatego w jej imię nie sprzeciwia się złu. Wisząc na krzyżu wypełnia to, czego nauczał. Wisi. To jest sprawiedliwość krzyża w odróżnieniu od sprawiedliwości świata. Paradoks?! Gdyby Chrystus był tylko człowiekiem, nazwano by Go największym „frajerem”. W Ogrójcu Jezus dał do zrozumienia, że ma moc przeciwstawienia się napaści, lecz z niej nie skorzystał i kazał Piotrowi schować miecz do pochwy, bo kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie (por. Mt 26:52). Tak mówi i tak postępuje Syn Boży jako Człowiek? To jest par excellence pełnia Objawienia Boga Jahwe. Kto idzie inną „drogą”, odrzuca najgłębszą istotę Boga. On jest Drogą, Prawdą i Życiem (por. Jn 14:6). Tymczasem w momencie śmierci Jezusa pod Jego Krzyżem spotkały się dwie najbardziej wykwintne warstwy społeczne: faryzeusze (przedstawiciele najwartościowszej religii, Ludu Wybranego przez Boga) oraz Piłat — reprezentujący całą kulturę grecką i rzymską. Razem, zgodnie (choć kierowani różnymi motywami) postanowili wyeliminować z historii ludzkiej miłość zbawczą Syna Bożego. Tego jednak Jezusa wskrzesił Bóg (por. Dz 2:32). W zmartwychwstaniu Bóg tę Miłość przypieczętował jako normę życia dla wierzących, która nie broni siebie nawet w imię swych słusznych praw, lecz daje się ukrzyżować. Tej Miłości Bóg oddał władzę nad niebem i ziemią.
A co ja robię, gdy ktoś mnie depcze? Odpowiadając złem na zło, wybieram Barabasza. Staję się zaś chrześcijaninem, gdy wybieram tę formę miłości, jaką pokazał Jezus. Chrześcijaństwo bowiem to Miłość nieprzyjaciół! Czy bronię swej godności za wszelką cenę? Czy kocham, gdy mnie krzywdzą, choć to takie trudne? Jeśli ktoś atakuje moje słuszne prawa, uderza mnie w policzek, czy umiem nadstawić mu drugi? Ktoś się procesuje z mną, czy umiem oddać mu więcej niż żąda? Gdy ktoś wypruwa ze mnie całą energię, czy umiem dać mu więcej?... Jeśli czynię inaczej, postępuję jak wszyscy w świecie. Nie zasługuję na miano chrześcijanina.
Mało jest w świecie takich, co walczą o niesłuszne prawa. Przeciwnie, wszyscy dobijają się słusznych praw, a dziś doszliśmy do tego, że grozi nam zagłada. Daj się ukrzyżować, wtedy odbudujesz świat. Paradoks?! Ale tym właśnie jest Krzyż. Jezus pokazał nam taką „drogę”, która dzięki prawdzie niezawodnie prowadzi do Życia.
W Ewangelii św. Jana znajduje się scena umycia nóg apostołom. Działo się to w czasie uczty Paschalnej. Prawdopodobnie uczniowie oglądali się, kto z nich ma tę czynność wykonać. Zwykle należało to do niewolnika albo dziecka, kogoś najniższego rangą w rodzinie. I podniósł się Jezus, umył nogi uczniom, nie pomijając Judasza, o którym wiedział, że wkrótce Go zdradzi. Kto poza Jezusem tak kocha? To jest miłość krzyża, to jest sprawiedliwość krzyża! Piotr broni się przed tą lekcją pokory, lekcją Bożej miłości. Jezus odpowiada: „Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną” (Jn 13:8). W tym akcie widać miłość, której nie ma w świecie. Nikt nie chce być ostatni, wszyscy chcą być pierwszymi. Dlatego Jezus — pierwszy rangą — stał się ostatni, by ukazać tę nową, paradoksalną dla nas miłość. Jeśli nie chcę przyjąć od Jezusa umycia nóg, nie ma dla mnie miejsca w chrześcijaństwie. Nie gdzieś indziej, tylko tu bije serce chrześcijaństwa. My zaś zastanawiamy się, co ma chrześcijaństwo innego niż inne religie i kultury. Chrześcijaństwo jest pełne Boskich paradoksów, bo ma w sobie miłość w wymiarze krzyża; miłość, jaką pokazał Jezus, myjąc uczniom nogi; miłość, która wyprowadziła Łazarza z grobu, miłość, która objawiła się na krzyżu w przebaczeniu oprawcom.
Kogo wybieram: Jezusa czy Barabasza? Boga z Jego paradoksalnie cichą Miłością czy szatana z jego krzykliwą cywilizacją śmierci i wiekuistego mroku? Moja decyzja jest ostateczna i oparta na świadomości ukształtowanej Łaską płynącą z góry. Obym tylko, wierząc w Boga, umiał zawsze wierzyć Bogu. Obym własnej woli umiał szukać zawsze w woli Bożej. Obym swej wolności nigdy nie utożsamiał z samowolą.
A Jezus, na kartach Ewangelii, stawia jednoznaczne wymagania:
  1. Wziąć krzyż swój na każdy dzień i naśladować Mnie (Mt 10:38).
  2. Nienawidzić siebie — swego życia (Łk 9:23).
  3. Nienawidzić ojca, matki, żony, przyjaciół (Łk 14:26).
"Współcierpienie" - A. W. Bouguereau Kto tych warunków nie spełnia, nie może być uczniem Jezusa. To są pewne wyróżniki wyodrębniające uczniów Pana z ogółu rodziny ludzkiej. W ich właściwej interpretacji tkwi specyfika piękna miłości chrześcijańskiej.
Ad 1. Co oznacza: wziąć krzyż swój na każdy dzień? Tu nie chodzi o umartwienia. Oznacza to wziąć na swoje ramiona krzyż historii swego życia, takiej egzystencji, jaką ona jest, tu i teraz. Zaakceptować swą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Wiele cierpień, tragedii naszego życia płynie stąd, że nie żyjemy faktami, lecz iluzjami i życzeniami, a nasza postawa jest z dnia na dzień coraz bardziej roszczeniowa.
Ad 2. Cała duchowość chrześcijańska jest wolą Bożą objawiającą się w słowie Bożym i w faktach mego życia. Jedno umożliwia zrozumienie drugiego. Zatem jeżeli coś planujemy — a trzeba w życiu to robić — nie powinniśmy swoich planów absolutyzować, upatrywać szczęścia w ich realizacji, czepiać się ich bałwochwalczo, nawet gdyby to były wspaniałe plany, np. podróżnicze. Jeżeli ich fiasko czyni nas rozczarowanymi, zgorzkniałymi, a nawet cynicznymi, to dowodzi, że nie bierzemy poważnie swego krzyża na każdy dzień. Diabeł zaś zamyka nas w samych sobie lub zaczynamy iść z nim na kompromis. Chrześcijanin żyje tym, co przyniosą fakty, nawet jeżeli go przekreślają. Bóg daje człowiekowi życie o wiele wspanialsze niż on sam potrafiłby to zaplanować. Bogu zależy na tym, by nasze życie było najwartościowsze, a my z niego zadowoleni.
Ad 3. Gdy człowiek nie czerpie z Boga swego życia, zamyka się w kręgu egoizmu, szuka sobie za wszelką cenę źródła życia poza Bogiem, np. rodzi się w nim „apetyt” na drugiego człowieka: musi go mieć, inaczej ginie. Tymczasem Bóg tak nas stworzył, że tą jedyną osobą potrzebną nam do szczęścia jest On sam. Wszystkie zaś inne wartości są tylko dodatkami i będą nam smakować dopiero w Nim, w Bogu. Gdy Bóg nie zajmuje w nas pierwszego miejsca, upatrujemy swe szczęście w afektach (dziewczyna, chłopak). Ona pragnie w nim znaleźć dla siebie to szczęście, które on może jej dać i nawzajem. Rodzice planują przyszłość dzieci zgodnie z własnymi ambicjami. Człowiek próbuje zdominować człowieka, kreując jego życiowy wizerunek według własnego, często namalowanego toksycznymi farbami. Chce zagarnąć kogoś wyłącznie dla siebie.
To są chore relacje, niedające wolności, a jedynie zniewolenie innych i siebie. Jezus to właśnie ma na myśli, gdy mówi: „Jeśli kto... nie ma w nienawiści swego ojca, matki, żony, siostry, brata...”. W tym zawierają się wszelkie chore relacje afektywne. Kto jest ślepy na ich funkcjonowanie, nie może być światłem dla bliźnich. Jak wskaże, gdzie znajduje się prawdziwe szczęście, gdy sam je czerpie z małych zatrutych źródełek, które go nie dają. Od tej (pożal się Boże) miłości wszystkich do wszystkich co szósty człowiek na świecie jest chory psychicznie.
Jezus ukazał wolę Bożą kosztem zadania ogromnego bólu swoim rodzicom, gdy mając 12 lat pozostał w świątyni. Tego wymagał Ojciec Niebieski. Podobnie uczyniły m.in. święte męczennice: Perpetua i Felicyta.
Skąd się biorą w chrześcijanach takie postawy? Klasyczna odpowiedź brzmi: Trzeba je sobie wypracować. Otóż nie! Od momentu chrztu winno się w nas zacząć nowe życie, nacechowane nową miłością — paradoksalnie, według słów Jezusa „nienawiścią”. To jest treść życia wiecznego, zaczyna się ono już tu i nie kończy się wraz ze śmiercią, lecz idzie dalej. Od chwili, gdy Bóg woła człowieka do chrztu, obowiązuje go ten właśnie styl życia, owe wyróżniki, których nie mają inne religie. Ten rys chrześcijański nie bierze się z pracy nad sobą. „Dążność ciała wroga jest Bogu, nie podporządkowuje się Prawu Bożemu, ani nie jest nawet do tego zdolna” (Rz 8:7). Taka postawa jest owocem wypływającym z pewnego faktu, zachodzącego w głębi naszego jestestwa. Co to jest? „Jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego... trzeba wam się powtórnie narodzić” (J 3:5-7). Ta miłość pochodzi od Boga. Żeby tak kochać, trzeba się powtórnie narodzić i to z Ducha Świętego.
Św. Piotr utożsamia fakt „narodzenia” z chrztem (por. Dz 2:32). Co mamy czynić? Św. Paweł mówi o tym fakcie wielokrotnie, nadając mu różne nazwy. To jest bazą w nas, z której — jak z nasienia — wyrasta drzewo, wydając tego rodzaju owoce:
  • Współzmartwychwstanie z Jezusem Chrystusem (Ef 2:4-10).
  • Nowe stworzenie (2Kor 5:17; Ga 6:15).
  • Nowe narodzenie (J 3:3).
  • Obrzezanie serca (Kol 2:11; Rz 2:29).
  • Obmycie odnawiające i odradzające (Tt 3:5).

To daje możność wyzucia się z człowieka według ciała i życia nowym Życiem. Wszystkie te określenia wskazują na bardzo ważny fakt, wprost rewolucyjne wydarzenie: wskrzeszenie trupa do życia — z nieistnienia do nowego bytu. Nie było mnie, a teraz jestem urodzony z Boga. Nie jest to coś wmówionego sobie, lecz wydarzenie obiektywne, którego się doświadcza. Jeżeli jest prawdą natura tego doniosłego wydarzenia — owo współzmartwychwstanie, narodzenie, obrzezanie, stworzenie — to kto może dać życie samemu sobie, samego siebie stworzyć? Tylko Bóg, to jest Jego dzieło we mnie. Chrześcijanin to dzieło Boże, ktoś, kogo Duch Święty wyrzeźbił swym działaniem, nie zaś on sam siebie wykuł z granitu.
A co z chrztem dzieci? One we chrzcie otrzymują tę rzeczywistość w zalążku, w potencji. Tak samo jak w żołędziu jest cały dąb. Wielu dorosłych chrześcijan ma w sobie chrzest jako nierozwinięte ziarno, które czeka... To są niemowlęta w Chrystusie. Oni nie są wprowadzeni w istotę i dynamikę chrześcijaństwa. Dlatego mają w wielu wypadkach postawy jeszcze pogańskie. Nie żyją swoją historią, lecz męczą się własnymi projektami i afektami.
A tymczasem punktem docelowym jest: sprawiedliwość krzyża, miłość i nie sprzeciwianie się złu. Jeśli Jezus mówi: „Nawracajcie się”, to ma na myśli nawrócenie się do miłości z krzyża. Ona bowiem jest istotą Ojca. Ona stanowi treść obietnicy, że kiedyś będziemy mogli tak żyć, tę miłość rozdawać, z niej czerpać szczęście. To otwiera nowe horyzonty. Daje udział w życiu Bożym. Wprowadza do królestwa Bożego. Ta miłość stwarza świat — kiedyś w Jezusie Chrystusie, a teraz w nas.
Zasada nie opierania się złu nie dotyczy pokus, ani tego, by żyć nieprawdą i utrzymywać w niej innych. Jezus nie mówi do krzyżujących Go: macie rację, jestem zbrodniarzem. Wręcz przeciwnie! Jasno wyartykułował prawdę. Również faryzeuszy Jezus nazwał „grobami pobielanymi”. My także mamy podobnie postępować. W przeciwnym razie bylibyśmy fałszywymi prorokami, którzy kadzą ludziom dla świętego spokoju. Tym samym utrwalalibyśmy fałsz. Istnieje przecież obowiązek upominania. Kościół obowiązuje też funkcja prorocza — wykazywania fałszu, odsłaniania prawdy, pełni prawdy. Lepsza jest gorzka prawda niż zawoalowane kłamstwo przemycane pod postacią półprawd. Tego aspektu nie znosi zasada nie sprzeciwiania się złu. Zło zawsze trzeba nazywać złem. Tylko prawda nas wyzwala (por. Jn 8:31-32). Jednakże zasada nie opierania się złu musi być realizowana z miłością i być na służbie miłości — wtedy ma sens. Miłość dyktuje jej użycie. Kochająca matka może bez obaw ukarać swoje niegrzeczne dziecko. W przeciwnym razie swoim pobłażaniem utrwala w dziecku niewłaściwe zachowania, a jej miłość matczyna nosi wówczas znamiona miłości „małpiej”.
Jezus w imię tej zasady wziął do ręki bicz, dla dobra kupczących w świątyni (patrz Jn 2:14-21). Spotykają się tu: nienawiść i egoizm ludzi z miłością Jezusa. Nienawiść do Niego wzrosła, lecz On nie odpowiedział złem na zło. Ten, kto krzywdzi drugiego człowieka, przychodzi z siłą, z przemocą i nienawiścią. Kiedy spada na ciebie złość, nie odpowiadaj tą samą monetą, nie zwyciężaj zła złem, lecz dobrem. Daj się raczej ukrzyżować, a odniesiesz — jak Chrystus — zwycięstwo.
Nie opieranie się złu wypełnione z miłością, prowadzi do miłości i wtedy ta zasada ratuje świat, bo przerywa łańcuch zła. Przemoc, na którą odpowiada się przemocą, rodzi następną zwielokrotnioną przemoc. W ten sposób nakręcamy spiralę zła. Tak jest w świecie. W ten sposób historia zła rośnie niszcząc społeczeństwa i rodziny. To nie są puste słowa, lecz fakty.
Jezus zmartwychwstał, bo w miłości ukrzyżowanej znalazł nowe życie i tą miłością buduje teraz Kościół, dając mu nowe istnienie. Kazanie na Górze nie jest prawem. To my jesteśmy skłonni wszędzie widzieć prawo, dlatego i tę zasadę również tak przyjmujemy. Tymczasem Miłość, o jakiej czytamy w Kazaniu na Górze jest nie tyle Prawem, co darem — życiem Jezusa w nas. Styl chrześcijańskiego życia wypływa z faktu, że Bóg jeszcze raz mnie stworzył, zrodził z Siebie, ze śmierci przeprowadził do życia. Życie Boga we mnie polega w swej istocie na Tajemnicy. Już nie ja żyję sam w sobie, lecz żyje we mnie Chrystus. (Por. Ga 2:20).
Wejść z powrotem w reżim Prawa, traktować chrześcijaństwo jako Prawo, to jest wielka pokusa współczesnego Kościoła. Tymczasem chrześcijaństwo jest czymś więcej, jest kształtowaniem w nas Chrystusa, gdy On zaczyna w nas żyć z tą miłością. Jeżeli we mnie będzie żył Jezus, to będę wiedział jak postępować w życiu od sytuacji do sytuacji. Da mi On nowy instynkt, nowego Ducha, i będę wiedział czy w konkretnym przypadku miłość ma się objawić surowością czy łagodnością.
My jednak zbyt łatwo ulegamy złudzeniu dokonania się naszego własnego nawrócenia. Trzeba być dużo bardziej nieufnym wobec siebie i nieprędko uważać siebie za nawróconego. Kazanie na Górze stanowi fotografię nowego człowieka, etykę, którą chrześcijanin spontanicznie rozumie i zachowuje.
Dziś w świecie żyje wielu chrześcijan, którzy nie przeżyli jeszcze faktu nowych narodzin. Wszystko czeka na swoje urzeczywistnienie i być może jest to sytuacja niejednego z nas. Aby to jednak mogło nastąpić trzeba nam stawać się ludźmi sumienia, czyli takimi, którzy liczą się ze swoim sumieniem, w jego zaciszu wsłuchują się w głos Boga, wsłuchują się, nie tyle by „słuchać”, ale by „usłyszeć”. Jeśli masz wszystko, a nie masz Boga — jesteś żałosnym nędzarzem. Jeśliś jest biedny, bo nie masz nic lub niewiele, ale masz Boga — jesteś bogaczem. Realizacja drogi, która się w nas dokonuje, to nie nasz trud i wysiłek, lecz moc Boga, której świadomie, z własnego wyboru pozwalamy działać.

[mr]
21-25.04.2008

☙❤❧


Źródła internetowe


Prawa autorskie
Prawa autorskie
LuxDei.pl

• GŁÓWNAMAPAe-KONTAKTe-KSIĘGADOWNLOADWWWMEANDRYOSOBLIWOŚCIZADUMASBM
REFLEKSJEZAMYŚLENIAMODLITWASUPLEMENTMEDYTACJETRYPTYKDARYSTROFYAFORYZMYMYŚLIRADOŚĆINSPIRACJE
PROCES IHSKONTEMPLACJEADORACJA NSADORACJA KRZYŻAADORACJA GPNMPFASCYNUJĄCYJAKBY W ZWIERCIADLE
GUADALUPENAJUMARTA ROBINZEITUNNIEZNISZCZALNIWOLNI OSTATECZNIE
WARTO PRZECZYTAĆ, POSŁUCHAĆ, OBEJRZEĆFILMOTEKA IFILMOTEKA IIVIDEOTEKAFOTOKSIĄŻECZKA
TIMETE DEUMSZKOŁA PIĘKNEJ MODLITWYTAJEMNICA MSZY ŚWIĘTEJEUCHARYSTIA PRZEDSMAKIEM NIEBATAK NAM DOPOMÓŻ BÓG
SYNKRETOLOGIZMY NIEPORADNIK INTELEKTUALNO-DUCHOWY PROKLAMACJA «LuxDei.StudiumSacrum»


U nas, tj. na LuxDei.pl pliki cookies wykorzystywane są jedynie w celu tworzenia statystyk związanych z liczbą odwiedzin niniejszej witryny.
Odwiedzając nas akceptujesz ten fakt. Tutaj znajdziesz więcej informacji na temat cookies.
© 2007-17 Created & developed by J@cek Lewicki (under the inspiration of the Holy Spirit)

A.D. MMXVII